Arabskie echa zamachów w Paryżu – Zima po wiośnie

Arabskie echa zamachów w Paryżu – Zima po wiośnie

Joanna Podgórska,


Joanna Podgórska: – Gdy doszło do zamachów 11 września, w krajach muzułmańskich ludzie tańczyli z radości na ulicach. Jakie było w Egipcie echo strzałów w paryskiej redakcji „Charlie Hebdo”?

Piotr Ibrahim Kalwas: – Jeśli chodzi o przeciętnych Egipcjan, to właściwie nie było żadnej reakcji. Na placu Tahrir i w paru innych miejscach w Kairze odbyły się wiece protestacyjne, głównie dziennikarzy, intelektualistów, artystów. Zbierało się po kilkaset osób z długopisami, ołówkami demonstrować w obronie wolności słowa. Tak jak w Europie, tylko na dużo mniejszą skalę. Egipt ma tyle własnych problemów i kłopotów, że to wydarzenie przeszło trochę bokiem. Francja jest daleko, a zamachy terrorystyczne na Synaju to codzienność. Chcę jednak podkreślić, że ani razu – ani w mediach, ani w rozmowach z ludźmi – nie spotkałem się z żadnym wyrazem poparcia dla terrorystów. Inna rzecz, że w moim otoczeniu nie ma fundamentalistów ani dżihadystów.

Czy przeciętni Egipcjanie boją się fundamentalistów?
Strasznie. Najlepszy dowód, że obalili rząd Bractwa Muzułmańskiego w tzw. drugiej rewolucji po upadku Mubaraka. Miliony ludzi wyszły na ulicę, a do tego dopiero dołączyła się armia. Bo to nie było tak, jak mówi się w Europie, że to był jakiś zamach czy pucz wojskowy. Zaczęło się od protestów społecznych. Egipcjanie to bardzo specyficzny naród na tle innych krajów arabskich. Jeden z najbardziej wierzących, bogobojnych i praktykujących islam, a z drugiej strony absolutnie odrzucający wszelką teokrację. Większość po prostu boi się rządów islamistów.

Ale egipska rewolucja, która przyniosła wolność, jednocześnie te demony fundamentalizmu wywołała.
On wyszedł z podziemia. To ten sam mechanizm, który zadziałał w Iraku po obaleniu Husajna czy teraz w Syrii po rozbiciu państwa Asada. Tylko że tamto to skrajne przypadki rozmontowania państwa policyjnego, które trzymało wszystkich za twarz. W Egipcie rząd Mubaraka też trzymał za twarz wszelkich fundamentalistów, dżihadystów czy salafitów. Bractwo Muzułmańskie nie mogło przecież legalnie działać. Po upadku Mubaraka wszystkie te siły wypełzły na światło dzienne.

Podobno jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się dziś w Egipcie nurtów islamu to salafici. Kim oni są?
To archaiczny, ultrakonserwatywny prąd myślowy, oparty na surowej wykładni islamu pierwszych muzułmanów. Odczytuje święte teksty literalnie i dąży do tego, by wszystko było jak półtora tysiąca lat temu. Odwołuje się do salafu, czyli przodków. Za czasów Mubaraka salafizm był bardzo niemile widziany przez władze, a jego wyznawcy trafiali do więzień, byli inwigilowani, kontrolowani. W pierwszej fazie rewolucji salafici odcięli się od niej, bo według ich wykładni islamu rewolucje są haram, czyli zakazane, potem jednak dołączyli do rewolty, nie chcąc wypaść z politycznej sceny. Z początku popierali Bractwo Muzułmańskie ze względu na bliskość poglądów, choć rywalizowali z nim o rząd dusz. Potem dokonali wolty, poparli armię i prezydenta Sisiego. W wyborach parlamentarnych partie z nimi związane dostały 28 proc. głosów. To poważna siła polityczna.

Rząd wojskowy próbuje prowadzić stabilną politykę. Z jednej strony kontrolować i zamykać najbardziej radykalnych fundamentalistów z Bractwa Muzułmańskiego, a z drugiej nie prześladować środowisk religijnych, bo te mają poparcie wśród ludzi. Ja wiem, że to wszystko dla Europejczyka brzmi dziwnie. Wojsko obala demokratycznie wybrany rząd Bractwa Muzułmańskiego, a jednocześnie jest gwarantem demokracji. Ale do Egiptu, jak i wszystkich krajów Bliskiego Wschodu, nie można stosować europejskich miar. Zachód powinien pamiętać, że blisko stuletnia historia Bractwa Muzułmańskiego to historia terroryzmu i przemocy. Ja jestem przekonany, że marszałek Sisi uratował kraj od wojny domowej i chaosu.

Skąd się bierze siła fanatyzmu napędzająca terroryzm, dla Europejczyków zupełnie niepojęta?
Jest wiele czynników, ale przede wszystkim z wykładni islamu. Tu się nie ma co oszukiwać. Muzułmanie stają na głowie i kombinują, jak mogą, że to nie jest wina religii, a terroryzm to nie islamizm i nie ma nic z islamem wspólnego; że to jakieś wypaczenie. Prawda jest taka, że zamachów dokonują muzułmanie, którzy do okrutnych działań czerpią inspiracje również z wykładni islamu obowiązującej od setek lat. W tej wykładni jest dużo przemocy, ona jest w hadisach, w Koranie. To tkwi tam niezmiennie, niepoddane nowej interpretacji, niepotraktowane symbolicznie czy alegorycznie. W islamie od niepamiętnych czasów dominuje literalizm religijny. Fundamentaliści z tego korzystają. To nie tylko nauka ich imamów z piekła rodem, to także, niestety, po trosze jest przekaz mainstreamowego islamu. Dlatego wykładnia islamu wymaga reformy, o której mówił ostatnio prezydent Sisi.

Czytaj dalej tu: Arabskie echa…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com