Archive | December 2023

Odzyskanie romantyzmu naszej sprawy

Grupa Izraelczyków świętuje, gdy helikopter przewożący zakładników uwolnionych ze Strefy Gazy ląduje na lądowisku dla helikopterów Centrum Medycznego dla Dzieci Schneider w Petah Tikva w Izraelu. AP


Odzyskanie romantyzmu naszej sprawy

Daniel Greenfield
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Romantyczność sprawy jest bardziej przekonująca niż argumenty na rzecz jej moralności.

„Weź muszkiet do ręki i daj mi mój miecz” – błaga francuski żołnierz swojego towarzysza w Dwóch grenadierach. Wyobraża sobie, że jego ciało zostanie pochowane w oczekiwaniu na powrót Napoleona z niewoli. „Wtedy mój cesarz przejedzie po moim grobie, miecze będą szczękać i błyskać; i powstanę z grobu, aby strzec mego cesarza”.

W muzycznych interpretacjach wiersza Heinricha Heinego w wykonaniu Schumanna i Wagnera ciemne tony ustępują dźwięcznym triumfalnym grzmotom Marsylianki, francuskiego hymnu narodowego, gdy wiara zmartwychwstałego żołnierza zostaje nagrodzona mesjańskim powrotem Napoleona i jego armii.

Obietnica Napoleona kontynuowania dzieła rewolucji francuskiej i „wyzwolenia” świata zainspirowała kult jednostki. Beethoven początkowo zadedykował swoją symfonię Eroica Napoleonowi. A słynny kompozytor nie był osamotniony w tej sprawie.

Niemieccy liberalni wielbiciele Napoleona ostatecznie podzielili się na nacjonalistów i radykałów. Ich kulturowi potomkowie stali się komunistami lub nazistami. Miliony ludzi dały się ponieść kultowi jednostki, który sprawiał, że masowe morderstwa wydawały się ekscytujące i efektowne. Ernst Hanfstaengl, członek amerykańskich elit, sprawił, że „Sieg Heil” rezonowało z harwardzkim skandowaniem na meczach piłkarskich: „Walcz, walcz, walcz!”

Dopóki nie zaczęły gromadzić się zbyt wielkie góry trupów, elity amerykańskie były zachwycone energią komunizmu i narodowego socjalizmu. Pisarze, muzycy, eksperci i politycy podziwiali Mussoliniego, Lenina, Hitlera i Stalina jako współczesnego Napoleona, który potrafi mobilizować do wielkich czynów. Rewolucje mające na celu obalenie porządku i przekształcenie świata zawsze były bardziej romantyczne.

I to nigdy się nie zmieniło.

Izraelczycy, podobnie jak Amerykanie, wpadli w szaleństwo kwestionowania moralności swojej sprawy, ale romantyzm sprawy zawsze przewyższa atrakcję jej moralności. Sprawa Ameryki i sprawa Izraela były znacznie bardziej popularne, gdy były romantyczne, niż gdy upierały się przy swoich moralnych racjach.

Moralność inspiruje niewielu ludzi. Kiedy musisz przekonywać o moralności swojej sprawy, przegrałeś.

Dlaczego tak wielu staje po stronie terrorystów islamskich w sprawie Ameryki lub terrorystów Hamasu w sprawie Izraela? Podobnie jak naziści czy komuniści, dżihadyści oferują bardziej romantyczną sprawę. Niektórzy z tych samych Amerykanów, którzy w latach trzydziestych XX wieku mogli zarazić się nazizmem, dziś przechodzą na islam i próbują przeprowadzać ataki terrorystyczne w Ameryce. Niektórzy udają się do Turcji, aby jechać dalej i spotkać się z ISIS.

Co ich przyciąga? Niektóre z tych samych rzeczy, które przyciągnęły ich przodków do rewolucji francuskiej, do Napoleona, do kolejnych radykalnych ruchów XIX wieku, do nazizmu i komunizmu, do partyzantki marksistowskiej, a następnie do islamskich terrorystów, którzy oferują romantyczną sprawę.

Tym, co przyciąga tak wielu mężczyzn i kobiet, nie jest moralność, ale podekscytowanie. Pasję, chwałę i gotowość oddania życia za sprawę można równie łatwo zamienić w zło, jak i dobro. Wielu ludzi jednak po prostu się tym nie przejmuje. Rewolucyjna energia burzenia wszystkiego będzie bardziej przemawiać, zwłaszcza do młodych i pełnych pretensji ludzi, niż obrona domu i ogniska domowego.

Przeciwstawianie romantyzmowi argumentów moralnych i racjonalnych jest daremne.

Dlaczego narzekamy, że zastrzelenie jednego handlarza narkotyków przez policjanta może doprowadzić tłum do spalenia wielu miast, ale kiedy handlarze narkotyków strzelają do siebie dzień po dniu, nic się nie dzieje? Tylko jedna z tych sytuacji pozwala swoim wyznawcom maszerować, wykrzykiwać hasła, ścierać się z policją i niszczyć mienie. Tylko jedna przedstawia narrację o niesprawiedliwości i odważnych ludziach przeciwstawiających się opresyjnemu systemowi.

Bohaterska narracja jest bardziej przekonująca niż fakty. Ludzie jednoczą się w sprawach, które sprawiają, że czują się dobrze, niekoniecznie tych, które są słuszne. A kiedy coś powoduje dobre samopoczucie, robimy to.

Genialnym posunięciem lewicy było umiejscowienie swojej sprawy jako nieustannej rewolucji, niekończącej się walki z uciskiem i mesjańskiej walki odkupieńczej o duszę świata. Lewica odwraca uwagę od faktu, że jest u władzy, znajdując nowych wrogów do walki: policjantów, koncerny naftowe, osoby nie uznające zmiany płci lub Żydów. Rodzi się nowa sprawa i rewolucja trwa.

Ameryka i Izrael były kiedyś sprawami rewolucyjnymi, ale kiedy znaleźliśmy się w defensywie, straciliśmy także kontakt z romantyzmem naszych spraw. Sprawy romantyczne są ofensywne. Obrona, chyba że jest ostatnią barykadą przegranej sprawy, nie jest romantyczna. Idąc za radą Pattona, ludzie lewicy nigdy nie bronią się, zawsze atakują. A konserwatyści zbyt często bronią się, a nie atakują, reagują zamiast działać i skłaniają wroga do ataku.

Lewica zasypuje swoich przeciwników obelgami, oskarżeniami i oszczerstwami. To stawia ich w defensywie. A potem, zamiast artykułować swoją sprawę, próbują uzasadnić swoje istnienie.

Pierwsza zasada debaty głosi, że obrona czegoś już jest częściowym ustępstwem. Dobry dyskutant zmusza drugą stronę do debaty na temat jego istnienia. Niemający rozeznania dyskutant nieustannie próbuje usprawiedliwić swoje istnienie, wprowadzając w ten sposób coraz większe wątpliwości co do tego, czy zasługuje na istnienie.

Kiedy Żydzi przekonują, że Izrael ma prawo do istnienia, tak naprawdę poddają tę kwestię pod dyskusję. Tymczasem nikt nie debatuje, czy „palestyńskie” państwa terrorystyczne mają prawo istnieć. Ich sprawa jest chwalebna i romantyczna, po części dlatego, że nigdy nie poddawali jej pod dyskusję.

W okresie Holokaustu Żydzi próbowali przekonywać, że mają prawo do życia. Argument ten został w większości przegrany i niewielu, z wyjątkiem garstki humanitarystów, w ogóle odczuło potrzebę jego podjęcia. Kilka lat później Żydzi założyli niepodległe państwo i pokonali najeżdżające armie arabskie.

Izrael był przez wielu znienawidzony, ale był także podziwiany i celebrowany jako sprawa romantyczna. Kraj wyrwany pustyni, zbudowany przez twardych pionierów i strzeżony przez pasterzy z karabinami na ramionach, był pełen chwały i inspirujący w sposób, którego nikt nie mógł zignorować.

Jednak amerykańscy Żydzi postanowili przywołać Holokaust: przedstawiając Żydów jako bezradnych i potrzebujących ratunku. Nie zwracano uwagi na historię Żydów, zwłaszcza syjonistów, stawiających opór i walczących. Po pokoleniach wykorzystujących Holokaust do nauczania tolerancji są zaskoczeni, że to nie zadziałało i że samo istnienie Żydów ponownie jest przedmiotem debaty.

Kiedyś Izrael zwykł podkreślać ryzykowną i rewolucyjną naturę kraju, osamotnionego i skłóconego z większą częścią regionu, ale jego narracja stała się defensywna. I im bardziej Izrael wyjaśnia, że nie jest „państwem apartheidu” ani ludobójcą, tym bardziej promuje te właśnie obelgi. Obrona własnej moralności jest, jak większość stanowisk obronnych, ostatecznie daremna i przegrywająca. Im bardziej będziesz się bronić przed oskarżeniem, tym bardziej będzie ono z tobą powiązane.

Tym więcej osób uzna, że musi być w tym ziarno prawdy.

Ameryka popełniła kilka podobnych błędów. Właśnie to, czego nauczono nas się wstydzić – budowanie kraju z niczego i jego obrona przed wszystkimi najeźdźcami – stanowi dużą część romantyzmu naszej sprawy. Lewicowe kampanie oszczerstw sprawiły, że nasze mocne strony wydają się naszymi słabościami. Próbujemy rozszerzać nasze zasady na wrogów, którzy chcą nas zniszczyć, uznając to za naszą siłę. Im bardziej wyjaśniamy, jak jesteśmy sprawiedliwi, tym bardziej poddajemy naszą sprawiedliwość pod dyskusję i oskarżamy siebie jako kraj opresyjny.

Romantyzm naszych spraw jest obecny w naszych historiach, wystarczy po niego sięgnąć. Jest obecny w opowieściach i legendach, które odrzuciliśmy jako przestarzałe i reakcyjne, zdyskredytowane przez „historyków” i wyszydzone jako części naszej przeszłości, od której powinniśmy się odwrócić.

To są źródła naszej siły i wyznaczają drogę do odrodzenia naszych narodów.

Ilu młodych Amerykanów naprawdę chce przeciwstawić się złu, a ilu odczuwa do niego pociąg, ponieważ nie widzą we własnym kraju żadnej sprawy, która poruszałaby ich i przyspieszała bicie serca? Kiedy ich własny naród przestanie inspirować, znajdą inspirację wśród swoich wrogów.

Są amerykańscy i izraelscy żołnierze oraz cywile walczący przeciw islamskim terrorystom, policjanci zabici przez krajowych terrorystów z BLM, a mimo to prawie nie znamy ich imion ani nie opowiadamy ich historii. Kiedy BLM krzyczy „powiedz ich imiona”, budują legendy. Są wśród nas herosi. Mamy sprawy, które zmieniły świat. Jednak nie potrafimy ich wyrazić.

Romantyzm sprawy polega na pasji zmiany istniejącego stanu rzeczy. Jeśli nie uda nam się wykorzystać tej pasji, by za wszelką cenę zmienić opresyjny stan rzeczy, przegrywamy.

„Najlepszym brakuje przekonania, a najgorsi pełni są żarliwej intensywności” – napisał Yeats. To nie musi tak wyglądać. Nie wystarczy argumentować, że nasza sprawa jest moralna. Musimy znaleźć w sobie pasję, aby przedstawić ją nie tylko jako obronę przed najgorszymi, ale także jako triumf najlepszych.

Jeśli nasze sprawy nie będą wydawać się chwalebne, nasi wrogowie sprawią, że będą wyglądać na haniebne.


Daniel Greenfield jest amerykańskim publicystą.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Irańskie rakiety, a cena jajek w Pułtusku

Konstanty Julian Gebert, ps. „Dawid Warszawski” (ur. 22 sierpnia 1953 w Warszawie) – polski psycholog żydowskiego pochodzenia, tłumacz, dziennikarz i nauczyciel akademicki, od 1989 do 2022 roku[1] publicysta Gazety Wyborczej. Od 2023 felietonista Kultury Liberalnej[2].

.

.


Irańskie rakiety, a cena jajek w Pułtusku

Konstanty Gebert


W zorganizowanej przez Stany Zjednoczone operacji „Strażnik Dobrobytu” uczestniczy dwadzieścia państw. Strażnik nie tylko pilnuje poszczególnych statków, przekraczających dziś cieśninę Bab el-Mandeb. Przede wszystkim strzeże Zachód przed tragicznym scenariuszem, który do spełnienia potrzebuje jednej celnej rakiety.

Uczestniczą, tak, ale właściwie nie – Francja i Włochy owszem, wysłały na Morze Czerwone okręty, ale pozostają one pod narodowym, nie międzynarodowym dowództwem. Australia uznała, że wszystkie jej okręty muszą pozostać na Pacyfiku, ale zgodziła się na udział w operacji jedenastu swych wojskowych.

Ulgę w Waszyngtonie musiało więc przynieść dołączenie się do operacji Seszeli, dysponujących dziewięcioma jednostkami straży przybrzeżnej. 40-metrowy okręt flagowy wprawdzie nie wypłynie, ale może któraś z łodzi patrolowych podarowanych wyspom przez Sri Lankę?

Anglosaski strażnik

„Strażnik”, póki co, pozostaje więc operacją amerykańsko-brytyjską. Szczególnym rozczarowaniem musi być brak udziału państw arabskich, z wyjątkiem Bahrajnu, od dawna związanego z USA; na wyspie mieści się podstawowa baza piątej floty. Zwłaszcza zaś to, że operację zbojkotowała Arabia Saudyjska oraz Egipt, które mają dwie najdłuższe linie brzegowe nad Morzem Czerwonym.

Saudowie wszak od ośmiu lat wspierają jemeński rząd w jego wojnie z buntownikami Huti, przed którymi Strażnik ma Dobrobytu bronić. Tyle że w ostatnich miesiącach, dzięki mediacji Pekinu, rysuje się nadzieja na zawieszenie broni w wojnie, w której zginęło 150 tysięcy ludzi, a następnych 200 tysięcy zmarło od wywołanych nią epidemii i głodu.

Rijad włączył się do tego konfliktu w nadziei usunięcia wspierającego Hutich Iranu ze swego pogranicza. Teraz, po systematycznych porażkach swych wojsk, liczy już jedynie na kompromis z Teheranem i ograniczenie dalszych strat.

Ale przecież Egipt powinien być Dobrobytem żywotnie zainteresowany: 12 procent światowego handlu morskiego wpływa do Morza Czerwonego przez cieśninę Bab el-Mandeb. Następnie w ogromnej większości przechodzi przez Kanał Sueski, generując dla Kairu dochody rzędu 10 miliardów dolarów rocznie.

Na straży wspólnych interesów

Rzecz w tym wszelako, że drobna część statków zamiast do Kanału, płynie do izraelskiego portu w Eilacie, a i wśród tych, które wpływają do Kanału, są jednostki w ten czy inny sposób z Izraelem związane – na przykład będące własnością Izraelczyków. To one właśnie są obiektem ataków z Jemenu, Huti bowiem uznali pokonanie Izraela za jeden z głównych celów swej walki.

Oba kraje dzieli wprawdzie 1500 kilometrów, ale całe uzbrojenie Hutich pochodzi z Iranu, który deklaruje zniszczenie Izraela jako cel swej polityki. Stąd ataki hutyjskich dronów i rakiet na statki uznane za izraelskie. Ich definicja przyjęta w Jemenie jest na tyle szeroka, że  obejmuje na przykład brytyjskie tankowce czy francuski okręt wojenny.

Dlatego też Waszyngtonowi udało się nakłonić kilkanaście innych państw do udziału w operacji: interesy wszystkich, nie tylko Izraela, są zagrożone. Wielki przewoźnik morski Maersk czy korporacja British Petroleum przywróciły żeglugę swych jednostek przez Bab el-Mandeb dopiero po powołaniu Strażnika. Zaś Kair uznał najwyraźniej, że Strażnik będzie bronił jego Dobrobytu i tak, więc po co się Hutim narażać?

Ale zanim jeszcze do powołania tej wspólnej siły morskiej doszło, państwa zainteresowane, czyli atakowane, dość sprawnie sobie radziły z hutyjskim zagrożeniem. Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy zestrzeliwali skutecznie odpalone z Jemenu drony i rakiety, Izraelczycy zaś zestrzelili też wymierzoną w Eilat hutyjską rakietę balistyczną irańskiej produkcji, trafiając ją antyrakietą systemu Strzała na wysokości 60 kilometrów, czyli już na granicy atmosfery. Po raz pierwszy sprawdzono na polu bitwy, że „Gwiezdne Wojny”, o których marzył Ronald Reagan, rzeczywiście działają.

Izrael formalnie do „Strażnika” nie przystąpił, żeby nie uniemożliwić udziału w operacji wrogich mu krajów regionu, lecz ściśle koordynuje swe działania wojskowe z Amerykanami. W odpowiedzi Iran poszerzył pole bitwy i odpalił – jak podały USA – dwa drony, które trafiły w „powiązany z Izraelem” tankowiec u wybrzeży Indii. Teheran zaprzecza, ale wcześniej jego Gwardia Rewolucyjna groziła, że jeśli Zachód nie przestanie wpierać Izraela, może „zamknąć inne trasy morskie, niż Morze Czerwone” – przy okazji przyznając, że z próbami „zamknięcia” Morza Czerwonego ma jednak coś wspólnego.

Wystarczy jeden skuteczny atak

Nie jest natomiast jasne, w oparciu o co USA postawiły Teheranowi ten poważny zarzut: drony są zbyt małe, by można je było monitorować z satelitów. Co więcej, to możliwe, że Huti mogli nawiązać, na zasadzie współpracy uciśnionych islamistów, współpracę z którymś z działających w Pakistanie kaszmirskich ugrupowań terrorystycznych. Partnerzy mogliby umożliwić Hutim, za wiedzą Islamabadu, przeprowadzenie ataku z terytorium kraju.

Jednak rzecz nie w tym nawet, jak bardzo wielopiętrowo nieoczywiste są zawierane w wojnach z Iranem i jego sojusznikami koalicje, ani nie w tym, jak nieoczekiwanie skuteczne są współczesne systemy antyrakietowe. (Choć pamiętać należy, że antyrakieta może być sto razy droższa od obiektu przez nią zestrzelonego, co na dłuższą metę czyni koszty takiej obrony trudnymi do utrzymania).

Najistotniejsze jest bowiem to, że wystarczy jeden skuteczny atak Iranu, jego sojuszników, lub sojuszników jego sojuszników na jakąś dużą jednostkę na Morzu Czerwonym – by przewoźnicy przekierowali swe statki gdzie indziej.

To zaś oznaczałoby dramatyczne wydłużenie czasu rejsu, a więc i znaczny wzrost cen frachtu – a tym samym wzrost cen wszystkiego, co drogą morską jest przewożone, od ropy naftowej począwszy, co przełożyłoby się na koszt innych towarów. To oznacza groźbę kryzysu gospodarczego na Zachodzie – oraz implozję ekonomiczną Egiptu, pozbawionego dochodów z Kanału. Na awaryjne kredyty z ogarniętego kryzysem Zachodu Kair zapewne też nie mógłby liczyć.

”Strażnik Dobrobytu” nie tylko pilnuje poszczególne statki, przekraczające dziś cieśninę Bab el-Mandeb: on strzeże Zachód przed scenariuszem, który do spełnienia potrzebuje jednej celnej rakiety. Nic więc dziwnego, że Huti nie ustają w usiłowaniach. Cena jajek w Pułtusku zależy też od tego, czy „Strażnikowi” i jego sojusznikom uda się zestrzelić wszystko, co Iran Hutim do odpalenia dostarczy.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel Daily News – War Day 82, December 27, 2023

Israel Daily News – War Day 82, December 27, 2023

ILTV Israel News


Day 82 of the war in Gaza and IDF chief of Staff Halevi breaks down military accomplishments and goals, while Israel makes a bold announcement regarding UN ties, and terror is thwarted in India. And much more.

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


ONZ i Hamas: Partnerzy w zbrodni

Kiedy rakieta wystrzelona przez Palestyński Islamski Dżihad eksplodowała przed szpitalem Al-Ahli w Gazie, Hamas w ciągu kilku minut oświadczył, że Izrael zbombardował szpital i fałszywie zapewnił, że zginęły w nim setki ludzi. Organizacja Narodów Zjednoczonych natychmiast obwiniła Izrael, a Sekretarz Generalny ONZ António Guterres w swoim przemówieniu na szczycie w Chinach potępił Izrael za eksplozję. Na zdjęciu: parking szpitala Al-Ahli w Gazie, 18 października 2023 r., po wylądowaniu tam rakiety wystrzelonej przez Palestyński Islamski Dżihad. (Zdjęcie: Shadi Al-Tabatibi/AFP via Getty Images)


ONZ i Hamas: Partnerzy w zbrodni

Robert Williams
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Od 7 października, kiedy terroryści Hamasu najechali południowy Izrael i dokonali masakry co najmniej 1200 osób oraz porwali kolejnych 240 Izraelczyków i osób innych narodowości, Organizacja Narodów Zjednoczonych działa jako nieoficjalne ramię propagandowe wspieranej przez Iran organizacji terrorystycznej Hamas.

Wydaje się, że głównym celem kampanii propagandowej – poza oczernianiem Izraela – jest wywarcie ogromnej międzynarodowej presji na Izrael, aby zgodził się na zawieszenie broni na czas nieokreślony, co da Hamasowi czas niezbędny na przegrupowanie się i uzupełnienie sił, by móc kontynuować swoją działalność terrorystyczną i uniknąć wyeliminowania przez Izraelskie Siły Obronne.

Aby zrozumieć, w jaki sposób ONZ skutecznie prowadzi wojnę propagandową Hamasu, należy wiedzieć, że ONZ, poprzez swoją agencję ds. uchodźców palestyńskich, UNRWA, jest skutecznie powiązana z Hamasem w Strefie Gazy: dokonanie znaczącego rozróżnienia między obiema organizacjami może być trudne. Faktycznie 7 października, kiedy rozpoczęła się masakra Hamasu na cywilach w Izraelu, pracownicy UNRWA w Gazie świętowali. UN Watch napisał w raporcie z zeszłego miesiąca:

“Gdy tylko rozeszła się wieść o straszliwej rzezi, transmitowana na żywo w mediach społecznościowych przez część terrorystów, pracownicy Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Pracy (UNRWA) natychmiast świętowali i usprawiedliwiali to na Facebooku… UNRWA stała się wylęgarnią palestyńskiego terroryzmu od początków [swojego istnienia]… Sprawcy masakry olimpijskiej w Monachium w 1972 r., podczas której zamordowano 11 izraelskich sportowców… prawie wszyscy wychowywali się i kształcili w szkołach UNRWA… Podobnie Mohamed Deif, dowódca Hamasu Brygad Al-Kassam, który zaplanował masakrę z 7 października, również kształcił się w szkole UNRWA”.

Według Associated Press:

“W latach 2014–2020 agencje ONZ wydały w Gazie prawie 4,5 miliarda dolarów, w tym 600 milionów dolarów w samym 2020 roku. Ponad 80% tych środków przekazywanych jest za pośrednictwem agencji ONZ ds. uchodźców palestyńskich, którzy stanowią trzy czwarte populacji Gazy. Około 280 tysięcy dzieci w Gazie uczęszcza do szkół prowadzonych przez UNRWA, która zapewnia również opiekę zdrowotną i pomoc żywnościową”.

ONZ, za pośrednictwem UNRWA w Gazie, prawdopodobnie wie o wszystkim, co się tam dzieje, łącznie z terrorystyczną infrastrukturą podziemnych tuneli Hamasu oraz wykorzystaniem przez nich szpitali i karetek pogotowia. Jednak przez całą tę wojnę ONZ nie robiła nic poza udawaniem “przerażenia i szoku” w związku z niezbędnymi środkami Izraela przeciwko terrorystom Hamasu osadzonym w społeczeństwie cywilnym w Gazie. Jak powiedział dyrektor wykonawczy UN Watch, Hillel Neuer:

“ONZ ma 13 tysięcy pracowników w maleńkiej Gazie. Wiedzą dokładnie, co się dzieje… Wszyscy wiedzieli, że infrastruktura terrorystyczna Hamasu znajduje się na terenie szpitala, gdzie Izrael nie zaatakuje. Okłamywali świat przez 16 lat. Żeby przedstawiać Izrael jako zło.”

24 października Sekretarz Generalny ONZ António Guterres sięgnął nowego dna, forsując typową narrację zażaleń Hamasu. Powiedział, że ataki z 7 października “nie wydarzyły się w próżni”, co wydaje się usprawiedliwiać ataki terrorystyczne. Tymczasem ONZ nie zadała sobie najmniejszego trudu, aby zająć się konkretnymi i przerażającymi szczegółami tego, co wydarzyło się podczas masakry z 7 października – masowymi gwałtami, straszliwymi torturami, bezlitosnymi morderstwami i porwaniami.

To milczenie w sprawie tego, co wydarzyło się 7 października, jest niestety zgodne z nieustanną demonizacją Izraela przez ONZ. ONZ powołuje się na międzynarodowe prawo humanitarne – łamane przez Hamas, a nie przez Izrael, kiedy Hamas buduje instalacje wojskowe w chronionych przestrzeniach cywilnych (które, gdy są wykorzystywane do celów wojskowych, stają się niechronione) i wykorzystuje cywilów jako ludzkie tarcze. Tymczasem ONZ nigdy nie wzywa Hamasu, aby zaprzestał wykorzystywania swoich cywilów jako żywych tarcz do ochrony swojej broni i pokazywania przed kamerami telewizyjnymi martwych dzieci jako dowód, że ich śmierć była winą Izraela.

Dlaczego cywile z Gazy nie mogą schronić się przed bombardowaniami z powietrza w 300-kilometrowych podziemnych tunelach Hamasu? Dlaczego Siły Obronne Izraela musiały chronić Gazańczyków uciekających na południe, ratując życie – tak jak przestrzegł ich Izrael – podczas gdy Hamas próbował zbrojnie uniemożliwić im wyjazd?

Wszystko, co ONZ mówi i robi w związku z izraelskimi operacjami wojskowymi w Gazie, stawia na głowie zbrodnie wojenne Hamasu – w próbie zrzucenia winy za nie na Izrael. Tymczasem ONZ papuguje jako fakt wszelkie cudaczne twierdzenia Hamasu, w tym liczbę ofiar w Gazie, które, o dziwo, nigdy nie zawierają żadnej wzmianki o terrorystach Hamasu, i wyliczają głównie kobiety i dzieci.

Kiedy 17 października Hamas oznajmił, że Izrael zbombardował szpital Al-Ahli w Gazie, fałszywie twierdząc, że zginęły setki ludzi, ONZ natychmiast obwiniła Izrael. Guterres w przemówieniu na szczycie w Chinach potępił Izrael za eksplozję przed szpitalem i wezwał do natychmiastowego zawieszenia broni, podczas gdy Dennis Francis, przewodniczący 78. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ogłosił, że jest “zszokowany i przerażony.”

18 października Izrael opublikował dowody pokazujące, że atak na teren szpitala był wadliwą rakietą wycelowaną w Izrael i wystrzeloną przez Palestyński Islamski Dżihad. ONZ przemilczała to. Zamiast tego ONZ prowadzi nieustanną kampanię, zwłaszcza w mediach społecznościowych, w której oskarża Izrael o celowe atakowanie szkół, dzieci, ludności cywilnej, szpitali i pracowników służby zdrowia. Chociaż prawo międzynarodowe chroni je przed atakiem podczas wojny, ochrona ta nie ma zastosowania do szkół, szpitali i innych obiektów cywilnych wykorzystywanych do celów wojskowych.

Bezprawne wykorzystanie przez Hamas szpitali, szkół i innych obiektów cywilnych do celów wojskowych zostało ujawnione wiele lat temu. Były prezydent USA Bill Clinton powiedział o tym w 2016 roku. “Kiedy Hamas postanawia wystrzelić rakietę w Izrael, wkrada się do szpitali i szkół”.

NATO opublikowało w 2019 roku raport, w którym bez ogródek stwierdzono:

“Hamas, islamistyczna grupa bojowników i de facto władza rządząca Strefą Gazy, używa ludzkich tarcz w konfliktach z Izraelem od 2007 roku. Zgodnie ze Statutem Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), zbrodnia wojenna polegająca na używaniu ludzkich tarcz obejmuje ‘wykorzystanie obecności osoby cywilnej lub innej osoby chronionej w celu uodpornienia pewnych punktów, obszarów lub sił zbrojnych na operacje wojskowe’. Hamas odpalał rakiety, rozmieścił węzły i trasy infrastruktury wojskowej oraz zaangażował izraelskie siły zbrojne ( IDF) z lub w pobliżu obszarów mieszkalnych i handlowych.

Logika strategiczna ludzkich tarcz składa się z dwóch elementów. Opiera się na świadomości pragnienia Izraela zminimalizowania szkód ubocznych oraz wrażliwości zachodniej opinii publicznej na ofiary cywilne. Jeśli IDF użyje śmiercionośnej siły i spowoduje wzrost ofiar cywilnych, Hamas może wykorzystać to jako narzędzie wojny prawnej: może oskarżyć Izrael o popełnienie zbrodni wojennych, co może skutkować nałożeniem szerokiego wachlarza sankcji. Alternatywnie, jeśli IDF ograniczy użycie siły militarnej w Gazie, aby uniknąć szkód ubocznych, Hamas będzie mniej narażony na izraelskie ataki i dzięki temu ochroni swoje siły i będzie kontynuować walkę”.

Kiedy Izrael przeprowadził nalot na karetkę pogotowia w północnej Gazie, którą używali terroryści Hamasu, Guterres powiedział, że jest “przerażony” działaniami Izraela, ignorując zbrodnie wojenne Hamasu. W praktyce ONZ i Hamas działają jak partnerzy w zbrodni.

Terrorysta Hamasu, który brał udział w masowym morderstwie Izraelczyków 7 października i został schwytany, powiedział podczas niedawnego przesłuchania przez Izrael:

“Al-Kassam [skrzydło wojskowe Hamasu] ma własne karetki pogotowia, z których część znajduje się w bazie wojskowej. Wygląd karetek jest podobny do ambulansów cywilnych, więc nie wzbudzą podejrzeń ani nie zostaną zbombardowane przez Izrael”.

Inny schwytany terrorysta Hamasu powiedział:

“W czasie walki ambulanse służą między innymi do ewakuacji bojowników, dowódców i agentów. Przewożą w nich także żywność, ładunki i broń, ponieważ jest to najbezpieczniejszy sposób ich transportu”.

Jeszcze inny schwytany terrorysta powiedział, że karetki pogotowia przydawały się do transportu “ważnych ludzi”, takich jak dowódcy Hamasu, ponieważ “Żydzi nie atakują karetek”.

Kiedy Izrael opublikował dowody na istnienie wojskowego centrum dowodzenia Hamasu pod szpitalem Al-Shifa w mieście Gaza, dyrektor Światowej Organizacji Zdrowia Tedros Adhanom Ghebreyesus, który ukrywał dla Chin możliwość przenoszenia się pandemii Covid-19 i jest oskarżony o próbę tuszowania trzech przypadków cholery epidemii w Etiopii, natychmiast skrytykował Izrael.

Zastępca Sekretarza Generalnego ONZ ds. Humanitarnych i Koordynator Pomocy Kryzysowej Martin Griffiths napisał:

“Jestem zbulwersowany doniesieniami o nalotach wojskowych na szpital Al Shifa w Gazie. Ochrona noworodków, pacjentów, personelu medycznego i wszystkich cywilów musi być nadrzędna wobec wszelkich innych obaw. Szpitale nie są polami bitew”.

Chociaż ci wysocy rangą urzędnicy ONZ bezczelnie udają niewiedzę i oczekują, że opinia publiczna uwierzy, że nic nie wiedzieli o bazie Hamasu w szpitalu Al-Shifa, zagraniczni lekarze i dziennikarze najwyraźniej byli tego świadomi od lat.

Zachowujący anonimowość brytyjski lekarz, który trzy lata temu pracował w szpitalu Al-Shifa, powiedział niedawno w wywiadzie telewizyjnym:

“Najważniejsze było to, że kiedy po raz pierwszy poproszono mnie o pracę tam [w Al-Shifa], powiedziano mi, że do części szpitala nie wolno mi się zbliżać, a jeśli to zrobię, narażam się na niebezpieczeństwo, że zostanę postrzelony… sugerowało to, że był używany do celów innych niż medyczne… Trzymałem się z daleka, ale widziałem kilka podejrzanie wyglądających postaci niemedycznych wchodzących i wychodzących przez cały czas. To był oddział prowadzący do poziemi.”

Dziennikarz z Włoch relacjonował, że w 2009 roku, po przybyciu do szpitala Al-Shifa w celu przesłuchania rannych członków Fatahu, stanął niemal twarzą w twarz z centrum dowodzenia i kontroli Hamasu pod szpitalem:

“Shifa to bardzo duży kompleks. Zgubiłem się w nim i w pewnym momencie znalazłem się na parterze, gdzie znalazłem się przed dwoma uzbrojonymi ludźmi Hamasu w wojskowych strojach, którzy kazali mi się wynosić. Odniosłem wrażenie, że strzegli drzwi bezpieczeństwa zapewniających dostęp do ich podziemnej infrastruktury. Kilka źródeł palestyńskich, z którymi później rozmawiałem, potwierdziło, że centrum dowodzenia i kontroli Hamasu znajdowało się pod szpitalem Shifa i że [przywódca Hamasu] Ismail Hanija ukrywał się tam przez cały trwania operacji ‘Płynny ołów'”.

Jest również prawdopodobne, że ONZ zatrudniająca 13 tysięcy pracowników w Gazie wiedziała – podobnie jak pielęgniarki i lekarze w szpitalu Al-Shifa, że w Al-Shifa przetrzymywani są izraelscy zakładnicy. Izrael ujawnił niedawno, że terroryści Hamasu przywieźli tam zakładników w biały dzień 7 października, a personel medyczny nawet przytrzymywał drzwi terrorystom.

Udawane przedstawienie przez ONZ “szoku i przerażenia”, że Izrael eliminuje jej partnera, Hamas, w Gazie, jest zbyt przejrzyste, aby ktokolwiek mógł traktować to poważnie, chociaż międzynarodowe media głównego nurtu z pewnością to robią, papugując wszystko, co Hamas i ONZ przedstawiają jako fakty.

Nade wszystko, przejrzyste współdziałanie ONZ z Hamasem powinno w końcu przekonać Stany Zjednoczone, że znaczna część ONZ jest destrukcyjną organizacją, która przedłuża wojny i której należy natychmiast zdziesiątkować fundusze i zmniejszyć jej znaczenie do skorumpowanego reliktu, jakim jest, nie zasługujący na żadne istnienie w tym stuleciu.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel-haters aren’t refighting the Vietnam War

Israel-haters aren’t refighting the Vietnam War


JONATHAN S. TOBIN


Today’s antisemites are modeling their campaign on 1960s protesters, even though the two conflicts are very different. Still, the same toxic ideology influenced radicals of both eras.

Protesters hold a “Queers for Palestine” sign in New York on Nov. 12, 2023. Credit: Syndi Pilar/Shutterstock.

Many Americans are baffled by the mobs on college campuses and the streets of major U.S. cities chanting for Israel’s destruction and the genocide of its people.

That so many of their fellow citizens—regardless of their age, education, ideology or background—would openly take the side of Hamas, the terror group that started a war on Oct. 7 with the largest mass slaughter of Jews since the Holocaust, remains mind-boggling. So is the fact that those who call themselves “progressives” are now rooting not just for the cessation of suffering for Palestinians but for the survival of a reactionary Islamist terrorist organization that despises their beliefs.

Take, for example, “queers for Palestine,” who practice an alternative lifestyle that would have earned them a brutal execution in pre-Oct. 7 Gaza ruled by Hamas, but who sympathize with the Oct. 7 barbarians and deplore Israel’s efforts to eliminate them. It’s equally true about most others sounding the “from the river to the sea” slogan, whose grasp of the conflict is so flimsy that few can identify either body of water.

The problem transcends such obvious absurdities.

Even their manifest tone deafness about the way they are trafficking in traditional tropes of antisemitism similarly provides little insight into their motivations. How can anyone demand that Hamas be allowed to emerge triumphant from a war begun by atrocious crimes against humanity, or that the Islamists ultimately be allowed to enact their fantasy of a world without Israel and its 7 million Jewish inhabitants?

Believing in their own righteousness

The answer is simple. They think they are the good guys and that their opponents are intrinsically evil. And that is why the attempts on the part of publications like The New York Times to analogize the anti-Israel protesters to those who demonstrated against the Vietnam War more than a half century ago are worth considering. Such claims are wildly inaccurate since the two conflicts have nothing to do with each other. But in some ways, this evocation of the past provides a telling insight into the psychology and motivations of contemporary left-wing antisemites.

The first thing to understand about such a discussion is that the corporate press is desperate to legitimize protests rooted in Jew-hatred. The Times article is, like similar pieces—such as a Washington Post story that seeks to engender sympathy for “Young U.S. Muslims” marching for Israel’s extinction in even unlikely settings like Huntsville, Ala.—primarily an effort to treat a deplorable campaign as a righteous cause taken up by brave idealists.

The anti-Israel bias of publications like the Times is no longer even open to debate. On the same day that it published its article titled, “In Campus Protests Over Gaza, Echoes of Outcry Over Vietnam,” it also ran a piece on its opinion pages by Yahya R. Sarraj, the Hamas operative who was mayor of Gaza City. The piece, which mentions Oct. 7 only in passing, focuses on the destruction that his organization brought to Gaza by starting a war with savage crimes like rape, torture, beheadings and the murder of entire families.

But it concludes with a passage that is gobsmacking in its disingenuousness: “Why,” he asks, “can’t Palestinians be treated equally, like Israelis and all other peoples in the world? Why can’t we live in peace and have open borders and free trade? Palestinians deserve to be free and have self-determination.”

The answer is so obvious that even a New York Times editor ought to know it, which should have led the passage to be deleted even under the newspaper’s current low standards. Palestinians can’t have peace, open borders and free trade so long as they are led by and overwhelmingly support groups like Sarraj’s Hamas, whose avowed purpose is to destroy Israel and slaughter its people.

The idea that Israelis are simply supposed to sit back and await the next promised, vicious attack from Hamas would be considered ridiculous were it posed to any other nation than the one Jewish state on the planet. But that’s the assumption on the part of all those who are currently marching against Israel.

Protest against the Vietnam War in Washington, D.C., on Oct. 1, 1971. Credit: Cecil W. Stoughton/U.S. National Park Service Gallery via Wikimedia Commons.

Nothing to do with Vietnam

But what has any of this to do with the Vietnam War?

As even the Times was forced to concede, not much. America’s involvement in Vietnam began under the administration of President John F. Kennedy and escalated during that of Lyndon Johnson before Richard Nixon ended America’s direct involvement. It didn’t conclude until 1975 with the complete military conquest of South Vietnam by the Communist government of North Vietnam. But whatever one’s take on the rights and wrongs of that conflict, it has little in common with the century-old Arab war against Zionism or the events of the last three months.

The Vietnam War was justified as an attempt to prevent the spread of communism around the world. The result of the North Vietnamese victory was the imposition of a brutal totalitarian regime in the South with millions put in “re-education” camps and many more forced to flee as “boat people.” That proved that the pro-war cause was nobler than its critics, who damned it as imperialist oppression of Third World people, understood at the time.

A radical core of the anti-Vietnam movement led by the far-left may have seen it as part of an ideological war against the West, in which Communist oppressors were to be lauded because they were fighting imperialists. But most Americans who opposed the war had a different perspective.

The protests gained widespread support primarily because many believed that there was no good reason for a generation of young Americans to die in a civil war in Southeast Asia that wouldn’t ultimately impact the outcome of the Cold War with the Soviet Union. The large-scale anti-war movement was a response not so much to an unsympathetic South Vietnamese ally. Nor was it really about the war’s mismanagement by Johnson and the Kennedy appointees that LBJ kept in place and allowed to drive the nation further into a war they were unwilling and unable to win.

The real reason for the protests was self-interest. It was a response to the draft, due to which young men who couldn’t get out of being conscripted through various exemptions (primarily a function of their economic status) were forced to serve. As soon as Nixon stopped sending draftees to Vietnam and then ended the draft entirely, the antiwar movement evaporated. By the time the war actually ended, few Americans cared then or since about its consequences for the Vietnamese people.

So, the notion that the alleged idealism of the groovy ’60s is making a comeback among the “from the river to the sea” crowd is pure bunk. Nobody is drafting American kids to go fight Hamas. That’s the obligation that young Israelis have willingly taken up to defend their homes and families. And if American protesters really are that concerned by the impact of war in Third World venues, there are plenty of opportunities to vent their concerns about other conflicts around the globe in which far more people have been killed.

Marxism’s comeback with DEI

Still, it’s not entirely wrong to see the roots of today’s anti-Israel protests in those radicals, who were the most violent elements of the protests against the Johnson and Nixon administrations. Unlike most Americans, the Marxists of the misnamed Students for a Democratic Society—veterans of which were featured in the Times article—wanted the Communists to win in much the same way those who compose the mobs tying up traffic, breaking up Christmas celebrations and intimidating Jewish students on campuses want Hamas to defeat Israel.

Unlike most of the Americans who were against the war in the 1960s without expressing hatred for their own country, the motivations of the large number of young people and Muslims who have swelled the numbers of the anti-Israel movement are ideological in nature. They are the product of a generation of education in which leftists—many of them former ’60s radicals—who believe in the myths of intersectionality that falsely analogize the Palestinian war against Israel to the struggle for civil rights in the United States. They’ve been indoctrinated in the toxic catechism of diversity, equity and inclusion (DEI), as well as critical race theory, which divides the world into two immutable groups: victims of racism and racist oppressors.

This is a neo-Marxist dialectic not unrelated to the ideas of the so-called New Left that spawned SDS and the radical Weatherman terrorist movement that tried to blow up the U.S. Capitol, the Pentagon, the State Department and dozens of other targets during their campaign in what might well have been termed a real “insurrection.”

And that is what blinds them to the fact that they are devoting their energy and passion to supporting a cause that is fundamentally evil. The ideological prism through which they view the world mandates that the side that is designated by leftist doctrine as “white” and colonial (Israel) must be wrong and the one labeled as the cause of the oppressed “people of color” (the Palestinians) must be right.

They are insensible to obvious truths about a complex conflict that isn’t racial and that has always been driven by Arab refusal to share the land with the Jews. Their acceptance of the idea that Jews, who are the indigenous people of their ancient homeland, are colonizers in Israel much as Americans were depicted in Vietnam is as egregious as it is false.

But that doesn’t matter to the protesters because they see the facts as irrelevant. Nor do they care about the horrors perpetrated by Hamas on Oct. 7 or even against their own people as they continue to sacrifice them on the altar of their never-ending war against the Jews.

Mainstreaming antisemitism

It’s true that Hamas’s useful idiots are using some of the same tactics pioneered by the anti-Vietnam movement. But what those seeking to lionize today’s demonstrators want to obfuscate in their alleged idealism about helping Gazans is  given the lie by the antisemitism they are spreading. The arguments about Vietnam were not predicated on the horrible notion that wiping the only Jewish state off the map—an objective that could only be achieved by the genocide of the Jews—is a righteous cause. And even at their worst, the Vietnam protests didn’t target Jewish students, Jewish businesses or seek to drive Jews from the public square as these mobs seek to do.

There’s no denying that the same core ideology driving the movement to destroy Israel is linked to the war on the West and the principles of American freedom that were championed by the Marxists of the ’60s New Left. Yet what is so damaging about demonstrators right now is not just their unabashed antisemitism. It’s the fact that their lies are being bought not by just a radical fringe but by a broad cross-section of young Americans who have been educated to believe that a genocidal, Jew-hating terrorist movement is the underdog deserving of support. This is the greatest tragedy of the post-Oct. 7 protests. And it is ultimately one that not just threatens Israel or the Jews, but the future of the United States as a free country.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of JNS (Jewish News Syndicate). Follow him: @jonathans_tobin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com