Elity III RP oddały historię walkowerem
Jan Grabowski
11 listopada. Marsz Niepodległości (fot. Dariusz Borowicz/AG)
Trudno jest dziś wskazać kraj, w którym fałszowanie historii narobiłoby takich szkód jak w Polsce. Trudno też o społeczeństwo, w którym świadomość zagrożeń płynących z tego faktu byłaby równie słaba.
11 listopada ub.r. 60 tys. ludzi przemaszerowało ulicami Warszawy we współorganizowanym przez neofaszystowskie organizacje Marszu Niepodległości. I nie ma znaczenia, czy ludzie ci identyfikowali się w większym czy mniejszym stopniu z ideologią faszystowską. Ważne, że uczestniczyli w tej demonstracji. W Kanadzie, gdzie mieszkam, polska tematyka pojawia się w głównych wydaniach dzienników rzadko, Marsz Niepodległości znalazł się we wszystkich telewizjach, jak zresztą w większości krajów. Jak doszło do tego, że dla świata Polska stała się symbolem brunatnej fali, która rozlewa się po wschodniej Europie?
Prawica zawłaszcza historię
Wypychanie Polski poza nawias rodziny demokratycznych narodów – proces, którego jesteśmy świadkami – nie byłoby możliwe bez zawłaszczenia historii Polski przez nacjonalistyczną prawicę. Odbyło się to, co gorsza, przy milczącym przyzwoleniu partii centrowych i lewicowych oraz przy aprobacie opinii publicznej. To ostatnie łatwo zrozumieć, gdy się patrzy na hurraoptymistyczny przekaz nacjonalistów: nie ma w nim miejsca na krytyczną refleksję o własnej przeszłości, jest odmieniana przez wszystkie przypadki duma narodowa – choćby nijak się to miało do faktów. Bo któż nie chce usłyszeć o sobie, że postępował wyłącznie dobrze.
Propaganda musi trafiać w upodobania, bo inaczej ponosi klęskę.
Przekonali się o tym już PRL-owscy eksperci próbujący wtłoczyć do głów
Polakom miłość do Związku Radzieckiego czy niechęć do religii i Kościoła.
Łatwiej serwować nieprawdy, półprawdy czy przesłodzone mity o „żołnierzach wyklętych”, ogólnonarodowej walce z komunizmem, powszechnym ratowaniu Żydów w czasie wojny czy narodowym męczeństwie, które stało się wręcz polskim znakiem firmowym. Trudniej rzetelnie uczyć historii. Tymczasem ludzie na diecie narodowego samouwielbienia są najbardziej podatni na przekaz populistów i nacjonalistów.
To, że zakłamywaniem historii zajmują się nacjonaliści i populiści, nie dziwi. Przeraża to, że bezrefleksyjnie wpisują się w takie działanie ludzie o poglądach demokratycznych. Możemy piętnować rządzących dziś Polską prawicowych demagogów, ale to poprzednie rządy i elity III RP oddały historię walkowerem w ich ręce, gdy nieudolnie próbowały się przypodobać prawicowemu elektoratowi. To przecież były prezydent Bronisław Komorowski ustanowił święto „żołnierzy wyklętych”, a niedawni ministrowie kultury bili w narodowe werble.
Toksyczna infantylizacja polskiej historii króluje dziś choćby w zdobytym przez władze Muzeum II Wojny Światowej, gdzie nowa dyrekcja wyświetla zwiedzającym żałosny filmik sprowadzający naszą historię XX w. do stereotypów, męczeństwa i klisz ociekających narodowym samozadowoleniem. Wstyd.
IPN narzędziem polityki państwa
Na dyskusję o polskiej historii cieniem kładzie się też działalność IPN-u, instytucji, której odpowiednika – jeżeli chodzi o środki i wpływy – próżno szukać za granicą. Oddany w ręce partyjnych nominatów, zasilony milionami z budżetu państwa stał się potężnym ośrodkiem manipulacji historią. To nie jest dziś placówka naukowa, lecz narzędzie polityki państwa. Tymczasem jej książki i artykuły wchodzą w obieg naukowy i przyczyniają się do dalszego upolitycznienia oraz wykoślawienia najnowszej historii.
Szef największej partii opozycyjnej Grzegorz Schetyna zapowiedział likwidację IPN-u po wygranych wyborach. Byłby to krok w dobrą stronę, ale jak mu wierzyć? Przecież kilka dni później posłowie opozycji, w rzadkim geście jedności z rządzącą prawicą, uhonorowali NSZ – organizację wyrosłą na etosie polskiego przedwojennego faszyzmu.
Czy interpretacje polskiej historii pozostaną na zawsze skansenem, który od świata krytycznej historiografii dzieli coraz większy dystans? Czy młodzi Polacy muszą wchodzić w życie obarczeni zbiorem mitów i półprawd? Czy triumfująca „edukacja bezwstydu” to główny cel polskiej myśli historycznej?
Jerzy Andrzejewski pisał 70 lat temu:
Nie pragnę szkalować własnego narodu. Każde z gorzkich słów, które pada tu pod adresem Polaków, uderza i we mnie samego. Nie uwolnimy się od zaborczych i daleko sięgających macek własnej historii, dopóki nie przełamiemy w sobie tych wszystkich spaczeń, które nam historia wszczepiła.
Słowa Andrzejewskiego były na czasie w roku 1946 i są aktualne do dziś.
Jan Grabowski – historyk, profesor Uniwersytetu w Ottawie, współzałożyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów w Instytucie Socjologii i Filozofii PAN
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com


