Zaginione dzieci Izraela

Wyborcza.plZaginione dzieci Izraela

ROBERT STEFANICKI
i MACIEJ CZARNECKI


1949 r. – jemeńscy Żydzi przemierzają pustynię w drodze do obozu w pobliżu Adenu. To stamtąd ewakuowano uchodźców w ramach operacji ‘Zaczarowany dywan’ * GOVERNMENT PRESS OFFICE *

Nawet kilka tysięcy dzieci mogło zostać odebranych rodzinom migrującym do Izraela w pierwszych latach jego istnienia. Rządowa komisja ma zbadać, czy państwo maczało w tym palce.

Izrael był i jest dumny z operacji „Zaczarowany dywan”, w ramach której w latach 1949-50 potajemnie ewakuowano z Jemenu 49 tys. Żydów. Ale Jona Josef nie może powstrzymać płaczu na wspomnienie tego, co zdarzyło się potem.

Wraz z innymi Jemeńczykami umieszczono ją w obozie przejściowym. Na miejscu ktoś poprosił, by zaniosła swoją czteroletnią siostrę na rutynowe badania. – W klinice kazano mi iść do domu. Powiedzieli, że później oddadzą Saadię – opowiada Jona „Washington Post”. – Nic nie wiedziałam. Sama byłam dzieckiem.

Nigdy już nie zobaczyła siostry.

Poseł Nurit Koren kierujący parlamentarnym lobby na rzecz wyjaśnienia zagadki skradzionych dzieci ma ponad tysiąc udokumentowanych przypadków. Inni aktywiści szacują, że w pierwszych latach istnienia Izraela nawet osiem tysięcy dzieci mogło zostać odebranych rodzicom. Uważają, że je sprzedawano albo dawano bezdzietnym parom żydowskim w Izraelu i USA. Poszkodowani najczęściej słyszeli tłumaczenie, że ich dziecko zmarło.

Ofiary rasizmu

W lipcu premier Beniamin Netanjahu ogłosił, że „znosi immunitet” tej sprawie, i wyznaczył swojego ministra Cachiego Hanegbiego, by „odkrył prawdę”. – To otwarta rana krwawiąca w wielu jemeńskich rodzinach, które nie wiedzą, co się stało z ich dziećmi – powiedział premier.
Na razie Hanegbi ustalił to, co już wiadomo: że dzieci naprawdę znikały. Brały w tym udział pielęgniarki, lekarze, pracownicy socjalni i państwowi urzędnicy. Ale czy polecenie szło z góry?

– Uważamy, że był to proceder zorganizowany – twierdzi poseł Koren. – Jeśli naprawdę tak było, państwo powinno to przyznać i wziąć na siebie odpowiedzialność.

Nie tylko poszkodowane rodziny są przekonane, że padły ofiarą rasizmu aszkenazyjskich (pochodzących z Europy) elit rządzących Izraelem, które zawsze skrycie pogardzały sefardyjskimi (arabskojęzycznymi) ziomkami. Jeśli tak, byłby to kolejny przypadek „skradzionego” pokolenia, jak w Australii i Kanadzie, gdzie dzieci odbierano autochtonom, zamykano w internatach i zmuszano do przeobrażenia się w białego – czytaj cywilizowanego – człowieka.

Dziennikarz Jonathan Cook tłumaczy, że arabskich Żydów sprowadzano do Izraela w pierwszej dekadzie istnienia państwa, by wygrać wojnę demograficzną z Palestyńczykami; mieli też być siłą roboczą. Ale widziano w nich również zagrożenie.

Pierwszy premier Dawid Ben Gurion obawiał się, że pomimo wspólnej religii mogą popsuć kulturę żydowskiego państwa, wnosząc „ducha Lewantu”. Syjonistyczne kierownictwo uważało, że dorosłych nie da się oduczyć „prymitywizmu”, ale ich dzieci – owszem. „Trzeba je zreformować poprzez edukację i wpojenie nienawiści do wszystkiego, co arabskie. Będzie to łatwiejsze, jeśli oddzieli się je od biologicznych rodzin” – pisze Cook.

Zniknięci na Cyprze

Jeśli coś w tej analizie nie przekonuje, to to, że ginęły nie tylko dzieci sefardyjskie. Dziennik „Haarec” opublikował obszerny reportaż o rodzinach, które przeżyły Holocaust w Europie i spotkał je ten sam los. Do zniknięć często dochodziło w brytyjskim obozie przejściowym na Cyprze.

Na początku 1947 r. pochodzący z Polski 25-latek Mosze i 20-letnia Miriam z Ukrainy próbowali dotrzeć do Palestyny, ale Brytyjczycy zawrócili ich statek i kazali czekać na Cyprze. Tam urodził się Zelig, który zachorował w wieku czterech miesięcy. Matka zabrała go do kliniki prowadzonej przez organizacje syjonistyczne. Kazano jej zostawić dziecko i wracać do domu. Następnego ranka Mosze i Miriam dowiedzieli się, że Zelig zmarł. Rodzicom odmówiono okazania ciała.

To nie koniec dziwnych zdarzeń. W lutym 1948 r. małżeństwo dostało miejsce na statku do Izraela. Organizujący aliję (emigrację) izraelski urzędnik zażądał, by potwierdzili, że Zelig jedzie z nimi.

– Ależ on nie żyje! Nie chcemy kłamać! – wzburzyli się Mosze i Miriam. W końcu jednak ulegli, licząc, że jeśli w papierach będą figurowali jako para z dzieckiem, to może dostaną od władz lepsze mieszkanie.

Po wielu latach Mosze odnalazł w izraelskim domu starców pielęgniarkę, która zabrała Zeliga.
– Wyznała, że sprzedali go za pięć tysięcy dolarów bezdzietnej parze – opowiada „Haarecowi” siostra Zeliga Efrat. 95-letni Mosze wciąż żyje nadzieją, że jakimś cudem syn się odnajdzie.

Jedna z pochodzących z Europy kobiet, która wciąż szuka swojej siostry, powiedziała dziennikarzom, że odbieranie dzieci nie miało źródła w rasizmie, lecz „arogancji weteranów wobec nowych imigrantów”. Jednak według raportu z 2001 r. przypadków znikania dzieci europejskich i amerykańskich było tylko 30, czyli bez porównania mniej niż jemeńskich.

Rodziny czekają na prawdę

W ciągu półwiecza kwestią zaginionych zajmowały się trzy państwowe komisje. Zgodnie dochodziły do wniosku, że większość dzieci zmarła z powodu chorób, a pozostałe mogły zostać oddane do adopcji.
Poszkodowane rodziny nie chcą się pogodzić z taką wersją, czekają na prawdę.

– Była to straszliwa zbrodnia na niebywałą skalę – mówi „Washington Post” Jael Cadok, były dziennikarz zaangażowany w sprawę od 30 lat. Dziś działa w organizacji Achim Wekajamim (Bracia Wciąż Istnieją), która próbuje połączyć rozdzielone rodziny. Udało się to w kilkudziesięciu przypadkach.

SKRADZIONE POKOLENIA

Australijskie władze od XIX w. do końca lat 60. XX w. systematycznie zabierały dzieci aborygeńskim matkom, uzasadniając to chęcią zapewnienia opieki i polityką asymilacji.

Wysyłano je do misji, szkół i instytucji opiekuńczych, które według Doris Pilkington, autorki znanej książki na ten temat „Follow the Rabbit Proof Fence”, przypominały bardziej obozy koncentracyjne: dormitoria zamykane na klucz, surowe regulaminy, izolatki dla niepokornych… Podopiecznym nie wolno było używać ojczystego języka. W najlepszym wypadku czasem dostawali list od rodziny.

Wymagano od nich pracy fizycznej już od młodych lat, a edukacja była w dużej mierze fikcją. Zwłaszcza dziewczynki były narażone na molestowanie seksualne, co w 1997 r. opisywał głośny raport specjalnej komisji praw człowieka i równych szans „Bringing Them Home”.
W 2008 r. ówczesny premier Australii Kevid Rudd przeprosił w parlamencie wszystkich Aborygenów za politykę, która „wywołała głębokie cierpienie, żal i straty”. Przyznał, że dzieci zabrane z domów należały do „straconych pokoleń”.

W tym samym roku przeprosiny wystosował do rdzennych ludów Kanady premier tego kraju Stephen Harper. Opowiadał przed parlamentem o tworzonych od lat 80. XIX w. szkołach z internatami dla Indian, Metysów i Inuitów, które funkcjonowały przez całe stulecie (ostatnią w Saskatchewan zamknięto w 1996 r.). Według Harpera trafiło do nich ponad 150 tys. dzieci.

– Nadrzędnym celem było zabieranie dzieci i izolowanie ich od wpływów domów, rodzin, tradycji i kultur oraz ich asymilacja w dominującej kulturze. Ten cel wynikał z założenia, że rdzenne kultury i wierzenia duchowe były pośledniejsze i nierówne. Niektórzy próbowali, jak głosi haniebne powiedzenie, zabić Indianina w dziecku. Dziś uznajemy, że taka polityka była zła, wyrządziła ogromną krzywdę, i nie ma na nią miejsca w naszym kraju – przemawiał Harper.

Kanadyjczycy postanowili wypłacić odebranym dzieciom odszkodowania. W 2006 r. rząd zawarł ugodę z przedstawicielami poszkodowanych opiewającą na 2 mld dol. 80 tys. osób miało otrzymać po 10 tys. dol. za pierwszy rok spędzony w szkole i 3 tys. dol. za każdy kolejny. Na dodatkowe odszkodowanie mogły liczyć ofiary kar fizycznych i molestowania seksualnego. Większość pieniędzy wypłacono do końca 2012 r.
W Australii podobne fundusze stworzyły Tasmania i Australia Południowa. W innych stanach i terytoriach można dochodzić sprawiedliwości w sądach powszechnych, ale nie jest to łatwe. MC


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com