Archive | 2017/11/27

Francuski intelektualista o polsko-żydowskich fascynacjach

Francuski intelektualista o polsko-żydowskich fascynacjach

Michał Sobelman


Michał Sobelman
Autor: Ambasada Izraela Źródło: Materiał Własny

W czerwcu 1995 roku miałem okazję uczestniczyć w dwudniowym kolokwium na temat relacji polsko-żydowskich. Konferencja zatytułowana „Pamięć polska – pamięć żydowska” odbyła się w niedawno otwartym Centrum Kultury Żydowskiej na krakowskim Kazimierzu i niewątpliwie należała do najciekawszych spotkań tego rodzaju. Nie byłoby w tym zresztą nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że sympozjum to zostało zorganizowane przez Instytut Francuski w Krakowie. Kilka miesięcy wcześniej, bezpośrednio po uroczystościach z okazji 50. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, to właśnie francuskie media oskarżały Polskę o antysemityzm.

Pomyślałem wtedy: cóż mogą wiedzieć Francuzi na temat stosunków polsko-żydowskich? Dlaczego zajmują się polskim antysemityzmem zamiast szukać winy u siebie? Może pragną odwrócić uwagę opinii publicznej od własnego zachowania w czasie II wojny światowej, a także od tego, że antysemickie ekscesy we współczesnej Francji są częstsze, brutalniejsze i bardziej przerażające niż gdziekolwiek indziej w Europie? Takie pytania zadawałem sobie przed piętnastu laty.

Krakowska konferencja okazała się jednak fascynującym przeżyciem, a francuscy intelektualiści, tacy jak Simone Veil, Élisabeth de Fontenay, Dina Pinto, Bernard Lecomte czy wreszcie Alain Finkielkraut walnie przyczynili się do rozpoczęcia polsko-żydowskiej debaty, która swe apogeum osiągnęła po uroczystościach w Jedwabnem, latem 2001 roku.

Dziś, kiedy czytam polski przekład książki Jean-Yves Potela pt. Koniec niewinności, doświadczam czegoś w rodzaju déjà vu. Książka Potela jest bowiem w pewnym sensie podsumowaniem tej toczącej się od wielu lat dyskusji. Jej tytuł nawiązuje do sformułowanej przez profesor Joannę Tokarską-Bakir krytyki polskiej „obsesji niewinności”. Chodzi tu, rzecz jasna, o pewne opinie wygłaszane w głośnej debacie jedwabieńskiej, a także o kwestię uznania, że „Polacy nie są wyłącznie ofiarami drugiej wojny światowej i że niektórzy z nich – choć niewątpliwie mniejszość – przyczynili się do zbrodni, a wielu zgrzeszyło obojętnością na los Żydów” (s. 324). Lekarstwem na tę bolesną ranę polsko-żydowskich stosunków zdaje się być – zaskakująco – książka Francuza. „Nie będąc ani Żydem, ani Polakiem – wyznaje Jean-Yves Potel – nie mam osobistego stosunku do toczących się tutaj sporów”. I rzeczywiście, jego praca nie opisuje sporów i kontrowersji dotyczących spraw żydowskich w Polsce. Nie traktuje również o dziejach polskiego antysemityzmu lub jego przyczyn. Zagłada polskich Żydów oraz miejscowa trauma i milczenie związane z zachowaniem się Polaków wobec ich żydowskich sąsiadów w czasie wojny i później, jest w oczach autora sprawą o wiele ważniejszą. Wreszcie zagadnienie bodaj najbardziej go frapujące to próba zrozumienia polskiej fascynacji kulturą żydowską, a może nawet i obsesji. „W czasie, w którym pamięć często bywa nadużywana, wydał mi się istotny powrót do sytuacji podstawowych, zrozumienie, jak konkretne kobiety i konkretni mężczyźni, w różnym wieku i o najróżniejszych przekonaniach, podejmują próbę upamiętniania. Jaka jest ich motywacja i w jaki sposób swe zadania realizują” (s. 12).

Francuski intelektualista łączy to zainteresowanie i otwartość z przemianami politycznymi w Polsce i wolnością słowa. Opinia ta, zresztą dość powszechna, nie zawsze wydaje mi się słuszna. Dziś chyba już tylko pięćdziesięciolatkowie i starsi pamiętają szarość i beznadzieję okresu tzw. „małej stabilizacji”, kiedy wciąż, częściowo w ukryciu, istniała nieliczna mniejszość żydowska. Okrutna dekonspiracja nastąpiła w marcu 1968 roku i to wtedy właśnie, po oszalałej i urojonej walce z syjonizmem, niemal tysiącletnia historia polskich Żydów dobiegła końca. Żydzi zostali wygnani, znikli z krajobrazu, a Polska stała się krajem monotonnym, homogenicznym i monoetnicznym.

Pierwsze oznaki zmian pojawiły się jeszcze pod koniec stanu wojennego. W kwietniu 1983 roku na obchody 40. rocznicy powstania w warszawskim getcie do Polski przyjechały delegacje żydowskie z Europy Zachodniej, USA i Izraela. Dwa lata później telewizja publiczna pokazała wcale nienowy amerykański film „Skrzypek na dachu” z izraelskim aktorem Chaimem Topolem w roli Tewiego. Prosty musical o dość banalnej fabule spowodował wybuch nostalgii i tęsknoty za dawną, kolorową i niegdysiejszą Polską. W kraju zapanowała moda na żydostwo. Zagranicą zastanawiano się wtedy, kiedy to się skończy, fascynacja trwała jednak w najlepsze. Zaczęły ukazywać się artykuły, a potem książki o tematyce żydowskiej, organizowano konferencje naukowe, pokazywano i kręcono filmy. Dwóch młodych ludzi z Krakowa zorganizowało Festiwal Kultury Żydowskiej (w tym roku festiwal obchodził swoje dwudziestodwulecie). W ślad za Krakowem poszły inne miasta: Festiwal Singera w Warszawie, Festiwal Dialogu Czterech Kultur w Łodzi, festiwale w Lublinie, Białymstoku, Będzinie, nawet w niewielkich Rymanowie czy Chmielniku. Wydaję się, że dziś trudno znaleźć w Polsce miasta lub miasteczka, gdzie by nie organizowano żydowskiego festiwalu. Nawet Kościół katolicki od przeszło dwunastu lat raz do roku w styczniu obchodzi Dzień Judaizmu. Wszystko to zresztą można odnaleźć w książce Potela. Wiemy o tym, zdążyliśmy się już przyzwyczaić, a nawet zapomnieć, że kiedyś było inaczej. Książka francuskiego publicysty uświadamia nam, że żyjemy w kraju, w którym wprawdzie „nie ma już żydowskich miasteczek” i w którym według państwowego spisu ludności zamieszkuje jedynie nieco ponad tysiąc Żydów, a jednak w sposób paradoksalny i trochę obsesyjny, Żydzi są ciągle obecni w polskiej zbiorowej podświadomości, ich duch wciąż unosi się nad polskim miastami.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Wonder Woman can save the world but not even Gal Gadot can save ‘Justice League’

Wonder Woman can save the world but not even Gal Gadot can save ‘Justice League’

JORDAN HOFFMAN


Wonder Woman (Gal Gadot) in the trailer for ‘Justice League’ released on October 8, 2017. (Screen capture:YouTube)

Despite ample screen time and her abundant charisma, Gal Gadot, the most significant Israeli find since the Dead Sea Scrolls, is unable to rescue this meandering, dreary and pointless movie.

It isn’t just dull, it’s infuriating. The whole world loves these characters, and so much time, effort and money has been hurled at this property. But the story in “Justice League” is practically nonexistent — and, even more insulting, the big Hollywood special effects look like garbage

If this were a low-budget matinee B-picture, I’d let it slide. But this tentpole franchise picture, which opens November 16, cost more than the GDP of some small nations. What a mess.

Things kick off when Batman, aka Bruce Wayne (Ben Affleck), is fighting crime in Gotham (as he does) but starts noticing more and more fly-creatures. (Parademons, they are called, if you pay close attention.) As they implode they leave behind a mark: three squares. It’s something Batman remembers scribbled in Lex Luthor’s notebooks, so clearly they are evil.

He decides it’s time to call upon the other “metahumans” that were briefly glimpsed in “Batman V Superman: Dawn of Justice.”

First there’s Aquaman (Jason Momoa) who is entertaining, but isn’t given much to do but swim. There’s also Cyborg (Ray Fisher), a gloomy kid in a hoodie, who spends most of his time staring at his hands. There’s also Superman (Henry Cavil) but he’s dead for the first half (unlike the drama in this story, which is dead throughout). Then there’s Barry Allen, aka The Flash (Ezra Miller), but more on him later.

Wonder Woman (Gal Gadot) in the trailer for ‘Justice League’ released on October 8, 2017. (Screen capture:YouTube)
Despite ample screen time and her abundant charisma, Gal Gadot, the most significant Israeli find since the Dead Sea Scrolls, is unable to rescue this meandering, dreary and pointless movie.

It isn’t just dull, it’s infuriating. The whole world loves these characters, and so much time, effort and money has been hurled at this property. But the story in “Justice League” is practically nonexistent — and, even more insulting, the big Hollywood special effects look like garbage.

Get The Times of Israel’s Daily Edition by email and never miss our top stories FREE SIGN UP

If this were a low-budget matinee B-picture, I’d let it slide. But this tentpole franchise picture, which opens November 16, cost more than the GDP of some small nations. What a mess.

Things kick off when Batman, aka Bruce Wayne (Ben Affleck), is fighting crime in Gotham (as he does) but starts noticing more and more fly-creatures. (Parademons, they are called, if you pay close attention.) As they implode they leave behind a mark: three squares. It’s something Batman remembers scribbled in Lex Luthor’s notebooks, so clearly they are evil.

He decides it’s time to call upon the other “metahumans” that were briefly glimpsed in “Batman V Superman: Dawn of Justice.”

First there’s Aquaman (Jason Momoa) who is entertaining, but isn’t given much to do but swim. There’s also Cyborg (Ray Fisher), a gloomy kid in a hoodie, who spends most of his time staring at his hands. There’s also Superman (Henry Cavil) but he’s dead for the first half (unlike the drama in this story, which is dead throughout). Then there’s Barry Allen, aka The Flash (Ezra Miller), but more on him later.

Before collecting the team we cut to some Wonder Woman action, in which she foils a terrorist attack at the British Museum. It’s not shot as well as the action in Gal Gadot’s solo film, “Wonder Woman,” but once again she is impressive in her athletic moves, half-smiles and reaction shots.

Gal Gadot may not be much of a thespian (her voice-over exposition about those three mysterious cubes later in the film sounds as if she’s as confused as we are) but she’s a remarkable movie star.

It isn’t just that she “looks good” — her glances exude the confidence and grace that would have made her a legend even back in the days of silent film. She and the camera love one another. Yes, it may be ridiculous that she, in her position as an art conservator at the Louvre, dusts statues in a tight, laced-up white dress and push-up bra, but no one ever came to superhero movies for their realism.

Wonder Woman (Gal Gadot) in the trailer for ‘Justice League,’ released on October 8, 2017. (Screen capture: YouTube)

It’s lucky she doesn’t need any dazzling effects to brighten the frame, because the computer imagery in “Justice League” is just awful. There’s a green screened cornfield that had my audience laughing. The action in this movie is so video game-like I almost grabbed a controller based solely on muscle memory.

The fighting comes when the big villain, a poorly rendered Minotaur-ish ghoul called Steppenwolf, emerges from a portal to collect those three boxes I keep talking about. When he has accomplished this the “Unity” will be complete, and then, I dunno, I guess he’ll get lower interest rates or something. His plans are very vague.

What isn’t vague is just how much Batman feels sorry for the fact that Superman got injured in the last installment. This, in addition to wanting to save the world, is what motivates him to create this new superhero team-up.

Trailer for ‘Justice League’ released on October 8, 2017. (Screen capture:YouTube)

read more: Wonder Woman can save the world but not even…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com