Opowieść o tragarzach z dzielnicy żydowskiej

Lublin.wyborcza.plSilni, muskularni, ogorzali od słońca. Opowieść o tragarzach z dzielnicy żydowskiej

Adam Kopciowski


Prasa pisała o nich głównie z niechęcią i pogardą. Brudni, głośni, natarczywi, czasem agresywni. Bili się o klientów, współpracowali z półświatkiem. Sprowokowani odpowiadali atakiem. Przedwojenni tragarze z dzielnicy żydowskiej. Jednak dla wielu Żydów byli bohaterami. Silni, muskularni, ogorzali od słońca i wiatru, ludzie z zasadami
Tragarze z lat 30 na ul . Lubartowskiej . Fotomontaż. Zbiory Łukasza Biedki/fotomontaż Jakub Orzechowski

“Nagle potężny, krew mrożący wrzask. Tłum wykrzywionych wściekłych twarzy, splot popychających się, dygocących rąk. horda Malajów otacza nas wokoło, czepia się stopni wehikułu, ściska obręczą stalowych kleszczy, szamoce się, popycha, warczy, odpływa klnącą wrzaskliwą falą i znowu wraca. Przyparci do płóciennej zasłony auta, głusi od wrzasków, bezsilni, zmiażdżeni wściekłym impetem hordy, bez protestu obserwujemy jak wydarte z naszych rąk walizki fruwają w powietrzu, opadają, wznoszą się i nikną wśród rozkrzyczanych łachmaniarzy.” Wbrew pozorom przywołany powyżej fragment listu do jednej z przedwojennych gazet lubelskich nie opisuje wyprawy do dalekiego, orientalnego kraju, lecz sceny rozgrywające się na środku kazimierskiego rynku latem 1925 r., tuż po przybyciu autobusu z Puław.

– Ach, to tylko miejscowi tragarze! – informuje jedną z przerażonych niespodziewanym widokiem współpasażerek autor listu. Odszukawszy następnie szczęśliwego “zdobywcę” jego bagażu, podąża z nim do upatrzonego wcześniej pensjonatu.

Żydowscy tragarze w Lublinie Narodowe Archiwum Cyfrowe

Awanturnicy z Lubartowskiej

Scena z kazimierskiego rynku mogłaby z powodzeniem wydarzyć się w jakimkolwiek innym mieście lub miasteczku II Rzeczypospolitej. Stałym i charakterystycznym widokiem wielu przedwojennych ulic były grupki oczekujących na zarobek tragarzy – silnych, odzianych w zniszczone, obdarte i połatane ubrania mężczyzn z nieodłącznym sznurem do przenoszenia cięższych ładunków okręconym wokół pasa. Spotkać ich można było w miejscach natężonego ruchu, w centrach dzielnic handlowych, przy targach i dworcach. W samym Lublinie głównym punktem zbiorczym tragarzy były okolice ulic Lubartowskiej, Kowalskiej i Świętoduskiej, a zwłaszcza tzw. “Giełda” (zwana popularnie z języków rosyjskiego i jidysz “Birżą”), funkcjonująca na rogu Cyruliczej i Lubartowskiej, gdzie obok głównych bohaterów tej opowieści kręcili się również pokątni handlarze walutą i złotem. Tragarze okupowali także pl. Łokietka (okolice Bramy Krakowskiej oraz latarni naprzeciw Magistratu), dworzec PKP i stację autobusową za Ratuszem. Ci ostatni stanowili swego rodzaju arystokrację tego fachu – posiadali oficjalne, wydawane przez policję legitymacje służbowe oraz specjalne metalowe odznaki z numerami umieszczane na czapkach. Co ciekawe, zawód tragarza wykonywali w Lublinie niemal wyłącznie Żydzi. Wertując stronice przedwojennych gazet, wśród dziesiątek notatek i artykułów poświęconych tej grupie zawodowej niemal w ogóle nie spotyka się nazwisk chrześcijańskich.

Jak wspomina jeden z przedwojennych mieszkańców miasta, tragarze w powszechnym odczuciu znajdowali się niemal na samym dnie drabiny społecznej (“stali niżej niż szewcy czy nawet woźnice”). Porządnych i ustatkowanych obywateli raziły ich obszarpane odzienie, niewdzięczna ciężka praca, a nade wszystko przerażająca nędza, gdyż zdecydowana większość lubelskich tragarzy rekrutowała się spośród najbiedniejszych warstw społeczeństwa, spośród ludzi, których jedynymi atutami były wrodzona lub nabyta tężyzna fizyczna, silne i mocne ręce oraz twarde, przywykłe do noszenia ciężarów plecy.

Zdecydowanie złą opinią cieszyli się lubelscy tragarze również w większości tytułów przedwojennej prasy. Charakteryzowano ich jako wyjątkowo uciążliwą i naprzykrzającą się postronnym grupę zawodową. Już w 1916 r. w “Ziemi Lubelskiej” informowano, że umorusani smołą, mąką i innymi substancjami tragarze “roztrącają publiczność i brudzą jej odzienie”, chodzą środkiem chodnika z ciężarami na plecach, spychając przechodniów na “sam środek ulicy”, tamują ruch, uniemożliwiają przejście, a nade wszystko awanturują się, zachowują się chamsko i nieuprzejmie, głośno klną, biją między sobą, a nawet potrafią porządnie przyłożyć osobom zupełnie im obcym.

Ciężka ręka tragarza

Na początku lat 30. w lubelskich dziennikach aż roiło się od doniesień o burdach między tragarzami, a że wielu z nich miało ciężką rękę, niektóre z bójek miały krwawy przebieg i kończyły się interwencją policji, przyjazdem pogotowia ratunkowego i odwiezieniem poturbowanych do pobliskich szpitali. W grudniu 1931 r. na ul. Furmańskiej mieszkający po sąsiedzku Icek Cukier (Furmańska 17) ciężko pobił Jojnę Kupfersztoka z Nadstawnej 11. Dwa miesiące później w trakcie awantury o “skrzynię z mydłem” oberwało się Izaakowi Frandmanowi z Cyruliczej 17, zaś w październiku 1931 r. ofiarą swoich kompanów stał się niejaki Szwarcberg z Białkowskiej Góry 14. Dokładnie dwa tygodnie wcześniej przybyły do Lublina z Janowa Lubelskiego Hersz Donersztajn “wdał się nieopatrznie w awanturę z tragarzami, z których jeden zadał mu potężny cios pięścią w oko, inny zaś wyrwawszy laskę z rąk począł nią okładać nieszczęśliwego mieszkańca Janowa”. Opisując te i podobne wydarzenia, lubelska prasa ganiła naganne zachowanie miejscowych tragarzy, którzy “przy każdym pakunku staczają istne wojny”, oraz apelowała do władz o interwencję w celu oduczenia ich “meksykańskich sposobów zdobywania pracy”.

Gwoli sprawiedliwości odnotować należy, że nie wszystkie awantury z udziałem tragarzy były prowokacją wyłącznie z ich strony. Zdarzało się – jak w przypadku wesela niejakiej Ryfki Bronsztajn – że Bogu ducha winni tragarze stawali się wręcz ofiarami rozwścieczonych furiatów (zobacz ramka).

Producenci “szwarcówek” i drobni mafiosi

Niechęć wobec środowiska tragarzy ze strony części prasy wzmacniały pojawiające się co jakiś czas informacje o kryminalnej działalności poszczególnych oddziałów tzw. Związku Zawodowego Transportowców, czyli instytucji branżowej zrzeszającej w swych szeregach tragarzy, furmanów, wozaków i nosiwodów. W kwietniu 1931 r. lubelska Izba Skarbowa postanowiła rozprawić się z przynoszącym ogromne straty skarbowi państwa “niecnym procederem” produkcji i handlu papierosami “własnego wyrobu”, zwanymi popularnie “szwarcówkami”. Wiele wskazywało, że gdzieś w mieście działa potajemna fabryka zajmująca się ich wytwarzaniem. Szybko okazało się, że mieści się ona przy ul. Zamkowej, w siedzibie wskazanego wyżej związku zawodowego. W trakcie nalotu udało się wykryć wielkie zapasy “szwarcówek” (kilka tysięcy sztuk) oraz nakryto przy pracy “grupę nieznanych osobników, którzy przybrali groźną postawę wobec funkcjonariuszów Izby Skarbowej”.

Z kolei wiosną 1939 r. policja w Zamościu informowała tamtejszego starostę, że miejscowy oddział Związku Transportowców (ul. Ormiańska 10) został całkowicie opanowany przez element przestępczy. Prezes organizacji – Gecel Lajwand – miał być zawodowym złodziejem, “który na terenie Zamościa dokonał szeregu kradzieży w związku z którymi był wielokrotnie zatrzymywany”. Podobnym fachem, a także paserką, trudnili się i inni członkowie związku, w tym jego wiceprezes. Według doniesień policji Lajwand “zmuszał terrorem” podległych mu tragarzy do oddawania 40 proc. wszystkich zarobków do wspólnej kasy, która funkcjonowała na zasadach funduszu zapomogowego. Gdy któryś z członków związku trafiał do więzienia, wypłacano mu z niej dzienny zarobek “przez cały czas pobytu w kryminale”.

Pariasi na straży honoru

Obok czarnej istnieje także biała legenda lubelskich tragarzy, podtrzymywana przez przedwojenną prasę żydowską oraz powojenne, przesycone atmosferą nostalgii za dawnym, utraconym światem wspomnienia byłych żydowskich mieszkańców Lublina. Dla wielu z nich silni, muskularni, ogorzali od słońca i wiatru tragarze stanowili zaprzeczenie stereotypu wschodnioeuropejskiego Żyda – słabego, wątłego, bladego, pochłoniętego modlitwą lub zatopionego w studiowaniu świętych ksiąg. Przerażająca bieda, która z jednej strony spychała część z nich w objęcia kryminalnego półświatka, była jednocześnie dla wielu pozostałych swoistym katalizatorem, sprzyjającym powstaniu specyficznej etyki zawodowej, dobrej samoorganizacji i – mimo codziennej rywalizacji o zarobek – wewnętrznej spoistości i solidarności. Pochłonięci za dnia brutalną walką o kawałek chleba wieczorami, już po pracy, wspólnie, małymi grupkami schodzili ze swoich “posterunków” i udawali się do szynków i knajp Lubartowskiej i jej przecznic. Ci bardziej pobożni lub po prostu bardziej zmęczeni szli prosto do położonej w samym centrum handlowego Lublina istniejącej do dziś synagogi “Chewra Nosim”, gdzie mieścił się nieformalny “klub tragarzy”. W wielu relacjach dotyczących tego miejsca przewijają się charakterystyczne postacie tragarzy: wycieńczonych ciężką pracą łachmaniarzy, którzy przyszli do swojego “klubu” pogawędzić przy wspólnym stole, ogrzać się przy kaflowym piecu lub też uciąć krótką drzemkę na jednej z ław. Solidarność tragarzy, a także ich przywiązanie do własnej społeczności, uwidaczniały się ze zdwojoną siłą w ciężkich czasach, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba było bronić swoich współbraci przed zagrożeniem z zewnątrz. Gdy wiosną 1919 r. grupy podburzonych rekrutów, młodych chłopów z podlubelskich wsi wtargnęły do dzielnicy żydowskiej, chcąc dokonać pogromu na jej mieszkańcach, to właśnie tragarze zorganizowali skuteczny opór, stoczyli z napastnikami regularną bitwę i wyparli ich poza obszar zamieszkały przez Żydów. “Oni, którzy sami nic nie mieli, ratowali mienie innych” – wspominał jeden z mieszkańców dawnego Lublina, dodając jednocześnie: “oni, pariasi, obronili tego dnia honor lubelskiego żydostwa”.

Hojsze Bu i Rochel Nosiwoda

Wśród tragarzy, wozaków, nosiwodów i innych pokrewnych profesji było wiele charakterystycznych postaci, znanych i popularnych w całym mieście. Znali je z nazwiska, a o wiele częściej z przezwiska lub przydomka, niemal wszyscy mieszkańcy żydowskiego Lublina. Niektórzy z nich urastali wręcz do rangi swoistych bohaterów ludowych, szlachetnych, honorowych i niezłomnych obrońców lubelskiej społeczności żydowskiej, jak chociażby słynący z wielkiej siły tragarz znany pod pseudonimem Hojsze Bu, jeden z organizatorów żydowskiej samoobrony z wiosny 1919 r.

Do takich charakterystycznych, przemierzających lubelskie ulice postaci należała także Rochel di Waser-Tregerin, czyli Rochel Nosiwoda, prawdopodobnie jedyna kobieta w Lublinie trudniąca się roznoszeniem wody, czyli niezwykle ciężkim i wyczerpującym sposobem zarobkowania. Jej nagłe zniknięcie z lubelskich ulic, romans z chrześcijaninem i późniejsza śmierć stały się kanwą barwnej opowieści zamieszczonej w jednej z lubelskich gazet w 1934 r.

Ten sam żydowski dziennik wielokrotnie stawał w obronie tragarzy i opisywał ich ciężką dolę. Broniono ich praw do zarobku, interweniowano, gdy stróże prawa przepędzali ich z ulic, słowem informowano o wszelkich niesprawiedliwościach, nadużyciach i nieszczęściach, które były udziałem tej grupy zawodowej. Najwięcej tego rodzaju wiadomości dotyczyło wypadków komunikacyjnych, do których dochodziło najczęściej w bezpośrednim sąsiedztwie “Birży”, czyli na charakteryzującym się znacznym spadkiem terenu odcinku Lubartowskiej pomiędzy Kowalską i Cyruliczą. I tak np. w czerwcu 1939 r. zjeżdżający w dół, rozpędzony rowerzysta potrącił w tym miejscu tragarza Szmula Musmana, znanego w mieście jako “Szokl”. Poszkodowany upadł, uderzył głową na trotuar i po odwiezieniu do szpitala zmarł.

Pewne nuty sympatii odnaleźć można także w prasie polskiej – jak wspomniano wcześniej – zwykle niechętnej tragarzom. W czerwcu 1931 r. opisywano np. chwytającą za serce historię Joska Blatmana (Lubartowska 21), który, dowiedziawszy się o zaginięciu swojego czteroletniego synka, “odchodził od zmysłów” i zrozpaczony przemierzył całe miasto w jego poszukiwaniu. Gdy przyprowadzony do domu przez sąsiada chłopczyk w końcu się odnalazł, zaczęto szukać jego ojca. Natrafiono na niego późnym wieczorem przy ul. Kościuszki. Słysząc radosną nowinę, tragarz “zemdlał z radości” i upadł na ziemię, boleśnie rozbijając głowę.

Przywołany we wstępie autor listu o “hordzie Malajów” z kazimierskiego rynku wdał się w dłuższą rozmowę z jednym z nich, tragarzem, który “upolował” jego bagaż. Pogawędka upłynęła w miłej atmosferze, a “czcigodny rozmówca” udzielił przyjezdnemu “wiele cennych informacji, z głębi poczciwego serca płynących rad i genialnych uwag będących wynikiem wieloletnich filozoficznych refleksji”.

* Dr hab. Adam Kopciowski jest adiunktem w Zakładzie Kultury i Historii Żydów UMCS

Były narzeczony pokrajał nożem gości weselnych

Pani Ryfka Bronsztejn, znana ogólnie w dzielnicy żydowskiej lokatorka domu przy ul. Szerokiej 16, wychodziła po raz drugi za mąż. Na wesele zaprosiła licznych gości, wśród których było bardzo wielu tragarzy, lubiących wypić jak się należy. Kiedy zabawa doszła do punktu kulminacyjnego, zjawił się na Sali nieproszony gość. Był nim niejaki Berek Genychter, znany policji awanturnik, który przed pierwszym jeszcze ślubem pani Ryfki był jej narzeczonym. Genychter dopiero przed miesiącem opuścił celę więzienną. Zjawienie się jego na Sali wywołało ogólną konsternację. Berek Genychter zażądał wódki i zaczął się w nader nieodpowiedni sposób zachowywać w tak uroczystej chwili. Wywołało to odpowiednią reakcję ze strony tragarzy, którzy są równie skorzy do bitki, jak do wypitki. Genycher jednak, który jest szewcem z zawodu, dobył ostrego noża i zadał rany następującym gościom: Cukierman Izrael zam. Kalinowszczyzna 3, Frydman Dawid zam. Lubartowska 41, Wajsbrot Jankiel zam. Nadstawna 16 i Marmersztajn Froim zam. Szeroka 52.

Dopiero interwencja policji zakończyła krwawą awanturę.

“Ziemia Lubelska”, 13 września 1927 r.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com