TRZY KLOCKI W PUZZLACH – ROZMOWA Z PIOTREM PAZIŃSKIM

TRZY KLOCKI W PUZZLACH – ROZMOWA Z PIOTREM PAZIŃSKIM

Adam Pluszka


Trzy klocki w puzzlach

ADAM PLUSZKA: W skali od jeden do dziesięć, jak trudny jest hebrajski?

PIOTR PAZIŃSKI: Nie wiem, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Nie znam przecież wszystkich języków świata, trudno mi zatem skonstruować taką skalę.

Ale znasz angielski i zakładam, że co najmniej liznąłeś kilka innych, przez kilka lat zajmowałeś się multilingwistycznym Joyce’em.

Nie zajmowałem się multilingwistycznym Joyce’em, tylko angielskim Joyce’em, czyli „Ulissesem”. Nigdy nie zmordowałem „Finnegans Wake”. Język angielski znam pewnie lepiej niż hebrajski, mówię w nim płynnie, ale to wciąż zbyt mała próba. Ostrożnie powiem: hebrajski jest znacznie łatwiejszy od francuskiego. Może jak niemiecki. Nie, bez sensu są takie porównania.

Przy okazji prac nad doktoratem nie korciło cię, żeby przełożyć „Ulissesa” jeszcze raz?

Nie, nie korciło. Znam zalety i mielizny przekładu Macieja Słomczyńskiego, umiałbym to i owo poprawić, ale to stanowczo za mało, żeby myśleć o nowym przekładzie, który uniezależni się od tamtego. Tu potrzebny byłby nowy klucz językowy – obejmujący całą powieść, a nie tylko poprawiający po Słomczyńskim. Wiedziałbym, jak zrobić to z niektórymi środkowymi epizodami. Tutaj język Słomczyńskiego zestarzał się, jego pogawędki w pubach brzmią nazbyt peerelowsko. Znowuż pierwsze epizody, zależne od przedwojennego przekładu „Portretu artysty”, rażą pewną staroświeckością, której nie ma w oryginale. Są sztywne. Ale jak zrobić „Woły słońca”, czyli epizod ilustrujący rozwój angielszczyzny? Zrezygnować z tych wszystkich Pasków i Sienkiewiczów, skolacjonować z nowymi przekładami angielskiej klasyki? Uznać, że tu Słomczyński utrafił? Nie wiem. A jak przełożyć pierwsze zdanie drugiej części powieści, czyli pierwsze zdanie epizodu czwartego, tak żeby uratować literę M, jedną z trzech liter figury sylogizmu, która patronuje trzem częściom „Ulissesa”: „Mr Leopold Bloom ate with relish…”. „Miał pan Leopold Bloom upodobanie…”?, „Mr Leopold Bloom jadał z upodobaniem”? Nie wiem. Jak inaczej napisać po polsku Eumajosa? Albo Cyklopów? Nie mam pomysłu. Może powinien to zrobić ktoś, kto zna wyłącznie oryginał i nigdy nie czytał Słomczyńskiego?

Czekasz na przekład Macieja Świerkockiego?

Tak, oczywiście. Bardzo jestem ciekaw, co mu się uda.

Wrócę do zadanego pytania: hebrajski jest trudny?

Hebrajski uchodzi za nieprzystępny ze względu na swój alfabet, ale przecież są to zwyczajne 22 litery alfabetu semickiego, który po pewnych przekształceniach dał system znaków znany z greki, no i z łaciny. Alef, bet, gimel, dalet. Alfa, beta, gamma, delta. A, b, c, d. Brzmi znajomo, prawda? Owszem, hebrajski zapisuje się od prawej do lewej, ale to rzecz, do której można łatwo przywyknąć, wymaga tylko pewnej konwersji uwagi, przełamania przyzwyczajeń wzroku. Trudniejsza sprawa to brak minuskuły – a w związku z tym naturalnych dla oka wyćwiczonego na alfabecie łacińskim wyróżników w tekście – oraz samogłosek. Technicznie rzecz biorąc, wszystkie litery alfabetu hebrajskiego – od alef do taw – to spółgłoski, samogłoski zapisuje się, albo się ich nie zapisuje, za pomocą znaków diakrytycznych. W tekście książki przeważnie ich nie ma, a to one w dużej mierze odpowiadają za gramatykę i za słowotwórstwo, i oczywiście za wymowę (językoznawcy powiedzieliby: wokalizację) poszczególnych słów. Trzeba więc je znać, żeby wiedzieć, jak się je czyta. Zupełnie jak w tytule „kabalistycznej” płyty Madonny: „MDNA”. W słowniku naturalnie te samogłoski – zapisywane za pomocą kropek, kresek i ptaszków umieszczanych pod, względnie nad literą – są i umożliwiają naukę języka. Ponieważ większość hebrajskich słów ufundowana jest na 2–3-literowych rdzeniach spółgłoskowych, od samogłosek zależy słowotwórstwo. Z drugiej jednak strony już sam rdzeń, niczym trzy klocki w puzzlach, denotuje zakres semantyczny całej rodziny wyrazów. Rdzeń „s-f-r” znaczy tyle, co „opowiadać”, „głosić”. Wyrasta z niego całe kłącze słów: „siper” (opowiadać), „sipur” (opowiadanie), „sefer” (książka), „sofer” (pisarz), „sifrija” (biblioteka) itd.

„Szofar” też?

Nie, to akurat inny rdzeń. „Sz-p-r”. Od tego rdzenia wywodzi się cała rodzina słów oznaczających to, co piękne, przyjemne, urokliwe, upiększane itd.

Wszystko to skomplikowane.

Czytanie hebrajskiego tekstu, wyłuskiwanie rdzeni, składanie ich na nowo i tłumaczenie przypomina układanie puzzli. Nie jest to trudne zajęcie, zwłaszcza dla wzrokowca.

Czytanie hebrajskiego tekstu, wyłuskiwanie rdzeni, składanie ich na nowo i tłumaczenie przypomina układanie puzzli. Nie jest to trudne zajęcie, zwłaszcza dla wzrokowca

Zaczekaj. Dobrze rozumiem, że nie znając jakiegoś słowa, można nie wiedzieć, jak je przeczytać?

Owszem. Oto najbardziej znany przykład: zbitkę „m-d-b-r” można przeczytać jako „medaber” (mówię) albo „midbar” (pustynia). Wychodzi więc dwuznaczność, którą z pożytkiem eksploatuje hebrajska egzegetyka. Ale zasadniczo słowa mają jednoznaczną – czyli jeden-do-jeden – wokalizację. Ot, po prostu trzeba wiedzieć, że „s-f-r” to „sefer”. Ale czy taka wiedza nie jest konieczna w angielskim albo francuskim, gdzie wymowa tak bardzo odbiega od zapisu i również bywa niekonsekwentna, jak np. „mood” i „blood”?

Coś jak polskie diakrytyki: paczki-pączki, laska-łaska, sad-sąd?

To trochę inaczej działa. W przykładach, które podałeś, podmianie ulega jedna z liter tematu. L to nie Ł. A to nie Ą. Hebrajskie rdzenie (tematy) są stałe, ale mogą zostać na różne sposoby „ożywione” – samogłoskami oraz innymi spółgłoskami, które pełnią funkcję operatorów. Wróćmy do przykładu z rdzeniem „s-f-r”: „Książka” to „SeFeR”; „MeSaPeR” – „opowiadam” w czasie teraźniejszym rodzaju męskiego; „SiPuR” – „opowiadanie”; „SoFeR” – „pisarz”; „SiFRiJa” – „biblioteka”, „książnica”, „SiFRuT” – „literatura”. A więc mamy trzy podstawowe klocki, pomiędzy które wchodzą inne, jedne będące spółgłoskami, inne samogłoskami. Teraz jaśniej?

Przepraszam, ale muszę o to zapytać, zawsze mnie to ciekawiło, a że rozmawiamy… Kabała. Nic z tego nie rozumiem. Za mało się staram, czy tego nie da się pojąć?

Kabała znaczy tyle, co „tradycja”, ale też „przyjmowanie”. Jest terminem zbiorczym na określenie mistycyzmu żydowskiego, tradycji i praktyki religijnej, która towarzyszy Żydom od niepamiętnych czasów i jest obok kazuistyki prawnej i interpretacji rabinicznej jednym z zasadniczych obszarów zainteresowań judaizmu. Nie można streścić kabały w jednym zdaniu, bo to tak, jakby ktoś pytał o streszczenie filozofii.

Mówiąc najogólniej, w żydowskim doświadczeniu religijnym Bóg najsilniej objawia się poprzez język – tekst Tory i wszystkich komentarzy, które z Tory wyrastają. Podług niektórych poznawalny jest wyłącznie w tekście, a nie np. w dziele stworzenia albo w bezpośrednim doświadczeniu mistycznym, jakiejś jedności z boskością. W pewnym sensie Bóg jest językiem (hebrajskim) i jest tekstem. Kabalista tedy wgryza się w tekst, bada go, studiuje, stara się dostrzec wewnętrzne asocjacje, ukryte sensy, analogie pomiędzy słowami, i z nich buduje sensy nowe. Wtenczas we własnym poczuciu znajduje się bliżej Boga. Kabalista siedzi w księgach i studiuje substancję języka. Ale to uproszczony obraz. Dla pobożnego kabalisty równie ważne jest przecież wypełnianie prawa i dobre uczynki, niekiedy także wpływanie na świat, żeby stał się miejscem lepszym do życia.

Czy możliwy jest kabalista ateista?

Tradycyjnie zapewne nie, no bo co to za kabalista, który w wersetach Tory i w słowach komentarzy nie dostrzega transcendencji? Zasadniczo wszyscy kabaliści byli pobożnymi Żydami i nie wątpili w istnienie Boga Izraela, Króla Świata i stwórcy nieba i ziemi, niechaj będzie błogosławiony on i jego święte imię. Studiowanie tekstu dla niego samego byłoby dla nich zajęciem jałowym, pustym przestawianiem liter. Ale wyobrażam sobie kabałę bez pewności istnienia transcendencji, a przynajmniej istnienia osobowego Boga, jakim go czyni religia. Kabałę, która, owszem, skupia się na tekście, ale nie twierdzi, że poza tekstem nic nie ma, względnie że świat jest z tekstem tożsamy i wobec tego wypełniony sensem, zamknięty we własnej immanencji i samowystarczalny. To coś poza to może być nicość albo pewien brak, na przykład świadomość bezpowrotnie utraconej tradycji. Kiedy w tekście, także świeckim, rozwierają się szczeliny wiodące na drugą stronę, ku nieobecności, ku temu, co było, a nie jest, ale nadal stanowi podszewkę rzeczy. To również jest kabała.

Wyobrażam sobie kabałę bez pewności istnienia Boga. Kabałę, która skupia się na tekście, ale nie twierdzi, że poza tekstem nic nie ma. To może być pewien brak, świadomość bezpowrotnie utraconej tradycji

czytaj dalej tu. TRZY KLOCKI W PUZZLACH..


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com