„Palestyńczycy”, Rezolucja 3379 Zgromadzenia Ogólnego ONZ i „Izrael jest państwem apartheidu” [Odpowiedź dla Krzysztofa]


„Palestyńczycy”, Rezolucja 3379 Zgromadzenia Ogólnego ONZ i „Izrael jest państwem apartheidu”

Anjuli Pandavar


„Jesteśmy Palestyńczykami wyłącznie z powodów politycznych.”

Pod tłumaczeniem mojego artykułu na język polski Krzysztof pisze:

Autorka słusznie krytykuje nadużywanie słowa “apartheid”. Jednocześnie sama równie łatwo przypisuje krytykom Izraela, bardzo często słusznie, złe intencje, określając ich jako manipulatorów lub uczestników wojny psychologicznej. To podobny mechanizm upraszczania rzeczywistości.

Moim zdaniem z całego tekstu warto zachować jedno ważne ostrzeżenie: nie należy używać pojęcia “apartheid” jako zwykłej etykiety politycznej. Jest to termin historyczny i prawny o bardzo konkretnym znaczeniu. Jeżeli ktoś twierdzi, że Izrael jest państwem apartheidu, powinien wykazać, że sytuacja spełnia kryteria prawa międzynarodowego, a nie ograniczać się do samego hasła.

(Krzysztof) Fragment komentarza.

Dziękuję, Krzysztofie, za Twoją obszerną krytykę. Doceniam zaangażowanie i mam nadzieję, że właściwie zrozumiałam Twoją odpowiedź oraz intencje, które za nią stoją. Jeśli nie, proszę, popraw mnie. Zamiast odnosić się do Twoich uwag punkt po punkcie, sądzę, że większy pożytek przyniesie przedstawienie tego, co leży u podstaw mojego rozumienia tego, co powszechnie nazywa się „konfliktem izraelsko-palestyńskim”. Jeżeli uznasz to ujęcie za błędne, będę wdzięczna, jeśli mi to wskażesz. Do najważniejszych kwestii, które poruszyłeś, odniosę się krótko na końcu.

W najbardziej intensywnym okresie wojny w Strefie Gazy, od końca października 2023 roku do listopada 2025 roku, w powszechnych reakcjach Zachodu na ten konflikt można było zaobserwować wiele osobliwych zjawisk. Jednym z nich było ocenianie sposobu prowadzenia wojny przez Izrael nie według standardów wojennych, lecz pokojowych: nie powinno być żadnych ofiar cywilnych; nieustannie domagano się, aby Izrael wyżywił ludność Gazy; obiekty medyczne miały pozostawać nietykalne mimo przytłaczających dowodów na to, że były wykorzystywane do celów wojskowych; Siły Obronne Izraela (IDF) w ogóle nie powinny były znajdować się w Gazie; podnoszono zarzuty dotyczące niszczenia domów cywilów; należało zaprzestać precyzyjnych likwidacji przywódców Hamasu itd.

Krótko mówiąc, od Izraela oczekiwano, by co najwyżej przeprowadził operację policyjną, jak gdyby gdzieś w jednej z dzielnic sytuacja wymknęła się nieco spod kontroli. Było całkowicie jasne, że większość zachodnich komentatorów nie miała pojęcia o wojnie ani o tym, jaki jest charakter relacji między walczącymi stronami. Oczywiście wszechobecni nienawidzący Żydów i bezrefleksyjni antysyjoniści wysuwali wobec Izraela własne żądania, lecz pod tym wszystkim wyraźnie dostrzegalna była ogólna niezdolność do uznania, że mamy do czynienia ze stanem wojny. Odmianą tego braku rozpoznania jest krytyka Krzysztofa dotycząca polskiego tłumaczenia mojego eseju „»Izrael jest państwem apartheidu« – kiedy nie wolno wiedzieć inaczej i to ci odpowiada”, opublikowanego na Substacku Listy z Naszego Sadu.

W latach czterdziestych XX wieku Najwyższy Przewodnik Bractwa Muzułmańskiego, Hassan al-Banna, intensywnie organizował mordowanie Żydów w Mandacie Palestyny. W wywiadzie udzielonym w 1948 roku amerykańskiemu dziennikarzowi Johnowi Royowi Carlsonowi wyjaśniał:

Dążymy do zniszczenia modernizmu w rządzie i społeczeństwie. W Palestynie naszym pierwszym obowiązkiem jako muzułmanów jest zmiażdżenie syjonizmu, który jest żydowskim modernizmem. To nasz patriotyczny obowiązek. Nakazuje nam to Koran.

(From Cairo to Damascus, Alfred A. Knopf, Inc., 1951, s. 92 i nast.) (Podkreślenie moje.)

Przedstawiciel Bractwa Muzułmańskiego, Labib Bey, chwalił się Carlsonowi, że „co najmniej dwadzieścia tysięcy” zagranicznych ochotników muzułmańskich spieszy do Palestyny, by prowadzić dżihad przeciwko Żydom.

Nasi chłopcy wierzą, że walcząc z Żydem, zapewnią sobie miejsce w Raju. Nie opuścimy Palestyny, dopóki nie uciszymy ostatniego syjonistycznego Żyda.

„Dżihad przeciwko Żydom w Palestynie” był jedynie częścią szerszego obowiązku „walki z Żydem” – islamskiego nakazu ciążącego na wszystkich muzułmanach, wyrażonego w hadisach o charakterze ludobójczym:

Godzina Ostateczna nie nadejdzie, dopóki muzułmanie nie będą walczyć z Żydami i nie będą ich zabijać, aż Żydzi ukryją się za kamieniem lub drzewem, a kamień lub drzewo zawoła: „Muzułmaninie, sługo Allaha, za mną ukrywa się Żyd. Chodź i zabij go”. Tylko drzewo gharqad nie przemówi, ponieważ jest drzewem Żydów.

(Sahih Muslim 6985)

Ten sam ludobójczy cel pozostaje żywy zarówno w Karcie Hamasu, jak i w wytycznych wydawanych przez Autonomię Palestyńską meczetom na potrzeby piątkowych kazań, między innymi bezpośrednio po 7 października. Innymi słowy, kiedy jedynymi rzeczywistymi Palestyńczykami na świecie byli Żydzi i Arabowie zamieszkujący Mandat Palestyny, dżihad przeciwko Żydom prowadzili muzułmanie zarówno z samej Palestyny, jak i spoza niej.

W 1960 roku na świecie żyło od 12,1 do 12,8 miliona Żydów. Szacowana liczba muzułmanów wynosiła wówczas około 200 milionów. W tej światowej wojnie religijnej 200 milionów muzułmanów było zobowiązanych do zabicia 12,8 miliona Żydów i wielu z nich pragnęło tego, licząc na męczeństwo, którego nagrodą miał być Raj. Nie była to walka prowadzona na równych zasadach, lecz do tego momentu muzułmanom nie przeszkadzała taka dysproporcja sił.

Problemem były jednak liczby: 200 milionów muzułmanów przeciwko 12,8 miliona Żydów. Nie można zbudować przekonującej narracji o „sprawiedliwej sprawie”, gdy przytłaczająca większość usiłuje zgładzić niewielką mniejszość. Również zestawienie 91,5 miliona Arabów z 1,9 miliona izraelskich Żydów nie stanowiło lepszej podstawy do zdobycia światowej sympatii dla Arabów. Natomiast przeciwstawienie 1,9 miliona Żydów 1,1 miliona Palestyńczyków dawało radzieckim propagandystom materiał, z którym mogli pracować. Choć w latach 1950–1960 liczebność obu populacji się podwoiła, populacja żydowska wkrótce zaczęła rosnąć znacznie szybciej niż palestyńska.

Już w samym 1951 roku saldo migracji osiągnęło wyjątkowo wysoki poziom (+104 osoby na tysiąc mieszkańców), napędzane falami imigrantów z Europy i Afryki Północnej. Jednocześnie wskaźniki urodzeń były bardzo wysokie i przekraczały 34 urodzenia na tysiąc mieszkańców, a współczynnik dzietności wynosił średnio ponad 4,5 dziecka na kobietę. To połączenie sprawiło, że w ciągu jednej dekady ludność Izraela niemal się podwoiła.

[…]

W latach pięćdziesiątych współczynnik urodzeń wśród Palestyńczyków należał do najwyższych na świecie – przekraczał 48 urodzeń na tysiąc mieszkańców, a współczynnik dzietności wynosił 7,8 dziecka na kobietę. Jednocześnie śmiertelność była bardzo wysoka: w 1950 roku na każde 1000 żywych urodzeń przypadało ponad 142 zgony niemowląt, a średnia długość życia wynosiła zaledwie 46 lat. Mimo tych trudności przyrost naturalny zwiększył liczbę ludności z 945 tysięcy do ponad 1,1 miliona w ciągu zaledwie jednej dekady.

(Palestine and Israel: population growth from 1922 to 2025).

Jako mistrzowie ideologicznej dywersji Sowieci znaleźli punkt zaczepienia, który pozwalał odwołać się do zakorzenionego w kulturze judeochrześcijańskiej motywu Dawida i Goliata. Pozostawał tylko jeden problem: Palestyńczycy nie istnieli. Arabska ludność dawnego Mandatu Palestyny – ta sama, która wcześniej odrzuciła podział kraju, pamiętajmy – z pogardą odrzuciła również radziecki pomysł oderwania jej od „narodu arabskiego” i przekształcenia w „Palestyńczyków”. KGB skutecznie przekonało jednak niezadowolonych Arabów z Palestyny do zaakceptowania nowej tożsamości „Palestyńczyków” jako nowego narodu, który miał stać się narzędziem odwrócenia ról w konflikcie z żydowskim narodem Izraela. Żydowską większość można było teraz przedstawić jako Goliata, a „palestyńską” mniejszość jako Dawida – obraz, który, jeśli zostałby przyjęty, silnie oddziaływałby na emocje zachodniej opinii publicznej.

Pozostawało już tylko uczynić celem ataku państwo żydowskie, do czego wykorzystano kolejne odwrócenie ról: potężny Izrael przeciwko maleńkiej „Palestynie”. Aby to osiągnąć, odrzucone wcześniej państwo arabskie miało zostać wskrzeszone jako rzekome „państwo palestyńskie”. (W czasie wojny w 1948 roku Jordania zajęła ten obszar, nazwała go „Zachodnim Brzegiem” i nadała wszystkim Arabom zamieszkującym okupowane terytorium obywatelstwo jordańskie. W 1967 roku, podczas kolejnej agresywnej wojny państw arabskich, Izrael odzyskał Zachodni Brzeg i przywrócił go Izraelowi jako Judeę i Samarię – biblijne serce narodu żydowskiego). W tym miejscu żydowskie pragnienie, by nie kontrolować, nie uciskać ani nie okupować Arabów, nieoczekiwanie przysłużyło się planom Sowietów.

„Zachodni Brzeg” stanowił część żydowskiej ojczyzny położonej na zachód od Jordanu już po pierwszym podziale Mandatu Palestyny, a ponadto został odbity Jordanii przez Izrael podczas arabskiej wojny napastniczej w 1967 roku. Teren ten był jednoznacznie terytorium Izraela. Rząd izraelski oraz związane z nim elity syjonizmu Partii Pracy nie chciały jednak traktować go w ten sposób, dostrzegając szansę na wykonanie wobec Arabów gestu dobrej woli, który miał skłonić ich do pokojowego współistnienia z Żydami.

Zamiast natychmiast objąć Judeę i Samarię pełną jurysdykcją izraelską oraz przesiedlić wszystkich obywateli Jordanii z powrotem za Jordan, Izrael stworzył szereg niejednoznaczności prawnych. Obejmowały one między innymi uznawanie samego siebie za okupanta, ograniczanie możliwości nabywania ziemi przez Żydów oraz najbardziej katastrofalne posunięcie – przekazanie Wzgórza Świątynnego z powrotem pod kontrolę muzułmanów.

W ciągu dziesięciu lat od stworzenia „Palestyńczyków” Arabowie byli gotowi rozpocząć kampanię, która poprzedziła późniejsze oskarżenia o „państwo apartheidu”. Stało się to wraz z przyjęciem przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 10 listopada 1975 roku rezolucji nr 3379 – będącej zwieńczeniem i połączeniem wszystkich nurtów wymierzonych przeciwko Izraelowi: radzieckiego, muzułmańskiego i afrykańskiego:

[Rezolucja ONZ] „Uznaje, że syjonizm jest formą rasizmu i dyskryminacji rasowej.”

Był to znakomity sukces dyplomatyczny jego inicjatora – Ligi Państw Arabskich (Ligi Arabskiej), która wspólnie z blokiem wschodnim wykorzystała świeży idealizm i pewność siebie nowych państw postkolonialnych, afrykańskich socjalistów oraz różnorodnych nurtów świadomości czarnoskórej ludności rozprzestrzeniających się w Afryce Subsaharyjskiej, ze szczególnym ukierunkowaniem na białe społeczeństwa południowej części kontynentu. (W całym cywilizowanym świecie rezolucję 3379 potępiono jako hańbiącą i ostatecznie uchylono 16 grudnia 1991 roku rezolucją 46/86, przeciwko której Liga Arabska głosowała).

Rezolucja 3379 utorowała drogę tzw. „Przemówieniu z gałązką oliwną”, wygłoszonemu przez Jasera Arafata przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ 13 listopada 1974 roku, w którym mówił on o:

Sprawach pokoju, sprawiedliwości, wolności i niepodległości. Nasza determinacja do budowy nowego świata umacnia się – świata wolnego od kolonializmu, imperializmu, neokolonializmu i rasizmu we wszystkich jego przejawach, w tym także syjonizmu.

(Podkreślenie moje.)

W dalszej części tego samego przemówienia syjonizm przestaje być jedynie jednym z „przejawów” rasizmu, a staje się jego „główną formą”: „rasizm, którego główną postacią jest syjonizm”. Powinno być jasne, że kampania ta już wówczas nie miała nic wspólnego z prawem, międzynarodowym czy jakimkolwiek innym. Warto przytoczyć obszerniejszy fragment tej zwodniczej argumentacji Arafata przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ:

Jeśli teraz powracamy do historycznych korzeni naszej sprawy, czynimy to dlatego, że są dziś pośród nas ci, którzy, okupując nasze domy, wypasając swoje bydło na naszych pastwiskach i zrywając owoce z naszych drzew, jednocześnie twierdzą, że jesteśmy bezcielesnymi duchami, fikcją pozbawioną obecności, tradycji i przyszłości. Mówimy o naszych korzeniach także dlatego, że jeszcze do niedawna niektórzy uważali – i nadal uważają – nasz problem jedynie za problem uchodźców. Przedstawiali kwestię Bliskiego Wschodu jako niewiele więcej niż spór graniczny między państwami arabskimi a bytem syjonistycznym. Wyobrażali sobie, że nasz naród rości sobie prawa, które mu się nie należą, i walczy bez logiki oraz bez uzasadnionych motywów, kierując się wyłącznie pragnieniem zakłócenia pokoju i bezsensownego szerzenia terroru. Są bowiem wśród was – mam tu na myśli Stany Zjednoczone Ameryki i inne podobne państwa – tacy, którzy swobodnie dostarczają naszemu wrogowi samoloty, bomby i wszelkiego rodzaju śmiercionośną broń. Zajmują wobec nas wrogie stanowisko, świadomie zniekształcając prawdziwą istotę problemu. Wszystko to dzieje się nie tylko naszym kosztem, ale również kosztem narodu amerykańskiego oraz przyjaźni, którą nadal mamy nadzieję zbudować z tym wielkim narodem, którego historię walki o wolność szanujemy i pozdrawiamy.

[…]

Nie mogę teraz zrezygnować z tej okazji, by z tej mównicy zwrócić się bezpośrednio do narodu amerykańskiego i poprosić go o wsparcie dla naszego bohaterskiego walczącego narodu. Z całego serca proszę go, by opowiedział się po stronie prawa i sprawiedliwości, by przypomniał sobie George’a Washingtona, bohaterskiego Washingtona, którego celem była wolność i niepodległość jego narodu, Abrahama Lincolna, obrońcę ubogich i uciśnionych, a także Woodrowa Wilsona, którego doktryna Czternastu Punktów pozostaje przez nasz naród uznawana i otaczana szacunkiem. Pytam naród amerykański, czy demonstracje wrogości i niechęci odbywające się przed tą wielką salą rzeczywiście odzwierciedlają prawdziwą wolę Ameryki. Pytam was otwarcie: jaką zbrodnię popełnił nasz naród przeciwko narodowi amerykańskiemu? Dlaczego prowadzicie przeciwko nam walkę? Czy ta niczym nieuzasadniona wrogość naprawdę leży w waszym interesie? Czy służy interesom narodu amerykańskiego? Nie, z całą pewnością nie. Mogę jedynie mieć nadzieję, że naród amerykański będzie pamiętał, iż jego przyjaźń z całym narodem arabskim jest zbyt wielka, zbyt trwała i zbyt cenna, by mogły jej zaszkodzić takie demonstracje.

Organizacja Narodów Zjednoczonych, która za pośrednictwem UNRWA odegrała istotną rolę w utrzymywaniu arabskiej ludności palestyńskiej skupionej wokół Izraela w oczekiwaniu na moment, gdy nadejdzie właściwy czas, rzecz jasna nie miała problemu z zaakceptowaniem oszustwa Arafata. Niestety, Żydzi zbyt łatwo przymknęli oczy na fakt, że „Palestyńczycy”, kierowani przez urodzonego w Kairze Egipcjanina, przedstawianego jako urodzony w Jerozolimie Palestyńczyk Jaser Arafat, byli konstruktem stworzonym po to, by doprowadzić do zguby narodu żydowskiego. Szesnaście miesięcy po „Przemówieniu z gałązką oliwną”, 31 marca 1977 roku, jeden z przywódców OWP, Zuhajr Mohsen, nie widział już potrzeby stosowania takijji (arab. taqiyya), którą Arafat tak zręcznie posługiwał się przed społecznością międzynarodową:

Między Jordańczykami, Palestyńczykami, Syryjczykami i Libańczykami nie ma żadnych różnic. Jesteśmy częścią jednego narodu – narodu arabskiego. (…) Wyłącznie z powodów politycznych tak stanowczo podkreślamy naszą palestyńską tożsamość. Leży w interesie Arabów promowanie istnienia Palestyńczyków jako odrębnego narodu w opozycji do syjonizmu. Tak, istnienie odrębnej tożsamości palestyńskiej służy wyłącznie celom taktycznym.

Odrębny byt palestyński musi dążyć do uzyskania praw narodowych na pozostałych okupowanych terytoriach [tj. w Izraelu – przyp. autorki]. (…) Jako Palestyńczyk z całą pewnością roszczę sobie prawa do Hajfy, Jafy, Jerozolimy i Beer Szewy. Państwo palestyńskie będzie miało prawo przemawiać w imieniu wszystkich Palestyńczyków w świecie arabskim i poza nim [w tym także Arabów izraelskich – przyp. autorki]. Gdy odzyskamy nasze prawa do całej Palestyny [„od rzeki do morza” — przyp. autorki], nie wolno nam stracić ani chwili przed ponownym zjednoczeniem Jordanii i Palestyny.

(Tłumaczenie na angielski i wyróżnienia pochodzą od autorki).

Krótko mówiąc, Palestyńczycy nie są zainteresowani własnym państwem; interesuje ich jedynie to, by nie istniało państwo żydowskie. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na pewną pułapkę akademickiej interpretacji fragmentu wystąpienia brytyjskiego ministra Ernesta Bevina przed parlamentem podczas konferencji dotyczącej Palestyny w 1947 roku. Bevin powiedział wówczas:

Dla Żydów zasadniczą kwestią jest utworzenie suwerennego państwa żydowskiego. Dla Arabów zasadniczą kwestią jest przeciwstawianie się do samego końca ustanowieniu żydowskiej suwerenności w jakiejkolwiek części Palestyny.

Niektórzy badacze sprowadzili tę wypowiedź do chwytliwego hasła: „Żydzi chcą mieć państwo, a Arabowie nie chcą, żeby Żydzi mieli państwo”. W ten sposób powstała elegancko opakowana symetria, która może skłonić próżnego akademika do przekonania, że odnalazł palestyńskiego Świętego Graala, i zniechęcić go do dalszych badań z obawy, że ten Graal okaże się jedynie mirażem. Hasło „Żydzi chcą mieć państwo, a Arabowie nie chcą, żeby Żydzi mieli państwo” przedstawiane jest jako ostateczna odpowiedź. Trzeba jednak zapytać: ostateczna odpowiedź na co?

Jest to jedynie końcowy, niepodważalny dowód na to, że my, Żydzi, jesteśmy ofiarami. Właśnie to powtarzaliśmy od samego początku. Jedynym sposobem wyjścia z tej roli ofiary pozostaje nadzieja, że Palestyńczycy pewnego dnia zrozumieją, iż nigdzie się nie wybieramy i będą musieli zaakceptować fakt istnienia państwa żydowskiego. Tym samym jednak samo istnienie państwa żydowskiego zostaje postawione pod znakiem zapytania w chwili, gdy usiłuje się go bronić.

Środowiska akademickie rozwijające taki sposób myślenia utknęły w koncepcji tzw. rozwiązania dwupaństwowego, nie dostrzegając, że w tej formule w rzeczywistości nie ma miejsca na dwa państwa. Staje się to jasne dopiero wtedy, gdy przeczyta się zakończenie wypowiedzi Bevina i nie wyciąga z niej wniosku, że – podobnie jak Żydzi – również Palestyńczycy chcą własnego państwa. W obecnej postaci wspomniane hasło jest niewiele więcej niż wyrazem moralizatorskiego sentymentalizmu. Aby miało jakąkolwiek wartość analityczną, powinno raczej brzmieć: „[palestyńscy] Arabowie nie chcieli mieć własnego państwa i nie chcieli również, aby Żydzi mieli swoje państwo” – taki wniosek znacznie wyraźniej wynika z wypowiedzi Bevina.

Wówczas zamiast stwierdzenia „Żydzi są ofiarami” otrzymujemy stwierdzenie „Żydzi mają wrogów”. Cały sposób myślenia zmienia się z „musimy mieć nadzieję, że pewnego dnia będą dla nas życzliwi” na „przygotujmy się do walki, ponieważ nadchodzą”. Fantazja o „dwóch państwach”, która od tamtej pory ciąży nad żydowską polityką, jest jedynie rozwiniętą formą syjonistycznego marzenia Partii Pracy o dzieleniu się owocami tej ziemi z Arabami.

Izraelscy Żydzi mawiają, że Palestyńczycy nigdy nie przepuszczają okazji, by przegapić okazję. Oczywiście mają na myśli okazję do zawarcia pokoju z Izraelem i ostatecznego uzyskania własnego państwa palestyńskiego. Gdyby jednak patrzyli na Palestyńczyków nie jako na ludzi dążących do stworzenia państwa, lecz jako na ludzi dążących do zniszczenia Izraela i narodu żydowskiego, mogliby dojść do wniosku, że Palestyńczycy nigdy nie przepuszczają okazji, by wykorzystać nadarzającą się okazję. Niezależnie od tego, czy chodzi o kierowcę autobusu wjeżdżającego w ludzi czekających na przystanku, kobietę podwożącą zamachowca-samobójcę do zatłoczonej restauracji, czternastoletniego chłopca wbijającego nóż w brzuch ciężarnej Żydówki czy podpalenie góry śmieci obok żydowskiej społeczności, aby spowić ją duszącym dymem – każda okazja, duża czy mała, zostaje dostrzeżona i wykorzystana.

Skłonność Palestyńczyków do nieustannych ataków na Izrael jest wpisana w samą ich tożsamość jako Palestyńczyków. Niektórzy, dzięki wyjątkowej sile charakteru, mogą wyrwać się z tego uwarunkowania, ale nie jest to regułą. Imperatyw dżihadu, stanowiący istotę palestyńskiej racji bytu, oraz wszechobecny etos męczeństwa nie wywodzą się jednak z faktu stworzenia Palestyńczyków przez KGB. Są one znacznie starsze i wynikają z ich przynależności do islamu. To właśnie do tego odwołało się Bractwo Muzułmańskie w latach czterdziestych XX wieku. Palestyńczycy są jedynym narodem na świecie, którego tożsamość nie wymaga wspólnego języka, monarchy ani własnego państwa, lecz zagłady innego narodu. Są także wyjątkowi pod tym względem, że mają tylko jeden sposób potwierdzania własnej tożsamości: unicestwienie innego narodu. A gdyby kiedykolwiek, nie daj Boże, nadarzyła się im sposobność zabicia wszystkich Żydów, natychmiast popadliby w kryzys egzystencjalny, ponieważ nie potrafią określać samych siebie inaczej niż jako zabójcy Żydów. Biorąc pod uwagę centralną rolę przemocy w ich kulturze – zarówno w relacjach wewnątrz rodzin, jak i pomiędzy klanami – istnieje duże prawdopodobieństwo, że zwróciliby się przeciwko sobie nawzajem i rozpoczęli bratobójczą walkę.

Palestyńczycy będą mogli ocalić samych siebie tylko wtedy, gdy każdy z nich porzuci nihilistyczną tożsamość palestyńską na rzecz jakiejkolwiek konstruktywnej tożsamości. Nie ma przy tym znaczenia, jakiej – każda będzie lepsza od tożsamości palestyńskiej. W tej ponurej i przygnębiającej sytuacji jest jednak promyk nadziei. Świat ludzi wolnych i indywidualnej autonomii wywiera dziś na świat muzułmański i na psychikę muzułmanów, w tym Palestyńczyków, wpływ silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Tendencja ta będzie się prawdopodobnie nasilać, i to w sposób wykładniczy. Tak jak istnieją muzułmanie próbujący opóźnić nieuniknione poprzez różne formy „miękkiej apostazji” – od „muzułmanów kulturowych” po „życzliwych byłych muzułmanów” – tak samo są Palestyńczycy usiłujący podążać podobną drogą. Ludzie Zachodu mogą takich Palestyńczyków podziwiać, lecz zasada „żyj i pozwól żyć” nie jest wartością ani muzułmańską, ani tym bardziej palestyńską, o czym oni sami doskonale wiedzą. W obu przypadkach doktryny empatii i odcięcia się od odstępców, nakaz czynienia dobra i zakazywania zła, da’wa oraz kara śmierci za apostazję ostatecznie wymuszą rozstrzygnięcie w jedną lub drugą stronę.

Wracając do krytyki Krzysztofa, warto poczynić kilka uwag.

Podstawowym nieporozumieniem w krytyce Krzysztofa jest założenie, że Arabowie palestyńscy znajdują się w stanie pokoju. Tak nie jest. Od chwili, gdy pojawili się na tych ziemiach 1400 lat temu, pozostają w stanie wojny z Żydami i chrześcijanami. Konflikt ten nasilił się wraz z napływem Żydów do Erec Israel od połowy XIX wieku, a jeszcze bardziej po upadku Imperium Osmańskiego, kiedy pojawiła się możliwość, że Arabowie mogliby znaleźć się pod rządami niewiernych. Gdy na początku lat dwudziestych XX wieku stało się jasne, że mogą znaleźć się pod rządami Żydów, sytuacja stała się alarmująca, a masakry stały się zjawiskiem powszechnym.

Nie ma w tym nic nienaturalnego. Nie wdając się w szczegóły dotyczące doktrynalnie określonych relacji między muzułmanami a Żydami, islam nakazuje prowadzenie wojny między muzułmanami a niemuzułmanami, ze szczególnym naciskiem na Żydów. Raj pozostanie niedostępny, dopóki muzułmanie nie zabiją ostatniego Żyda na ziemi. Palestyńczycy zostali stworzeni przez KGB na „materiale genetycznym” dostarczonym przez islam i przygotowani przez Bractwo Muzułmańskie właśnie do realizacji tego celu.

Ledwie palestyńskie dziecko nauczy się mówić, już wypowiada – ku zachwytowi zachęcających je rodziców – słowa: „Chcę zabijać Żydów” (Yahud). Do czasu ukończenia szkoły podstawowej i kilku obozów szkoleniowych dla terrorystów („obozów letnich”) potrafi już czołgać się w błocie z karabinem maszynowym uniesionym nad głową, podczas gdy tuż nad nim rozciąga się drut kolczasty i świszczą kule z ostrej amunicji; potrafi z zawiązanymi oczami rozłożyć i ponownie złożyć karabin Kałasznikowa oraz porwać Żyda. Pod koniec szkoły średniej i po ukończeniu kolejnych specjalistycznych obozów umie prowadzić ogień w szyku, zakładać ładunki wybuchowe, przekonująco zachowywać się podczas przesłuchań i z niecierpliwością czeka na zabicie swojego pierwszego Żyda.

Jeśli chodzi o „status Palestyńczyków (…) oraz charakter sprawowanej tam władzy”, to rzeczywiście istnieje pewien problem. Izraelczycy traktują naród znajdujący się z nimi w stanie wojny tak, jak gdyby pozostawał z nimi w stanie pokoju. To właśnie dlatego Żydzi od ponad stu lat giną z rąk Arabów palestyńskich. Jest to łatwa wojna, w której nawet ośmioletnie dzieci zdobywają praktyczne doświadczenie, rzucając kamieniami w żołnierzy i wiedząc, że nie zostaną zastrzelone.

Tak czy inaczej, Palestyńczycy są w stanie wojny – zawsze. Palestyńskie matki nie płaczą z radości jedynie dlatego, że ich synowie zginęli podczas zabijania Żydów; czynią to dlatego, że ich synowie są bohaterami wojennymi. I to nie byle jakimi bohaterami, lecz takimi, którzy polegli w sprawie Allaha, co natychmiast podnosi status społeczny ich rodzin. Nie ma dla palestyńskiej matki większej tragedii niż śmierć syna podczas dżihadu, któremu nie udało się zabić ani jednego Żyda. Gdy Palestyńczycy znajdą się w pobliżu Żydów, muszą szukać okazji, by ich zabić, a jeśli to niemożliwe – przynajmniej ich skrzywdzić. Jeżeli do ataku nie dochodzi, oznacza to jedynie, że w danym momencie został on uznany za niewykonalny.

W latach 1948–1960 Izrael był, co zrozumiałe, zajęty budową własnego państwa. Mniej znanym faktem jest jednak to, że ówcześni izraelscy przywódcy byli również gotowi dzielić się dobrobytem swojego państwa z Arabami – zarówno tymi z Mandatu Palestyny, jak i tymi, którzy napłynęli tam z całego byłego Imperium Osmańskiego, aby korzystać z owoców żydowskiej imigracji, a którzy później zostali objęci wspólnym określeniem „Palestyńczycy”. Żydzi nie mieli zamiaru kontrolować, uciskać ani okupować Arabów.

Kiedy więc Krzysztof twierdzi, że mój esej „pomija kwestie leżące u podstaw sporu”, muszę zwrócić uwagę, że żadnego sporu nie ma. Jest tylko wojna, w której Arabowie palestyńscy próbują zabijać Żydów i od czasu do czasu im się to udaje, podczas gdy Żydzi starają się im w tym przeszkodzić. Jedyny spór toczy się z daleka i dotyczy tego, co wolno uznać za obiektywną rzeczywistość, a czego nie.

Krzysztof twierdzi, że u podstaw sporu leżą następujące kwestie: odmienne systemy prawne obowiązujące Izraelczyków i Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu, ograniczenia swobody przemieszczania się, status osiedli, areszty administracyjne, kwestie obywatelstwa oraz prawa powrotu. Żadna z tych kwestii nie ma zastosowania w warunkach wojny, a Izrael nie byłby nimi obciążony – ani nie musiałby odpowiadać na stawiane z ich powodu zarzuty – gdyby po prostu uznał, że ma do czynienia z dżihadem, a nie ze sporem. Wszystkie „kwestie”, o których mówi Krzysztof i które rzekomo pomija mój esej, stają się problemami wyłącznie wtedy, gdy na wojnę patrzy się tak, jakby była pokojem.

„To właśnie te kwestie stanowią sedno debaty o apartheidzie” – pisze Krzysztof. Wszystkie wymienione problemy znajdują się jednak w centrum konfliktów społecznych i terytorialnych w niezliczonych państwach świata: dotyczą Kurdów w Turcji, hinduistów w Pakistanie, chrześcijan w Chinach, mieszkańców Azji Południowej w państwach Zatoki Perskiej, ludności wiejskiej w chińskich miastach, Afrykanów w Kuwejcie czy nielegalnych imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nikomu jednak nie przychodzi do głowy określać któregokolwiek z tych państw mianem „państwa apartheidu” z powodu występowania dokładnie tych samych problemów. Jedynie w przypadku Izraela – jeśli podążyć za sposobem rozumowania Krzysztofa – obecność takich kwestii wywołuje „debatę o apartheidzie”. Nigdzie indziej. To wymaga wyjaśnienia.

Mam nadzieję, że wykazałam, iż jeśli ktoś twierdzi, że Izrael jest państwem apartheidu, to jego twierdzenie nie ma nic wspólnego z prawem, międzynarodowym ani jakimkolwiek innym, a domaganie się od niego udowodnienia tej tezy byłoby działaniem nieskutecznym, ponieważ nie są to twierdzenia mające na celu ustalenie prawdy.

Oskarżenie o bycie „państwem apartheidu” służy temu, by wywołać skojarzenie Izraela z odrazą, jaką przyzwoici ludzie odczuwali wobec apartheidu w Republice Południowej Afryki – z powodu niesprawiedliwości prawnej, moralnego zepsucia i ludzkiej tragedii tego mrocznego rozdziału historii. Ma ono również skojarzyć „Palestyńczyków” z empatią okazywaną czarnoskórym mieszkańcom RPA pod rządami apartheidu oraz wynieść palestyńskich przywódców do rangi moralnych bojowników walczących z apartheidem.

Bezpośredni atak z użyciem oskarżenia o „państwo apartheidu” nie wyszedł jednak od Palestyńczyków, lecz od lewicowych żydowskich antysyjonistów, którzy próbowali wykorzystać to, co postrzegali jako listę problemów występujących w Judei i Samarii.


Źródła ilustracji

Government Press Office (Izrael), CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22811903 (kadrowane)

Trouw, 31 marca 1977 r.

Autor nieznany – pierwotna publikacja: przed 1979 r.; bezpośrednie źródło: Fatah News; dozwolony użytek, https://en.wikipedia.org/w/index.php?curid=75410168

Link do oryginału:

Murtadd to Human
The “Palestinians,” UN Resolution 3379 and “Israel is an apartheid state”
Read more

Anjul Pandavar, urodzona w Południowej Afryce w muzułmańskiej rodzinie, zna czarne karty islamu tak, jak niektórzy z nas znają czarne karty Kościoła katolickiego. Islam broniący się przed współczesnością coraz głębszym fundamentalizmem, islam który sprzymierzył się z nazizmem, islam gloryfikujący nienawiść i barbarzyństwo, dotarł jej zdaniem do punktu zwrotnego. Wielu mieszkańców muzułmańskiego świata zaczyna dostrzegać, że ich religia nie tylko cofa ich do średniowiecza, uniemożliwia współżycie z innymi, ale również niszczy ich życie codzienne.

Autorka książki Islam, Wiara a człowieczeństwo wydanej w przekładzie Małgorzaty Koraszewskiej na język polski nakładem Wydawnictwa „Stapis”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com