Wieczny obóz


Wieczny obóz

Łukasz Najder


Przeniesienie do Auschwitz będzie dla bohatera powieści Aleksandra Tišmy czymś na kształt wybawienia. Ostatecznie przetrwa, ale za cenę bycia kapo


Szkoda, że współczesny przemysł wydawniczo-medialny zużył do cna takie superlatywy jak „wydarzenie”, „wielka książka”, „książka roku” czy „arcydzieło”, bo chętnie bym za pomocą którejś z nich oddał emocjonalno-intelektualną głębię i techniczną maestrię „Kapo” Aleksandra Tišmy.

Tišma, 1924–2003, serbski pisarz o splątanym rodowodzie językowo-narodowym, syn Serba i węgierskojęzycznej Żydówki, który być może od napisanego po węgiersku opowiadania zaczął swoją karierę literacką, jest w Polsce autorem właściwie nieznanym i nieobecnym, choć to przecież twórca tej miary co Levi, Sebald, Grossman, Borowski. Przed wydanym kilka tygodni temu „Kapo” opublikowano u nas ledwie dwa tytuły z jego obfitego i różnorodnego dorobku prozaika, diarysty, reportera i poety, w dodatku – wiele lat temu, w peerelu gierkowskim. Były to powieści „Śladem czarnowłosej dziewczyny” i „Księga Blama”. „Księga Blama” (1972) tworzy wraz z „Kapo” (1987) i nieprzetłumaczoną dotąd na polski książką „Upotreba čoveka” („Użycie człowieka”, 1976) wstrząsającą trylogię, która za temat ma zbrodnie, okupację i Holokaust na Bałkanach podczas II wojny światowej. Na „Księgę Błama” – wedle słów tłumaczki Tišmy, Magdaleny Petryńskiej, z posłowia do „Kapo” – składa się „drobiazgowy, chłodny opis dokonanej przez Węgrów masakry 1942 roku”. Mowa tu o masakrze w Nowym Sadzie, mieście, w którym Tišma spędził dzieciństwo i wczesną młodość, kiedy zamordowano około czterech tysięcy Żydów i Serbów. „Użycie człowieka” z kolei „ukazuje serbsko-żydowską wspólnotę, którą wojna zniszczyła i podzieliła, najpierw używając tych ludzi we własnym celu, a potem doprowadzając do tego, by i oni używali innych. I jedni, i drudzy byli bezsilni wobec tej przemocy”. 

„Kapo” zaczyna się niemal proustowsko, bo od ujrzanego przypadkowo w gazecie pojedynczego słowa, „Szabadka”, które w głównym bohaterze tej powieści, Vilko Lamianie, uruchamia nawał skojarzeń i obrazów spychających go w otchłań mrocznej przeszłości. Bo „Szabadka”, węgierska nazwa serbskiego miasta Subotica, przywołuje „Helenę Lifkę”, „Helena Lifka” – „określenie «Jüdin» zapisane w jednej linijce z numerem 1925 w obozowej ewidencji transportów” (cytaty w przekładzie Magdaleny Petryńskiej). Helena do Auschwitz przybyła z Szabadki właśnie, a tam jednym z panów życia i śmierci był on. Vilko Lamian wyruszy pewnego dnia na poszukiwanie swojej ofiary, nemezis, a zarazem powróci znowu do horroru minionej wojny i do tamtego siebie, właściwie – tamtych. Bo w toku opowieści dowiadujemy się, że Lamianów było najmniej kilku.

Jest ów teraźniejszy i żyjący w powojennej Jugosławii, ale rozczepiony na dwóch – na Lamiana urzędnika, szarego obywatela i milkliwego człowieczka, który na emeryturze zajmuje sublokatorski pokój i trzyma się od wszystkiego z dala, i na Lamiana pogrążonego w paranoi. Ten ostatni Lamian trwa w przeświadczeniu, że „ruszyła obława”, że stał się obiektem inwigilacji, że nadciągają łowcy, że jego przyszłością będzie publiczna, upokarzająca rozprawa, wyrok i najsurowsza kara. Ci Lamianowie, skryty i psychotyczny, są wytworami tamtych Lamianów – przedwojennego i wojennego. Są równocześnie ich zniekształconym odbiciem, wariacją, przebraniem, zaprzeczeniem. 

„Kapo” zaczyna się niemal proustowsko, bo od ujrzanego w gazecie pojedynczego słowa, „Szabadka”, które w głównym bohaterze uruchamia nawał skojarzeń i obrazów

Vilko Lamian przed wojną to wychrzczony Żyd z Bjelovaru, który podejmuje studia w Zagrzebiu i zdaje się nie widzieć – bądź wypierać – że wokół narasta groźna, nacjonalistyczna atmosfera. Oddając się tam romansom i nauce, święcie wierzy, jak jego rodzice, iż naśladowanie mieszczańskich zwyczajów, akces do chrześcijaństwa i niezaangażowanie zapewnią mu bezpieczeństwo – uchronią przed stygmatem obcego i wroga. Rzeczywistość Niepodległego Państwa Chorwackiego, faszystowskiego tworu zależnego od hitlerowskich Niemiec i Włoch Mussoliniego, boleśnie weryfikuje te iluzje. Latem roku 1941 Lamian zostanie aresztowany i pociągiem towarowym wywieziony do obozu koncentracyjnego w Jasenovcu. Jasenovac zaś to piekło na ziemi. Miejsce nieustających tortur i mordu, w którym dla zaoszczędzenia kul ustasze, chorwaccy ultranacjonaliści, zabijają więźniów, dziesiątki tysięcy więźniów, młotami i nożami. Dość powiedzieć, że przeniesienie do Auschwitz będzie dla Lamiana czymś na kształt wybawienia i cieniem szansy na przeżycie. Ostatecznie przetrwa, ale za cenę bycia kapo. To kolejne wcielenie Lamiana – bezlitosny i okrutny kapo Furfa, zabójca, sadysta, rabuś, gwałciciel. Dlatego Lamian powojenny, Lamian biurokrata, Lamian emeryt siedzi jak mysz pod miotłą w banjaluckiej norze. Stąd rozpierające mu od wewnątrz czaszkę wizje pogoni za nim i rychłej demaskacji. 

Aleksander Tišma, „Kapo”. Przel. Magdalena Petrynska, ArtRage, 344 strony, w ksiegarniach od sierpnia 2025

Trzeba było przejść przez brud i mróz, i groźbę śmierci, żeby zrozumieć; trzeba było doświadczyć tych dni i nocy głodu, nasłuchiwania, gorączkowych zwidów; trzeba było mieć na dnie oka te chwiejące się postacie, które wyłaniając się z mroku, pełzną do latryny pozbyć się krwawych odchodów, i do rewiru przyjąć w serce zastrzyk fenolu; mieć w uszach szept rozpaczy, modlitwy bez wiary, na skórze pręgi po chłoście, w krwiobiegu skamieniały strach, być tym, kim on.

Tišma nie rozstrzyga, czy strategia mimikry, jaką za młodu zastosował bohater jego powieści (do której wdrażano go już w domu rodzinnym), była słuszna czy nie. Nie tyle w sensie moralnym, ile, powiedzmy, jeszcze i technicznym. Wprawdzie młodego Lamiana omijają wtedy szykany wymierzone w Żydów, ale już sakrament chrztu nie zagwarantuje mu wiecznej nietykalności, jedynie – tymczasową. Podobnie jak służba wojskowa i obrona ojczyzny przed najeźdźcą czy unikanie noszenia blaszanej plakietki z literą Ż, który to obowiązek na Żydów w podbitej Jugosławii nałożył okupant. Zawsze bowiem znajdą się tacy, którzy i tak rozpoznają w nim Żyda, wręcz – wyczują, jakby żydostwo było nieusuwalną aurą bądź oni dysponowaliby szóstym, antysemickim, zmysłem. W Auschwitz wtapia się w grono zbrodniarzy. By zostać kapo, przywłaszcza sobie w Jasenovcu tożsamość Antuna Frfy, zmarłego chorwackiego komunisty, a „Frfa” z czasem wyewoluuje wśród więźniów we „Furfę”. Po wojnie – znika w wielomilionowym społeczeństwie, uprzednio na powrót zostając Vilko Lamianem, ale trwale odmienionym – tyje, zapuszcza włosy, zakłada ciemne okulary, nosi się inaczej, inaczej też chodzi.

Po wojnie Lamian znika w wielomilionowym społeczeństwie – tyje, zapuszcza włosy, zakłada ciemne okulary

Jego życie będzie ciągiem ról, które odgrywa, chcąc ujść z oczu widmowym i realnym prześladowcom, choć równie dobrze można uznać to za cyniczną wymianę masek, póz i kostiumów nakładanych, żeby ocaleć kosztem innych. Lamian jest aktorem, ale w sztuce, w której występuje, na scenę upadają wokół niego prawdziwe trupy.

Tišma, jak każdy wielki pisarz, domyśla się, jaki jest człowiek, a przynajmniej – jaki bywa albo bez większego trudu może być. Otóż człowiek jest słaby. Zło jest łatwe. Jest łatwe, zwykłe i brzydkie. Ludzie często krzywdzą innych, bo imitują zachowanie tych, których się boją lub których podziwiają. Co oczywiście wcale nie oznacza, że zło przestaje być złem i należy wybaczać naśladowcom. Rzecz w tym, przekonuje Tišma w „Kapo”, że zło to nie żadne faustowskie pakty czy feeryczne widowiska. To obojętność wobec obozowego losu własnych rodziców, których można było zobaczyć ostatni raz w zamian za górskie buty, które zachowało się jednak, żeby mieć jasenovacką walutę. To „rozbijanie ludziom głowy kijem, wpychanie ich żywych do wody, żeby się potopili, za kęs chleba i łyk mleka kupowanie uległości wygłodzonych więźniarek”. To straż z drągiem w garści nad dołem z wapnem, do którego zapędzono braci Štarków. To mechaniczna pomoc przy ekspediowaniu ukraińskich dzieci do krematorium. To kłamstwa, tchórzostwo, egoizm i upajanie się dominacją nad przerażonymi i odartymi ze wszystkiego.

Bo kiedy Lamian przepoczwarzy się na dobre w Furfę, nie poprzestanie na wypełnianiu kapowskich powinności. Jest bezpieczny dzięki tej maskaradzie, ale to mu, okazuje się, nie wystarcza. Niemal od razu wykorzystuje swoją władzę i przywilej, żeby seryjnie, dzień za dniem, gwałcić więźniarki. Nikt w obozie tego od niego nie wymaga, robi to, bo zło to również przemożna rozkosz płynąca z dominacji nad słabszymi, zarządzania ich ciałami, zredukowania bezbronnych i potrzebujących do funkcji, darmowego zasobu, fizjologii, obłaskawionego zwierzątka.  

Rzecz w tym, przekonuje Tišma w „Kapo”, że zło to nie żadne faustowskie pakty czy feeryczne widowiska

Tišma zapuszcza sondę poznawczą aż na dno człowieka. Nie poprzestaje na odtworzeniu lagrowego barbarzyństwa i faszystowskiego systemu dehumanizacji, grabieży i mordu. Docieka, dlaczego Lamian został kapo. W sensie praktycznym i najprostszym – z chęci przeżycia, po tym, jak omal nie umarł, „kiedy kapral Sommer za to, że zdjął sweter z trupa, żeby się ogrzać, polał go na placu apelowym wiadrem wody i rozkazał stać na baczność do wieczora”. Ale dlaczego akurat Lamian, właśnie on, wykształcony, spokojny chłopak z kulturalnej rodziny poczciwców, z taką łatwością obrócił się w potwora? Czy sprawiły to miejsca, w których się w trakcie wojny znalazł, czy zdecydowały jakieś cechy osobiste, coś na kształt gotowości do bycia katem? Każdy z nas nosiłby zatem w sobie bestię – zahibernowaną, nieaktywną, gotową do okrucieństwa w odpowiedzi na rozkaz, w reakcji na zagrożenie? Czy paranoja, która jeszcze w kilkadziesiąt lat po wojnie nęka Lamiana, jest efektem pracy sumienia czy może najzwyklejszym strachem przed złapaniem? Dlaczego właściwie podejmuje tę straceńczą wyprawę i pragnie doprowadzić do konfrontacji z Heleną? Topos spotkania ofiary z oprawcą z obozu jest tu inaczej rozegrany niż w „Nocnym portierze” lub „Pasażerce”. W obu tych filmach o kontakcie zadecydował przypadek, w „Kapo” Lamian sam rzuca wyzwanie – ale komu? Sobie, swojemu dotychczasowemu fartowi, przeszłości, społeczeństwu? Może znowu ma zamiar wykorzystać Helenę – użyć jej do ukojenia omamów i czarnych myśli, zdobyć jej litość, gdy objawi się przed nią jako schorowany, podstarzały jegomość, którego okoliczności, bo i tak niekiedy przekonuje siebie, zmusiły do brutalności? „Ale do narzędziowni z nagimi ciałami wygłodzonych kobiet nikt go nie wepchnął, wcisnął się tu sam […]”.   

I dalej. Czy prześladowani nie znajdą sobie również gdzieś i kiedyś innych do prześladowania? Tišma i tu wymija słusznościowy morał i banał, bo oto Lamian czyta w gazecie relację z najazdu Izraela na Liban. „Świat toczył się w swoim niepowstrzymanym, niezależnym od niego rytmie, nadal prowadzono bitwy, w których jego współplemieńcy, synowie i wnuki jego rówieśników, byłych więźniów, stojąc w wieżyczkach czołgów pod łopoczącymi sztandarami, wjeżdżali do niebronionych albo słabo bronionych osad, w ludzkie mięso, rozrywając je deszczem kul karabinów maszynowych, a potem zaganiając tych, co pozostali, do obozów otoczonych drutem kolczastym”. 

Tišma zapuszcza sondę poznawczą aż na dno człowieka. Nie poprzestaje na odtworzeniu lagrowego barbarzyństwa i faszystowskiego systemu dehumanizacji

„Kapo” to nie wyłącznie trzystuczterdziestostronicowa autoinkwizycja Lamiana i seans wspomnieniowo-sądowy z nim jako oskarżonym, obrońcą, prokuratorem i przejętą, zgorszoną widownią, który zdołałem opisać ledwie w części. Jest także powieść Tišmy literaturą najwyższej próby. Hipnotyzujący język tej prozy, jak przekonuje Magdalena Petryńska w posłowiu, jest owocem jego żarliwej lektury „serbskich klasyków, w tym dziewiętnastowiecznych”, podejmowanej w odpowiedzi na zarzut słabej znajomości serbskiego u kogoś, kto wzrastał u boku mówiącej po węgiersku matki. Ponadto Tišma po mistrzowsku charakteryzuje każdą z inkarnacji swojego bohatera, bo Lamian inaczej przecież myśli i mówi w okresie naiwnym, gdy jest studentem albo wspomina dzieciństwo, inaczej w obozowym, inaczej, gdy po upływie czterech dekad bezsenność ciągle wyświetla mu sylwetki i twarze skatowanych, stosy zwłok, upiorne pochody zombie w pasiakach, katalog osób, które mogą go wydać, koleje własnej haniebnej biografii. Tišma z taką wprawą i pomysłem aranżuje narrację, że czytelnik zostaje niejako wrzucony na karuzelę epok, w których dane było Lamianowi żyć, jest wraz z nim teleportowany między latami 20. i 30., wojną, okupacją, obozami, chaosem powojnia, Jugosławią Broza-Tito, Bjelovarem, Zagrzebiem, Auschwitz, Jasenovcem i ciężarówką do Banja Luki, w której przeczyta to jedno słowo dżin – „Szabadka”.


Łukasz Najder – Ur. 1976. Redaktor. Współpracuje z „Dwutygodnikiem” i „Pismem”. Autor książki „Moja osoba. Eseje i przygody”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com