Gość w rzeczywistości

Gość w rzeczywistości

Andrzej Koraszewski



Kim jesteśmy? Pojawiamy się w jakimś punkcie historycznym, w jakimś miejscu na Ziemi, uwięzieni w pułapkach więzi z innymi, otoczeni pamięcią minionych zdarzeń. Próbujemy uciec odkrywając, że swoje klatki zabieramy ze sobą jak ślimak skorupę. Patrzymy na świat przez pryzmat naszych doświadczeń, próbując zrozumieć więcej niż możemy zobaczyć.

Pär Lagerkvist próbował to uchwycić, zmagał się z odrazą do odziedziczonej tradycji i niemożnością wyzwolenia się. Pisał o sobie, że jest wierzącym bez wiary, że jest religijnym ateistą. Trudno powiedzieć, czy ta jego dziwaczna religijność ateisty była bardziej związana z obsesyjnym lękiem przed śmiercią, czy z potrzebą zakotwiczenia ocen moralnych?

Siedzę w wygodnym fotelu przeglądając wiadomości ze świata. Moje sądy nie są zakorzenione w religii, ale są tysięcznymi nićmi powiązane z ludźmi, którzy porządkowali swój obraz świata, próbując po swojemu zrozumieć słowa świętych tekstów. Niektórzy bez wielkiej filozofii mówili, że warto być przyzwoitym.

W odróżnieniu od Lagerkvista nie dręczy mnie lęk przed śmiercią, moje poczucie że jestem „gościem w rzeczywistości” jest trochę związane z bezpieczeństwem. Przeżyłem moje życie z dala od wielkich zagrożeń, obserwując z bezpiecznych miejsc koszmar, w jaki uwikłani byli inni. Mój pierwszy list do Pani był propozycją rozważenia pojęcia zagrożenia. Chodziło o zagrożenie Izraela. Pisałem, że o tym zagrożeniu nie dowiaduję się z klipów wyborczych, ani nawet z izraelskich źródeł. Śledzę groźby wypowiadane zupełnie otwarcie i publicznie. Śledzę również działania, które idą w ślad za tymi groźbami. Informacji muszę szukać, ponieważ często umykają uwadze innych obserwatorów. Nie są to tylko groźby, każdego dnia umierają ludzie.

Przed chwilą zajrzałem do wiadomości. Na migającej czołówce była informacja, że pojawi się jakiś billboard z Beatą Szydło i ktoś protestuje, że w miejscowości Rusko w jeziorze nastolatkę poranił potwór i że nie wyklucza się, że to może być aligator, chociaż urzędniczka podejrzewa dużego szczupaka, dowiedziałem się również, że w Bagdadzie na rynku był kolejny zamach. Zginęło 80 osób, dwieście innych jest rannych. Rynek był szyicki, do zamachu przyznaje się ISIS.

Chciałbym raz jeszcze wrócić do zagrożeń oglądanych z naszej bezpiecznej przystani. Czy sądzi Pani, że te zagrożenia odnoszące się do Izraela powinniśmy pogrupować na zagrożenia bliższe i dalsze?

Z wielu względów groźby irańskie należy traktować poważniej niż inne. (Chociaż podobnie jak Pani, nie lekceważę zagrożeń ze strony ISIS i Hamasu.)

Piętnaście lat temu, w grudniu 2000 roku, Najwyższy Prawoznawca zadeklarował wierność założeniom rewolucji islamskiej nakreślonym przez jego poprzednika ajatollaha Chomeiniego. Naczelnym założeniem tej rewolucji jest, jak powiedział, „eliminacja rakowatego guza, jakim jest Izrael”.

Czternaście lat później, w listopadzie 2014 roku, rozważając zaproszenie amerykańskiego prezydenta do rozmów o programie nuklearnym, zapewnił społeczeństwo, że niezależnie czy dojdzie do tej umowy, czy nie, Izrael będzie każdego dnia bardziej zagrożony.

W lipcu 2015, już po „zawarciu”, czy raczej zaklepaniu umowy, Najwyższy Prawoznawca zapewnił, że nie zmienia to zasadniczego celu, jakim jest eliminacja syjonistycznego tworu.

Być może to w reakcji na te wypowiedzi prezydent Stanów Zjednoczonych powiedział, że rozumie izraelskie niepokoje, ale on jest dobrej myśli i dał do zrozumienia, że Żydzi w Ameryce aż tak bardzo się nie niepokoją.

Oczywiście istnieje jakaś szansa, że nie dojdzie do otwartej wojny na pełną skalę. Nie całkiem wiadomo, na czym moglibyśmy tę pewność opierać. Zawsze jednak można liczyć na to, że intuicja zachodnich polityków okaże się poprawna. Pozostaje zatem zagrożenie sponsorowanym przez Iran terrorem.

Iran stoi u bram Izraela z wielokrotnie silniejszym od Hamasu Hezbollahem. Podobno, nie wszystkie informacje są pewne, podczas negocjacji były jakieś nieśmiałe europejskie próby, żeby naciskać na Iran w sprawie zatrzymania zbrojenia Hezbollahu. Podobno strona amerykańska stanowczo odradziła podejmowanie tego tematu.

Czy powinniśmy interesować się właśnie wydaną książką Chameniego pod tytułem Palestyna? Jak dotąd jest tylko w farsi i jeśli wierzyć recenzentowi w NYT, autor na 416 stronach prezentuje irańską strategię zniszczenia Izraela.

Recenzent pisze, że irańskie plany nie mają nic wspólnego z europejskim antysemityzmem. Wynikają one z zasad islamskich. To na mocy tych zasad Najwyższy Prawoznawca używa określeń „rakowaty guz, który musi zostać wycięty”.

Chamenei pisze, że eliminacja Izraela może przybrać postać wieloletnich działań wojennych „o niskiej intensywności”, które będą skłaniać Żydów do ucieczki. W kwestii nuklearnej jest zaledwie wzmianka, ale znamienna: „“uzbrojony nuklearnie Iran zmusi Izrael do pomyślenia dwa razy zanim podejmie akcję militarną przeciwko Republice Islamskiej”.

Chamenei bez osłonek pisze o sponsorowaniu terroryzmu, o irańskich sukcesach Hezbollahu w Libanie i Hamasu w Gazie, jak również o obecnym rekrutowaniu terrorystów na Zachodnim Brzegu. Wyraża również zadowolenie z powodu narastającej w świecie niechęci do Izraela. Nie kryje, że to ułatwia jego plany.

Czy powinniśmy wierzyć informacjom amerykańskiego wywiadu, że Iran jest dziś w posiadaniu największej ilości rakiet balistycznych na Bliskim Wschodzie? Trudno powiedzieć, wywiad ujawnia mniej więcej to, co Iran otwarcie deklaruje. I co, powtarzający pacierz za ojcem narodu generałowie deklarują jako zasób pozwalający na eliminację syjonistycznego tworu.

Patrzący z bezpiecznego miejsca obserwator czuje się troszkę jak Pan Cogito, nie bardzo wie, co ma myśleć i co ma sądzić. Jedno pewne, że owa niepodpisana umowa Hezbollahu nie wspomina. Nie wspomina również Izraela, chociaż podobno nikt nie lekceważył zagrożeń.

Czy zastanawiała się Pani nad pytaniem, jakie jest zagrożenie kolejną wojną w Gazie? Siedząc w bezpiecznym miejscu czytam o nowej fali rakiet wystrzelonych z Gazy.

Informacje są trochę dziwne, bo wygląda na to, że kilkanaście rakiet wystrzelonych z Gazy spadło na własną ludność. Tylko jedna doleciała do Izraela. Oczywiście nie było komunikatów Hamasu, nie mamy pewności kto strzelał, nie wiemy, czy były ofiary wśród palestyńskiej ludności cywilnej. Nie można wykluczyć, że chodziło o podniesienie poczucia zagrożenia mieszkańców Izraela. W wojnie terroru poczucie zagrożenia jest ważne. Być może te rakiety były tylko przesłaniem. Komunikatem samym w sobie, informacją, że wojna trwa.

Mamy tu kilka innych możliwości, wśród których istnieje prawdopodobieństwo, że to jakieś manewry coraz silniejszych w Gazie komórek ISIS. Państwo Islamskie jest już obecne w Jordanii, na Zachodnim Brzegu, w Gazie, zdobywa miasta i wioski w Libanie. Flagę ISIS można było zobaczyć na terenie meczetu Al-Aksa.

Czy sądzi Pani, że są to zagrożenia, którymi Izraelczycy powinni się przejmować? W Izraelu obserwujemy, wzrost liczby zamachów terrorystycznych. Jedni twierdzą, że to reakcja na akty terroru izraelskich fanatyków i izraelska minister sprawiedliwości, domaga się wręcz przywrócenia kary śmierci. (W Izraelu ostatni raz wyrok śmierci wykonano na Eichmannie.) Inni przypisują to terrorystycznej konkurencji między Fatahem a Hamasem. Jeszcze inni są przekonani, że militarne sukcesy ISIS wzmocniły morale indywidualnych kandydatów na męczenników.

Rejestr zagrożeń Izraela wymagałby osobnej książki. Siedząc w bezpiecznym miejscu mogę tę listę skracać lub wydłużać, w zależności od potrzeb. Pisząc list musimy uważać, aby nie znużyć czytelnika.

Kończąc tę korespondencję, chciałbym spojrzeć na zagrożenia dużo bliższe. Załóżmy scenariusz najbardziej optymistyczny. ISIS zostaje pokonany, Kurdowie przywołani do porządku przestają dopominać się o niepodległość, a Irańczycy okazują się ludźmi pokoju i zyskane dzięki umowie miliardy dolarów inwestują w reformę gospodarczą, zapominając o imperialnych ambicjach. Nadal sponsorują terror przeciw Izraelowi, bo nie mogą wyrzec się samych fundamentów rewolucji islamskiej. Terror nadal sponsoruje Turcja i Katar, ale nieco mniej pieniędzy na te cele płynie z Arabii Saudyjskiej. Brzmi to trochę jak bajka, siedząc jednak w wygodnym fotelu możemy puścić wodze fantazji.

Izrael może wygrywać kolejne starcia w wojnie „o niskiej intensywności”, ale pokoju z tego raczej nie będzie.

Tu, u nas, w Europie i Ameryce, będziemy po staremu winić za wszystko Izrael, podczas gdy nieuchronne konflikty między muzułmanami powodować będą coraz większy nacisk coraz bardzie zdesperowanych uchodźców. Nawet gdyby wojny między muzułmanami ustały dziś, to przywrócenie minimalnego bezpieczeństwa wymagałoby wysiłków dziesięciokrotnie większych niż Plan Marshalla i strategów na miarę George’a Kennana.

George’a Kennana rzadko się przypomina, chociaż umarł stosunkowo niedawno, w 2005 roku, w wieku 101 lat. To on był architektem strategii odepchnięcia i samego Planu Marshalla. Zniszczonej wojną Europie Zachodniej zagrażał komunizm. Partie komunistyczne Włoch i Francji miały szanse na demokratyczne zdobycie władzy. Były to organizacje sterowane z Moskwy i Stalin mógł dostać Europę Zachodnią bez wojny. Plan odepchnięcia polegał na dostarczeniu żywności i maksymalnie szybkiej odbudowie gospodarki, tak żeby rozpacz nie wpychała ludzi w ręce komunistów.

Dziś nie widać żadnego planu zakończenia wojen między muzułmanami, ani takiej stabilizacji życia gospodarczego na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce, która mogłaby zatrzymać strumień uchodźców. Nie ma również planów integracji tych uchodźców, których już mamy w Europie. Mamy rosnące rzesze przybyszów, których nie umiemy zaabsorbować. Mamy również rosnącą frustrację i widoczny spadek popularności tradycyjnych partii centro-lewicowych i centro-prawicowych. Rosną w siłę partie proponujące mocniejsze zaciskanie oczu na rzeczywistość i rosną w siłę ugrupowania, o coraz wyraźniejszym faszystowskim charakterze. Jedne i drugie chętnie korzystają ze starych kolein zwalania winy na Żydów. Jedni winią Izrael za to, że muzułmanie mordują się między sobą, drudzy szukają gorączkowo miejscowych Żydów winnych wpuszczania imigrantów, którzy stanowią coraz większy problem.

Jako obserwator pozostaję bezradny, robię notatki, z przyzwyczajenia szukam kontaktów z dysydentami, czyli z tymi, których w Związku Radzieckim nazywano inaczej myślącymi. Czasem są to pięknie wierzący muzułmanie, czasem muzułmańscy ateiści. Ci którzy mieszkają w swoich krajach, codziennie ryzykują życiem, ci, którzy mieszkają między nami, czasem też dostają groźby, częściej skazani są na zlekceważenie. Oni pojęcie zagrożenia odbierają inaczej, jest bliższe rozpaczy i beznadziejności. Nadieżda Mandelsztam napisała kiedyś książkę pod tytułem Nadzieja w beznadziejności.

Nie wiem, czy świat islamski może mieć nadzieję w beznadziejności, nie wiem również, gdzie mogą szukać nadziei mieszkańcy Izraela.

Ja już z pociągu Orient Express wysiadam, mając nadzieję, że tymi listami nie wyrządziłem Pani przykrości.

P. S. Oboje jesteśmy silnie związani z hasłem “Nigdy więcej”. Jest tu jednak pewien problem. Umarli mogą być całkowicie pewni, że nikt ich po raz kolejny nie zamorduje, żywi nie mają żadnej gwarancji, że osłonią ich nasze transparenty. Może właśnie dlatego, zdjęcie izraelskiego żołnierza stojącego na torach do Auschwitz jest dla mnie tak wymowne.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com