Archives

Brooklyn Nets Forward Michael Porter Jr. Defends Deni Avdija Against Hate for Representing Israel


Brooklyn Nets Forward Michael Porter Jr. Defends Deni Avdija Against Hate for Representing Israel

Shiryn Ghermezian


Mar 2, 2025; Cleveland, Ohio, USA; Portland Trail Blazers forward Deni Avdija (8) drives to the basket against Cleveland Cavaliers guard Ty Jerome (2) and forward Dean Wade (32) during the second half at Rocket Arena. Photot: Ken Blaze-Imagn Images via Reuters Connect

Brooklyn Nets forward Michael Porter Jr. defended fellow NBA player and Trail Blazers forward Deni Avdija against the hate he receives for representing his home country of Israel.

Porter Jr. recently made an appearance on a live stream with YouTuber N3on and mentioned that Avdija is a player who gets to the free-throw line often. N3on then commented that Avdija “gets a lot of hate,” referring to hate messages on social media, even though “he’s a good player.” When Porter asked the streamer if Avdija is criticized because he is Jewish, N3on replied yes.

“Really? What are people mad about?” Porter asked.

“Because he wore a flag or something,” N3on replied, referring to Avdija’s public display of pride for Israel, such as wearing a jersey featuring an Israeli flag or draping himself in an Israeli flag on the court.

“It’s so weird,” Porter said in response. “Do people not want others to represent their country? What do they expect from him?” 
.

Avdija, who is set to become a free agent in 2028, is the first Israeli to be named an NBA All-Star and last month became the first Israeli to reach and win an NBA Playoff game. Unfortunately, the Portland Trail Blazers ended their 2025-26 season last week with a 114-95 loss to the San Antonio Spurs in the first round of the 2026 playoffs.

Earlier the year, Avdija spoke to The Athletic about the hate that he receives as an NBA player from Israel.

“I obviously stand for my country, because that’s where I’m from. It’s frustrating to see all the hate,” he said. “Like, I have a good game or get All-Star votes, and all the comments [on social media] are people connecting me to politics. Like, why can’t I just be a good basketball player? Why does it matter if I’m from Israel, or wherever in the world, or what my race is? Just respect me as a basketball player.”

“You don’t have to love what I stand for or how I look, but if I’m a good player, give props,” Avdija added. “All this hate … for no reason, like I’m deciding things in the world … I’m from there, and I respect my country, and I stand behind it. I’m a proud Israeli because that’s where I grew up. I wouldn’t be where I am today if it weren’t for Israel and the support the people and fans gave me. But all the extra stuff around it? It’s just unnecessary.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje ten umiera – mija 60 lat od śmierci Stanisława Jerzego Leca


Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje ten umiera – mija 60 lat od śmierci Stanisława Jerzego Leca

Paweł Tomczyk (PAP)


STANISŁAW JERZY LEC – 1964 R. PAP/CAF-ARCHIWUM

Potrafił jak najkrócej powiedzieć jak najwięcej – ocenił pisarz i satyryk Andrzej Nowicki. 7 maja 1966 roku zmarł satyryk, poeta i aforysta Stanisław Jerzy Lec, autor m.in. „Myśli nieuczesanych”. Miał 57 lat. „Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje ten umiera” – zdążył napisać.

Pogrzeb Stanisława Jerzego Leca odbył się 11 maja 1966 r.

„Na cmentarzu komunalnym, dawnym cmentarzu wojskowym na Powązkach zebrali się w środę rano, przy dusznej, bezwietrznej pogodzie, literaci warszawscy prawie bez wyjątku, ażeby oddać ostatni hołd koledze i przyjacielowi. Prezes Związku Literatów Jarosław Iwaszkiewicz i Artur Międzyrzecki pełnili w wartę przy katafalku, kompania honorowa prezentowała broń, oddała salut honorowy. Dwie panie, stojące obok mnie, zadrżały przy huku wystrzałów. Przypomniała mi się refleksja Leca: »Niech żywi zachowają ciszę na cmentarzu, jeśli potrafią to nawet umarli«. I jedno z jego typowych westchnień: »Szkoda, że do raju jedzie się karawanem!«. Pogrzeb państwowy dla satyryka!” – wspominał Karl Dedecius, który o śmierci Leca dowiedział się dzień wcześniej, z gazety rozdawanej w samolocie LOT-u lecącym z Frankfurtu nad Menem do Warszawy.

„Od dłuższego czasu nie dostawałem listów od niego, dopiero drogą okrężną dowiedziałem się o groźnym stanie jego zdrowia. W maju postanowiłem z dobrymi wieściami wydawniczymi i odrobiną nadziei pojechać do Warszawy” – wyjaśnił Dedecius. Przetłumaczone przezeń „Myśli nieuczesane” osiągnęły w Niemczech nakład ok. 2 mln egzemplarzy.

„»Niech żywi zachowają ciszę na cmentarzu, jeśli potrafią to nawet umarli«. I jedno z jego typowych westchnień: »Szkoda, że do raju jedzie się karawanem!«. Pogrzeb państwowy dla satyryka!”

Najzwięźlej – i aforystycznie! – twórczość Stanisława Jerzego Leca podsumował pisarz i satyryk Andrzej Nowicki (1909-86). „Osiągnął ideał: potrafił jak najkrócej powiedzieć jak najwięcej” – ocenił, cytowany w opracowaniu Wandy Leopold pt. „Myślę, że jestem… Portrety wielokrotne. Wspomnienia i szkice o Stanisławie Jerzym Lecu” (1974).

W audycji Moniki Małkowskiej „Kwadratura Kultury” (Polskie Radio 24, 2020) architekt i varsavianista Tomasz Lec ocenił, że bon moty jego ojca z biegiem lat nabierają aktualności – pisząc: „Można mieć profil nie mając twarzy” przewidział powstanie Facebooka, zaś aforyzmem: „Omijam ludzi – rzekł pewien ich przyjaciel, aby im nic złego nie zrobić” opisał sytuację społeczną wywołaną pandemią.

Stanisław Jerzy Lec – a właściwie Stanisław Jerzy de Tusch-Letz – urodził się 6 marca 1909 r. we Lwowie, w uszlachconej rodzinie żydowskiej – był synem barona Benona de Tusch–Letza i Adeli z domu Safrin. Wychowanek gimnazjów we Lwowie i Wiedniu, maturę uzyskał w 1927 roku we Lwowie i podjął studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza – po roku polonistyki przeniósł się na prawo. W 1928 r. debiutował wierszem „Wiosna” w 13. numerze krakowskiego „Kuriera Literacko–Naukowego”.

„Potwierdzał swoim życiem prawdziwość własnych najbardziej paradoksalnych maksym. Dziedzic baronowskiego tytułu na przekór swojej sferze miał zdecydowanie lewicowe poglądy. Trójczłonowe nazwisko skrócił i spolszczył do prostego: Lec, co po hebrajsku oznacza wesołka, ale i bystrego obserwatora, który to, co widzi, »na swój sposób interpretuje i wyjaśnia«” – napisał Janusz R. Kowalczyk (culture.pl, 2017).

„Lec (albo Letz, według pisowni starszych dowodów osobistych rodziny w Wiedniu) znaczy po hebrajsku dowcipniś, satyryk. Staroniemieckie słowo »Letze« – fortyfikacja graniczna, wał ochronny – nadaje mu politycznej wagi. Czasownik »letzen« znaczy, paradoksalnie, zarówno krzepić, orzeźwiać, jak i dręczyć, przygnębiać. Myśli Leca krążyły wokół rzeczy ostatecznych (niem.: »letzte Dinge«). I w reszcie — i na koniec — rzeczownik niemiecki »Letzt« oznacza wieczerzę pożegnalną, stypę” – wyjaśnił Karl Dedecius w artykule „Lec: temat, forma, źródło z krótkim prologiem i epilogiem (pierwszego spotkania i ostatniego spaceru)”, opublikowanym w „Kwartalniku Literackim” (1973).

„Osiągnął ideał: potrafił jak najkrócej powiedzieć jak najwięcej.”

„Związany ze środowiskiem lewicy społecznej należał do ścisłego grona współzałożycieli pisma »Tryby«, które zostało niemal natychmiast zamknięte przez władze po ukazaniu się pierwszego numeru (1931, nr 1). Współpracował z komunistycznym »Dziennikiem Popularnym« w latach 1933-36, na łamach którego publikował pod pseudonimem »Stach« stały codzienny felieton pt. »Przed sądem nieostatecznym« oraz niedzielny felieton pt. »Przed sądem ostatecznym«” – napisano na stronie diapozytyw.pl. „Stworzył wraz z Leonem Pasternakiem kabaret literacki »Teatr Pętaków«, który został zamknięty po kilku przedstawieniach. Po zamknięciu przez władze »Dziennika Popularnego«, w obawie przed aresztowaniem, wyjechał na krótko do Rumunii, później przebywał u matki na Podolu, gdzie pracował jako aplikant adwokacki w Czortkowie, by znów powrócić do Warszawy i kontynuować swa działalność literacką. W latach 1936-37 współpracował z »Lewarem« – pismem założonym przez Pasternaka (tytuł pochodził z gry słów: »Lewar – Lewi Artyści«), w latach 1936-38 z tygodnikiem »Sygnały«. Podjął także współpracę z pismami satyrycznymi takimi jak: »Cyrulik Warszawski« (od 1931) i »Szpilki« (od 1937), »Czarno na białem«(1938-39)” – dodano.

Po wybuchu II wojny światowej znalazł się w okupowanym przez ZSRS Lwowie, gdzie uczestniczył w życiu literackim – podjął współpracę z „Nowymi Widnokręgami”. 19 listopada 1939 r. podpisał oświadczenie pisarzy polskich witające przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Ukrainy Sowieckiej. W 1940 r. wstąpił do Związku Sowieckich Pisarzy Ukrainy.

„W »Czerwonym Sztandarze« publikował między innymi teksty do propagandowych rysunków satyrycznych Franciszka Pareckiego. Z tego okresu pochodzi szereg jego utworów zgodnych z oczekiwaniami władz radzieckich, między innymi pierwszy polski wiersz opiewający Stalina. Jacek Trznadel napisał: w powojennej historii literatury biografia Leca uległa zafałszowaniu. Lec pozostał w literaturze przede wszystkim jako autor zbioru aforyzmów »Myśli nieuczesane«, tłumaczonego także na inne języki. A przecież w grupie pisarzy komunistycznych we Lwowie Lec należał do najaktywniejszych apologetów zaboru i systemu sowieckiego. Ogłaszał w pismach sowieckich reportaże, tłumaczenia z politycznej poezji sowieckiej, wiersze, satyry. W jednej z satyr grozi deportacją za łapownictwo, w innej atakuje polską emigrację polityczną, co oznaczało także atakowanie konspiracji lwowskiej, rozstrzeliwanej przez okupanta. To wszystko uległo po wojnie, a i dziś ulega zatarciu” – przypomniał Janusz R. Kowalczyk.

Po wkroczeniu 30 czerwca 1941 r. Niemców do Lwowa Lec został osadzony w obozie pracy przymusowej w Tarnopolu.

„Miał trzydzieści cztery lata, kiedy kopał sobie grób. Nie położył się? w nim, tylko jak w starym, dobrym powiedzeniu uciekł grabarzowi spod łopaty. Był rok 1943. Lec był komunista?, Żydem, synem dobrze sytuowanych rodziców, którzy przeszli na chrześcijaństwo, ale to nie miało znaczenia. Ojciec, baron Tusch-Letz, z bogatej rodziny, która pamiętała wędrówkę z hiszpańskiej diaspory przez Niemcy do Galicji, do Lwowa, gdzie Stanisław się urodził, i matka, córka zamożnego ziemianina, dalecy byli od socjalnego kontekstu, w którym mogłyby się zrodzić idee braterstwa, wolności i równości. W przypadku Leca tylko solidne wykształcenie i żydowskie pochodzenie – czyli przynależność do mniejszości i wykluczenie z mentalnych i duchowych zwyczajów większości – sprawiły, że zbliżył się do religii o nazwie proletariacki internacjonalizm” – napisał bośniacki literat Miljenko Jergović w tekście „Stanisław Jerzy Lec. Bo´g i aforyzm” (2013).

Przypomniał, że Lec był również autorem prozy – krótkiej i skondensowanej. „Gdy kopałem ten kawałek fosy, który miał być moim grobem, i gwizdałem cicho i mechanicznie jakąś arietkę z Nietoperza, rzekł pilnujący mnie SS-owiec: »Jesteś cynikiem!«. Nie czuł widocznie do mnie sympatii” – pisał Lec.

W ukradzionym niemieckim mundurze przedarł się do Warszawy, gdzie zaangażował się w działalność konspiracyjną w Gwardii Ludowej, do stycznia 1944 r. wchodził w skład redakcji organu okręgowego GL „Żołnierz w Boju”. Jako oficer AL brał udział w walkach partyzanckich, m.in. uczestniczył w bitwie pod Rąblowem. Literackim dokumentem tego czasu jest poetycki „Notatnik Polowy”. Później współredagował propagandowe pisma Polskiej Partii Robotniczej „Żołnierz w Boju” i „Wolny Lud”. Po wkroczeniu Armii Czerwonej został majorem Ludowego Wojska Polskiego.

Po wojnie wraz z Jerzy Zarubą i Leonem Pasternakiem wznowił w Łodzi tygodnik satyryczny „Szpilki”. W latach 1946-50 przebywał w Wiedniu jako attache prasowy Polskiej Misji.

„Byłem 2 lata w obozie śmierci, uciekłem znad grobu do Warszawy, potem robota konspiracyjna, potem partyzantka, potem wojsko, teraz służba dyplomatyczna. Słowem żywot człowieka poczciwego. Łatwo napisać, trudniej przeżyć, ale najtrudniej na nowo napisać. Dlatego o obozie jeszcze nie napisałem. O partyzantce mało” – pisał Lec z Wiednia do przyjaciół – Anny Kamieńskiej (1920-86) i Jana Śpiewaka (1908-67).

„Sięgając po formułę starożytnych sentencji, posługując się ostrym dowcipem, kalamburem, grą słów, konceptem językowym, konceptem poetyckim, skrótem myślowym, Lec budował wyjątkowo trafny komentarz do współczesnych zjawisk społecznych i politycznych.”

Z Wiednia nie wrócił do kraju, wyemigrował do Izraela. Został skreślony z listy członków Związku Literatów Polskich, a jego utwory objęto zapisem cenzury i wycofano z bibliotek.

W 1952 r. jednak wrócił – sam bez żony i dzieci – do Polski, co wywołało sensację. „Było bardzo śmiesznie, bo nie miał gdzie pójść, i poszedł do kawiarni literatów, z walizką, prosto z dworca, a tam akurat Minkiewicz siedział. Wszyscy, zobaczywszy Leca, zaczęli zwiewać, myśleli, że coś okropnego się dzieje, bo przecież wiadomo było, że on uciekł. Natomiast Minkiewicz podszedł do niego, przywitał się, i powiedział: »No a kiedy Cześ wraca…?«. Chodziło o Miłosza oczywiście” – wspominał Stefan Kisielewski.

W Warszawie pracował jako tłumacz literatury niemieckiej, po 1955 r. zaczął publikować także własne utwory liryczne i satyryczne. Wtedy właśnie pojawił się nowy w jego twórczości gatunek – aforyzmy, które publikował w czasopismach m.in. „Nowej Kulturze”, „Przeglądzie Kulturalnym”, „Szpilkach”, „Twórczości”, „Świecie” i „Dialogu”.

„Gdy w latach pięćdziesiątych zacząłem przeglądać prasę polską, zwróciły moją uwagę tu i ówdzie rozproszone aforyzmy, zatytułowane »Myśli nieuczesane«. Dziwnie zafascynowała mnie precyzja ich sformułowań, trafność obserwacji i definicji, poezja obrazów. Postanowiłem zbierać te myśli i jednocześnie — nawiązać kontakt z ich twórcą. Odezwał się on wkrótce z Warszawy, odpowiedział na mój napisany po polsku list swobodną niemczyzną i okazał się w ciągu naszej korespondencji socjalistą z przekonania, aczkolwiek tytułował mnie niezmiennie w arystokratycznym stylu: »Wohlgeborener Herr!« (»Wielmożny Panie!«)” – wspominał Dedecius.

„Na początku myślałem, że jest to jeden z żartów satyryka, ale potem zrozumiałem, że to niepozbawiona nostalgii powaga, reminiscencja dawno pogrzebanego świata, którego odblask żył wciąż jeszcze w tym pogodnym, ale i ciętym poecie” – napisał tłumacz i popularyzator polskiej literatury.

„Myśli nieuczesane”, wydane po raz pierwszy w formie książkowej w 1957 r., przetłumaczono na wiele języków.

„Stanisław Jerzy Lec jawnie komunizował, co mu nie przeszkadzało trwać w kulcie cesarza Franciszka Józefa, którego portret w kolejnych mieszkaniach wieszał zawsze na poczesnym miejscu. Mimo poglądów zbieżnych z postulowaną polityką władz powojennej Polski, miewał poważne zatargi z komunistyczną cenzurą” – przypomniał Janusz R. Kowalczyk. „W końcu – a może i przede wszystkim – uważał się za poetę, mimo że największą sławę zyskał jako autor celnych sentencji” – dodał.

Jan Śpiewak – który uważał, że poezja Stanisława Jerzego Leca jest „poza modą, może dlatego, że jest tak bardzo krystaliczna” – przypomniał wiersz jego autorstwa pt. „Nagle”: „Nagle otworzyłem oczy, / szedłem z piosnką na ustach / przez byłe Getto! / Miliony żywych, zabitych oczu patrzyło na mnie, / jedynie ja szedłem martwy / i tylko własna krew, / czerwona od wstydu, / biła mnie po twarzy”.

„To jeden z tych wierszy, do którego jakikolwiek komentarz byłby sporym nietaktem. Pokazuje nam potęgę poetyckiego warsztatu Stanisława Jerzego Leca, przy których nie tak dawne lwowskie wiersze do »Czerwonego Sztandaru« zdają się być napisane przez zupełnie innego człowieka. Lec konsekwentnie dopomina się o należne mu miejsce na poetyckiej mapie kraju, Europy, świata” – napisał Kowalczyk. „Nikogo nie pouczał ani nie moralizował. Jego maksymy, mocno zakotwiczone w antycznej formie sentencji, zadziwiały ponadczasową, nieodpartą logiką. Autor przemawiał do zdrowego rozsądku czytelnika, pozostawiając mu zawsze wybór właściwej, choć niełatwej drogi: Nie skostnieć, ani nie sflaczeć, trwać na posterunku, ale nie stać na miejscu, być giętkim, ale nieugiętym, być lwem czy orłem, lecz nie zwierzęciem, nie być jednostronnym, ale nie mieć dwóch twarzy, trudna rzecz!” – podsumował.

Danuta Butler w pracy „Polski dowcip językowy” (2001) wielokrotnie cytuje Stanisława Jerzego Leca, podkreślając wszechstronne możliwości jego pióra. Przywołuje modyfikacje związków frazeologicznych – „salto morale”, i przysłów – „Dłużej autora niźli utwora”; a także inwencję neologiczną – „XI przykazanie: Nie cudzosłów!”, oraz fraszki – „Trudno jeszcze żywić cześć, kiedy nie masz sam co jeść” i „Położenie a postawa, to piekielnie trudna sprawa”.

Aforyzmy Leca stanowią najbardziej oryginalną i znaną część jego dorobku pisarskiego.

„Sięgając po formułę starożytnych sentencji, posługując się ostrym dowcipem, kalamburem, grą słów, konceptem językowym, konceptem poetyckim, skrótem myślowym, Lec budował wyjątkowo trafny komentarz do współczesnych zjawisk społecznych i politycznych” – ocenił prof. Julian Krzyżanowski.

I miał rację, bo przecież aforyzm: „analfabeci muszą dyktować” (1957) nietrudno skojarzyć z „dyktaturą ciemniaków” (1968) Kisiela.

Stanisław Jerzy Lec zmarł 7 maja 1966 r. w Warszawie – miał 57 lat. Według Jana Śpiewaka, do końca zachował dystans do rzeczywistości. „Jestem zajęty wyłącznie umieraniem” – miał rzec, gdy do szpitala przyniesiono mu książkę do korekty.

„Niełatwo jest żyć po śmierci. Czasem trzeba na to stracić całe życie” – widnieje na jego grobie na Powązkach Wojskowych.

„To, że nie czyta się Szekspira, Owidiusza czy »Ulissesa« Joyce’a, może być skutkiem braku czasu albo nienaprawialnych duchowych i mentalnych niedostatków, lecz ani jedno, ani drugie nie może wyjaśnić, dlaczego ktoś nie czyta Leca” – ocenił Miljenko Jergović.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hamas is Humiliating Trump’s ‘Board of Peace’


Hamas is Humiliating Trump’s ‘Board of Peace’

Khaled Abu Toameh


  • Expecting Hamas to disarm voluntarily is like expecting ISIS or Al-Qaeda to renounce jihad (holy war) and become peaceful political movements.
  • [D]espite these repeated rejections, the “Board of Peace” continues its embarrassing efforts to negotiate with Hamas over the surrender of its weapons. The entire spectacle has become surreal. Instead of confronting Hamas with meaningful consequences, the international mediators appear to be pleading with the terrorist group to cooperate.
  • The mediators, especially Qatar, Egypt and Turkey — all of which maintain direct channels with Hamas and present themselves as key brokers in the negotiations — also deserve scrutiny. These countries, unsurprisingly, are not exerting serious pressure on Hamas to disarm.
  • For Hamas, armed “resistance” is not negotiable: it is the group’s very reason for existence.
  • The failure of Trump’s Gaza plan is now becoming increasingly difficult to hide.
  • The continued failure to enforce disarmament damages US credibility throughout the Middle East. America now appears unable to impose its own conditions even after using repeated threats and ultimatums to Hamas. America’s allies are watching closely, as are Iran and its other terror proxies.
  • Trump’s “Board of Peace” should stop humiliating itself by chasing fantasies about Hamas moderation. The longer the negotiations continue without results, the stronger Hamas appears — and the weaker the US appears.

The continued failure to enforce disarmament damages US credibility throughout the Middle East. America now appears unable to impose its own conditions even after using repeated threats and ultimatums to Hamas. America’s allies are watching closely, as are Iran and its other terror proxies. Pictured: Hamas terrorists in Gaza City on January 25, 2025. (Photo by Abood Abusalama/Middle East Images via AFP)

Six months after US President Donald J. Trump unveiled his ambitious ceasefire and reconstruction plan for the Gaza Strip, the Iran-backed Hamas terrorist group remains more armed, entrenched, and openly defiant than ever. Far from disarming, the Islamist group now controls roughly half the Gaza Strip and much of its population, while making a mockery of Trump’s “Board of Peace” initiative and the international mediators sponsoring it.

It is now clear that the Trump administration’s strategy was based on a misguided assumption that Hamas (a theocratic terror regime like Iran’s) could somehow be persuaded through negotiations, incentives, and diplomatic pressure to voluntarily surrender its weapons and abandon its jihadist ideology.

The exact opposite has happened. Hamas not only rejected disarmament, but also used the ceasefire periods to solidify control, regroup politically and militarily, and humiliate the people negotiating with them.

According to Palestinian and Israeli sources, talks between Hamas and representatives of the “Board of Peace,” headed by former United Nations official Nickolay Mladenov, recently reached a dead end in Cairo after Hamas again rejected the central demand of Trump’s 20-point plan: total disarmament.

“No one was surprised six months ago, and no one is surprised today that Hamas refuses to disarm,” an Israeli source familiar with the negotiations told i24 News.

Indeed, no one should be surprised.

Expecting Hamas to disarm voluntarily is like expecting ISIS or Al-Qaeda to renounce jihad (holy war) and become peaceful political movements.

Hamas’s weapons are not merely military tools; they are the foundation of its ideology, identity, and power. Asking Hamas to hand over its weapons is essentially asking the group to sign its own death warrant.

Hamas leaders themselves are not hiding their position. Recently, an unnamed Hamas official declared bluntly that his group “will not accept disarmament.” Another insisted that the issue of weapons could only be discussed within the framework of a future Palestinian state and broader political arrangements.

Hamas, in other words, is clearly saying: no disarmament now, no disarmament later, no disarmament ever.

Yet, despite these repeated rejections, the “Board of Peace” continues its embarrassing efforts to negotiate with Hamas over the surrender of its weapons. The entire spectacle has become surreal. Instead of confronting Hamas with meaningful consequences, the international mediators appear to be pleading with the terrorist group to cooperate.

What happened to all the deadlines, ultimatums and threats issued by Trump and his administration over the past year? What happened to the repeated warnings that Hamas would face devastating consequences if it refused to disarm?

So far, Hamas has paid no meaningful price for its defiance.

On the contrary, Hamas seems to interpret the continued negotiations as a sign of weakness and desperation. Every new round of talks in Cairo reinforces Hamas’s belief that the international community lacks either the will or the courage to confront it decisively.

The mediators, especially Qatar, Egypt and Turkey — all of which maintain direct channels with Hamas and present themselves as key brokers in the negotiations — also deserve scrutiny. These countries, unsurprisingly, are not exerting serious pressure on Hamas to disarm.

Qatar has spent years funding the Hamas-controlled Gaza Strip while hosting the terror group’s leaders in luxury hotels in Doha. Turkey openly supports Hamas politically and ideologically. Egypt periodically pressures Hamas on border-security issues, yet still treats it as a legitimate political actor rather than as a terrorist group committed to Israel’s destruction.

If these mediators truly wanted to disarm Hamas, they possess significant leverage. The reality is that none of them appear genuinely committed to dismantling Hamas militarily or politically.

Meanwhile, Hamas continues to exploit the negotiations to buy time.

Reports indicate that Hamas may be willing to discuss only limited, phased restrictions on certain heavy weapons while retaining light weapons and preserving its core military infrastructure. This is not disarmament. It is a tactical maneuver designed to preserve Hamas’s rule while extracting concessions from Israel and the international community.

Hamas reportedly seeks reciprocal Israeli withdrawals and additional humanitarian and economic benefits for partial limitations on some of its weapons. Hamas wants all the advantages of remaining armed while receiving the benefits of reconstruction and international legitimacy. The current negotiations in Cairo are fundamentally detached from reality.

Islamist groups and regimes do not surrender because of diplomatic persuasion. Hezbollah did not lay down its weapons after becoming part of the Lebanese political system. The Taliban in Afghanistan did not moderate after negotiations with the US. Iran’s regime has not abandoned its nuclear weapons program or its revolutionary ideology despite decades of diplomacy and sanctions relief. Hamas is no different.

For Hamas, armed “resistance” is not negotiable: it is the group’s very reason for existence. Disarmament would mean losing control over the Gaza Strip, losing its ability to intimidate rivals, and losing the ideological narrative that sustains it: jihad until Hamas replaces Israel with an Islamist state.

Hamas leaders are also apparently worried that disarmament would expose their members to revenge attacks from rival clans and angry civilians inside the Gaza Strip. Hamas leaders understand that many Palestinians blame their organization for bringing catastrophe upon the Gaza Strip through its October 7, 2023 invasion of Israel, which started the war.

This is why Hamas will never voluntarily surrender its weapons or power.

The failure of Trump’s Gaza plan is now becoming increasingly difficult to hide. The “International Stabilization Force” envisioned under the peace plan has not materialized. Funding commitments remain incomplete. The technocratic Palestinian committee meant to govern the Gaza Strip is dysfunctional.

Most importantly, Hamas remains armed and in control.

The continued failure to enforce disarmament damages US credibility throughout the Middle East. America now appears unable to impose its own conditions even after using repeated threats and ultimatums to Hamas. America’s allies are watching closely, as are Iran and its other terror proxies.

Trump’s “Board of Peace” should stop humiliating itself by chasing fantasies about Hamas moderation. The longer the negotiations continue without results, the stronger Hamas appears — and the weaker the US appears.


Khaled Abu Toameh is an award-winning journalist based in Jerusalem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


China Warns of ‘Red Lines’ After Israeli Lawmakers Visit Taiwan Amid Deepening Ties


China Warns of ‘Red Lines’ After Israeli Lawmakers Visit Taiwan Amid Deepening Ties

Ailin Vilches Arguello


Taiwanese President Lai Ching-te meets with Israeli Knesset members Mickey Levy and fellow lawmakers during a diplomatic visit focused on strengthening cooperation in technology and national resilience amid rising regional tensions. Photo: Screenshot

A diplomatic row has escalated between China and Israel after an Israeli parliamentary delegation visited Taiwan on Tuesday, reflecting deepening ties between Jerusalem and Taipei at a time of mounting geopolitical tensions across the Indo-Pacific and the Middle East.

The delegation of Israeli lawmakers — including Knesset members Mickey Levy, Boaz Toporovsky, Ron Katz, and Yonatan Mishraki — met with Taiwanese President Lai Ching-te and senior officials during a diplomatic visit aimed at expanding cooperation, as both countries work to broaden and deepen bilateral ties across multiple sectors.

During a press conference, Lai praised Israel’s strong support for Taiwan’s international participation, adding that closer engagement and expanded cooperation are essential to strengthening diplomatic relations, reinforcing shared democratic values, and bolstering global and regional stability.

“Taiwan and Israel are geographically far apart, yet we share such universal values as freedom and democracy. We also face complicated circumstances in our respective regions,” the Taiwanese leader said.

“As we witness the continued expansion of authoritarianism, we keenly understand that only by constantly enhancing our self-defense capabilities and societal resilience can we ensure peace and protect peoples’ daily lives and democratic institutions,” Lai continued.

.

As both countries seek to expand cooperation in technology and national resilience, Taiwan’s Foreign Minister Lin Chia-lung expressed hope to lead a delegation to Israel once conditions in the Middle East stabilize, aiming to deepen ties through what he described as “comprehensive diplomacy.”

Further straining already tense relations, China’s Embassy in Israel on Wednesday denounced the visit as a “provocative” move that “severely undermines the political foundation of China-Israel relations,” accusing the lawmakers of breaching the one-China principle.

“There is only one China in the world, and Taiwan is an inseparable part of China’s territory,” an embassy spokesperson said in a statement, arguing that the People’s Republic of China is the only legitimate government of China and that the one-China principle is a basic rule of international relations.

China regards Taiwan, a self-governed democratic island, as a separatist province that must eventually be reunified with the mainland, by force if necessary. Under pressure from Beijing, most countries maintain no formal diplomatic relations with Taiwan. Israel recognizes Beijing but not Taipei, even as Taiwan has increasingly sought closer defense ties with Jerusalem.

The Chinese Embassy accused Israeli lawmakers of repeatedly violating Israel’s one-China policy and of “cooperating with separatist forces” that support Taiwan independence, describing their actions as “despicable in nature.”

“China will never allow anyone, in any form, to separate Taiwan from China, nor will it allow any external forces to obstruct China’s complete reunification,” the embassy said, warning that officials should “not fantasize that they can cross red lines on the Taiwan question without paying a price.”

“We call on the relevant Knesset members to immediately stop their wrong words and actions,” it added, stressing that China’s determination to defend its sovereignty and territorial integrity should not be underestimated.

In recent years, Taiwanese cooperation with Israel has expanded across multiple fields, including academic exchange, agriculture, and health, with more than 36 agreements and memorandums of understanding signed.

In October, Lai said that Israel is a model for Taiwan to learn from in strengthening its defenses, citing the Biblical story of David versus Goliath on the need to stand up to authoritarianism.

“The Taiwanese people often look to the example of the Jewish people when facing challenges to our international standing and threats to our sovereignty from China. The people of Taiwan have never become discouraged,” he said. “Israel’s determination and capacity to defend its territory provides a valuable model for Taiwan. I have always believed that Taiwan needs to channel the spirit of David against Goliath in standing up to authoritarian coercion.”

He made the remarks during a dinner of the American Israel Public Affairs Committee (AIPAC) in Taiwan.

Lai in October also announced a new multi-layered air defense system called “T-Dome” to defend itself against a possible future attack by China. It is partly modeled on Israel’s air defense system.

Lai told the AIPAC dinner that T-Dome had been inspired by Israel’s Iron Dome missile defense system, as well as US President Donald Trump’s “Golden Dome” missile defense shield plan.

“I believe that trilateral Taiwan-US-Israel cooperation can help achieve regional peace, stability, and prosperity,” he said.

Meanwhile, as regional tensions rise and great-power competition shapes the Middle East, diplomatic and security relations between Beijing and Jerusalem have become increasingly strained.

China, a key diplomatic and economic backer of Iran, has moved to deepen ties with the Islamist regime in recent years, signing a 25-year cooperation agreement, holding joint naval drills, and continuing to purchase Iranian oil despite US sanctions.

With nearly 90 percent of Iran’s crude and condensate exports flowing to Beijing, China stands as the largest importer of Iranian oil.

On Thursday, China ordered companies to ignore US sanctions on Iranian oil by invoking a 2021 Commerce Ministry “blocking statute” that bars compliance with foreign sanctions it deems illegitimate, in a move that further escalates tensions with Washington.

In response, US Treasury Secretary Scott Bessent accused Beijing of effectively financing Iran’s military activities through continued oil purchases, arguing that Chinese demand is sustaining Tehran’s economy.

The tensions between China and Israel expands beyond Iran.

In September, Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu accused Beijing, along with Qatar, of funding a “media blockade” against the Jewish state.

According to a report released by the Institute for National Security Studies (INSS), an Israeli think tank, China has increasingly used state media and covert campaigns to spread anti-Israel and antisemitic narratives in the United States.

The report examined how China’s state media portrays Israel and the United States as solely responsible for the war in Gaza, depicting them as destabilizing actors while spreading anti-Israel and antisemitic messages.

“It is evident that China and its proxies play a significant role in the current wave of antisemitism and anti-Israel sentiment in the United States,” Ofir Dayan, a research associate in the Israel-China Policy Center at INSS, wrote in the report.

In February, the Jewish People Policy Institute (JPPI) published a new report showing how China has embraced overt antisemitic messaging in its domestic propaganda in recent years. The study tied the move to both geopolitical rivalry with the United States and efforts to curry favor with Arab and Muslim countries hostile to Israel.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


To nie Żydzi, lecz Arabowie byli i są największymi krzywdzicielami Palestyńczyków

Przechodnie pod budynkiem uszkodzonym w wyniku uderzenia irańskiej rakiety. Środkowy Izrael, 7.04.2026 r. (Fot. REUTERS/Florion Goga)


To nie Żydzi, lecz Arabowie byli i są największymi krzywdzicielami Palestyńczyków

Jan Hartman


Izrael, ta twierdza syjonistycznych najeźdźców i okupantów, to kraj meczetów, falafeli i języka arabskiego, bo miliony Palestyńczyków są tam u siebie, ciesząc się prawami obywatelskimi i politycznymi, o jakich reszta muzułmanów Bliskiego Wschodu może tylko pomarzyć.

Siedemnaście lat temu ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” mój artykuł, który zatytułowałem „Zrozumieć antysemitę”. Pisząc go, wykrzesałem maksimum empatii i zrozumienia dla tych, którzy, ulegając być może wpływom pewnych przesądów, mimo wszystko nie chcieliby być antysemitami. Sądziłem więc, że nie należy się od nich odwracać, a za to spokojnie z nimi rozmawiać, przyznając im prawo do swoich emocji.

Tekst bardzo się spodobał, choć redakcja wolała zmienić tytuł na „Chciałbym być sobą”. Przyznano mi nagrodę Grand Press, antysemici zaś pisali do mnie listy pełne sympatii i wdzięczności. Czułem się nieco dziwnie. Coś było nie tak. 

Naprawdę chciałem zrozumieć antysemitę, a także dać mu od siebie odrobinę zrozumienia. Nie na darmo język polski rozumienie i zrozumienie tak podobnie nazywa; jest tu jakieś moralne połączenie.

Gotów byłem, dla zgody, uwierzyć, że faktycznie antysemityzm jest zjawiskiem marginalnym i stopniowo zanikającym, a mierzenie Polaków miarą wojny, powojnia i roku 1968 jest anachronizmem i niesprawiedliwością.

Stare antysemickie klisze w rodzaju: „Żydzi są przewrażliwieni na punkcie antysemityzmu”, uważałem za niegroźne nieporozumienie i rzecz marginalną. Podobnie jak legendę o Żydach, którzy domagają się specjalnego traktowania z powodu Holokaustu.

Arabowie wypędzani z Hajfy, 1948 Fot. Domena publiczna

Trochę bardziej się denerwowałem, gdy na studenckich imprezach w Amsterdamie czy w Paryżu słuchałem mantry o Żydach, którzy w jakiejś chorej zemście za Holokaust „robią to samo” Palestyńczykom, co im niegdyś robili Niemcy.

Ale cóż, nie takie wszak rzeczy słyszysz w izraelskich kawiarniach, gdy obok ciebie palestyńscy studenci gwarzą sobie z zagranicznym stypendystami, albo na palestyńskiej wycieczce, na którą można się udać spod Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie. Kiedyś mieszkałem w Izraelu przez pół roku, to się naoglądałem i nasłuchałem.

Nasłuchałem się też muezinów, bo akurat mój pokoik na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie wychodził na meczet. Bo trzeba wiedzieć, że Izrael, ta twierdza syjonistycznych najeźdźców i okupantów, to kraj meczetów, falafeli i języka arabskiego, bo miliony muzułmanów – dziś bodajże pół na pół definiujących się jako Arabowie bądź Palestyńczycy – są tam u siebie, ciesząc się prawami obywatelskimi i politycznymi, o jakich cała reszta muzułmańskich mieszkańców Bliskiego Wschodu może tylko pomarzyć. Dysonans poznawczy? A, to już nie moja wina.

Przez długie lata moja cierpliwość była wielka, a przy tym nieco narcystyczna. Z łagodnym uśmiechem mówiłem do siebie: Jak to dobrze, że palestyńscy adwokaci, lekarze, profesorowie czy posłowie mogą sobie publicznie wygadywać, jakim to potwornym reżimem jest państwo Izrael, które pozwala im wygadywać, jakim to potwornym reżimem jest państwo Izrael, które pozwala… i tak dalej.

W sumie było to nawet w swej absurdalności zabawne, tym bardziej że potakiwali im na wszelkie sposoby wspierający „sprawę palestyńską” izraelscy lewicowi idealiści, na przykład ci z kibuców pod granicą z Gazą, później okrutnie wymordowani przez swoich „serdecznych przyjaciół” i „gości”.

Od Egiptu po Jordanię. Nie Żydzi, ale Arabowie najbardziej krzywdzą Palestyńczyków

I tylko niech w waszych głowach nie zalęgnie się myśl, jakobym wierzył w jakąś palestyńską sielankę w Izraelu i nie miał pojęcia o doznawanych przez Palestyńczyków krzywdach. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Izrael ma bardzo wiele na sumieniu, gdy chodzi o traktowanie Palestyńczyków. Zwłaszcza na terenach zdobytych na Jordanii i Egipcie, czyli na Zachodnim Brzegu i w Gazie, jakkolwiek daleko mu do tej wrogości, jaką okazują im kraje arabskie i Arabowie, którym wszak nie mogło się spodobać, że pół wieku temu na masową skalę zaczęli się odżegnywać od narodowości arabskiej.

A jednak setki tysięcy ludzi doznawały i wciąż doznają różnych form dyskryminacji ze strony Izraela i Izraelczyków, a tragedia, jaką było zawładnięcie Gazą przez krwawych dżihadystów z Hamasu, znęcających się bez litości nad terroryzowaną przez siebie ludnością, w dużej mierze zawiniona jest przez Izrael.

Do dawnych win trzeba zresztą doliczyć te nowe, związane z wojną w Gazie, podczas której dochodzi do bombardowań, zabójstw i wyburzeń, których nie da się uzasadnić strategią i taktyką wojny sprawiedliwej. Nie mamy jeszcze wiarygodnej wiedzy na ten temat, lecz większość niezależnych ekspertów twierdzi, że w Gazie miały miejsce zbrodnie wojenne. Oby winni im wojskowi zostali ukarani. Choć stopniowa destrukcja praworządności w Izraelu oraz udział skrajnej prawicy w rządzie dają powody, by obawiać się tego, czy procesy będą w pełni uczciwe.

To samo dotyczy licznych skarg na tortury, które składają palestyńscy więźniowie. A do tego jeszcze trzeba dodać panoszenie się prawicowych ekstremistów na Zachodnim Brzegu, urządzających „zajazdy” na palestyńskich sąsiadów, na co izraelskie organy ścigania patrzą przez palce. Miejmy nadzieję, że tegoroczne wybory doprowadzą do prawdziwej zmiany i naprawienia zepsutego izraelskiego państwa prawa.

.
2005, Havat Skali, jedno z żydowskich nielegalnych osiedli na Zachodnim Brzegu Daniel Ventura/Wikipedia na licencji C.C.4.0

Jednakże to nie Żydzi, lecz Arabowie zawsze byli i pozostają największymi krzywdzicielami Palestyńczyków, nie mówiąc już o tym, żeby mogli im robić nadzieje na przekazanie jakichkolwiek kontrolowanych przez siebie terenów pod ich własne państwo. Takie oferty padały wyłącznie – i wielokrotnie – ze strony Zachodu oraz Izraela i w kilku przypadkach, wbrew sowieckiej i arabskiej propagandzie, były naprawdę hojne i uczciwe.

A były odrzucane wyłącznie z tego powodu, że celem fundamentalistycznych reżimów na Bliskim Wschodzie, nie mówiąc już o palestyńskich organizacjach terrorystycznych, było nie stworzenie państwa palestyńskiego obok państwa żydowskiego, lecz całkowite wyeliminowanie tego drugiego. O to właśnie chodzi w radośnie rozbrzmiewającym na ulicach Warszawy i Berlina haśle: „From the river to the sea, Palestine will be free”. To używane od wielu dekad zawołanie terrorystów jest niczym innym jak wezwaniem do eksterminacji i wie to każdy, kto choć odrobinę orientuje się w tych sprawach.

Mimo wszystko do niedawna większość Izraelczyków wierzyła w rozwiązanie dwupaństwowe, popierając palestyńskie dążenia niepodległościowe. I jeśli te dążenia nie zostały zrealizowane, to nie z winy Izraela, lecz z winy sponsorowanych przez Arabów i Irańczyków organizacji terrorystycznych. To one torpedują proces budowy państwa palestyńskiego, a naród palestyński jest zakładnikiem bliskowschodnich dyktatur, które cynicznie posługują się nim w swojej walce z Izraelem, unikając bezpośredniej konfrontacji.

7 października 2023 Hamas ruszył na wojnę z Izraelem

Antysemitów udających przyjaciół Palestyńczyków tak naprawdę nic a nic Palestyńczycy nie obchodzą. Nie obchodzi ich upodlenie Palestyńczyków w Libanie, Syrii i w Jordanii, gdzie zresztą stanowią większość obywateli. Palestyńczycy interesują antysemitów wyłącznie jako ofiary faktycznych bądź domniemanych krzywd ze strony Izraela, bo stwarzają doskonały pretekst dla „bezpiecznego” wyrażania wrogości wobec „syjonistów”, połączonego z pełnymi oburzenia zapewnieniami, że nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem

Protest antyizraelski na placu Defilad Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl

Albowiem antysemityzm – dawniej wypisywany na sztandarach – stał się po drugiej wojnie światowej wstydliwy i niegodny postępowego przedstawiciela klasy średniej. Trzeba więc go manifestować w tak załgany i zakamuflowany sposób, żeby dało się samemu uwierzyć, że się go w sobie nie ma.

Dziś tych idealistów wierzących, że Palestyńczycy, Arabowie i Persowie kiedyś zgodzą się na istnienie dwóch państw: żydowskiego i palestyńskiego, została garstka. Na Bliskim Wschodzie nikt oprócz Żydów nie dawał Palestyńczykom nadziei i nikt oprócz nich realnie nie popierał wolnej Palestyny. Jeszcze do niedawna chciała tego wręcz większość Żydów – w Izraelu i w diasporze.

Pamiątką po tym idealizmie, zresztą zmieszanym z jakąś głupią kalkulacją obliczoną na osłabienie Organizacji Wyzwolenia Palestyny, jest Gaza w krwawym uścisku Hamasu.

W roku 2005 doszło bowiem do niebywale ekscentrycznej akcji pod znakiem „dajmy Palestyńczykom całkowitą wolność w Gazie”, a polegającej na tym, że izraelskie wojsko siłą wysiedlało Żydów ze Strefy Gazy, burząc ich domostwa i synagogi. Była to jakaś absurdalna czystka etniczna à rebours, jakiej świat nie widział. A że był to teren wyrwany przez Izrael spod kontroli egipskiej, Izrael poczuwał się do tego, by rozpiąć nad nim parasol ochronny. I tak zaczął się jakiś obłędny taniec z mordercami.

Z pomocą Izraela Hamas – wówczas jeszcze znacznie spokojniejszy – objął władzę w Gazie, z roku na rok coraz wyraźniej ukazując prawdziwe oblicze. Zaczął się hamasowski terror – mordowanie nieposłusznych Palestyńczyków i regularne krwawe zamachy w Izraelu, który przez lata ledwie na nie reagował.

A równolegle cały Zachód, czyli Europa, USA i Izrael, dosłownie zasypywały Gazę pomocą materialną. Te pieniądze przejmował coraz bardziej radykalny i coraz hojniej sponsorowany przez Arabów Hamas, budując sieć tuneli i zbrojąc się na wojnę z Izraelem. Ostatecznie ruszył na nią 7 października 2023 roku.

.
Ujęcie z kamery przedstawiające uzbrojonego Palestyńczyka prowadzącego mężczyznę podczas festiwalu muzycznego Supernova w pobliżu kibucu Reim na pustyni Negew w południowym Izraelu, 9 października 2023 r. Fot. AFP/East News

W Gazie wychowano całe nowe pokolenie ludzi, którzy od przedszkola byli uczeni, że zabicie żydowskiej kobiety i żydowskiego dziecka jest chwalebnym aktem męczeństwa, za które idzie się do nieba. Patologiczna nienawiść do Żydów stała się spoiwem społeczeństwa Gazy i podstawą jego więzi z krwawym reżimem, który nim rządził. I rządzi nadal.

Kaszuba, Ślązak, protestant może być Polakiem. Ale polski Żyd?

Ja też już nie wierzę w rozwiązanie dwupaństwowe, czyli w wolną Palestynę. Tak jak nie wierzę w dobrą wolę antysemitów, by stopniowo wyzwolić się z uprzedzeń. Wszystko się we mnie zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy spłynąłem na margines życia wraz z brunatną falą nienawiści, która przelała się przez Zachód i przez Polskę po straszliwym pogromie z 7 października 2023.

Pogromie, w którym terroryści z Hamasu wraz z tłumem cywilów w zapamiętałym szale mordowali żydowskie dzieci, kobiety i mężczyzn, spełniając to, co przed dekady obiecywano w okrzykach dobywających się z tysięcy gardeł Gazańczyków demonstrujących ekstatyczny entuzjazm, ilekroć któremuś z terrorystów udało się przedrzeć do Izraela i zamordować jakiegoś Żyda.

Zawsze mnie zdumiewało, że te wciąż powtarzające się obrazki zbiorowej ekstazy z powodu mordów na niewinnych ludziach nie wzbudzały na Zachodzie żadnych emocji. Skoro tak, to i ja wzruszałem ramionami. A bo miałbym być gorszy?

A przecież wiedziałem, jaki jest powód tej zdumiewającej obojętności. Żyjąc w środowisku głęboko niechętnym Żydom, sam nasiąkasz taką niechęcią, a przynajmniej na nią obojętniejesz. Niestety, bardzo wielu polskich Żydów, będących wszak Polakami, odznacza się taką ambiwalencją. A wielu spośród nich okazało się dziś po prostu antysemitami.

Po 7 października maski opadły, a z ludzkich dusz powyłaziły głęboko skrywane sprzeczności, kompleksy i przesądy. Przed oczami polskich Żydów przeszedł zdumiewający korowód złamanych oportunistów, zaprzańców i zdrajców, z przerażeniem w oczach bełkoczących wszystkie hamasowskie mantry. Nic już nie będzie pośród polskich Żydów takie samo. Żyjemy jak małżeństwo po zdradzie.

To, że 7 października stał się paliwem nienawiści do Żydów i wizerunkową podporą dla terrorystów, przebrało czarę goryczy – nie tylko w mojej duszy. Zrozumiałem, zrozumieliśmy, czym naprawdę jest antysemicka nienawiść kipiąca w słowach, które w tysięcznych powtórzeniach słyszymy od polityków i działaczy lewicy, od dziennikarzy i zwykłych ludzi.

Wyciągnięta ręka została więc cofnięta, a rozumienie nie łączy się już u mnie ze zrozumieniem. Koniec złudzeń. Żydzi na Zachodzie żyć nie mogą, chyba że z całą gorliwością przyłączą się do rytuału wieczystego potępienia Izraela i bić się będą w piersi z powodu niekończących się zbrodni swoich ziomków.

Również w Polsce można być Żydem tylko warunkowo. Trzeba potakiwać rozmaitym bałamuctwom na temat stosunków polsko-żydowskich, oburzać się na „oskarżanie Polaków o antysemityzm” i zasadniczo „nie obnosić się” ze swoim żydostwem. Mile widziane są sentymenty, jakaś opieka nad cmentarzami czy organizowanie koncertów muzyki klezmerskiej, byleby chodziło o martwych Żydów i byleby można było powiedzieć, że współczesna Polska dba o pamięć o „mniejszości żydowskiej”.

Bo polski Żyd, choć praktycznie zawsze jest Polakiem i niczym się od innych Polaków nie różni, traktowany jest jako „przedstawiciel mniejszości narodowej”.

To nie pomyłka ani żadne nieporozumienie. To autentyczne przekonanie, że jak ktoś jest Żydem, to przecież nie może być jednocześnie Polakiem. Kaszuba, Ślązak, protestant z Wisły – owszem, ale Żyd?

Nie, ja już tak nie chcę. Furda tam tysiące nazistowskich wyzwisk pod moim adresem w internecie. Nie dbam o to. Ale nie będę się prosił o akceptację ani dawał się poklepywać po plecach, jaki to ze mnie porządny Żyd, co to o Polakach źle nie mówi i broni ich przed oszczercami. Dość już mamy w Polsce karierowiczów na prawo i lewo wydających wszystkim chętnym moralnym parweniuszom glejty poświadczające, że nie są antysemitami (a jedynie prawymi „antysyjonistami”).

Ich hasłem po 7 października stał rzucany Żydom w twarz bierno-agresywny truizm, że „nie każda krytyka Izraela jest antysemityzmem”. A ktoś twierdzi inaczej? Naprawdę? Akurat tak się składa, że polscy Żydzi są niemalże jak jeden mąż i jedna żona krytyczni wobec Izraela i poczynań armii izraelskiej w Gazie.

.
Październik 2025, Lublin, manifestacja solidarności z Palestyną i uczestnikami Globalnej Flotylli Sumud. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Ale to bez znaczenia. Choćbyś sto razy powiedział, że Izrael popełnia w Gazie zbrodnie, lecz mimo to sprzeciwił się ortodoksji propagandy Hamasu, a więc odrzucił któryś z punktów litanii: okupanci, ludobójcy, czystki etniczne, terror, głodzenie ludności, to i tak natychmiast zostaniesz przez lewicę medialną i polityczną potępiony jako bezkrytyczny poplecznik Netanjahu „broniący ludobójstwa w Gazie” oraz zaciekły „syjonista”.

Polski Żyd został wezwany do tego, aby głośno potępić Izrael i przyłączyć się do „propalestyńskich” inicjatyw, czyli marszów, bojkotów, apeli i rezolucji. Dokładnie tak samo jak w roku 1968, gdy żydowska bierność i niepotępianie Izraela oznaczały „syjonizm” i zdradę, za którą dostawało się „dokument podróży”.

Nie wiem, ilu Żydów wówczas poszło na kolaborację. Dziś takich jest wielu.

Widok byłych kolegów wijących się przed kamerami, wyduszających z siebie rytualne zaklęcia z hamasowskiej listy oszczerstw, budzi we mnie głębokie zażenowanie i odrazę.

To samo dotyczy również osób niebędących Żydami, lecz przez lata angażujących się w sprawy kultury żydowskiej – ich podpisy pod listami i rezolucjami krzyczącymi agresywnym przemilczaniem winy Hamasu za śmierć dziesiątek tysięcy Gazańczyków sprawiły, że coś we mnie pękło i umarło.

Nikomu już nie zaufam. Obraz tysięcznych tłumów idących z flagami palestyńskimi, opętańczo drących się na Izrael i domagających się zaprzestania działań wojennych wyłącznie od niego, jak gdyby Hamas był w tej wojnie niewinny, nie otaczał się ludnością cywilną jak tarczą, nie blokował ewakuacji i nie mógł zakończyć wojny w jednej chwili, był dla mnie szokiem.

A takie pochody miały miejsce również w Polsce, gdzie zresztą tylko raz odbyła się demonstracja solidarności z porwanymi Izraelczykami – mała i niemalże bez udziału Polaków niebędących Żydami.

Tak, ci ludzie na ulicach wykrzykujący hasła miłe dla ucha terrorystów i udzielający im w niedwuznaczny sposób poparcia każdego dnia czekali na paliwo dla swego „wcale nie antysemickiego” gniewu. A paliwem tym były wieści o zabitych cywilach, wieści podchwytywane chciwie, by tylko móc napawać się nienawiścią do Izraela i katarktycznym poczuciem, że „to nie ma nic wspólnego z antysemityzmem”. Wstrząsająca moralna ohyda – udawać gniew moralny i domagać się sprawiedliwości, osłaniając milczeniem winowajców co najmniej połowy dziejącej się tragedii.

Ulicy zaś towarzyszyła medialna kampania propagandowa. Wielkie redakcje wręcz wydelegowały spechejterów do nagłaśniania propagandy Hamasu i gromkiego przemilczania jego zbrodni (oczywiście z wyjątkiem jednorazowego incydentu z 2023 roku). To zapamiętanie w nienawiści doszło do jakiegoś obłędnego apogeum, gdy ogłoszono, że nie istnieje coś takiego jak „konflikt izraelsko-palestyński”. Bo przecież nie można nazwać trwającej dekady zbrodniczej agresji najeźdźców wymierzonej w niewinną, pokojową ludność takim neutralnym słowem jak „konflikt”!

W chwili, gdy pierwszy raz usłyszałem tę mowę nienawiści w pewnej ważnej liberalnej rozgłośni, również po raz pierwszy w życiu pomyślałem o opuszczeniu kraju.

Czym się różni 7 października 2023 w Izraelu od 11 września 2001 w USA

Restytucja propagandy sprzed 60 lat to już samo w sobie coś spektakularnego. Jednakże chyba nie to mnie i w ogóle nas, Polaków będących Żydami, boli najbardziej. Wiedzcie, że przeżyliśmy prawdziwy szok, widząc, jak masowa jest obojętność na najdzikszy antysemityzm, który znalazł dla siebie wyjątkowo szerokie ujście właśnie wtedy, gdy terroryści osiągnęli największy sukces w dziejach.

.
Wrzesień 2025, Poznań, baner ‘Juden raus!’ z podobiznami polityków. Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

Wspomniałem już o swoim niegodnie obojętnym stosunku do faktu, że kolejne bomby podkładane przez palestyńskich terrorystów nikogo nie wzruszały. Tym razem jednak było inaczej. Tym razem ogarnęło mnie przerażenie, gniew, a w końcu gorzka rezygnacja. Dziki pogrom, w którym zaszlachtowano ponad tysiąc niewinnych ludzi, w tym setki dzieci, nie wzbudził prawie żadnych emocji. W Polsce na pewno nie w jednym choćby procencie takich jak 11 września pamiętnego roku 2001. Nawet śmierć Polaków z rąk terrorystów nikogo w Polsce nie obeszła.

Niech zgadnę. Nie wiem, ale na pewno nie dlatego, że byli Żydami i obywatelami Izraela. To byłaby wstrętna insynuacja.

Jednak zaszło coś jeszcze gorszego niż obojętność. Oto 7 października stał się kamieniem węgielnym dla haniebnej retoryki budującej wizerunek Hamasu jako niezłomnej i właściwie niezwyciężonej, dzięki swemu hartowi ducha i powszechnemu poparciu, organizacji zbrojnej walczącej o wolność Palestyny. Bo, owszem, „bojownicy Hamasu” imają się czasami metod terrorystycznych, lecz zasadniczo walczą w imieniu narodu palestyńskiego o jego słuszną sprawę.

Trzeba więc potępić eksces 7 października, lecz po wysłowieniu tego potępienia można już ująć w nawias feralny dzień i swobodnie przejść do oceny Hamasu jako legitymizowanych obrońców Gazy walczących ze zbrodniczą inwazją Izraela.

Słowem, Hamas może i przesadził, dopuścił się zbrodni, lecz walczy za Palestynę i racja w tej wojnie jest po jego stronie.

Tak oto powstała najbardziej przewrotna figura retoryczna w nowszych dziejach nienawiści do Żydów polegająca na potępieniu „jednego dnia z życia Hamasu” i wywiązaniu się tym sposobem z obowiązku potępienia terroryzmu, by następnie przejść już do porządku dziennego polegającego na bezkrytycznym i skwapliwym powtarzaniu każdego oszczerstwa, które Hamas i jego poplecznicy podsuną.

A głównym kryterium prawdziwości oszczerstw, którymi tysiące działaczy i dziennikarzy każdego dnia karmiły opinię publiczną Zachodu, było to, że zohydzają Izrael i Żydów, potwierdzając wszystkim wiadomy fakt, że Żydzi są źli, a ich państwo jest zbrodnicze.

.
Greta Thunberg i izraelski żołnierz. Statek, którym płynęła aktywistka do Strefy Gazy, został zatrzymany przez służby Izraela. Israel Foreign Ministry Via X

Tak! Nikt nie mówi tego wprost, lecz cały „mainstreamowy” dyskurs liberalnych mediów jest w oczywisty sposób prohamasowski, bo służy celom Hamasu i delegitymizuje cel strategiczny Izraela, jakim jest zniszczenie tej potwornej terrorystycznej organizacji. O, nie, jej status jest zupełnie inny niż Państwa Islamskiego vel ISIS czy Al Kaidy – bo tamci mordowali niewinnych muzułmanów i chrześcijan, ci zaś – Żydów.

Nie tylko z całą skwapliwością powtarzało się i nadal powtarza jeden do jednego wszystko, każdą podłą niedorzeczność, jaką wyprodukują propaganda Hamasu i akredytowani przy Hamasie „dziennikarze” i „działacze”, lecz przede wszystkim cała moc oburzenia i potępienia kierowana jest wyłącznie przeciwko Izraelowi i wyłącznie od Izraela żąda się ustąpienia.

Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby wspieranie celów Hamasu, z wycofaniem się Izraela z Gazy na czele, a więc i pozostawieniem Hamasu w spokoju, nazywać działaniem „propalestyńskim”.

Życzenie Palestyńczykom, aby Izrael pozostawił ich na pastwę Hamasu, jest chyba najgorszym, czego w ogóle można im życzyć.

To czysty obłęd. Nienawiść ogłupia do tego stopnia, że „propalestyńscy” działacze i komentatorzy dosłownie „zapomnieli” choćby udawać minimum bezstronności i obiektywizmu w swych ocenach moralnych i z tego tytułu pro forma wezwać Hamas do poddania się i zwolnienia zakładników, a więc do uczynienia czegoś, co natychmiast zakończyłoby wojnę, a co jednocześnie jest jego oczywistym moralnym obowiązkiem. Nie! Do kapitulacji wzywany jest wyłącznie Izrael.

Podobne wyłączenie funkcji intelektualnych i moralnych ma miejsce w związku z masowym udawaniem, że nie zna się różnicy znaczeniowej między „dokonać ludobójstwa” a „zabić wielu ludzi”.

Każdy „propalestyński” hejter, nawet jeśli wypiera ze świadomości diaboliczną strategię Hamasu dekującego się w szpitalach i biorącego ludzi na zakładników, to przecież wie, że w Gazie nie ma obozów zagłady, egzekucji ani innych przejawów ludobójstwa.

Są ofiary cywilne, których można było uniknąć, są ekscesy i zbrodnie wojenne, lecz nie ma niczego, co choćby przypominałoby realizację ludobójczych haseł Hamasu skierowanych przeciwko Żydom.

Antysemici już wiedzą: Żydzi wymordowali kobiety i dzieci

Długo jeszcze nie będziemy wiedzieć, jak dokładnie przebiegała wojna w Gazie i kto jakie popełnił zbrodnie. Niezależne świadectwa i wiarygodne, poddane krytycznej analizie, przydatne dla sądów dane dopiero są zbierane. Jednak antysemici wszystko już wiedzą: Żydzi bestialsko wymordowali ponad 70 tysięcy Palestyńczyków, w większości kobiet i dzieci.

Nie wiem, co trzeba zrobić ze swoją inteligencją i moralnością, aby oślepnąć kompletnie na powszechnie znane kryteria oceny sposobu prowadzenia wojny przez biorącą w niej udział armię. To wielka sztuka, sztuka zidiocenia z nienawiści.

.
Izraelscy żołnierze Israel Defense Forces, CC BY-SA 2.0

Dla porządku więc przypomnę, że liczba zabitych sama w sobie nie pozwala na żadne oceny. Trzeba poznać wiele danych, na czele z tą, jaka jest proporcja ofiar uzbrojonych i cywilnych, jakie podjęto środki ochrony ludności cywilnej, jak wyglądał przebieg działań zbrojnych w porównaniu z innymi konfliktami o podobnym charakterze – w tym przypadku: wojna miejska z przeciwnikiem kryjącym się pośród cywilów – a przede wszystkim: czy istniały alternatywne i mniej krwawe scenariusze realizacji celu strategicznego wojny.

Jednakże takich pytań „wcale-nie-antysemici” i prawi „antysyjoniści” w ogóle nie stawiają. Wolą udawać głupich, byleby tylko utrzymać wysoki poziom moralnego pobudzenia maskującego antysemicką nienawiść. To jest naprawdę szokujące: żadne liberalne medium w Polsce nie zadało sobie pytania, co właściwie Izrael miał zrobić po 7 października. Wiadomo, miał podkulić ogon i czem prędzej ogłosić uznanie państwa palestyńskiego!


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com