Archive | November 2017

BDS Activists Took Over American Studies Association

Report: BDS Activists Secretly ‘Took Over’ American Studies Association Before It Endorsed Israel Boycott

Shiri Moshe


Supporters of the boycott, divestment and sanctions campaign. Photo: Alex Chis.

Anti-Israel activists implemented a “covert campaign” to gain leadership positions at the American Studies Association (ASA), which they subsequently manipulated into endorsing an academic boycott of Israel, a Jewish human rights group said on Thursday.

The Louis D. Brandeis Center for Human Rights Under Law — which is representing four plaintiffs suing the ASA over its 2013 adoption of the boycott — revealed that newly-uncovered emails showed how activists with the US Campaign for the Academic and Cultural Boycott of Israel (USACBI) “took over” and used the ASA to advance their political agenda.

A proposed second amended complaint filed by the plaintiffs — all current and former American Studies professors — named five of the 10 individual defendants as USACBI leaders: Sunaina Maira, Neferti Tadiar, J. Kehaulani Kauanui, Jasbir Puar, and Steven Salaita.

The defendants “misappropriated the American Studies Association’s funding, name, prestige, membership lists, and respected institutional voice” on behalf of USACBI, thereby subverting ASA’s “apolitical mission and scholarly purpose,” the plaintiffs said.

According to the complaint, the “defendants obtained control of the nominations process by which the American Studies Association chose its leaders,” then restricted nominations to individuals affiliated with USACBI and who would support the ASA’s proposed boycott of Israel.

“This constituted a violation of the American Studies Association bylaws, which require that nominations for the American Studies Association National Council and President reflect the diversity of the membership,” the plaintiffs argued.

The scheme was allegedly spearheaded by Puar, an assistant professor of women’s studies at Rutgers University who has come under fire for supporting terrorism against Israelis and repeating accusations that Israel harvests Palestinian organs.

Puar, also a USACBI leader, acted “to ensure that only signed supporters of USACBI were nominated for American Studies Association President” — a requirement she did not disclose to ASA members, according to the complaint.

In one alleged email exchange between nominees to the ASA’s National Council — who were debating whether to reveal their support for BDS in their nomination statement — USACBI leader Maira claimed, “I feel it might be more strategic not to present ourselves as a pro-boycott slate. We need to get on the Council and I think our larger goal is support for the resolution, not to test support at this early stage from ‘outside’ the NC.”

Another USACBI leader, David Lloyd, replied, “I would definitely suggest not specifying BDS, but emphasizing support for academic freedom, etc.”

Nikhil Singh, who was already a National Council member, cautioned against this approach.

“[W]e all know that ‘academic freedom’ is not good enough,” he wrote. “My real question: what do we hope to gain from election of pro-BDS members to the American Studies Association national council if we have not made any of the stakes of their election clear to the membership?”

“I think that not revealing something this important and intentional and then hoping later to use the American Studies Association national council as a vehicle to advance our cause will not work and may well backfire, because it will lack legitimacy,” Singh added.

Of the three nominees involved in the discussion, only one — Alex Lubin — mentioned support for “the academic and cultural boycott of Israel” in his statement.

“He lost the election” while the other two candidates won, demonstrating that “a nominee’s commitment to the boycott of Israel and its academic and cultural institutions” was a material fact to ASA members, the plaintiffs argued.

By the end of her three years on the Nominating Committee, Puar and two other USACBI endorsers “had turned the American Studies Association National Council from a body primarily comprised of American Studies professors and scholars, and otherwise diverse members … to one overwhelmingly comprised of individuals with a singular focus on adopting the USACBI Boycott,” the complaint continued.

Ultimately, seven of the twelve ASA members nominated for the 2013 National Council had also endorsed USACBI. This did not reflect the diversity of the ASA’s approximately 4,000 members at the time, which only contained some 800 USACBI endorsers, according to the plaintiffs. This was a breach of the ASA’s constitution, which mandates that nominees “shall be representative of the diversity of the association’s membership.”

The complaint included what it said were several other incriminating emails from the defendants, including one from Maira, who wrote, “Jasbir is nominating me and Alex Lubin for the Council and she suggests populating it with as many supporters as possible.”

In another email, Puar claimed, “I think we should prepare for the longer-term struggle by populating elected positions with as [many] supporters as possible.”

A third email, this time from Lubin, read, “In my conversations with Jasbir it’s clear that the intent of her nominations was to bring more people who do work in, and are politically committed to . . . the question of Palestine . . . we were nominated in order to build momentum for BDS even though the question of BDS in American Studies Association may or may not emerge while we’re on the council.”

The plaintiffs listed multiple other complaints against the defendants, including that they “refused to post or circulate letters and other information opposing the boycott” before the ASA vote.

The ASA’s 2013 vote to implement a boycott of Israeli universities and academic institutions marked its first-ever — and thus far only — boycott of a nation.

Several universities terminated their ASA membership over the vote, which was condemned by over 200 senior university administrators and multiple academic organizations, including the American Association of University Professors, American Association of Universities and American Council on Education.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Kanarek w kopalni

Kanarek w kopalni

Ludwik Lewin


We Francji lubi się cytować zdanie ojca wielkiego Emmanuela Levinasa, który powiedzieć miał, radząc synowi wyjazd z Litwy – „kraj, który staje się całkowicie rozdarty i podzielony po to by bronić honoru małego żydowskiego oficera, jest krajem, do którego trzeba wyjechać”. Rzadziej przypomina się tam, że to po procesie kapitana Dreyfusa, pewien wysłannik wiedeńskiej gazety, doszedł do wniosku, że jeśli nawet we Francji oskarża się Żyda o zbrodnie, których na pewno nie popełnił, to znaczy, że Żydzi muszą mieć własne państwo. Dziennikarz nazywał się Theodor Herzl.

Tragiczne wydarzenia ostatnich miesięcy i lat powodują wzmożenie debaty nad sytuacją Żydów we Francji, deklaracje patriotyzmu i oskarżenia władz, podczas gdy w Izraelu francuskojęzyczni politycy starają się przygotować do wielkiej aliji znad Sekwany.

Trzech Czarnych muzułmanów wdarło się wieczorem w początku września do domu żydowskiej rodziny w Livry-Gargan, pod Paryżem. „Jesteście Żydami, więc macie pieniądze – dawać! – krzyczeli bandyci, zanim pobili i związali parę staruszków Mireille i Rogera Pinto. Pod groźbą noży i śrubokrętów zabrali im gotówkę i karty kredytowe, a następnie przez wiele godzin przeszukiwali mieszkanie od piwnicy, poprzez łazienkę po strych, w nadziei na znalezienie cenności. Pani Pinto dopiero nad ranem doczołgała się jakoś do telefonu, by zadzwonić na policję, ale zanim funkcjonariusze weszli do domu, bandytom udało się uciec.

Przewodniczący CRIF (Rada reprezentatywna żydowskich instytucji Francji) Francis Kalifat potępił tę „dokonaną z premedytacją, napaść antysemicką”. „Ten oburzający czyn jest kolejnym dowodem – jeśli jeszcze trzeba dowodów – na to, że Żydzi we Francji są zagrożeni na ulicach, a od pewnego czasu, również w swoich domach, co jest jeszcze bardziej niepokojące”.

„Po przerażającym zamordowaniu Sary Halimi w jej mieszkaniu, ten nowy napad powinien nakłonić władze naszego kraju do wzmożonej czujności i przykładnego, odstraszającego karania sprawców” – dodał Francis Kalifat.

Sara Halimi, emerytowana kierowniczka żydowskiego żłobka, to najświeższa spośród śmiertelnych ofiar antysemityzmu we Francji. W kwietniu przez balkon wdarł się do jej paryskiego mieszkania sąsiad – muzułmanin z Czarnej Afryki – i krzycząc Allah akbar , torturował ją przez godzinę, po czym wyrzucił przez okno.

Policja wezwana po pierwszych krzykach ofiary, stała bezczynnie przed wejściem do kwaterunkowego budynku.

Po zatrzymaniu morderca został odesłany do szpitala psychiatrycznego, a pierwsze orzeczenie lekarskie mówiło o „ostrym ataku delirycznym”. Zbrodnia została praktycznie przemilczana przez media. Nie ulega wątpliwości, że dlatego, by w trwającej wtedy kampanii wyborczej na prezydenta, nie przysparzać głosów populistycznej przywódczyni skrajnie prawicowego, zdecydowanie antymuzułmańskiego, Frontu Narodowego.

Przemilczano „biały marsz”, w którym około trzech tysięcy osób, prawie wyłącznie Żydów, w hołdzie dla Sary Halimi, poszło pod jej dom. I mimo protestów instytucji i organizacji żydowskich, jak i prawników, niemal pół roku minęło zanim prokurator zdecydował się, by do oskarżenia dołączyć okoliczność obciążającą, jaką jest antysemicki motyw zbrodni.

Wśród poprzednich ofiar muzułmańskich, niekoniecznie islamistycznych antysemitów, najbardziej znany jest młodziutki Ilan Halimi, porwany, torturowany i zamordowany w roku 2006 przez gang afro-arabski, który jak rodzina z Livry Gargan, „musiał mieć pieniądze, bo był Żydem”.

Od 2012 r. dwanaścioro Żydów straciło życie w napadach antysemickich, których sprawcy działali w imię dżihadu. Wcześniej kilka zabójstw uznano za czyny chorych psychicznie lub znaleziono dla nich inne niż antysemityzm motywacje. Dodać do tego trzeba gwałty, rabunki i napady uliczne na Żydów w kipach, motywowane jakoby chęcią pomsty za „krwiopijstwo”, „śmierć palestyńskich dzieci w Gazie” i zawsze tym, że „Żydzi muszą mieć pieniądze”.

„Antysemityzm, który w nas dziś uderza nie ma nic wspólnego z historią Francji” – powiedział znany francuski filozof Alain Finkielkraut, syn Żydów z Polski i wielki francuski patriota.

„To nie są resztki francuskiego nacjonalizmu. To antysemityzm, który jest z siebie dumny i którego nie można zawstydzić, ponieważ mówi językiem «antyrasizmu»”.

„Mamy do czynienia z antysemityzmem antyrasistowskim, bo według tych ludzi Żydzi przeszli na drugą stronę barykady z powodu Izraela i okupacji Palestyny. Wszystko to przemyślane jest w terminach rasistowskich: Izrael jest państwem rasistowskim, więc przeciwstawianie się Izraelowi i tym wszystkim, którzy czują jakiś związek z tym krajem, to walka z rasistami” – mówił filozof w wywiadzie dla francuskojęzycznego programu izraelskiej telewizji I24.

Nosicielami tych poglądów są zarówno muzułmanie, wychowywani w pogardzie i nienawiści wobec Żydów, jak i francuska skrajna lewica, a wśród niej, najgłośniejsza obecnie partia opozycyjna w parlamencie francuskim, Francja Nieujarzmiona. Jej przywódca Jean-Luc Mélenchon oskarżył ówczesnego premiera, piętnującego manifestantów broniących współwyznawców z Gazy okrzykami „śmierć Żydom”, o „powiązania ze skrajną prawicą izraelską”.

Zauważa to Alain Finkielkraut, ale jak się wydaje, nie zauważa, że antysemityzm we Francji nie ogranicza się do tych dwóch środowisk. Według sondażu przeprowadzonego na zamówienie Fundacji Fondapol – think tanku, którego dyrektorem jest prawicowy politolog Dominique Reynié – jedna czwarta do jednej trzeciej badanych, a czasem nieco więcej, podziela uprzedzenia wobec Żydów, a wśród nich przekonanie, że rządzą gospodarką i finansami, mają za dużo wpływów w mediach i polityce. 35% badanych zgadza się ze stwierdzeniem, że „Żydzi we własnym interesie wykorzystują status ofiar nazistowskiego ludobójstwa w czasie II wojny światowej”.

Ankieta wskazuje, że tradycyjny antysemityzm skrajnej prawicy bynajmniej nie należy do przeszłości. Poza muzułmanami – którzy są dwa do trzech razy liczniejsi niż przeciętna Francuzów podzielających uprzedzenia antysemickie, to w partii Marine Le Pen i wśród jej elektoratu najwięcej jest opinii antysemickich. Wygląda na to, że Alain Finkielkraut bardziej na serio niż zwolennicy Frontu Narodowego, bierze odejście tego stronnictwa od antyżydowskich, negacjonistycznych korzeni tego stronnictwa.

To prawda, we Francji ginie obecnie najwięcej Żydów za to, że są Żydami. To prawda, tutejsze władze wykazują często wiele wyrozumienia dla islamistycznych „szejków” i imamów związanych z Bractwem Muzułmańskim. Oficjalne media francuskie zieją często nienawiścią do Izraela, a rząd na wszelkich forach międzynarodowych głosuje przeciw Państwu Żydowskiemu. To prawda, ale Francja poprzez obecność największej w Europie liczby Żydów i jednej z największych mniejszości muzułmańskich, jest miejscem, w którym ze zdwojoną ostrością ukazują się problemy Europy i świata.

Pamiętajmy o zajadłym antysemityzmie w Polsce bez Żydów. Nie zapominajmy o sukcesach Alternatywy dla Niemiec, która jest nie tylko antimigracyjna, ale z nostalgią sięga do czasów nazizmu i propaguje to, co nazywa się w polskich sądach, „kłamstwem oświęcimskim”.

Żydzi, tak jak często w dziejach, znów są tym kanarkiem, którego w klatce znoszą do szybu górnicy, gdyż jako pierwszy ginie od trujących gazów dając ludziom sygnał do ucieczki. Świat nie jest jednak kopalnią i nie ma windy, którą cywilizacja europejska wydobyć by się mogła z kryzysu, na który składa się koniec dominacji Zachodu, brak zaufania do demokracji i – pośród masowej imigracji – utrata poczucia tożsamości.

W tej sytuacji powraca się do odwiecznej recepty – bij Żyda! nie pamiętając, że nie uratowało to Rosji i nie myśląc, że nie może uratować Europy.


  • Pierwsza publikacja “Słowo Żydowskie“, listopad 2017
    Ludwik Lewin

Dziennikarz i poeta, od 1967 roku mieszka w Paryżu, wieloletni korespondent Polskiej Sekcji BBC.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Who Saved Israel in 1947?

Who Saved Israel in 1947?

MARTIN KRAMER


The usual answer is Truman—but it could just as easily be Stalin. In fact, thanks to Zionist diplomacy, it was both; and therein lies a lesson for the Jewish state today.

A truck with the faces of Soviet Communist leaders Lenin and Stalin at the labor day parade held in Tel Aviv on May 1, 1949. Pinn Hans/Israeli Government Press Office.

November 29 marks the 70th anniversary of UN General Assembly resolution 181, recommending the partition of Mandate Palestine into two separate Jewish and Arab states. On that day in 1947, millions of listeners sat glued to their radio sets to follow the voting. The outcome set off spontaneous celebrations among Zionists everywhere, for it constituted the first formal international endorsement of a Jewish state.

To celebrate the anniversary, Israel’s embassy to the United Nations is restoring the hall in Flushing Meadows, New York—today the main gallery of the Queens Museum, then the meeting place of the General Assembly—to its appearance in 1947. The announced plan is to reenact the vote, with the current ambassadors of member states that voted “yes” recasting their ballots.

The most conspicuous of the ballots cast will be that of the United States. Indeed, the vote and its sequel are set to be told as a largely American story. Israel’s UN ambassador, Danny Danon, has placed the celebration in this historical context:

From the moment President Truman became the first world leader to recognize the new Jewish state, Israel has had no better friend than the United States of America, and the U.S. has had no more steadfast ally than the state of Israel.

In keeping with this, the keynote speaker in New York will be U.S. Vice-President Mike Pence. Again and again, we are likely to hear how Harry Truman stood up to his State Department (and, perhaps less heroically, catered to Jewish voters) by saying “yes” in November 1947 and then by immediately recognizing Israel when David Ben-Gurion declared the state on May 14, 1948. And once again, we will be reminded of Eddie Jacobson, Truman’s Jewish business partner in a Kansas City haberdashery before the Depression, who famously traded on his old friendship to secure a critical meeting between Truman and the Zionist leader Chaim Weizmann in March 1948.

The rest of the story has been carefully burnished over the years, including by Truman himself. In 1953, when Jacobson introduced the former president to a Jewish audience as “the man who helped create the state of Israel,” Truman upped the ante by comparing himself with the ancient Persian ruler who restored the Jews to Jerusalem from Babylonian exile: “What do you mean ‘helped to create’? I am Cyrus.”

Historians, it is true, still debate Truman’s motives. But they also agree on one thing: Israel’s creation owed more to Truman than to any other world leader. “Without Truman,” write Allis and Ronald Radosh in their book on Truman and Israel, “the new state of Israel might not have survived its first difficult years, and succeeded thereafter.” Michael J. Cohen, in his earlier book on Truman and Israel, states that in 1947 and 1948, “Truman arguably played the decisive diplomatic role in the birth of the new state of Israel.” Michael Oren, in Power, Faith, and Fantasy, his bestseller on America in the Middle East, asserts that Truman’s comparison of himself with the Persian ruler Cyrus “was not entirely bluster.”

The problem here is simple: everything said about the contribution of Truman could be said about that of Joseph Stalin.

I. Stalin, a Founding Father of Israel?

In a 1998 essay marking Israel’s 50th anniversary, the historian Paul Johnson addressed a “paradoxical aspect of the Zionist miracle, which we certainly did not grasp at the time and which is insufficiently understood even now.” That paradox, wrote Johnson, is that “among the founding fathers of Israel was Joseph Stalin.” Twenty years later, even fewer people grasp it. The Soviet Union is long gone, remembered by Israel and its supporters as the patron of Nasser abroad, the jailer and tormentor of Jews at home, the purveyor of vicious anti-Semitism everywhere. Nor did any Soviet leader himself ever claim the mantle of Cyrus. To the contrary: from the 1950s onward, the Soviet Union did its utmost to erase the fact of Soviet support for the creation of Israel from official history and from Arab memory.

Meanwhile, both in the United States and in Israel, an equal and opposite process has erased from memory the inconstancy of American support for Israel’s creation.

Yes, the U.S. voted for partition in November 1947, but by the following March it had declared partition impossible to implement and proposed a “temporary” UN trusteeship in its stead. On the very eve of Britain’s official withdrawal from Israel the following May, America’s top diplomat was still warning Israel’s leaders against declaring independence.

It is a “paradoxical aspect of the Zionist miracle,” wrote the historian Paul Johnson, “that “among the founding fathers of Israel was Joseph Stalin.”

Yes again, Truman did immediately recognize Israel (de facto but not de jure). But he had already enforced an arms embargo on the Middle East, forcing Israel to scavenge for its survival.

By contrast, not only did the Soviet Union under Stalin vote for partition, and also recognize Israel—the first state to do so de jure, three days after independence—it had come out in favor of a Jewish state well before the United States. Moreover, it had held firm in that support both before and after the vote, and had indirectly assured that the newborn state would have the war materiel it desperately needed to defend itself. According to Abba Eban, Israel’s first UN ambassador, without the Soviet vote in favor of partition (together with the votes of four satellite nations), and without the arms provided by the Soviet bloc, “we couldn’t have made it, either diplomatically or militarily.”

Still, one might wonder: even if all this is true, is any contemporary purpose served by recounting it? That purpose certainly cannot be to “rehabilitate” Stalin’s Soviet Union. Although there is such a tendency in Russia today, few outside that country harbor any illusions about Stalin’s horrific legacy. Nor can the purpose be to belittle the significance of American support for Israel since 1967.

In what follows, my objective is otherwise: to show how, in the years just before, during, and after the establishment of the state of Israel, its leaders thought creatively about the postwar geopolitical order. Knowing that they had no steady friends, they presciently identified the Soviet Union as an emerging great power, and set about wooing Moscow. Soviet support then allowed them to parlay budding cold-war rivalries into even more American support. It was a masterstroke of Zionist diplomacy.

Stalin’s decision is still shrouded in mystery, and it is by no means certain that Zionist overtures played the decisive role in the Soviet Union’s surprising and highly consequential support for a Jewish state. But they might have done. Today, as Israel makes its way in a changing world, marked by the rise of new powers, there may be a lesson to be learned from this history.

It all began with a forgotten speech.

II. A Forgotten Speech That Shocked the World

read more: Who Saved Israel in 1947?


Martin Kramer teaches Middle Eastern history at Shalem College in Jerusalem and is the Koret visiting fellow at the Washington Institute for Near East Policy. His most recent book is The War on Error (2016).


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Torah Scrolls Stolen From Jaffa Synagogue Are Found in Hebron

Torah Scrolls Stolen From Jaffa Synagogue Are Found in Hebron and Returned After Cooperation Between Israeli, Palestinian Police

Barney Breen-Portnoy


The Torah scrolls that were stolen from a Jaffa synagogue on Thursday and returned on Sunday. Photo: Israel Police.

Five Torah scrolls that were stolen from a synagogue in central Israel this week and taken to the West Bank have been found and returned, following a cooperative effort of Israeli and Palestinian law-enforcement authorities.

The holy texts — taken from the Beit David synagogue in Jaffa early Thursday morning — were tracked down in Hebron and handed over to Israeli officials on Sunday “thanks to coordination between the Hebron District Coordination Liaison, Israel’s Police and the PA Police,” the Coordinator of Government Activities in the Territories Unit (COGAT) tweeted.

Earlier this week, five Torah scrolls were stolen from a synagogue in central  and taken to . Today, thanks to coordination between the Hebron District Coordination Liaison, Israel’s Police and the PA Police, the scrolls were returned

 

The Israel Police said the successful outcome was a result of its “positive relationship” with its Palestinian Authority counterpart force, which helps it deal with crimes carried out in Israel that originated in the West Bank, including cases of murder, drug offenses and property theft.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Jan Tomasz Gross: Czy Zagłada jest ich historią czy naszą?

Jan Tomasz Gross: Czy Zagłada jest ich historią czy naszą?

Jan Tomasz Gross


(plaidoyer w przedmiocie ustanowienia w Polsce „miejsca pamięci” poświęconego Zagładzie)

Kiedy mówimy o polskiej historii to można od biedy dopuścić – nie łamiąc konwencji poprawnego posługiwania się językiem – że bierzemy pod uwagę przede wszystkim (wyłącznie?) losy polskiej ludności. I w tym sensie polska historia byłaby po prostu opowieścią o Polakach. Ale już historii Polski w ten sposób opowiedzieć się nie da.

Polska historia jako opowieść wyłącznie o Polakach musiałaby być czasowo bardzo skrócona, bo sięgająca co najwyżej XIX wieku. Przypomnijmy sobie tytuł książki Eugena Webera, Peasants into Frenchmen, o przemianie świadomościowej chłopstwa we Francji, które dopiero w XIX wieku zfrancuziało. W Polsce nie było przecież inaczej. Zresztą polska historia jako historia wyłącznie Polaków byłaby nie tylko płytka, sięgająca w głąb najwyżej dwa stulecia, ale i społecznie ograniczona — bo z pewnością przecież nie obejmująca historii miast zamieszkałych w większości przez Niemców i Żydów.

Innymi słowy historia Polski jako ziemi, państwa, terytorium o określonych choć zmieniających się granicach, jest nie do pomyślenia jako opowieść obejmująca wyłącznie losy etnicznie polskiej ludności. Z jednym wyjątkiem: od 1945 roku historia Polski rzeczywiście jest niemal wyłącznie historią Polaków, co zawdzięczamy dwóm mężom stanu — Hitlerowi i Stalinowi. Dopóki Żydzi nie zostali wymordowani, Niemcy wypędzeni, zaś Ukraińcy, Białorusini i Litwini usunięci z obszaru Rzeczypospolitej za pomocą paktu Ribbentrop-Mołotow (którego ustalenia zostały następnie utrzymane w mocy na konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie) Polska była krajem wielokulturowym i multi-etnicznym. Można się co najwyżej zastanawiać nad ironią losu, który dla spełnienia endeckich marzeń o Polsce jako państwie wyłącznie Polaków posłużył się dwoma złoczyńcami, którzy usiłowali Polskę zniewolić, ale nie należy tej rzeczywistości wykreowanej przemocą państw ościennych ekstrapolować wstecz. „Polskość” – by posłużyć się bezdyskusyjnie polskim autorytetem w tej materii – „to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm” mówił Jan Paweł II, i dodawał: „ten ‘jagielloński’ wymiar polskości…, przestał być, niestety, w naszych czasach oczywistym”.

Szukając odpowiedzi na pytanie czy Zagłada jest „ich” historią czy „naszą”, przypomnijmy sobie, że Żydzi mieszkają na polskiej ziemi od prawie tysiąca lat i że przed wojną ludność żydowska stanowiła 1/3 miejskiej populacji Rzeczypospolitej. Wedle statystyk Joint’u w latach 30tych było w Polsce 1013 miejscowości zamieszkanych przez co najmniej 300 Żydów. Co najmniej, bo przecież w wielu miasteczkach Żydzi byli największą grupą ludności. Żadne z tego tysiąca polskich miast i miasteczek nie może opowiedzieć swojej własnej historii pomijając społeczny, gospodarczy, religijny, czy kulturalny wkład Żydów w życie lokalne. Odwieczna obecność Żydów w Polsce wkopana jest w ziemię budynkami synagog i łaźni rytualnych, kamieniami nagrobnymi cmentarzy, całymi fragmentami ważnych miast – jak krakowski Kazimierz, na przykład – i aby zamieszkiwać w odwiecznie czystej etnicznie polskości trzeba tę genealogię budynków wśród których żyjemy aktywnie wypierać ze świadomości. Polacy, którzy historii wielowiekowej żydowskiej obecności i współżycia z ludnością chrześcijańską nie znają, ipso facto nie znają własnej historii: w dosłownym, bardzo konkretnym i intymnym znaczeniu – nie znają historii swojego gniazda, jeśli tak można powiedzieć, tzn. dziejów miejscowości, z których pochodzą i w których się wychowali. Każde muzeum lokalne w Polsce, w którym niczego nie można się dowiedzieć o Żydach jest świadectwem wyalienowania jego twórców – i użytkowników – od własnej tożsamości. Zaiste poemat narodowy otwierający się słowami „Litwo, Ojczyzno moja” — dla Polaka tkwiącego umysłowo w endekoidalnej fantasmagorii i wychowanego w totalnej ignorancji „wielości i pluralizmu” właściwie każdej „małej Ojczyzny” na polskiej ziemi — musi brzmieć jak głos z księżyca.

I to jest zasadnicza przyczyna, dla której historia Żydów w Polsce – a więc i Zagłada Żydów – są niezbywalną częścią polskiej historii. Bo przecież nie ma sensownych kryteriów myślenia o sobie samych, wedle których los 3 milionów polskich obywateli, mieszkańców Polski zamordowanych na polskiej ziemi, mógłby nie być częścią polskiej historii.

Ale nie tylko kryteria dotyczące fizycznego, obiektywnego, stanu rzeczy o tym przesądzają. Sposób w jaki dokonano Zagłady Żydów i konsekwencje tej katastrofy demograficznej mają równie istotne znaczenie.

Zagłada Żydów była ciągiem zdarzeń rozłożonym w czasie na kilka lat, a więc utrwalonym w doświadczeniu zbiorowym. Uruchomiła mobilność społeczną rozlicznych warstw polskiego społeczeństwa i dotyczyła na wiele sposobów kondycji materialnej polskiej ludności. Równocześnie zaangażowała duchowość Polaków zmuszając miliony ludzi do podejmowania wyborów etycznych w obliczu okrutnych zbrodni. W ten sposób wymordowanie Żydów w Polsce miało też głębokie konsekwencje moralne, materialne i społeczne w życiu i doświadczeniu polskiej ludności chrześcijańskiej.

Historiografia Zagłady przez ostatnie 20 lat – a jeśliby sięgnąć do prac Roberta Paxtona i Michaela Marrusa o losach Żydów we Francji pod rządami Petaina to trzeba by tę wiedzę historyczną datować i 40 lat wstecz – odsłania rozmaite formy współuczestnictwa społeczeństw okupowanych krajów Europy w procesach wykluczenia, rabunku i w końcowym efekcie eksterminacji żydowskich współobywateli w czasie II Wojny Światowej. Polska, jak już dzisiaj wiadomo czytelnikom publikowanej na ten temat literatury naukowej, ma pod tym względem ponurą kartę. I nie jest to bynajmniej wiedza ezoteryczna, dostępna wyłącznie zawodowym historykom II Wojny Światowej. Przeciwnie, można ją łatwo zdobyć bez samodzielnego badania źródeł archiwalnych jak również bez znajomości języków obcych, w oparciu o piśmiennictwo, które ukazało się drukiem w języku polskim. Wszystko to razem wzięte oznacza, że doświadczenie Zagłady bezpośrednio dotyka olbrzymie rzesze ludności Polski – włączając urodzonych po wojnie, którzy zetknęli się z tym zjawiskiem na podstawie lektury — a nie tylko Żydów wymordowanych w czasie II Wojny Światowej.

Przyczyny tego stanu rzeczy są łatwe do wskazania. Polska była pierwszym krajem, który się znalazł pod okupacją hitlerowskich Niemiec, a zatem prześladowania Żydów realizowane i inspirowane przez okupanta trwały w Polsce najdłużej nie licząc samych Niemiec i zaanektowanej przez III Rzeszę w marcu 1938 roku, Austrii. Na terenie Polski zamieszkiwało znacznie więcej Żydów niż gdziekolwiek indziej w Europie, a więc i płaszczyzna styku i kontaktów między ludnością chrześcijańską i Żydami była w Polsce znacznie większa niż gdziekolwiek indziej. W odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej, w tym również i Niemiec, skąd Żydów wywożono aby ich uśmiercić, polscy Żydzi zostali podczas okupacji zamordowani na terenie Polski. I to nie tylko w obozach zagłady. Duża część ludności żydowskiej – milion, a może nawet półtora miliona osób – została zabita in situ, w miejscowościach i okolicach przez nią zamieszkiwanych, a więc na widoku i w bezpośredniej styczności z tubylczą ludnością chrześcijańską. Dodajmy do tych okoliczności, że przedwojenny polski antysemityzm — agresywnie propagowany przez endecję, kościół katolicki, Obóz Narodowo Radykalny i inne ugrupowania społeczno-polityczne, oraz tolerowany przez Sanację po śmierci Piłsudzkiego – uczynił polskie społeczeństwo bezbronnym wobec nazistowskiej polityki wymierzonej przeciwko Żydom podczas okupacji, co jednoznacznie zdiagnozował Jan Karski już na samym początku wojny, wiosną 1940 roku, w raporcie dla polskiego rządu na emigracji.

Raport Karskiego, sporządzony w czasie jego pierwszej podróży kurierskiej z okupowanej Polski do siedziby rządu Generała Sikorskiego rezydującego wówczas we Francji w miejscowości Angers, opisywał zachowanie “szerszych mas społeczeństwa polskiego” i ich stosunek do Żydów — “przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają [owe szersze masy polskiego społeczeństwa] w dużej mierze z uprawnień, jakie nowa sytuacja im daje, […] często nadużywają ich nawet”. Karski przestrzegał rząd generała Sikorskiego, że “zajęcie biernej postawy wobec obecnego stanu rzeczy grozi i demoralizacją społeczeństwa polskiego (przeważnie niższych jego warstw), i wszystkimi niebezpieczeństwami wynikającymi z tej – choćby częściowej, ale w wielu wypadkach szczerej zgodności [podkr. Karskiego]– znacznej części Polaków z zaborcą”.

Powtórzę co powiedziałem na temat raportu Karskiego podczas konferencji upamiętniającej stulecie jego urodzin: „Karski nie wiedział jak głęboko prawdziwa była jego intuicja, bo wyobraźnia człowieka wychowanego w Europie nie mogła objąć ‘wszystkich niebezpieczeństw […] wynikających ze szczerej zgodności znacznej części Polaków z zaborcą.’ Pisał przecież na samym początku wojny, kiedy jeszcze stosunkowo niewiele się wydarzyło. Ale był człowiekiem ogromnie wrażliwym i wyczuł, że tłum obśmiewający Żyda postawionego na beczce (że przywołam wspomnienie Marka Edelmana spisane przez Hannę Krall w wywiadzie Zdążyć przed Panem Bogiem) to krok w otchłań demoralizacji, która, między innymi, zaowocuje bon-motem powtarzanym wzdłuż, wszerz i wzwyż polskiego społeczeństwa, że ‘trzeba będzie Hitlerowi po wojnie wystawić pomnik za to, że Polskę uwolnił od Żydów’.

Antysemityzm wśród Polaków był glebą, na której wyrosły w czasie wojny zachowania stojące w całkowitej sprzeczności z wyobrażeniem etosu narodowego podług zasady ‘za naszą wolność i waszą’. Brak litości i współczucia dla prześladowanych Żydów, masowe uczestnictwo w prowadzonej przez Niemców grabieży żydowskiego majątku i wreszcie współudział w tropieniu i mordowaniu Żydów próbujących ratować życie ukrywając się po tzw. aryjskiej stronie — wymieniam zjawiska, które napotykamy wszędzie gdzie przed wojną mieszkali Żydzi a więc rozprzestrzenione po całym kraju” – przeorywują biografie milionów ludzi w Polsce podczas okupacji.

Pamiętajmy także, że nienawiść rasowa, dyskryminacja całych kategorii ludzi, antysemityzm, to nigdy nie jest — ani wyłącznie ani nawet przede wszystkim — jakichś „ich” problem. To jest zawsze problem tych, którzy działają powodowani uprzedzeniami. „Nie zamierzam być rzecznikiem głupiego sentymentalizmu, który wszystkie rasy otoczyłby niezróżnicowanym uczuciem miłości,” pisał Albert Camus tuż po wojnie. „Ludzie różnią się między sobą. Świetnie wiem, że głębokie różnice tradycji dzielą mnie od Afrykańczyków czy Muzułmanów. Ale wiem również co mam z nimi wspólnego. I to jest coś tkwiące w każdym człowieku czym nie mogę pogardzać bez poniżania samego siebie”. I to jest dodatkowy splot przyczyn, dla których Zagłada jest naszą historią.

W dodatku – cóż to jest za historia! Nigdy przedtem ani nigdy potem mieszkańcom tej ziemi — w wąskim, intymnym znaczeniu słowa „ziemia”, jakie ewokuje powiedzenie: „na polskiej ziemi” — nic podobnego się nie wydarzyło. Mam na myśli zarówno obywateli Polski, którzy zostali zamordowani jak i tych, którzy z rozpaczą w sercach byli świadkami zbrodni oraz tych, którzy na wiele różnych sposobów wynieśli korzyści materialne z tej katastrofy, aprobowali uniformizację narodowościową jaką ze sobą przyniosła, lub bezpośrednio uczestniczyli w mordowaniu żydowskich współobywateli.

Zagłada jest doświadczeniem, które bezpośrednio dotknęło w Polsce „szerokie masy”, tzn. wiele milionów ludzi. I eksternalizacja Zagłady — tzn. nie przyjmowanie do wiadomości, że wymordowanie 3 milionów polskich Żydów jest istotną częścią polskiej historii – to drastyczny przykład mauvaise foi, fałszywej świadomości, w skali zbiorowej. A tymczasem społeczeństwo — podobnie jak jednostka, która ma tylko swoją własną biografię indywidualną i musi nauczyć się z nią żyć (albo popada w obłęd, albo przynajmniej w alkoholizm) — ma tylko swoją własną historię i nie może jej zastąpić żadną inną. Oczywiście można i należy się spierać o znaczenie i wymowę zdarzeń, ale nie można negować faktów bez popadania w fantasmagorie.

Eksternalizacja Zagłady to utrwalona do dziś „biała plama” polskiej historii, których to plam — częściowo też dotyczących okresu II Wojny Światowej — było więcej, pilnie strzeżonych przez pół wieku rządów partii komunistycznej. Fałszywa świadomość polskiego społeczeństwa na temat wymordowania Żydów podczas okupacji ma, oczywiście, bardziej skomplikowane źródła niż cenzura i propaganda komunistyczna, ale i one w tej materii odegrały rolę – wystarczy przypomnieć, że przez cały okres PRL-u w Muzeum Oświęcimskim nie można było znaleźć słowa Żyd.

Wielu ludzi w Polsce pracuje nad historią Zagłady i powstały, jak wspominałem, doskonałe opracowania na ten temat, a także dzieła artystów inspirowanych katastrofą. Ale to ogromne w swoim zasięgu i głębi egzystencjalnej przeżycie zbiorowe (dla 3 milionów ludzi oznaczające po prostu fizyczną śmierć) wymaga upamiętnienia. W tym celu wydaje mi się konieczne wybudowanie w Polsce muzeum – albo lepiej „miejsca pamięci” — Zagłady.

Możnaby odpowiedzieć na tę sugestię, że Zagłada jest już w Polsce upamiętniona bo istnieją, na przykład, Muzeum Oświęcimskie, Muzeum na Majdanku, pomniki w Treblince, w Bełżcu, czy nawet w Jedwabnem — nota bene ciekawe i znaczące są perypetie tych obiektów, data ich powstania, zmieniająca się treść ekspozycji, itd.. Ale te lieux de memoire odnoszą się przede wszystkim do konkretnych miejsc i wydarzeń. Brakuje instytucji opowiadającej i pomagającej zrozumieć Zagładę jako centralne wydarzenie historii Polski XX wieku. Również galeria poświęcona Zagładzie w Muzeum Polin tej roli nie spełnia. Podczas dyskusji na konferencji Polish-Jewish Studies na uniwersytecie Princeton w kwietniu 2015 roku, na pytanie — jak usytuowana jest Zagłada w koncepcji wystawy muzeum Polin? — dyrektor muzeum, profesor Dariusz Stola, odpowiedział bez mrugnięcia okiem: „między 1939 a 1945 rokiem”. Ale czy rzeczywiście Zagłada to po prostu 5 lat w historii czegokolwiek – Żydów, Polski, czy, dajmy na to, cywilizacji zachodniej?

Nie mam gotowej formuły muzeum Zagłady na podorędziu, ale pragnę zaproponować kilka prostych zasad, które konstrukcja takiego „miejsca pamięci” w Polsce powinna, moim zdaniem, uwzględniać.

Muzeum Zagłady proponowałbym wybudować w Lublinie, po prostu dlatego, że właśnie tam Niemcy umieścili sztab Akcji Reinhard, której celem było wymordowanie wszystkich Żydów w Generalnej Guberni. Zapleczem Muzeum byłyby też wtedy dobrze zachowane pozostałości obozu koncentracyjnego na Majdanku, ale wyobrażam sobie Muzeum jako zupełnie oddzielną instytucję.

Upatruję dwa podstawowe zadania Muzeum. Po pierwsze powinno gromadzić możliwie kompletną dokumentację dotyczącą Zagłady polskich Żydów i ta encyklopedyczna i skomputeryzowana wiedza powinna być tak uporządkowana aby zwiedzający mogli bez trudu znaleźć odpowiedź na każde rzeczowe pytanie dotyczące Zagłady. Współczesny stan informatyki, wydaje mi się, na to już pozwala. Drugim zasadniczym celem Muzeum powinno być klarowne pokazanie na czym polegało podstawowe doświadczenie polskich Żydów (a więc i ipso facto centralne doświadczenie Polaków nieżydowskiego pochodzenia) podczas zaplanowanej przez niemieckich okupantów akcji wyniszczenia, grabieży i wymordowania polskiego żydostwa.

Zagłada nie da się opowiedzieć w całej złożoności przez żadne muzeum. Ale ogólna wiedza o tym co się wówczas wydarzyło jest dostępna od bardzo dawna dzięki świadectwom wielu tysięcy Żydów, którzy przeżyli wojnę. Można więc wskazać konkretny aspekt Zagłady, który z punktu widzenia polskich dziejów ma dominującą moc, ciągle powraca w ludzkiej świadomości i z pewnością będzie wymagał refleksji kolejnych pokoleń Polaków, i o nim powinno na wystawie stałej opowiadać Muzeum. Mam na myśli porzucenie, opuszczenie, wystawionych na bezprzykładne okrucieństwo nazistowskiej polityki eksterminacyjnej żydowskich współobywateli przez ich chrześcijańskie otoczenie.

Dla Żydów, od kiedy zrozumieli, że Niemcy chcą ich wymordować, dopiero poczucie i doświadczenie odepchnięcia przez otoczenie (przez polskie, ukraińskie, litewskie czy białoruskie otoczenie, w zależności który fragment wielonarodowościowych ziem Rzeczypospolitej weźmiemy pod uwagę) – mieszanina chciwości z jaką sąsiedzi grabili („przejmowali”) mienie żydowskie, satysfakcji okazywanej na widok nieszczęścia żydowskiej ludności, i wreszcie uczestnictwa w wyłapywaniu i mordowaniu Żydów {„Wielu ludzi brało czynny udział w tropieniu i wynajdywaniu Żydów. Wskazywali, gdzie są ukryci Żydzi, chłopcy uganiali się nawet za małymi dziećmi żydowskimi, które policjanci zabijali na oczach wszystkich”} – odbierało wiarę w człowieczeństwo i nadzieję przeżycia. Stąd często spotykane wśród ocalałych Żydów przeświadczenie, że Polacy [albo Ukraińcy, albo Białorusini, albo Litwini] byli „gorsi od Niemców”. Bowiem czym innym jest prześladowanie przez umundurowanych złoczyńców działających na rozkaz, a czym innym drwina, oportunistyczne wykorzystanie okazji żeby się wzbogacić i wydawanie na śmierć oprawcom przez współmieszkańców, zwykłych ludzi, znajomych niczym do zbrodni nie przymuszanych oprócz złego przykładu, własnych uprzedzeń, chciwości i nadarzającej się okazji. Dopiero wrogość otoczenia, brak odruchu solidarności w sytuacji ostatecznego zagrożenia ze strony ludzi, z którymi ma się od dawna związki i kontakty {„Puść mnie, Olek, przecież ja karmiłem twoich dzieci, wiele ja tobie dałem bez pieniędzy cukierem…, Franek gdzie ty mnie prowadzisz”} odbiera prześladowanym wiarę w człowieczeństwo.

Dla polskiej społeczności stawka Zagłady jest niemal równie wysoka bowiem każdy epizod, w którym polski obywatel podniósł rękę podczas okupacji na prześladowanego przez niemieckich zbrodniarzy Żyda jest toksyną w zbiorowym ciele polskiej tożsamości. I można się tej trucizny pozbyć – można zacząć się jej pozbywać! – dopiero wtedy kiedy się ją nazwie i zgodnie z prawdą historyczną opowie. Dla katolików powinno być intuicyjnie zrozumiałe, że nie ma innej drogi — bo bez wyznania grzechu nie można ani odzyskać spokoju sumienia, ani otrzymać rozgrzeszenia.

Bez rozpowszechnienia wiedzy na temat okoliczności największej zbrodni jaka kiedykolwiek dotknęła polskie społeczeństwo przyszłe pokolenia Polaków nie pozbędą się traumy pokolenia naszych rodziców i dziadków, którą – bo inaczej przecież być nie mogło, jako że w życiu zbiorowym poczucie tożsamości osadzone jest w skumulowanym doświadczeniu następujących po sobie pokoleń — przekazano nam w spadku.

Zjawisko odepchnięcia Żydów przez polską społeczność łatwo unaocznić dzisiejszej publiczności opowiadając prawdziwą historię Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata – o tym, jak byli odtrąconymi i prześladowanymi przez swoje otoczenie pariasami w polskim społeczeństwie.

W posłowiu do Upiornej Dekady napisałem uwagi, które pragnę zacytować po dwudziestu latach: „Dla świata – a już na pewno dla cywilizacji świata zachodniego – Holokaust to jedno z paru wydarzeń definiujących los współczesnego człowieka. Czy wiele jest jeszcze innych polskich doświadczeń o równie uniwersalnym znaczeniu? Powinniśmy sobie uświadomić, że jakkolwiek byśmy się od tej sprawy nie odwracali, to i tak obraz Polski w oczach reszty świata – a więc i w świadomości Jej własnych obywateli, którzy przecież żyją w świecie – utrwalony będzie w perspektywie wyznaczonej także przez katastrofalne wojenne losy polskich Żydów. Wynika z tego zadanie dla polskiej inteligencji by traktowała ten temat nie ‘w obronie dobrego imienia’ i ‘ku pokrzepieniu serc’ tylko w imię rzetelności historycznej i głębokiej refleksji nad etyką życia zbiorowego. A jakie będzie ją obowiązywało kryterium prawdy wiemy bardzo dobrze z historii Polski: takie mianowicie, aby w sporządzonej narracji ofiara mogła rozpoznać obraz własnego losu. Polacy – ze względu na Holokaust – muszą sobie opowiedzieć historię prześladowania Żydów w Polsce. Inaczej nigdy nie będą żyć w zgodzie z własną tożsamością”.

A tymczasem znaleźliśmy się obecnie w sytuacji, w której reżym pisowski lansuje „kłamstwo jedwabieńskie”. Zapytany przed komisją sejmową w lipcu 2016 roku kto zamordował Żydów w Jedwabnem, kandydat na stanowisko Prezesa IPN, Jarosław Szarek, odpowiedział, że „wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy” – po czym zmajoryzowany przez PiS Sejm RP mianował go Prezesem IPN-u. Również w lipcu 2016 roku, Minister Edukacji Narodowej, Anna Zalewska, w programie telewizyjnym „Kropka nad i” nie umiała odpowiedzieć klarownie na pytanie kto zabił Żydów w Jedwabnym. Równocześnie nowelizacja ustawy o IPN, przyjęta przez rząd jak zapewniał minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, która ma być głosowana w Sejmie zawiera m.in., takie sformułowanie: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie…., podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Oczywiście żadne paragrafy kodeksu karnego — penalizujące wiedzę o tym, że społeczeństwo, z którego wyrwano w Polsce Żydów na śmierć odwróciło się od nich — nie zmienią faktycznego stanu rzeczy. Prawdy o Zagładzie nie uda się zakłamać nacjonalistycznemu reżymowi, również dlatego, że wiedza na Jej temat jest osadzona w studiach historycznych i pamięci ludzkiej na całym świecie. Tym skrupulatniej należy zadbać aby ta wiedza była i w Polsce ugruntowana — z czystej przyzwoitości, bo przecież połową wszystkich ofiar Zagłady byli polscy obywatele.

Przechodząc do konkretów, wyobrażałbym sobie muzeum w jego encyklopedycznym wymiarze jak wielki plaster miodu – wspólną przestrzeń a w niej setkę, albo setki, niewielkich pomieszczeń zaopatrzonych w nowoczesne terminale komputerowe gdzie indywidualnie każdy z odwiedzających będzie mógł głód wiedzy o Zagładzie zaspokoić. W roli przewodników liczny zespół informatyków do dyspozycji odwiedzających (kto kiedykolwiek był w dużym sklepie Apple’a może to sobie łatwo wyobrazić) gotowych pomóc w bardziej skomplikowanych poszukiwaniach.

Najprostsze algorytmy do przeszukiwania bazy danych powinny być z góry zaprogramowane tak aby każdy bez fachowej pomocy mógł z zasobów muzeum korzystać i znaleźć odpowiedzi na najważniejsze dla siebie pytania. A więc, na przykład: jak funkcjonował obóz Zagłady X? Jak przebiegała wywózka Żydów z miasteczka Y? Co wiadomo na temat getta w Z? Jaki był los dzieci żydowskich w W? Kiedy zginęła rodzina P z miasta R? Jaką rolę odegrała policja granatowa podczas wywózki Żydów z K? Co wiadomo na temat postawy kleru katolickiego w U, kiedy z miasta i okolic wywożono Żydów? Biografie członków Judenratów i policjantów żydowskich oraz informacje o odznaczonych medalem Sprawiedliwych przez Yad Vashem powinny być łatwo dostępne, tak samo jak odpowiedzi na kilka tuzinów pytań, które sobie łatwo wyobrazić i które będzie można uzupełniać w miarę ujawniania zainteresowań odwiedzających.

Poza umożliwieniem indywidualnym osobom zdobycia wiedzy o Zagładzie zgodnie z własnymi zainteresowaniami encyklopedyczny charakter muzeum pozwalałby na spełnienie jeszcze jednej, tym razem już ogólnospołecznej i ogromnie ważnej funkcji. Do misji muzeum zaliczyłbym także gotowość udostępniania swoich zasobów obywatelom, którzy uznaliby za potrzebne publiczne upamiętnienie Zagłady ludności żydowskiej we własnej miejscowości. Wystarczyłoby aby zainteresowani stworzeniem takiego punktu pamięci o Zagładzie u siebie w miasteczku niegdyś zamieszkałym przez Żydów znaleźli jakieś pomieszczenie – pokój w bibliotece publicznej, albo w szkole czy na plebanii, albo w lokalnym muzeum poświęconym historii miasta czy regionu – a Muzeum Zagłady dostarczyłoby kilka terminali komputerowych i dostęp do własnej bazy danych wraz z oprogramowaniem dostosowanym do lokalnych potrzeb. W ten sposób, w miarę upływu czasu i rosnącego zainteresowania, Muzeum Zagłady mogłoby sponsorować filie lokalne w setkach miejscowości.

Zaś co do wystawy stałej, to jej mottem mogłaby być, na przykład, uwaga członkini Żegoty, Marii Hochberg-Mariańskiej, która po wojnie zajmowała się wynajdywaniem żydowskich dzieci, przeważnie osieroconych, uratowanych przez katolickie rodziny. Większość tych dzielnych ludzi odmówiła zgody na ujawnienie nazwisk w dokumentacji opisującej losy uratowanych przez nich dzieci żydowskich. Hochberg-Mariańska skwitowała ten fakt następującym komentarzem we wstępie do książki Dzieci oskarżają: „ Nie wiem czy jakiś człowiek poza granicami Polski pojmie i zrozumie fakt, że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza bezbronnemu dziecku może okryć kogoś wstydem i hańbą lub narazić na przykrości.” (Żeby było jasne: w przekonaniu tych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata in spe, o których pisze Mariańska — Yad Vashem w 1947 roku kiedy Mariańska wydawała swoją książkę jeszcze nie istniało — uratowanie żydowskiego dziecka w Polsce podczas okupacji wystawiało Polaka-katolika na „wstyd”, „hańbę” i „przykrości” ze strony własnych sąsiadów jeszcze i po wojnie!). Dla większości mieszkających dzisiaj w Polsce – którzy wedle słów Mariańskiej powinni ten fakt „pojąć i zrozumieć” — konstatacja działaczki anty-nazistowskiego podziemia będzie, jak przypuszczam, zdumiewająca. I zadanie wystawy głównej mogłoby polegać na tym aby wizyta w muzeum pozwoliła tę przerażającą prawdę o Zagładzie zawartą w komentarzu Hochberg-Mariańskiej zrozumieć.

Sprawiedliwi wśród Narodów Świata i ich rodziny jeszcze dziesiątki lat po wojnie bali się ujawnienia swoich bohaterskich czynów z powodu drwin, ostracyzmu i agresji spodziewanych ze strony otoczenia. Także powojenne władze państwowe w Polsce całkowicie Sprawiedliwych ignorowały — w odróżnieniu od Izraelczyków, którzy począwszy od 1953 roku, kiedy utworzyli w Jerozolimie państwową instytucję pamięci o Zagładzie, Yad Vashem, oddają honor Polakom, którzy ratowali Żydów w czasie okupacj sadzając drzewka dedykowane Sprawiedliwym na zboczach Góry Pamięci, Har Hazikaron, niedaleko grobowca Herzla, a więc w bardzo ważnym lieu do memoire żydowskiego państwa. Dopiero od kilku lat, fałszując historię okresu okupacji, polskie władze przywołują pamięć Sprawiedliwych sugerując, że uosabiają typowe zachowania Polaków w obliczu Zagłady.

Sugerowałbym aby u wejścia do Muzeum Zagłady postawić pomnik wdzięczności Sprawiedliwym opatrzony napisem objaśniającym intencje donatora takimi mniej więcej słowami: “Polakom, którzy narażając na śmierć z rąk niemieckiego okupanta siebie i najbliższą rodzinę nieśli bezinteresowną pomoc bliźniemu, Żydowi, działając w osamotnieniu, wbrew wrogości polskiego otoczenia, ratując w ten sposób również i honor Narodu Polskiego — wdzięczni Rodacy.” I pasowałoby żeby na cokole tego pomnika znalazł się jeszcze podpis: “Prezydent, Sejm i Senat Rzeczypospolitej”.

Bo skoro tożsamość zbiorowa Polaków jest oparta na znajomości własnej historii – z czym chyba nikt się nie będzie spierał – to kluczowe miejsce w tej wiedzy o sobie samych musi zajmować największa tragedia zbiorowa jakiej kiedykolwiek doświadczyli ludzie na polskiej ziemi. Po prostu dlatego, że dla każdego pokolenia Polaków, którzy przyszli i przyjdą na świat po tej wojnie, jest i będzie ogromnie ważne aby spróbować odpowiedzieć na pytanie – w oparciu o fakty — jak to się stało, że “ludzie ludziom zgotowali ten los.” Zresztą nie tylko Polacy, ale wszyscy utożsamiający się z wartościami zachodniej cywilizacji, będą musieli zawsze zadawać sobie takie pytanie.

Pełen wymiar polskiego dramatu czasu wojny – Polska złapana w kleszcze rosyjskiego i niemieckiego imperializmu i opuszczona przez zachodnich sojuszników – to coś więcej niż niezawiniona i heroiczna śmierć ojców i synów mnóstwa polskich rodzin. Choć już i ten tragiczny plon sam przez się wywołał traumę, z którą Polacy zmagają się przez dziesięciolecia. Celnie o tym mówił ksiądz Andrzej Luter w kazaniu wygłoszonym nad trumną Andrzeja Wajdy: „Andrzej Wajda tak wspominał przyjaciela z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie: ‘Przecież cała siła i dramat Andrzeja Wróblewskiego polegały na tym, że on malował ręką zmarłych i może dlatego tak bardzo był nierozumiany. Nie inaczej było z naszymi filmami. My przeżyliśmy, i chcieliśmy, i staliśmy się głosem tych zmarłych’. I Andrzej Wajda był głosem najsilniejszym; zaraz po wojnie był głosem zmarłych”.

Musimy wszelako doprecyzować, że „nasi umarli” to nie tylko „kamienie rzucone na szaniec”, czyli mężczyźni wypełniający obowiązek obrony tzw. imponderabiliów, których nie dawało się wówczas obronić w kontekście pragmatyki geopolitycznych układów. Pełen wymiar wojennego dramatu dziejów Polski to śmierć wielkiej połaci polskiego społeczeństwa: całych rodzin, nie tylko ojców i synów ale także dzieci, kobiet i staruszków i nie na żadnych szańcach tylko byle gdzie i opuszczonych nie przez żadnych sojuszników tylko przez współobywateli — przez sąsiadów. No i ten dodatkowy ciężar, który musimy teraz dźwignąć wynikający z faktu, że zbrodnia nazistowskich okupantów dokonana została na polskich Żydach przy współudziale części (być może nawet, jak pisał Karski „znacznej części”?) polskiego społeczeństwa.

Unieść ten ciężar to znaczy przede wszystkim zapoznać się z tym co się wówczas wydarzyło. Proponowane muzeum/miejsce pamięci ma nam to właśnie umożliwić. A co z tą wiedzą zrobimy kiedy ją posiądziemy to już jest sprawa współczesnego pokolenia Polaków. Wierzę, że znajdziemy godny sposób okazania żałoby po okrutnie zamordowanych 3 milionach współobywateli. Bo ostatecznie czego innego należałoby się spodziewać od społeczeństwa, które już od wielu lat co miesiąc popada w polityczne konwulsje na kanwie katastrofy samolotowej, w której zginęło 96 osób?

Poniżej zapis dźwiękowy rozmowy i dyskusji po wykładzie.
Z Janem Tomaszem Grossem rozmawia Urszula Ptak.

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com