Archives

Hamas Braces for Israeli Operations Abroad, Continued Clan Opposition in Gaza


Hamas Braces for Israeli Operations Abroad, Continued Clan Opposition in Gaza

Ailin Vilches Arguello


Palestinian Hamas terrorists stand guard at a site as Hamas says it continues to search for the bodies of deceased hostages, in Beit Lahiya in the northern Gaza Strip, Dec. 3, 2025. Photo: REUTERS/Stringer

Hamas is increasingly preparing for what it sees as an imminent Israeli attempt to assassinate senior leaders abroad, urging members to tighten personal security as the group simultaneously works to consolidate its weakened position in Gaza and reassert control over the enclave.

According to the Arabic newspaper Asharq Al-Awsat, Hamas officials reported rising concern over additional Israeli strikes on the Palestinian terrorist group’s top echelon abroad in the wake of last week’s killing of Hezbollah commander Haitham Tabtabai and September’s operation in Qatar targeting Hamas’s senior leadership.

Despite US “reassurance messages” to several parties — including mediators in Turkey, Qatar, and Egypt — that further strikes on senior Hamas members abroad would not be repeated, the group’s leadership says it “does not trust Israel.”

“There are expectations of a new assassination attempt with the Israeli government’s efforts to obstruct the second phase of the ceasefire agreement and its claim that the movement has no intention of advancing toward a deal,” the Palestinian terrorist group said.  

Hamas members reportedly received new instructions requiring all fixed meetings at a single location to be canceled, with leaders instead holding irregular gatherings at rotating sites.

Meanwhile, the head of an armed Palestinian faction opposing Hamas in Gaza died on Thursday while mediating an internal dispute between families and groups within the militia, dealing a setback to Israeli efforts to support Gazan clans against the ruling Islamist group.

Yasser Abu Shabab, a Bedouin tribal leader based in Israeli-held Rafah in southern Gaza, had led one of the most prominent of several small anti-Hamas groups that emerged in the enclave during the war that began more than two years ago.

Following the incident, Hamas said in a statement that the fate of anyone who “betrayed their people and homeland and agreed to be an instrument in the hands of the occupation [Israel]” was inevitable, accusing Abu Shabab of “criminal acts” that amounted to a “flagrant deviation from national and social consensus.”

Abu Shabab’s death would be a boost to Hamas, which has branded him a collaborator and ordered its fighters to kill or capture him.

“The occupation that could not protect its own agents will be unable to protect any of its collaborators, and anyone who undermines the security of their people and serves their enemy is destined to fall into the dustbin of history, losing all respect and standing in society,” the terrorist group said in its statement. 

Gaza’s Popular Forces confirmed that its leader died of a gunshot wound as he intervened in a family quarrel, and dismissed as “misleading” reports that Hamas was behind Abu Shabab’s killing.

Ghassan al-Dahini, who could assume leadership of the group following the incident, pledged to continue Abu Shabab’s project and resist Hamas by establishing an alternative to the terrorist group’s rule.

“With God’s help, and following my brother Yasser’s plan, we will return as we were — more determined and stronger,” al-Dahini said in a statement, according to Hebrew media. “We will keep fighting with every last ounce of strength until every final terrorist is gone.” 

“Today, Hamas will see its true face — the one the world should have recognized long ago. We will restore hope to all Palestinians, to all free people, to the oppressed, and to everyone who believes in peace,” he continued. 

Rafah has been the scene of some of the worst violence during the ceasefire, with residents reporting gunbattles on Wednesday that left four Israeli soldiers wounded. On Thursday, the Israeli military said its forces killed about 40 Hamas fighters trapped in tunnels beneath the city.

Shortly after the US-backed ceasefire to halt fighting in Gaza took effect in October, Hamas moved to reassert control over the war-torn enclave and consolidate its weakened position by targeting Palestinians who it labeled as “lawbreakers and collaborators with Israel.”

Since then, Hamas’s brutal crackdown has escalated dramatically, sparking widespread clashes and violence as the group moves to seize weapons and eliminate any opposition.

Social media videos widely circulated online show Hamas members brutally beating Palestinians and carrying out public executions of alleged collaborators and rival militia members.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Dlaczego Bractwo Muzułmańskie jest zagrożeniem dla Ameryki


Dlaczego Bractwo Muzułmańskie jest zagrożeniem dla Ameryki

Rachel Avraham


To ono dało początek Hamasowi, Al-Kaidzie i ISIS.

Przez dekady Stany Zjednoczone żyły w niebezpiecznej iluzji — że Bractwo Muzułmańskie, dzięki swojej wygładzonej retoryce i starannie wykreowanej „umiarkowanej” fasadzie, różni się od skrajnych ideologii, które zdestabilizowały całe regiony. Przekonanie to utrzymywało się nie dlatego, że było poparte analizami wywiadowczymi, lecz dlatego, że było wygodne. Umożliwiało decydentom udawanie, że Bractwo to „reformatorska” alternatywa dla dżihadyzmu, a nie jego ideologiczna kuźnia.

Sytuacja się zmienia. Najnowsze raporty europejskich służb wywiadowczych — z Francji, Belgii oraz bezprecedensowe sprawozdanie UE zaprezentowane 20 listopada — zburzyły tę fasadę. 23 listopada ponad 70 międzynarodowych ekspertów i działaczy na rzecz praw człowieka zebrało się w Hadze, przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, przekazując jednoznaczny i pilny komunikat: Bractwo Muzułmańskie to nie ruch społeczny ani aktor społeczeństwa obywatelskiego. To globalna sieć destabilizacyjna — i Zachód nie może sobie dłużej pozwalać na jej ignorowanie.

Dla Waszyngtonu powinien to być sygnał alarmowy. Ameryka nie jest odporna. A zagrożenie, jakie Bractwo stanowi dla bezpieczeństwa narodowego USA, nie jest ani abstrakcyjne, ani odległe — jest strukturalne, ideologiczne i zakorzenione.

Doktryna założycielska Bractwa Muzułmańskiego jest jednoznaczna: zastąpić demokratyczne rządy islamskim porządkiem politycznym — stopniowo, poprzez cierpliwą infiltrację. Własne dokumenty Bractwa — w tym niesławny „Memorandum Wyjaśniające” z 1991 roku, ujawnione podczas procesu Holy Land Foundation — opisują jego misję w Ameryce jako „cywilizacyjno-dżihadystyczny proces” mający na celu zniszczenie cywilizacji zachodniej od środka.

To nie komentarz. To dowód złożony w federalnym sądzie USA. A mimo to Bractwu udało się zdobyć wpływy w amerykańskich instytucjach politycznych, akademickich i społecznych, promując się jako głos umiarkowany — strategia ta została jednoznacznie opisana przez byłego holenderskiego polityka Henry’ego Van Bommela w Hadze, który zaznaczył, że długofalowym celem ruchu jest „eliminacja cywilizacji zachodniej od wewnątrz poprzez wpływ ideologiczny i zaangażowanie polityczne”.

Dla amerykańskich decydentów ten język nie powinien być obcy. Brzmi on dokładnie tak, jak od lat ostrzegają przedstawiciele amerykańskich służb kontrterrorystycznych: Bractwo to nie koniec drogi, lecz kanał przepływu. To ono tworzy ideologiczne rusztowanie, na którym budują bardziej brutalni aktorzy — od Al-Kaidy, przez ISIS, po Hamas.

Ameryka stoi dziś w obliczu potrójnej podatności.

Po pierwsze, niespotykana sieć organizacji przykrywek umożliwia Bractwu wpływanie na wybory lokalne, koalicje międzywyznaniowe, kampusy uniwersyteckie i społeczności diaspory, pozostając przy tym poza zasięgiem prawa. W odróżnieniu od jawnych organizacji ekstremistycznych, Bractwo nie rekrutuje zamachowców, lecz osoby wpływowe, doradców, darczyńców i operatywnych politycznie działaczy. Jego zagrożenie nie kryje się na ulicach, lecz w salach konferencyjnych.

Po drugie, Bractwo doskonale potrafi wykorzystać otwartość demokracji jako broń. Dr Julio Levit Koldorf ujął to trafnie w Hadze: zachodni progresywiści, nieświadomi prawdziwych celów ruchu, „ślepo umożliwiają działanie totalitarnej ideologii, która sprzeciwia się demokracji, prawom człowieka, równości płci, prawom osób LGBTQ+ i świeckiemu państwu”.

Amerykański dyskurs publiczny — od działów DEI po sieci aktywistyczne — został przesiąknięty narracjami, które odzwierciedlają przekaz Bractwa, szczególnie w kwestiach dotyczących Izraela, Bliskiego Wschodu i legitymacji norm liberalnych.

Po trzecie, Bractwo dostarcza ideologicznego uzasadnienia dla islamistycznego ekstremizmu, który ostatecznie uderza bezpośrednio w Amerykę. Każda organizacja terrorystyczna powiązana z islamem politycznym, którą USA uznały za terrorystyczną — od Hamasu po niektóre odłamy Al-Kaidy — czerpie swoje ideologiczne korzenie z nauk Bractwa. Choć Bractwo może powstrzymywać się od bezpośredniej przemocy, to dostarcza światopoglądu, który ją legitymizuje.

Co istotne, zagrożenie nie dotyczy muzułmanów w Ameryce. Dotyczy amerykańskiej demokracji. Jak zauważył Ramon Rahangmetan w swoim przemówieniu: „To nie jest wystąpienie o islamie czy społecznościach muzułmańskich. To przemówienie o ruchu politycznym, który europejskie służby wywiadowcze identyfikują jako długofalowe ideologiczne zagrożenie dla spójności demokratycznej”.

Bractwo doskonale wykorzystuje zjawisko utożsamiania — sugerując, że krytyka jego ideologii politycznej to atak na sam islam. Taka manipulacja pozwoliła mu skryć się za amerykańskim pluralizmem, wykorzystując wyjątkowo tolerancyjne społeczeństwo do promowania nietolerancyjnego programu.

Ameryka nie może sobie pozwolić na bierność. USA już teraz dysponują podstawami prawnymi do działania. Takie kraje jak Egipt, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Austria uznały Bractwo Muzułmańskie za organizację terrorystyczną. Waszyngton posiada wystarczające dowody, by przeprowadzić własną analizę, a najnowsze informacje wywiadowcze z Europy potwierdzają, że zagrożenie nie ogranicza się do Bliskiego Wschodu — ma charakter międzynarodowy.

Prawdziwe pytanie nie brzmi już: czy Bractwo jest niebezpieczne? Tylko: czy Ameryka ma wolę polityczną, by je tak traktować? Stawka nie mogłaby być wyższa. Ruch, którego celem jest erozja systemów demokratycznych, nie może swobodnie w nich funkcjonować. A kraj, który nie rozpoznaje ideologicznej dywersji, zostanie przez nią ukształtowany.

Bractwo Muzułmańskie testuje odporność społeczeństwa amerykańskiego. Waszyngton musi zdecydować, czy odpowie z jasnością — czy z zaprzeczeniem. Ameryka nie może zwalczać globalnego ekstremizmu, jednocześnie oferując schronienie jego architektom.


Link do oryginału: https://www.frontpagemag.com/why-the-muslim-brotherhood-is-a-threat-to-america/?utm_source=FrontPage+Magazine&;utm_campaign=c31023c861-EMAIL_CAMPAIGN_2025_11_28_05_56&utm_medium=email&utm_term=0_57e32c1dad-c31023c861-520618396&mc_cid=c31023c861&mc_eid=5cd77c7fa1

Fron Page Magazine, 28 listopada 2025


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Izrael zostaje w Eurowizji. Hiszpania, Irlandia, Holandia i Słowenia rezygnują

Protest przed studiami RTE (Radio Telefis Eireann), irlandzkiej telewizji publicznej, wzywający do bojkotu Konkursu Piosenki Eurowizji 2026 przez Irlandię, jeśli w konkursie wezmą udział przedstawiciele Izraela, 1 listopada 2025 r. (Fot. REUTERS/Clodagh Kilcoyne)


Izrael zostaje w Eurowizji. Hiszpania, Irlandia, Holandia i Słowenia rezygnują

Emilia Dłużewska


Izrael będzie mógł wziąć udział w nadchodzącej Eurowizji – zdecydowała Europejska Unia Nadawców. Na pewno rezygnują z niej Holandia, Irlandia, Słowenia i Hiszpania. Kto jeszcze?

Spór o dopuszczenie Izraela do udziału w nadchodzącej edycji Eurowizji trwa od miesięcy.

Muzycy, widzowie i aktywiści domagali się wykluczenia tego kraju z konkursu ze względu na ludobójcze działania Izraela w Strefie Gazy. Nie byłaby to decyzja bezprecedensowa – po inwazji na Ukrainę w 2022 r. z Eurowizji błyskawicznie wyrzucono Rosję.

Przedstawiciele części europejskich krajów od miesięcy zapowiadali, że jeśli Izrael będzie mógł wystawić swojego reprezentanta, zrezygnują z udziału w Eurowizji. Takie deklaracje złożyły Irlandia, Holandia, Słowenia i Hiszpania. Wszystkie cztery podtrzymały je w czwartek wieczorem, już po tym, jak organizator Eurowizji, Europejska Unia Nadawców (EBU), potwierdził, że Izrael weźmie udział w konkursie.

Wcześniej po stronie Izraela opowiedziały się Niemcy i Austria. Przedstawiciele tych krajów chcieli zbojkotować Eurowizję, jeśli Izrael zostanie z niej wykluczony.

Yuval Raphae podczas wielkiego finału Konkursu Piosenki Eurowizji 2025 w Bazylei w Szwajcarii, 17 maja 2025 r. Fot. REUTERS/Denis Balibouse

Eurowizja 2026. EBU: idziemy zgodnie z planem

Ostateczna decyzja była wynikiem głosowania, jakie w czwartek odbyło się w Genewie. Pod głosowanie nie poddano samego uczestnictwa Izraela, lecz zmiany wprowadzone w regulaminie konkursu. Jak wyjaśnia portal Eurovision World, mają one ograniczyć skuteczność zorganizowanych kampanii wspierających kandydatów, “zwłaszcza prowadzonych przez rządy lub państwowe agencje”.

W czwartek spytano członków Europejskiej Unii Nadawców, czy uważają zmiany za wystarczające, by kolejna edycja odbyła się zgodnie z planem. Większość z nich odpowiedziała “tak”. To oznacza również, że udział w konkursie mogą wziąć wszystkie państwa, które uczestniczyły w nim do tej pory. W tym Izrael.

“Znaczna większość naszych Członków zgodziła się, że nie ma potrzeby dalszego głosowania nad listą uczestników i że przygotowania do Eurowizji 2026 będą nadal przebiegać zgodnie z planem, z dodatkowymi zabezpieczeniami” – czytamy w oświadczeniu EBU.

Jak dodaje organizator, nadawcy z poszczególnych państw mają teraz oficjalnie potwierdzić uczestnictwo w konkursie. Pełna lista uczestników ma pojawić się jeszcze przed świętami.

Eurowizja 2026. Czy Polska weźmie udział w konkursie?

Czy Eurowizja 2026 odbędzie się tylko bez wspomnianych czterech krajów? To okaże się w najbliższych tygodniach. O wykluczenie Izraela wnioskowali też m.in. przedstawiciele Islandii. 27 listopada zarząd RÚV (mediów publicznych Islandii) skierował w tej sprawie oficjalne pismo do EBU. Prezes Stefán Jón Hafstein stwierdził, że decyzja o ewentualnym bojkocie zostanie podjęta po głosowaniu w Genewie.

Polskim przedstawicielem w EBU jest telewizja TVP. Jej władze nie zajmowały dotąd stanowiska. W połowie września ministra kultury, Marta Cienkowska, mówiła jednak w radiu TOK FM: “Bardzo bym nie chciała, żeby to było wydarzenie polityczne. Natomiast wypowiem swoje osobiste zdanie: uważam, że nie powinniśmy brać udziału w Eurowizji, jeśli będzie w niej brał udział Izrael”.

Prawie 200 lat „polskiego” Irkucka: zesłańcy, lekarze, inżynierowie, nauczyciele

Tablica upamiętniająca Jana Czerskiego, zesłanego na Syberię po powstaniu styczniowym. Fot. PAP/A. Wróbel


Prawie 200 lat „polskiego” Irkucka: zesłańcy, lekarze, inżynierowie, nauczyciele

Marta Panas-Goworska


Zamknięcie polskiego konsulatu w Irkucku kieruje uwagę na miasto, które od prawie 200 lat stanowi jeden z najważniejszych punktów polskiej historii zesłańczej w azjatyckiej części Rosji.

To tutaj, do Irkucka, po powstaniu listopadowym (1830-1831) i styczniowym (1863-1864) trafiały grupy skazańców politycznych, kierowanych dalej w głąb Syberii. Tu także w 1866 r. wybuchł tzw. bunt zabajkalski, uznawany za ostatni akord powstania styczniowego. Wyroki na jego uczestników zapadały 19 listopada 1866 r.

Irkuck jest miastem położonym nad Angarą we Wschodniej Syberii. Miasto zostało założone w 1661 r. jako fort handlowy i punkt strategiczny Rosji. Ze względu na surowy kontynentalny klimat oraz położenie wśród wysp rzecznych i gęstych lasów, miasto było, wedle słów poety Kornela Ujejskiego, „pustynią, skąd nie ma wychodu”.

Po raz pierwszy Polacy zaczęli przybywać do Irkucka w większej liczbie w pierwszej połowie XIX w., głównie w związku z represjami po powstaniu listopadowym. Tu, wśród „wirującego śniegowego pyłu” i „siarczystego mrozu [który] obejmował gwałtownie”, jak czytamy w liście zesłańca Olgierda Wilczyńskiego, Polacy musieli nie tylko przeżyć, ale i pracować. Przydzielano im, według zasądzonej kary, najcięższe zajęcia – w kopalniach czy kamieniołomach. Ci, którzy mieli lżejsze wyroki, albo jak powstaniec styczniowy, kanonizowany Rafał (właściwie Józef) Kalinowski, doczekali się zmniejszenia kary, mogli znaleźć zatrudnienie przy pracach rolnych. Nieco lepiej przedstawiała się sytuacja osób, którym pozwolono odbywać karę z rodzinami. Mogli oni korzystać ze wzajemnego wsparcia i – w ograniczonym zakresie – z udogodnień materialnych, czasem w formie symbolicznego dofinansowania lub innej pomocy władz.

Czytamy o tym m.in. w listach Feliksa Zienkiewicza: „Mieścimy się w sześć rodzin (Bnińscy, Łozińscy, Gruszeccy, Rolkowie, Majowie i my) w rządowym budynku, ex szkole, gdzie mamy na każdą rodzinę osobny kącik i wspólne dość obszerne gospodarskie zabudowania z kawałkiem ogrodu”. Taka organizacja życia umożliwiała utrzymanie więzi społecznych, prowadzenie nauczania dzieci oraz kontynuowanie praktyk religijnych, co było istotne dla zachowania tożsamości narodowej.

Kolejna fala polskich zesłańców zaczęła docierać do Irkucka w drugiej połowie XIX w., po powstaniu styczniowym i trwała w kolejnych latach, gdy władze carskie kontynuowały politykę represji wobec działaczy niepodległościowych. Trafiali tu zarówno uczestnicy powstania, jak i osoby związane z organizacjami patriotycznymi, zaangażowane w konspiracyjną edukację czy kolportaż zakazanej literatury. W tamtym czasie, jak podają badacze historii Syberii, na dwóch rodowitych mieszkańców Irkucka i okolic przypadał jeden skazaniec.

W regionie działali również późniejsi badacze Syberii, których prace przyczyniły się do rozwoju nauk przyrodniczych. Najwybitniejszy z nich, Benedykt Dybowski, zesłany tu po powstaniu styczniowym, prowadził badania nad jeziorem Bajkał i w okolicach Irkucka, gdzie badał lokalną faunę i florę i tworzył raporty naukowe. Sam pisał: „Pracować mieliśmy poza ojczyzną, lecz dla niej wyłącznie. Według mojego widzenia rzeczy, ten, co kocha szczerze kraj swój, potrafi sercem w nim być zawsze, chociażby był od niego oddalony o tysiące kilometrów”. Dybowski w liście do współpracowników wspominał również sam Irkuck: „Miasto dosyć liche i brudne, o wyglądzie nudnym, pospolitym, nie miało żadnych bruków, domy były przeważnie drewniane, głównie z cedrów bajkalskich”.

Równie istotną osobowością był Jan Czerski, zesłany także po powstaniu styczniowym. Na Syberii zdobył uznanie jako geolog, kartograf i badacz geomorfologii. Po uwolnieniu został kustoszem zbiorów przyrodniczych w Syberyjskim Oddziale Cesarsko-Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i prowadził badania geologiczne wybrzeża Bajkału, opracowując pierwszą mapę geologiczną regionu.

Wśród Polaków w Irkucku byli też lekarze, inżynierowie, nauczyciele i urzędnicy, którzy po odbyciu kary zostawali w regionie lub znajdywali zatrudnienie w irkuckiej administracji. Jak zanotował Dybowski, Polacy – nawet w surowych warunkach – wciąż pozostawali sercem związani z ojczyzną, a ich praca naukowa i społeczna stanowiła trwały ślad polskiej obecności na Syberii.

Latem 1866 r. w rejonie Bajkału dojrzewał plan jednego z najśmielszych zrywów, jakie podjęli polscy zesłańcy. Grupy pracujące przy budowie drogi – rozproszone między Kułtukiem, Miszychą i stacjami nad jeziorem – zaczęły potajemnie przygotowywać broń i zapasy na wypadek ucieczki. W pracowni kuźniczej Kazimierza Arcimowicza wykuto kilkadziesiąt kos powstańczych, w barakach gromadzono suchary i sól. Przyszykowano też flagę z hasłem „Dla naszej i waszej wolności!”, która miała stać się symbolem wspólnego czynu zbrojnego.

Zryw nie był jednak wyłącznie polską inicjatywą. W jego wczesnych etapach brali udział również rosyjscy rewolucjoniści. Najważniejszym z nich był Michaił Serno-Sołowjewicz, związany z konspiracyjną organizacją Ziemla i Wola. Utrzymywał kontakt z Polakami i miał pośredniczyć w kontaktach z innymi antycarskimi środowiskami na Syberii. Zginął jednak w trakcie podróży do Irkucka i przygotowania spadły całkowicie na barki polskich zesłańców.

Na czele zrywu stanął Narcyz Celiński, czterdziestodziewięcioletni były kapitan armii rosyjskiej, człowiek z dużym doświadczeniem wojskowym, cieszący się dużym autorytetem wśród zesłańców. Wspierali go Gustaw Szaramowicz – trzydziestoletni pianista i jeden z najbardziej energicznych organizatorów, a także Władysław Kotkowski i Jakub Reiner. Do konspiracji stopniowo wciągano kolejne grupy katorżników pracujących nad jeziorem.

Do wybuchu doszło 24 czerwca 1866 r. na stacji w Kułtuku, gdzie buntownicy rozbroili straż i ruszyli w stronę granicy mongolskiej. Zamierzali przebić się do Chin i liczyli, że tak uda się im przedostać dalej, a później drogą morską dotrzeć do Europy. Jak wynika z zachowanych relacji, mieli świadomość, że szanse są niewielkie: byli wycieńczeni fizycznie, słabo ubrani, a broń stanowiły głównie narzędzia pracy i prowizoryczne kosy.Po kilku dniach dopadła ich pogoń rosyjskich wojsk. Grupa rozciągnęła się na wiele kilometrów, część buntowników odłączyła się w poszukiwaniu jedzenia lub próbowała ukryć się w lasach. Decydujące starcie nastąpiło po południowej stronie Bajkału, pod Miszychą, gdzie oddziały kozackie osaczyły główny trzon uciekających. Krótka wymiana ognia zakończyła zryw, a przywódcy zostali aresztowani. Część zesłańców wymordowano podczas pościgu lub zginęli w trakcie prób przeprawy przez tajgę.

Powstanie zabajkalskie zakończyło się klęską, a uczestnicy, którzy przeżyli, zostali postawieni przed sądem wojennym. Jak podkreśla badacz tych wydarzeń, prof. Wiesław Caban, „karę śmierci wykonano na czterech przywódcach: Narcyzie Celińskim, Gustawie Szaramowiczu, Władysławie Kotkowskim i Jakubie Reinerze”. Prawie 200 osób skazano na karę chłosty i zesłanie w jeszcze surowsze ostępy Syberii, zaś „122 osobom podwyższono wymiar kary do dożywotniej katorgi, 92 więźniów skierowano do ciężkich prac, 260 osób uniewinniono”. Szczególnie okrutnie postąpiono z rodzinami osób skazanych na śmierć. Zwyczajowo pozwalano im napisać do swoich bliskich ostatnie, pożegnalne słowa, ale z rozporządzenia carskich władz listy te zostały skonfiskowane i nie dotarły do adresatów.

Powstanie zabajkalskie zamyka pewien etap historii polskiego oporu w azjatyckiej części imperium. Nie oznaczało jednak końca obecności na tych ziemiach. Jak podkreślał w 2019 r. senator Artur Warzocha: „Najwięcej Polaków w tym rejonie mieszka w Irkucku. Są wśród nich potomkowie zesłańców – już czwarte, a nawet piąte pokolenie”. To właśnie dla tych ludzi, a także dla coraz liczniejszej grupy polskich przedsiębiorców, istotne było funkcjonowanie polskiej placówki dyplomatycznej. Konsulat nie tylko udzielał wsparcia administracyjnego i konsularnego, lecz także dbał o zachowanie dziedzictwa historycznego: nadzorował renowację zabytków, w tym historycznych kościołów i cmentarzy polskich zesłańców, będących świadectwem wielopokoleniowej obecności Polaków w regionie. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Antisemitism in Healthcare Is a Public Health Crisis — and Must Be Treated as One


Antisemitism in Healthcare Is a Public Health Crisis — and Must Be Treated as One

Sara Colb and Miri Bar-Halpern


Illustrative: Medical staff work at the coronavirus disease (COVID-19) ward at Hadassah Ein Kerem Hospital, in Jerusalem January 31, 2022. REUTERS/Ronen Zvulun

While healthcare providers pledge to “do no harm,” that oath is being violated as antisemitism seeps into the very spaces meant to embody compassion and healing. This was the warning issued by Dr. Jacqueline Hart, who organized a medical conference on this issue, and emphasized that antisemitism in medicine endangers both patients and practitioners.

At the conference, titled Addressing Antisemitism in Healthcare,” a Jewish medical student described classmates who erased her from social media groups when they learned she was Jewish, and chalked the names of Hamas “martyrs” (those who brutally murdered Jewish men, women, and children) outside the school on the anniversary of October 7.

Other Jewish medical students were labeled “colonizers,” “oppressors,” and “bloodthirsty Zionists” by their peers. A genetic counselor who petitioned to stop her professional association from platforming a speaker with a history of antisemitic rhetoric received death threats from colleagues, and had to walk into work with a police escort. One Jewish resident recalled a patient who sneered, “I don’t trust the Jew to treat me,” while the supervising physician said nothing.

Jewish patients within the mental health sphere are experiencing what’s known as traumatic invalidation — the denial or dismissal of one’s pain, experience, and humanity. Research shows that when people are silenced, minimized, or erased in this way, the psychological impact can be as damaging as other recognized traumas, leaving deep scars of mistrust, hypervigilance, and isolation.

And when bias permeates hospitals and clinics, everyone is at risk. Patients hesitate to disclose important personal information, practitioners experience significant harm, and the public’s faith in medicine erodes.

For these reasons, antisemitism in healthcare must be treated as a public-health crisis.

A National Call to Action

America’s great medical hubs — Boston, Chicago, New York, San Francisco, Philadelphia, Seattle, Atlanta, and others — have long set the pace for clinical innovation and high-quality care. Now they must lead again. Public and private leaders within healthcare must mobilize around confronting antisemitism head-on.

For example, longitudinal studies should be funded and conducted on the impact of antisemitism on patient outcomes, workforce retention, and mental health, and to develop antisemitism-reduction interventions — just as we do for smoking cessation or infection control.

Policies and practices that illuminate and address the issue must be implemented, including adding antisemitism metrics to existing patient-safety and employee-climate surveys; requiring academic medical centers and health systems to track and publicly report antisemitic incidents; and posting a Patients’ Bill of Rights that explicitly guarantees a care environment free from discrimination.

Healthcare facilities should review their dress codes and revise policies to prohibit staff from wearing political attire that could intimidate patients or colleagues. This will help to ensure that treatment environments remain safe and welcoming for all.

Mandatory training and education are needed, including integrating antisemitism education into cultural-competence curricula for students, residents, and continuing medical education for practicing clinicians.

Facilities should create anonymous reporting hotlines — either individually or collectively — where patients and workers can report antisemitic or other bias-related incidents without fear of retaliation, and facilities should also ensure there are penalties for retaliation.

Mental health services must be available for patients and health care workers who experience discriminatory treatment. Further, regulations should be reviewed and revised to guarantee that clinical environments remain free from antisemitic bias and other forms of hate.

Finally, medical schools’ LCME accreditation and hospital Joint Commission status should be made dependent on having an antisemitism-prevention program or training requirement.

Medicine’s social contract is built on safety, dignity, and trust. When Jewish clinicians who report antisemitism are told to “keep politics out of the hospital,” or Jewish patients fear revealing their identity, that contract is broken. The cure is neither complicated nor optional: study the problem, implement interventions, train the workforce, and enforce standards — just as we have done with other threats to public health.

What’s at stake is not only the well-being of Jewish patients and professionals, but the integrity of our healthcare system itself.


Sara A. Colb is the Director of Advocacy for ADL’s National Affairs division. Dr. Miri Bar-Halpern is the Director of Trauma Training and Services at Parents for Peace and a Lecturer in Psychology at Harvard Medical School, where she supervises psychology interns and psychiatry residents. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com