Nie będę nienawidził
Andrzej Koraszewski

Tak mało o Pani wiem. Czy ma Pani dzieci? Żyjemy w świecie, w którym śmierć dziecka przestała być codziennością. Czasem choroba lub wypadek zabiera dziecko i wiemy, że stało się coś niezrozumiałego. Śmierć dziecka z powodu choroby lub wypadku jest dramatem, z którego większość rodziców nie otrząsa się nigdy. Większość ludzi w naszej części świata omija to doświadczenie. Gdzie indziej dzieci są często ofiarami wojny, spowodowanego wojną głodu i chorób, które przy normalnej opiece medycznej nie stanowią poważnego zagrożenia. Czym innym jest jednak śmierć dziecka, które ginie z rąk zbira przychodzącego zabić dla samej rozkoszy zabijania. Czasami zbirem kieruje głęboka wiara. Kocha Boga i gotów jest sam zginąć za swoją wiarę, byle zabić jak najwięcej ludzi winnych tylko temu, że są inni.
Tak w 2001 roku zginęła piętnastoletnia Malka Roth. Siedziała z przyjaciółką w pizzerii, kiedy do lokalu wszedł młody mężczyzna z gitarą w futerale na plecach. W chwilę później potężny wybuch zabił jego i 15 osób, głównie młodych ludzi, poranionych było dalszych 130 osób, zarówno w lokalu, jak i przechodzących przypadkowo ulicą.
Minęło 14 lat. Dla Frimet i Arnolda Rothów czas się zatrzymał. Założyli fundację, która pomaga dzieciom żydowskim i arabskim. Czy wybaczyli? Nie. Czy nienawidzą? Tak. Czy umiałaby Pani wybaczyć?
Ludzką bombą (Frimet i Arnold Rothowie odmawiają używania określenia samobójca, ci ludzie są ludzkimi bombami sterowanymi przez innych) był Izz al-Din Shuheil al-Masri, 23-letni syn zamożnego rolnika. Za nim kryli się inni, prezenterka telewizyjna, która była jego przewodniczką, konstruktor bomby, organizatorzy, finansiści i nieodłączni duchowni, czyli duchowi przywódcy. Prezenterka telewizyjna, kobieta, która wypatrzyła miejsce, gdzie będzie najwięcej ofiar i która o właściwej godzinie doprowadziła ludzką bombę na miejsce, wspierając młodego człowieka moralnie i duchowo, Ahlam Tamimi, została uwolniona z więzienia w ramach wymuszonej przez Zachód akcji wypuszczania morderców na rzecz pokoju. Jest terrorystką-celebrytką i nadal prowadzi programy telewizyjne. W 2012 roku, po jej uwolnieniu z izraelskiego wiezienia udzieliła wywiadu palestyńskiej telewizji. Proszę sobie wyobrazić, że w jedenaście lat po zamordowaniu Pani ukochanego dziecka ogląda Pani wywiad z współorganizatorką tego mordu.
Czy umiemy wczuć się w postawy i odczucia tej drugiej strony? Mamy w Polsce za sobą długą historię walki o odzyskanie niepodległości naszego kraju, były powstania, wojny, świadome wysyłanie synów do walki, która często była beznadziejna. Poeta pisał:
„Obywatelu i mój generale,
doszedł mnie list twój,
na obozowym pisany gdzieś wale,
że syn mój poległ za ojczyznę…”
Izraelskie rodziny doświadczają tego dziś wysyłając swoje dzieci na front. Wiedzą dobrze, że ich dzieci mogą nie wrócić i wiedzą dobrze, że idą zabijać. Obydwie strony twierdzą, że walczą o sprawiedliwość, że bronią swojego życia i swoich rodzin, obydwie strony oskarżają się o agresję. W telewizji palestyńskiej palestyńska matka, przedstawiona jako działaczka na rzecz praw kobiet, mówi:
„Palestyna jest jedna, a synów wielu. Mogę urodzić dziesięciu, dwunastu, znam ludzi, którzy mają piętnaścioro, szesnaścioro dzieci, a nawet więcej, a Palestyna jest jedna.”
W dalszej części wywiadu dodaje, że palestyńska matka jest szczęśliwa, kiedy jej syn zostaje męczennikiem.
Morderca Malki, Al-Masri, jest czczony w Judei jako męczennik, zabił 15 Żydów za Boga, honor i ojczyznę. Samo nazwisko al-Masri oznacza Egipcjanin, jest bardzo popularne wśród Palestyńczyków, oznacza ono stosunkowo niedawnych osadników z Egiptu. Różnili się od arabskich osadników z Syrii czy Libanu, którzy również masowo przenosili się do Palestyny w związku z ożywieniem gospodarczym spowodowanym przez osadników żydowskich. W palestyńskiej trójcy „Bóg, honor i ojczyzna” ojczyzna jest produktem najpóźniejszym i niezbyt poważnie traktowanym.
Honor może kojarzyć się z etosem rycerskim, ze sposobem walki. Al-Masri zamordował przypadkowych cywilów, którzy siedzieli w pizzerii. Inni palestyńscy obrońcy Boga, honoru i ojczyzny wpadli do synagogi i zatłukli modlących się tam ludzi tasakami. Jeszcze inni zakradli się do mieszkania zarzynając nożami śpiących mieszkańców włącznie z niemowlęciem, palestyńscy rodzice masowo nakłaniają swoje dzieci do rzucania kamieniami w przejeżdżające samochody. Palestyński rycerski etos wydaje się być etosem bandyckiego terroru.
Australijski emerytowany generał, Jim Molan, w ramach misji grupy zachodnich wysokich oficerów, mającej za zadanie zbadanie zasad prowadzenie wojny przez armię izraelską, odwiedził kibuc leżący o kilkaset metrów od granicy z Gazą. Podczas rozmowy z kobietami z kibucu usłyszał zapewnienie, że ta wojna była wojną z Hamasem, a nie z mieszkańcami Gazy. Kiedy powiedział, że z jego rozmów z oficerami IDF wynika, że armia podziela ich troskę o cywilnych mieszkańców Gazy, jedna z kobiet odpowiedziała: “Oczywiście, że podziela naszą troskę. To nasi synowie.” Jim Molan pisał:
„Wojna brutalizuje, ale Izraelczycy przejmowali się palestyńskimi ofiarami. Tymczasem Hamas jest tym rodzajem wroga, którego główna strategia polega na bezpośrednim ostrzeliwaniu izraelskich społeczności i który systematycznie używa własnej ludności jako żywych tarcz, co w obu przypadkach przy jakiejkolwiek uczciwej ocenie, stanowi ciężką zbrodnię wojenną.
Kobiety w kibucu były dumne ze swoich synów, mają również powód do dumy ze słów jednego z wyższych izraelskich oficerów, którego syn był właśnie wysyłany ze swoją jednostką do Gazy:
“Wracaj żywy” – powiedział na pożegnanie – “i wracaj człowiekiem.” Zastanawiam się jaka byłaby hamasowska wersja takiego pożegnania.”
Nie musimy się zastanawiać, wiemy zarówno jaka jest wersja hamasowska, jak i wersja rzekomo umiarkowanych, rzekomo dążących do pokoju ludzi z ugrupowania „prezydenta” Abbasa.
Czy słyszała Pani o doktorze z Gazy? Tak go właśnie nazywano, doktor z Gazy. Izzeldin Abuelaish urodził się w roku 1955, ale jego historia zaczyna się w dniu ogłoszenia powstania państwa Izrael. Jego rodzice byli rolnikami w wiosce leżącej kilka kilometrów od Gazy, po napaści armii arabskich na Izrael postanowili na kilka dni schronić się w Gazie. Wbrew wszelkim przewidywaniom izraelskie wojsko odparło atak, a Arabowie, którzy opuścili swoje domy, zostali uchodźcami. Izzeldin urodził się w obozie dla uchodźców, w znajdującej się wówczas pod panowaniem Egiptu Gazie. Gaza była pod panowaniem Egiptu, ale nie była częścią Egiptu. Jej mieszkańcy byli więźniami idei, że uchodźcy pozostaną uchodźcami do czasu likwidacji Izraela.
Po raz pierwszy usłyszałem o nim w styczniu 2009 roku. Lekarz, ginekolog, wybitny specjalista od bezpłodności, który stał się symbolem budowania psychologicznego pomostu między Gazą i Izraelem.
W styczniu 2009 roku trzy jego córki i bratanica zginęły w Gazie od pocisku wystrzelonego przez izraelski czołg. W rok później ukazała się jego książka pod tytułem I Shall Not Hate (Nie będę nienawidził). Doktor Izzeldin Abuelaish opisuje w niej historię śmierci swoich córek, tragedię uwięzionych w Gazie Palestyńczyków, historię swojej rodziny i historię swojej przyjaźni z mieszkańcami Izraela.
Ten lekarz tyle razy pomagał przy narodzinach dzieci żydowskich i palestyńskich, iż postanowił być akuszerem przyjaźni między narodami.
Młodość Izzeldina przebiegała w cieniu kolejnych wojen. Rok 1956 Wojna Sueska, miał zaledwie rok, więc znał ją tylko z opowiadań. Rok 1967, ZSRR ma ochotę na umocnienie swojej pozycji w byłych koloniach brytyjskich na Bliskim Wschodzie. Egipt i inne armie arabskie, uzbrojone w radziecką broń i wspierane przez radzieckich doradców, przygotowują inwazję na Izrael. W przeciągu sześciu dni armie arabskie zostają rozbite. Dwunastoletni chłopiec widzi jak armia izraelska wkracza do Gazy. Życie w obozie dla uchodźców było piekłem przed tą wojną i pozostało piekłem po tej wojnie.
Świat Izzeldina to jego szkolne podręczniki traktowane jak największy skarb. Od najmłodszych lat wie, że wyjście z piekła prowadzi przez szkołę, jest najlepszy, jest zawsze najlepszy i jest dostrzegany i zachęcany przez nauczycieli. Z czasem musi zacząć pomagać zarabiać na utrzymanie rodziny. Zmęczenie pracą po nocach odbija się na jego wynikach, na szczęście nauczyciel angielskiego motywuje go, zmusza do dodatkowego wysiłku i chłopak kończy szkołę z wyróżnieniem, zdobywając stypendium i miejsce na uniwersytecie w Kairze.
Zanim do tego doszło, dwa zdarzenia wywarły na nim szczególne wrażenie, pierwsze — letnia praca w izraelskiej rodzinie, gdzie pomagał na farmie, gdzie był traktowany jak członek rodziny i gdzie zrewidował obraz Żyda wyniesiony ze swojej kultury, drugim wydarzeniem były uszkodzone na budowach kolana i pobyt w szpitalu. Wtedy postanowił, że zostanie lekarzem.
Izzeldin chciał zostać lekarzem i chciał zostać dobrym lekarzem, może dlatego w młodości nie miał czasu na politykę.
Po studiach jedzie na praktykę do Arabii Saudyjskiej, następnie robi specjalizację na Uniwersytecie w Londynie. Jego specjalizacją jest bezpłodność. Ten głęboko wierzący muzułmanin pisze o dodatkowej kulturowej frustracji jaką bezpłodność stwarza w świecie islamu, gdzie za bezpłodność wini się zawsze kobietę, kobietę wini się również za brak męskiego potomka. Doktor Abuelaish chce mieć swój udział w zmianie tego nastawienia do kobiet. Wie również, że świat islamu się nie zmieni, jeśli kobiety nie będą miały pełnego dostępu do edukacji i do rynku pracy.
Pracując w Londynie nad problematyką bezpłodności i zapłodnienia in vitro doktor Abuelaish zauważa, że wyjątkowo często cytuje lekarzy izraelskich. Po powrocie do Gazy zaczyna szukać możliwości konsultacji trudnych przypadków po drugiej stronie granicy. Światowej sławy specjalista, doktor Marek Glezerman nie tylko udziela konsultacji i bada jego pacjentów, ale niebawem proponuje Izzeldinowi praktykę w izraelskim szpitalu.
Załatwienie praktyki dla lekarza, Araba z Gazy, napotyka na tysięczne przeszkody biurokratyczne, w międzyczasie profesor Glezerman przenosi się z Beerszeby do Tel Awiwu, więc sprawę pilotują inni lekarze izraelscy.
Codzienne przekraczanie granicy okupowanej Gazy wymaga cierpliwości i nadzwyczajnych umiejętności znoszenia upokorzeń, upokorzeń ze strony izraelskiej i ze strony arabskiej. Biurokraci i żołnierze lubią okazywać swoją władzę. Nagrodą jest praca w doskonałym szpitalu i kontakty z fachowcami, z których większość staje się bliskimi przyjaciółmi. Arabski lekarz widzi obie strony i zdaje sobie sprawę z rozmiarów frustracji, która prowadzi do tego, że świat zmienia się w dom wariatów.
Życie w Gazie jest koszmarem powiększonym przez ciągłą paranoję, nienawiść do Żydów i nienawiść wzajemną, prowadzącą do ciągłych bratobójczych mordów. O Hamasie Autor pisze ostrożnie, ale czytelnik nie ma wątpliwości, ich rakiety wyrządzają ogromną krzywdę nie tylko mieszkańcom Izraela, ale i mieszkańcom Gazy, filozofię nienawiści najlepiej reprezentuje historia młodej Palestynki leczonej w jego izraelskim szpitalu po ciężkich poparzeniach gorącym olejem w kuchni. Po leczeniu, ze względu na konieczność okresowych kontroli, dziewczyna ma przepustkę, pewnego dnia łapią ją na przejściu granicznym w kamizelce samobójczyni. Miała wysadzić się w powietrze na terenie szpitala.
Ta i podobne historie wykraczają poza granice zrozumienia „doktora z Gazy”. To on wozi pacjentów do Beerszeby, to on załatwia formalności, a czasem służy za tłumacza i kuriera dowożącego później lekarstwa, to on na terenie Gazy organizuje placówki medyczne współpracujące ze szpitalami po drugiej stronie granicy.
Wiele razy zarzucano mu, że pomaga przy narodzinach przyszłych żołnierzy izraelskich. Odpowiadał, że pomaga przy narodzinach przyszłych lekarzy i inżynierów, którzy będą pamiętali, że witał ich na tym świecie Arab, odpowiadał, że „trzeba zacząć budować świat, w którym ludzie dostrzegają ludzi”.
Izzeldin Abuelaish nie tylko przybliżał ludzki wymiar Izraela i jego mieszkańców swoim rodakom w Gazie. Był coraz bardziej rozpoznawalny w samym Izraelu, jest nie tylko człowiekiem nawołującym do porozumienia, jego świadectwa o sytuacji w Gazie nie można ignorować. Doktor z Gazy jest człowiekiem, który nie ma uprzedzeń i który zdobył sobie prawo do mówienia prawdy w oczy. Występuje w izraelskich mediach jest coraz bardziej znany zarówno dla polityków, jak i dla zwykłych czytelników. Na trzy miesiące przed operacją „Płynny ołów” jego żona umiera na białaczkę. Umiera w szpitalu w Izraelu, przepisy nie pozwalają na wizytę więcej niż jednego krewnego i dzieci nie mogły odwiedzać umierającej matki.
W grudnia 2008 roku, po tysiącach rakiet wystrzelonych przez Hamas na teren Izraela, zaczyna się operacja „Płynny ołów”. Izraelska armia zamyka granice i nie wpuszcza do Gazy żadnych dziennikarzy. Izzeldin Abuelaish dostaje codziennie dziesiątki telefonów z redakcji izraelskich gazet, z radia i telewizji. Jest jednym z głównych informatorów izraelskiej opinii publicznej o tym, co dzieje się w Gazie. Jego telefon komórkowy był oknem Gazy na świat.
13 stycznia pocisk z izraelskiego czołgu uderza w jego dom. W pokoju na trzecim piętrze najpierw giną jego dwie córki oraz bratanica. Kolejna eksplozja zabija najstarszą córkę, kolejna córka ma odłamek w głowie i wysadzone oko, ranna jest druga bratanica i brat.
Zmarłym już nic nie pomoże, dla żyjących jedyną nadzieją jest izraelski szpital. Izzeldin Abuelaish dzwoni do zaprzyjaźnionego dziennikarza z izraelskiej telewizji. Ten wbrew wszelkim zasadom odbiera telefon w trakcie programu, słuchacze są świadkami wstrząsającej relacji, ambulans z Beerszeby wyjeżdża po rannych z ekipą telewizyjną.
W kilka godzin później operacja „Płynny ołów” została przerwana. Czy dlatego, że wszyscy, włącznie z premierem Izraela śledzili w telewizji dramat ratowania rannych członków rodziny „doktora z Gazy”? Prawdopodobnie, chociaż o możliwości zawieszenia broni mówiło się już od kilku dni.
„Niech moje córki będą ostatnimi ofiarami tego konfliktu”, błagał Izzeldin Abuelaish, wiedząc, że to nie jest możliwe.
Po śmierci żony i trzech córek został z piątką dzieci i pytaniem co robić, aby dramat nie złamał życia tym, którzy pozostali.
Siedząc przy łóżku rannej córki powtarzał, że nienawiść jest rozwiązaniem najgorszym, że nie wolno patrzeć wstecz, że trzeba zacząć mówić, nie o pokoju, a o wzajemnym zaufaniu, o godności, o naszym wspólnym człowieczeństwie.
Izzeldin miał ofertę kontraktu w Tel Awiwie i kontraktu w Toronto. Dzieci zadecydowały o wyjeździe na pięcioletni kontrakt w Kanadzie.
Trauma po straszliwym dramacie, ani aktywność zawodowa w nowym miejscu pracy, ani wreszcie uwaga skoncentrowana na odbudowie zdrowia psychicznego dzieci, nawet na chwilę nie wstrzymała jego działań na rzecz przerwania błędnego koła nienawiści. Znajdował czas na spotkania ze społecznościami muzułmanów i Żydów, na informowanie świata o sytuacji w Gazie.
Doktor z Gazy nie chce zapomnieć, podobnie jak Frimet i Arnold Rothowie utworzył fundację imienia swoich córek, jego misją jest budowanie fundamentów zaufania, które pozwoli żyć Izraelczykom i Palestyńczykom obok siebie.
Historię Izzeldina Abuelaisha znałem od stycznia 2009 roku. Potem czytałem jego książkę przerywając lekturę na sprawdzanie doniesień z Tunezji, Egiptu, Libanu, Jemenu, Iraku, Syrii, Iranu, Nigerii i innych miejsc, w których nienawiść porządkuje życie społeczne. Doktor z Gazy jest dziś profesorem medycyny na uniwersytecie w Toronto, pisuje również na temat konfliktu izraelsko-palstyńskiego. Jego artykuły nie trafiają do największych i najbardziej poczytnych mediów. Czy umie Pani odpowiedzieć dlaczego?
W poprzednim liście pisałem, że czytam właśnie niezwykle interesującą książkę profesora Stanisława Obirka. Książka nosi tytuł „Polak katolik?”. Jest to książka bardzo osobista, próba odpowiedzi na pytanie “gdzie jestem?”. Autor analizuje swoje relacje z religią, z chrześcijaństwem, z katolicyzmem, z polskim katolicyzmem, ze społeczeństwem i społecznością, w której wyrósł. Religia jest tu ważna, zgoła centralna. Autor wojuje nie tylko z religią instytucjonalną, a w jeszcze większym stopniu z religią upolitycznioną, tropi co w tej religijnej tradycji jest fundamentem jego humanizmu i odnajduje przekłamania tam, gdzie się ich spodziewał najmniej.
A Modlitwie Pańskiej, w tym codziennie powtarzanym przez każdego praktykującego chrześcijanina „Ojcze Nasz”, Obirek odnajduje pozornie drobną zmianę z pierwotnej, żydowskiej, wersji, do katolickiego katechizmu nie przedostało się ostrzeżenie, że kto nie przebaczy i jemu nie zostanie przebaczone. Zdumiony, że mimo wieloletnich studiów teologicznych dostrzega to dopiero teraz, Autor zastanawia się nad praktycznymi konsekwencjami.
„Chodzi przecież o rzecz podstawową – o to, że mój stosunek do Boga zależy od mojej postawy wobec bliźniego. W nowej katechizmowej wersji pozostaję ja i Bóg, bliźni nie wpływa na jakość tych relacji.”
Zapewne muzułmanin Izzeldin Abuelaish przyjąłby ten wywód bardziej emocjonalnie, mnie Bóg zupełnie nie interesuje, szukam odpowiedzi na pytanie o ład społeczny, który wymaga przywództwa i w którym politycy albo tonują nienawiść, zabiegając o rozwiązywanie konfliktów, albo ją wzmacniają, budując swoją siłę na nienawiści właśnie.
Czy zauważyła Pani podobieństwo kazań i mów polityków? Odnosi się wrażenie, że im częściej powtarzają słowo miłość, tym więcej w ich płomiennych mowach zagrzewania do nienawiści i przyzwolenia dla tych, którzy nocą skradają się tunelami, żeby poderżnąć gardła śpiącym. Sympatia dla morderców i tolerancja dla nietolerancji okazują się największym wrogiem hasła „nie będę nienawidził”.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com