Swiat z Fridą Schatz – Wspomnienia z wycieczki do Chin.
autor: Marian (Michał) Fajbusiewicz
(który będzie miał swój wieczór razem z Michałem Hochmanem w Sztokholmie 24-09-2016)
zdjecia: Larissa Baldovin
Michał Fajbusiewicz
Jest również realizatorem lub scenarzystą około 200 filmów dokumentalnych i reportaży[2][3], wśród nich takich produkcji jak Moja misja (1996), Łukasz (1996), Namibia. Caprivi czyli polski Hel w Afryce (2000), Żyć w kibucu (2001), Malarz ekranu (2001), Dusia znad jeziora Como (2003), Tugereng czyli zamieszkaj tu na zawsze (2005), O Hamerach, Mursi, Dorsi i nie tylko, czyli wyprawa do perły Afryki (2006)[5]. Jego twórczość telewizyjna prezentowana była m.in. na zagranicznych festiwalach filmów kryminalnych w Oberhausen i Monte Carlo. W 1997 wydał książkę 997. 100 niewykrytych zbrodni, a w 2004 objął stanowisko szefa działu reportażu w czasopiśmie „Moda i Styl”. Uzyskał członkostwo w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Podróżników „Globtroter”[3].
(prawie każde ze zdjec można powiekszyc – “klick myszką na zdjęciu”)
Kiedy kilka miesięcy temu zadzwonił do mnie do Polski, mój przyjaciel z Nowego Jorku MICHAŁ HOCHMAN /lubelski bard, z wykształcenia geograf – emigracja 1968/ i zaproponował udział w organizowanej przez Fride Schatz wycieczce do Chin pod hasłem „Śladami Żydów w Pekinie i Szanghaju – myślałem, że to żart. Przyznam, że byłem w „kraju środka” blisko 15 lat temu, ale nie słyszałem wtedy /może się nie interesowałem/ o żydowskich emigrantach. Potem wyjaśniło się, że owe hasło i nikłe ślady obecności społeczności żydowskiej w Chinach /tak naprawdę znaczące są tylko w Szanghaju/, to tylko pretekst do wyjazdu do tego niezwykłego kraju. Wtedy też dowiedziałem się , że w Szwecji żyje spora /o tym wiedziałem od lat/ diaspora Żydów, którzy wyemigrowali głównie z Polski po II-giej Wojnie Światowej, ale diaspora super zorganizowana i zintegrowana, od lat jeżdżąca po świecie, żądna poznawania nowych i wracania do starych, znanych im miejsc.
Ja, łódzki „pół Żyd” /ojciec polski Żyd, matka Polka/ długo nie zastanawiałem się nad propozycja mego przyjaciela – jadę /namówiłem też żonę/.
Zachętą do tego wyjazdu był głownie fakt, że ponoć w grupie jadących na wycieczkę, maja być tez Żydzi, którzy wyemigrowali z Łodzi. Liczyłem na zaskakujące spotkania, bowiem w czasach licealnych /1964-68/ bardzo przyjaźniłem się z rówieśnikami z żydowskiego Liceum im. Pereca /bywałem m.in. w TSKŻ na ulicy Więckowskiego/, którzy nagle w 1968 roku zniknęli, w większości wyjeżdżając do Izraela. Mój ojciec, zagorzały komunista, nie pozwolił mi na korespondencję z byłymi przyjaciółmi, bojąc się represji ze strony UB, za jak to określał „kontakty z Syjnonistami”.

I w ten sposób kontakt się urwał na dziesiątki lat. W okresie licealnym byłem aktywnym działaczem /wychowankiem KUBY GOLDBERGA/ DKF-ów działających przy Pałacu Młodzieży w Łodzi, do których chodziło sporo młodych z Pereca , ale i Żydów z mojego liceum /I LO im. M. Kopernika – popularny „Koper”/. Liczyłem więc, że w Chinach, na tej intrygującej wycieczce odnajdę koleżanki i kumpli z lat 60-tych /wielu z nich wyjechała z czasem z Izraela do krajów skandynawskich.
Uprzedzając fakty, tak się nie stało, ale na szczęście w grupie była RÓŻA ZEDERMAN /mieszkająca w Izraelu/, która wyemigrowała z Łodzi.
Choć wcześniej się nie znaliśmy, było co wspominać , tym bardziej, że nie raz w TSKŻ słuchaliśmy zespołu „Śliwki”.

PODRÓŻ W ZACNYM TOWARZYSTWIE

Kiedy lecieliśmy z Polski z Michałem i jego partnerką /cudowną LARYSĄ, też z NY – polską żydówką, urodzoną na Ukrainie – emigracja 68/, miałem obawy, jak z zoną będziemy się czuli, w tym zupełnie „nowym towarzystwie”. Okazało się, że obawy były płonne, bo towarzystwo było nader zacne, szczególnie to, które świetnie mówiło po Polsku. Prawie od pierwszego dnia, w tym 30 osobowym ansamblu zrodziła się silna polska, dość rozrywkowa grupa. Dość często wyjeżdżam grupowo z Polski /co prawda nie tak licznie i głownie z kolegami dziennikarzami/, ale dawno nie byłem na tak cudownym i bezkonfliktowym wyjeździe. Cóż za znamienite towarzystwo. Jakie zdyscyplinowane, jakie dowcipne i rozśpiewane, a jakie ciekawe wiedzy…. Żadnych spięć, żadnych spóźnień /prawie codziennie wstawaliśmy o 6-tej i wcześniej/, żadnych konfliktów. Ta zgodność i spolegliwość była aż podejrzana /szczególna nadopiekuńczość doktor HELENY MICHLEWICZ/.
Cudowne dwa tygodnie. I nie chodzi tu o same atrakcje w Chinach, ale właśnie atmosferę w wycieczkowej kompaniji. Cóż za powrót do wspomnień z lat 60-tych z Polski. Powracały w czasie rozmów obrazy kraju, zupełnie już zapomniane. Oczywiście, że ogromny wpływ na owa atmosferę miała nasza „MATKA” /inspirator i organizator takich wyjazdów FRIDA SCHATZ
i zaskakująco elokwentny i nader opiekuńczy – pilot biura PHOENIX – uroczy GORAN SANDARE/ co za wiedza o Chinach!/.
Goran, często w delikatny sposób poprawiał informacje przekazywane przez miejscowych pilotów, nieraz głoszących propagandę i fałszywe informacje komunistycznego rządu. Trasa wycieczki, była właściwie „klasyką” turystycznych wyjazdów do Chin. Pekin z Placem Niebiańskiego Spokoju, Wielkim Murem,

Zakazanym Miastem, Letnim Pałacem, X’ian ze słynną Armią Terakotową

/obok tego miasta zaskoczyło nas, mało znane w świecie, a konkurencyjne dla Armii Terakotowej, Muzeum otwarte w 2006 r. na terenie odkopanego grobowca dynastii Han – Hanyangling Muzem – pochodzącego z początków naszej ery, grobowca, który na powierzchni 20 km 2 zawiera odkopane tysiące figurek postaci i zwierząt – miniatur w proporcjach 1:10. To podziemne muzeum, istna rewelacja/, Pagodą Dzikiej Gęsi i niezwykłymi ogrodami .

Dalej słynne Guilin /to już południe, niedaleko granicy z Wietnamem/ i wspaniały rejs rzeką LI wśród krasowych gór, z charakterystycznymi kopcami zwanymi Mogaty.
Wreszcie Szanghaj, dawne wrota tego kraju i epicentrum dawnej wojny opiumowej. Nie będę opisywał piękna zabytków /choć w Chinach nie jest ich zbyt wiele, po zniszczeniach dokonanych za czasów Rewolucji Kulturalnej Mao/ i przyrody które oglądaliśmy, bo to można zobaczyć i poczytać w internecie, bądź samemu zlustrować, przyjeżdżając do tego „azjatyckiego tygrysa”/.

CHINY – KRAJ SZALONYCH KONTRASTÓW
Moja wizyta w Chinach, po latach, to istny szok. Nie poznałem wielu dzielnic Pekinu, o Szanghaju nie wspominając – powstały zupełnie nowe dzielnice, których nie powstydziłyby się stolice najbogatszych państw świata. Nie ma chyba takiego kraju na świecie, który dokonałby takiego skoku cywilizacyjnego, w tak krótkim czasie/niestety dotyczy to tylko części południowo-wschodniej tego kraju, czyli do Wielkiego Muru/. Szanghaj, to chyba jedno a najnowocześniejszych miast świata, z budynkami, które na trwale trafia do kanonów światowej architektury.

Kiedy jechaliśmy z predkoscia ponad 300 kilometrów na godzinę szybka koleją Jinghu na trasie Pekin – X’ian, mijaliśmy setki kilometrów autostrad – i tych gotowych i tych w budowie . Po drodze mijaliśmy miasta /wszystkie większe od Sztokholmu/, gdzie „rosną” setki gigantycznych wieżowców.

Wieś, a właściwie siła robocza, przenosi się do miast. Jednym z sukcesów komunikacyjnych Chin jest wspomniana już szybka kolej. Jest kilkanaście zupełnie nowych tras, z nowoczesnymi dworcami, przypominającymi te lotniskowe. Dla przykładu ponad 1300 kilometrów trasy z Pekinu do X’ian zbudowano od zera w dwa lata, a codziennie jeździ nań 90 składów pociągów, przewożąc ponad 200 tys. pasażerów. Ale można też zauważyć oznaki spowolnienia gospodarczego Chin – na wielu placach budowy wstrzymano prace. Ale obok tego cywilizacyjnego skoku, jest to kraj bliski klęski ekologicznej. Ponad 80% rzek tego kraju, z których pobiera się wodę dla rolnictwa i w celach spożywczych, jest zakażona. Jest niewiele dni w Pekinie /ale też i innych miastach/, kiedy to miasto nie jest spowite smogiem.
Ale powróćmy do naszej podróży, i tego co zaskakuje tu przybysza z Europy. Przez lata Chiny objawiały się jako stosunkowo tani kraj… a tu teraz dobra kawa to wydatek 6-8$ /kiedyś trudno było o tę czarną używkę/, piwo droższe od wódki ryżowej, a obiad w przeciętnej restauracji, to wydatek jak w Berlinie czy też Nowym Jorku. Na ulicach, dawne rowery i riksze, zastąpiły najlepsze samochodowe marki świata. No cóż, w tym kraju jest ponoć zaledwie 1% milionerów… ale to ponad 10 milionów ludzi. Ale jest też prawie 400 milionów Chińczyków, żyjących na granicy ubóstwa /głównie w zachodnio-północnej części kraju/. Jeśli chodzi o ceny to na pocieszenie muszę poinformować, że są tu też i tanie „sfery” – np. taksówki/łatwo dostępne/… i jedzenie przygotowywane na ulicznych wózkach. Często bywam za granicą /głownie w NY/, ale tak bogatych, w niezwykłej aranżacji sklepów i centrów handlowych jak w Pekinie, czy Szanghaju, tam nie widziałem. Zaskakująca jest niemal idealna czystość w miastach, gdzie tam Europie do Chińczyków. Bardzo dbają o bezpieczeństwo. Właściwie w każdym publicznym miejscu /metro, muzeum, duże biurowce, dworce, zabytki/ są kontrole jak na lotniskach.

Podobne do lotniskowych rozwiązań, zastosowano na dworcach kolejowych/dworce w Chinach większe, niż dworzec lotniczy w Warszawie/ z wejściem na peron – gatem – jak do samolotu, do konkretnego pociągu. Zaskakuje niezwykła punktualność komunikacji, gorzej już niestety z komunikacja językową… Ta ostatnia kwestia, jest chyba najbardziej doskwierającym problemem każdego turysty, który samotnie podróżuje, bądź w wolnym czasie odłączy się od grupy. Po za nielicznymi młodymi ludźmi w dużych miastach, nikt tu nie zna angielskiego. A czasami trzeba się szybko się szybko skomunikować – np. potrzebna toaleta. Nie dogadacie się w tej sprawie w żadnym języku, nawet na migi. Dopiero kucnięcie i udawanie zdejmowania spodni / ze stęknięciem/ daje szansę na wskazanie kierunku do toalety. W sklepie /personelu klient nie obchodzi/, restauracji, też wszystko na migi. W tych ostatnich trochę lepiej, bowiem często są zdjęcia potraw … ale i tu można natknąć się na „rafę”

W Guilian , na podstawie foto w menu, zamówiliśmy kaczkę z rożna, a dostaliśmy rumianego kurczaka z dziobem, grzywką i pazurkami/te ostanie to chiński przysmak pod różnymi postaciami/. Zamówione brokuły okazały się morskimi trawami, itd. Najlepiej, choć to mało elegancko, zajrzeć jedzącym już do talerza i dokonać wyboru. Ale pomyłki wychodzą czasami człowiekowi na zdrowie, w Pekinie zamówiliśmy wódkę do kolacji … a dostaliśmy nowe serwetki. Raz podjąłem próbę otrzymania widelca do golonki. Trwało to jakieś 15 minut, choć kelner wyglądał na takiego, co zrozumiał od razu. Najpierw dostałem nowe pałeczki, po interwencji porcelanową łyżeczkę, kolejna próba to miseczka do zupy, aż wreszcie odpuściłem, kiedy miast widelca dostałem łyżkę wazową. Na południu Chin byliśmy bardzo powściągliwi w składaniu wizyt w jadłodajniach, kiedy zobaczyliśmy na targu, na stoisku mięsnym, odarte ze skóry , wiszące psy i koty… Wracając do problemów językowych,na szczęście w hotelach w których spaliśmy /chińskie 4 gwiazdki/recepcjoniści władali angielskim jako tako, i tam właściwie ułatwialiśmy sobie życie, biorąc karteczki pisane po chińsku, w sprawie którą chcieliśmy załatwić – np. w banku skomplikowana wymiana walut, czy dojazd do ZOO, aby zobaczyć Pandy itd.

Taksówkarz musi mieć adres po chińsku – napisy angielskie – to dla nich czarna magia. Najbardziej zaskakującą sytuację mieliśmy w Suzhou /tam pojechaliśmy poza programem wycieczki/. To miasto artystów i intelektualistów dawnego cesarstwa, słynne z niezliczonych ogrodów najpiękniejszych w tym kraju, ale także kanałów w starej części miasta/azjatycka Wenecja/.

W przewodniku National Geografic w Suzhou polecany jest szczególny zabytek – ogromna świątynia konfucjańska z ogromnymi postumentami z Konfucjuszem.

W przewodniku jest ogromne zdjęcie tego obiektu. Pokazywaliśmy to foto z ogromnym zabytkiem położonym na starym mieście kolejnym sześciu taksówkarzom, aby nas tam zawieźli… nikt nie wiedział o co chodzi. Zaczęliśmy podejrzewać, że to obiekt niewygodny dla władzy i mało kto kieruje tam turystów /działalność kościołów w Chinach jest w zasadzie zabroniona/. Ale nie ma co narzekać, wiele się tu zmieniło. Przed laty nieznośny był widok plujących pod nogi Chińczyków. Państwo walczy z tym zwyczajem, dziś pluje na ulicy, może co 10-ty obywatel. Co zaskakuje to mało tu turystów – cudzoziemców, ale za to niezwykle rozwinęła się turystyka krajowa. Do wszystkich obiektów ogromne kolejki , na szczęście często grupy zagraniczne mają pierszeństwo. Ale w wielu miejscach, np. w górach, na rzece Li, tłok jak w Pekinie przed Zakazanym Miastem czy Letnim Pałacem.

ŻYDOWSKIE ŚLADY
Pisałem na początku, ze program naszej wycieczki różnił się trochę od klasycznych tras, a to za sprawą żydowskich wątków. W Pekinie w szabat odwiedziliśmy miejscową gminę, uczestnicząc w przydługiej uroczystości religijnej/ja, ateista nie zrelacjonuję szczegółów tego wieczoru. Niewielu w stolicy Żydów, przynajmniej tych religijnych. Nie ma tu nawet synagogi, a jedynie wynajęte przez gminę jedno piętro w budynku fitness, gdzie w Sali przypominającej bankietową, odbyła się piątkowa uroczystość/większość stanowiła nasza wycieczka/, a po niej znamienita kolacja, wreszcie nie chińska!!! Szanghaj to już co innego. Spora diaspora, „dowodzona” przez młodego, bardzo rzutkiego rabina z Nowego Jorku, ze szkoły rabinackiej Chabad Lubovitch. Uczestniczyliśmy w przejmującej modlitwie, zakończonej tradycyjną kolacją, rozpoczynającą się jak zwykle od znamienitej chałki/rabin częstował wszystkich wódki i whisky/ . W Szanghaju poświecono w programie prawie cały dzień na zwiedzanie dawnej dzielnicy żydowskiej,

zbudowanej przez emigrantów z Europy i Azji w latach 30-tych ubiegłego stulecia. Przewodnikiem był znakomity znawca tej tematyki, badacz historii szanghajskich Żydów,

dziennikarz izraelski mieszkający tu od lat …Dvir……………. Ukoronowaniem tej wizyty było zwiedzanie szalenie ciekawie urządzonego małego muzeum historii szanghajskich żydów, w nieczynnej już dziś synagodze. Ale elementy judaistyczne nie ograniczały się tylko do piątków. Bardzo często FRIDA, w autokarze inicjowała wspólnie śpiewy w jidysz i po hebrajsku. Skorzystaliśmy też z talentu i dorobku muzycznego mego przyjaciela MICHAŁA z NY,

który niedawno wydał płytę z dawnymi pieśniami żydowskimi. Pod odtwarzaną te płytę, nasza kompanija dała zespołowe wokalne popisy/Frida obiecała zorganizować Michałowi w przyszłości koncert w Sztokholmie, a mnie możliwość prezentacji moich filmów dokumentalnych o tematyce żydowskiej/. To był jedyny moment, kiedy nasz złotousty pilot Goran niczego nie mógł przetłumaczyć, bo nie rozumiał tekstów piosenek. Również piosenkami żegnaliśmy się w ostatnią noc w hotelu w Szanghaju, ale jak się okazuje, większość członków tej eskapady szykuje się na kolejną przygotowywaną przez Fridę – do BIRMY. Nie zdążyłem tylko zapytać, czy też śladami ŻYDÓW.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com











