Archive | 2018/01/26

Wolność i przerażenie.

Wolność i przerażenie.

Kazimierz Kamieński


fot. EAST NEWS/LASKI DIFFUSION / źródło: East News

Z prawdziwym koszmarem zetknęli się Amerykanie i Brytyjczycy, wyzwalający obozy, do których zwożono więźniów ewakuowanych ze wschodu. Żołnierze i oficerowie zarówno w relacjach spisywanych na gorąco, jak wiele lat po wojnie powtarzali, że byli oswojeni ze śmiercią. Widzieli porozrywane ciała kolegów i wrogów, ale to co zobaczyli w Dachau, przekraczało granice ich wytrzymałości. Dziś 72. rocznica wyzwolenia nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz oraz Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu.

„Tak, zrobiłem to” – porucznik Jack Bushyhead potwierdził przed prokuratorem wojskowym, że rozstrzelał 346 jeńców. Przesłuchujący go podpułkownik Joseph Whitaker sporządził raport, w którym domagał się postawienia sprawcy masakry i jego przełożonego Felixa Sparksa przed sądem wojennym. Do procesu nie doszło. Dowódca 7. Armii generał George Patton odrzucił akt oskarżenia, a raport kazał utajnić. Ujawniono go dopiero w 1991 roku. Bushyhead nie poczuwał się do winy. Owszem, złamał regulamin i konwencję genewską, ale wymierzył sprawiedliwość. Działał w afekcie, gdyż to, co zobaczył, przekraczało granice ludzkiej wytrzymałości.

Ślady prawie pozacierane

Gdy na ziemie polskie wkraczała Armia Czerwona po obozach zagłady w Bełżcu, Sobiborze i Treblince nie było już śladu. Do Majdanka Rosjanie wkroczyli 23 lipca 1944 r. i zastali tylko tysiąc więźniów. Wyzwolenia Auschwitz-Birkenau doczekało około 7 tys., ponad 58 tys. naziści zdążyli wyprowadzić. Co piąty nie przeżył trwającego dziesięć dni „marszu śmierci”.

„Padał mokry śnieg. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy, były płoty z rzędami drutu kolczastego (…). Kiedy pojawiły się grupy więźniów, nasi żołnierze bali się do nich podejść, byli prawie niepodobni do ludzi – wspominał lejtnant Iwan Martynuszkin, dowódca kompanii karabinów maszynowych, która 27 stycznia 1945 r. wkroczyła do Auschwitz. – Nie widziałem, co wyzwoliliśmy, co to był za obóz. Na postój nie mieliśmy czasu. Już następnego dnia ruszyliśmy dalej”.

Chociaż największe nazistowskie obozy znajdowały się na terenach zajmowanych przez Armię Czerwoną, jej żołnierze niewiele w nich widzieli. Esesmani i strażnicy w większości uciekli, krematoria i komory gazowe były zdemontowane, magazyny spalone, baraki niemal puste. Z prawdziwym koszmarem zetknęli się Amerykanie i Brytyjczycy wyzwalający obozy, do których zwożono więźniów z ewakuowanych placówek na wschodzie.

20 tysięcy trupów

„Rynsztoki były pełne martwych ciał, ale stosy trupów i pojedyncze zwłoki leżały wszędzie. (…) W pobliżu krematorium zobaczyłem świeżo zasypane masowe groby, na lewo od nich olbrzymi dół do połowy wypełniony ciałami. Wkrótce miałem go zacząć zapełniać (…). Tylko w niektórych barakach znajdowały się prycze, w większości ludzie leżeli na podłodze. Tak ciasno, że nie mogli się wyprostować. W pomieszczeniach przewidzianych dla stu więźniów tłoczyło się ich od sześciuset do tysiąca. Prycz nie było także w barakach dla chorych kobiet. Niektóre leżały na cienkich materacach, większość nie miała nawet tego” – relacjonował kierujący akcją ratunkową w Bergen-Belsen brygadier Llewellyn Glyn-Hughes.

Pierwszy Polak, który spacerował w skafandrze nurka po dnie morza WIĘCEJ ❯
Jego pierwsze zadanie sprowadzało się do oddzielania żywych od martwych. O cywilizowanym pochówku nie było mowy, zwłoki składano do już wykopanych zbiorowych grobów.

Komendant obozu Hauptsturmführer Josef Kramer nie wykonał rozkazu szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Ernsta Kaltenbrunnera i nie wymordował wszystkich więźniów. Nie dlatego, że nagle odezwały się w nim ludzkie uczucia. Zabrakło mocy przerobowych.

Na początku 1945 r. do Bergen-Belsen zwieziono z innych obozów ponad 60 tys. ludzi, głównie Żydów. W zatłoczonych barakach wybuchła epidemia tyfusu. Chorym nie podawano nawet wody, komu wystarczało sił, czołgał się do basenów przeciwpożarowych i tam dogorywał. Po nich przychodzili następni i pili wodę skażoną rozkładającymi się zwłokami.

Krematoria stanęły, ponieważ zabrakło węgla. Ustały dostawy żywności. Oszaleli z głodu ludzie dopuszczali się kanibalizmu. Gdy do obozu zbliżała się 2. Armia brytyjska marszałka Montgomery’ego, liczba zmarłych i niepochowanych sięgała 20 tysięcy. Drugie tyle chorowało. Komendantura doszła więc do wniosku, że skoro nie da się wymordować wszystkich, a tym bardziej zatrzeć śladów zbrodni, należy się poddać. Decydujący argument przedstawił dowódca stacjonujących w pobliżu oddziałów Wehrmachtu: jeżeli dojdzie do walk o obóz, część więźniów ucieknie i rozniesie zarazę po okolicy.

Leslie Hardman z 8. Korpusu 2. Armii w „The Survivors: the Story of the Belsen Remnant” pisał: „Już trzy mile od bram obozu w powietrzu unosił się tak straszliwy smród, że z trudem powstrzymywaliśmy się od wymiotów”. Wojskowi lekarze byli bezradni. Pracę zaczynali od spryskiwania więźniów dezynfekującym DDT. Często nic więcej już dla nich zrobić nie mogli. Po wejściu Brytyjczyków zmarło ponad 13 tys. zarażonych tyfusem. Jeden z lekarzy wyznał: „Gdybyśmy się co wieczór nie upijali, wszyscy byśmy zwariowali” .

Zabrakło nawet słów

Alianci nie musieli zdobywać Buchenwaldu. Tuż przed ich wkroczeniem uciekła większość esesmanów i obóz opanowali więźniowie.
„Czuliśmy Buchenwald na długo, zanim go zobaczyliśmy – wspominał w wywiadzie dla „Concord Monitor” sierżant Warren Priest. – Cała okolica cuchnęła odorem śmierci, nie można było od niego uciec (…). Potem zobaczyłem ludzkie sylwetki. Uczono nas, żeby się nie fraternizować, bo groziło to zarażeniem się jakimiś chorobami, więc tylko ściskałem swój karabin i nic nie mówiłem. A oni zeszli na pobocze, padli na kolana, unieśli ręce jak do modlitwy, spoglądali w górę i próbowali się uśmiechać. To była jedna z tych chwil, gdy wszystko wyraża się bez słów”.

Czołgista Harry Herder w relacji „Liberation of Buchenwald” dla portalu Remember.org lapidarnie ujął to, co powtarza się w opowieściach żołnierzy wyzwalających obozy: „Widziałem po wojnie wiele filmów i zdjęć. Ale żaden czarno-biały obraz nie odda przerażającego, sinozielonego koloru nagich zwłok, a przede wszystkim potwornego smrodu rozkładających się ciał i ekskrementów”.

Co najmniej od dwóch lat na Zachód docierały informacje o nazistowskich fabrykach śmierci, ale jak wyznaje Herder: „Nie byliśmy przygotowani na to, co zobaczymy. Trochę słyszałem o obozach, lecz niewiele o nich wiedziałem. Teraz miałem się dowiedzieć (…) Przed nami leżały ludzkie ciała ułożone jak kłody drewna. Martwe, nagie, poprzekładane warstwami; jedna w kierunku północ-południe, druga poprzecznie. Sterta miała około 5 stóp wysokości, może trochę więcej, ale widziałem jej wierzchołek. Ramiona ułożone równo przy torsie, tylko niektóre zwisały (…) Dalej było przejście i następny stos, i znów przejście, i znów stos. Ci ludzie umarli z głodu, to były kości pokryte skórą. Niektórzy mieli otwarte oczy. Bill, Tom i ja milczeliśmy. Pamiętam, że zdołałem jedynie wykrztusić: Jezu Chryste”.

Pociąg śmierci

Jeszcze silniejszy wstrząs przeżyli wyzwoliciele Dachau. 29 kwietnia 1945 r. już każdy Niemiec wiedział, że wojna jest przegrana. Większość oprawców przebrała się w cywilne ubrania i uciekła. Reszta uznała, że walka nie ma sensu i należy się poddać. Liczyli, że Amerykanie potraktują ich jak jeńców wojennych. Stało się inaczej.
Porucznik William J. Cowling. Adiutant dowódcy 42. Dywizji w liście do rodziców pisał: „Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy, był stojący na bocznicy pociąg z wagonami bez dachów. Gdy żołnierze otworzyli drzwi, zobaczyłem najstraszniejszy widok. Wagony były wyładowane martwymi ludźmi. Większość zwłok była naga, straszliwie wychudzona, te ciała nie miały pośladków ani mięśni”. Kilku żołnierzy zwymiotowało. Inni zaciskali pięści.

W „pociągu śmierci” – jak nazwali go Amerykanie – znajdowało się według różnych źródeł 1500-2500 zwłok. Trzy tygodnie wcześniej w Buchenwaldzie do kolejowych węglarek zapędzono około 6 tys. ludzi. Mieli jechać dwa-trzy dni, więc nie zabrano żywności ani wody. Dezorganizacja, priorytet dla transportów wojskowych, zbombardowane przez aliantów tory pokrzyżowały te plany, ale nie wpłynęły na postawę esesmanów. Strzelali do każdego, kto wychylił się z wagonu. Konający z głodu i zimna więźniowie zdejmowali z zabitych odzież, by choć trochę się ogrzać. Po dwóch tygodniach zaczęli masowo umierać. Kiedy pociąg dotarł do Dachau, żyło ich niespełna 1300. Wszystkich popędzono w stronę krematorium.

W tym samym czasie Amerykanie zbliżający się do Dachau z innych kierunków odkrywali makabryczne ślady po „marszach śmierci”.

„Było zimno, padał deszcz ze śniegiem” – wspominał sierżant George Oiye – „Zobaczyłem mnóstwo jakichś ciemnych brył. Gdy zaczęliśmy zgarniać z nich śnieg, ukazywały się ludzkie ciała. Były zamarznięte, więc nie rozkładały się i nie cuchnęły. Okropnie śmierdziały jedynie łachmany, które mieli na sobie”.

Chuck Ferree był jednym z jedenastu pilotów wożących oficerów ze sztabu Eisenhowera do wyzwolonych obozów, żeby na własne oczy zobaczyli bestialstwo nazistów. Tak opisywał swoje wrażenia: „Minęliśmy komory gazowe i weszliśmy do dwóch pomieszczeń wypełnionych zwłokami. Stosy trupów leżały na podłodze wysypanej piaskiem, w który wsiąkała krew, ekskrementy i wypływająca z rozkładających się ciał cuchnąca ciecz. Smród był nie do wytrzymania, moja skórzana kurtka tak nim nasiąkła, że musiałem ją zmienić. Za tymi pomieszczeniami znajdowało się krematorium z jeszcze otwartymi drzwiami pieca. Na zewnątrz piętrzyły się zwały popiołu i zwęglonych kości. Zrozumiałem, że piece były wielokrotnie opróżniane, a popiołów już nie zdążono rozrzucić. Obok stała zbryzgana krwią szopa, w której dokonywano egzekucji”.

Hände hoch i pod mur

W przeddzień przybycia Amerykanów komendant Martin Weiss i większość esesmanów potajemnie wyjechała z Dachau. Tymczasową władzę przejął Obersturmführer Heinrich Skodzensky. 29 kwietnia, o 6.00 rano na codziennym apelu poinformował, że zamierza poddać obóz. Starannie ogolony, uczesany, ubrany w odprasowany mundur stanął przed bramą i czekał na oficerów alianckich. Pojawili się około 11.00.

„Przekazuję obóz pod waszą komendę. Stan liczebny 32 tysiące więźniów, w tym 2 340 chorych” – wyrecytował, wyrzucił do przodu prawe ramię i krzyknął „Heil Hitler!”. Amerykanin splunął mu twarz i wepchnął do jeepa, za którego kierownicą siedział podporucznik William Walsh. Ten wyjechał poza teren obozu i albo osobiście zastrzelił Niemca, albo dał karabin któremuś z więźniów. O szczegóły nikt nie dopytywał.

Żołnierze i oficerowie zarówno w relacjach spisywanych na gorąco, jak wiele lat po wojnie powtarzali, że byli oswojeni ze śmiercią. Widzieli porozrywane ciała kolegów i wrogów, ale to co zobaczyli w Dachau, przekraczało granice ich wytrzymałości.

W gazecie 42. Dywizji James Creasman pisał, że spod zwałów trupów w pociągu śmierci wydobyto ciało kilkuletniej dziewczynki. W innym wagonie znaleziono zwłoki mężczyzny ściskającego w ramionach owinięty w gazetę kikut zżartej przez gangrenę nogi, którą sam sobie odciął.
Żołnierze byli tak wstrząśnięci, że puszczały im nerwy. Gdy z wieży wartowniczej rozległ się pojedynczy wystrzał, Niemcom nie pomogło już to, że chwilę później pokornie zeszli na dół z rękoma do góry. Wszystkich zaprowadzono pod mur i rozstrzelano. Tak zaczęły się wydarzenia nazwane przez historyków masakrą w Dachau.

Czas zemsty

Po zajęciu obozu Amerykanie sprowadzali esesmanów na plac przy składowisku węgla. Około południa w miejscu koncentracji rozległ się odgłos strzałów z karabinu maszynowego.

„Jeńców pilnowali żołnierze z mojej kompanii” – raportował podpułkownik Felix Sparks – „Gdy usłyszałem strzały, pobiegłem w ich stronę. Strzeliłem w powietrze, zawołałem »Co do diabła robisz« i podbiłem do góry lufę karabinu. Młody, 19-letni szeregowy Wiliam Curtin krzyczał histerycznie: »Panie pułkowniku. Oni chcieli uciec!«. Miałem co do tego wątpliwości. Kazałem mu przestać i zabezpieczyć broń”.
Curtin zabił 12 Niemców, kilkunastu ranił.

W tym czasie sprawiedliwość oprawcom wymierzali także więźniowie. Żołnierze nie przeszkadzali. Porucznik George A. Jackson zanotował, że widział krąg wychudzonych mężczyzn kopiących leżącego na ziemi esesmana. „Pomyślałem sobie, że jeśli wypełnię obowiązki i podejmę interwencję, zrobię coś bardzo nie na miejscu. Odwróciłem się i poszedłem do innej części obozu. Gdy po piętnastu minutach wróciłem, Niemiec miał zmasakrowaną głowę, był martwy”.

Więźniowie zatłukli łopatami, skopali na śmierć, utopili w latrynach co najmniej 40 strażników. Amerykanie zastrzelili ponad 120.
Po tych incydentach do obozu przybył generał Henning Linden, dowódca 42. Dywizji Piechoty. Zrugał Sparksa, wysłuchał relacji przedstawicieli więźniów i esesmanów. Kazał przerwać samosądy. O 12.45 generał wyjechał z Dachau przekonany, że opanował sytuację.

Dwie godziny później na plac doprowadzono kilkuset żołnierzy Waffen-SS ze znajdującego się na terenie obozu szpitala wojskowego. Nie należeli do załogi kacetu, nie odpowiadali za popełnione w nim zbrodnie. Ale nosili mundury SS, więc ani więźniowie, ani Amerykanie nie widzieli różnicy między nimi i bezpośrednimi winowajcami.

Naprzeciw tak licznej grupy Niemców wyszli więźniowie. Niektórzy zaczęli strzelać z broni użyczonej przez roztrzęsionych wyzwolicieli. Przerażeni esesmani próbowali przekonywać, że nie mają nic wspólnego z obozem, ale wznoszone po niemiecku okrzyki zadziałały jak detonator. Strzelali już wszyscy. Porucznik Jack Bushyhead wskoczył na dach szopy, w której strażnicy przechowywali rowery, i pociągnął serią z cekaemu. Gdy skończyła się taśma z nabojami, założył następną, potem jeszcze jedną. Przerwał ogień, gdy na placu już nikt się nie ruszał. O godzinie 18 wieczorem do obozu wprowadzono inne oddziały US Army, które przywróciły spokój.

Amerykanie w Dachau nie stracili ani jednego żołnierza, wspólnie z więźniami zabili około 560 Niemców. Ciała esesmanów wrzucono do masowych grobów częściowo już wypełnionych zwłokami więźniów.

Mniej pracy dla kata

Amerykańskie dowództwo starało się do nie dopuszczać do samosądów, ale przymykało oko na te, których mimo wszystko dokonano. Lincz na podobną skalę jak w Dachau nigdzie się nie powtórzył. W Mauthausen i jego podobozie Gusen zabito i spalono w krematoriach ok. 60 esesmanów. W Buchenwaldzie więźniowie, którzy przejęli kontrolę nad obozem, nie prowadzili żadnych statystyk, więc bilans ich odwetu pozostaje nieznany.
Do znamiennej sytuacji doszło w Bergen-Belsen, gdzie jeden z esesmanów odmówił wykonania poleceń brytyjskiego kapitana. Powołał się przy tym na konwencję genewską. Anglik najpierw go ostrzegł, że za bunt grozi kara śmierci, a następnie go zastrzelił. Gdy w sukurs Niemcowi rzuciło się czterech innych jeńców potraktował ich identycznie. Pułkownik, do którego dotarły informacje o samosądzie, powiedział egzekutorowi „żeby się nie niepokoił, bo dzięki niemu mniej pracy będzie miał kat”. Tak zapamiętał przebieg tego zdarzenia porucznik Lawrence Alsen.

Sprawcy zbrodni mieli zostać osądzeni w majestacie prawa. Nie oznaczało to jednak, że do czasu procesu traktowano ich pobłażliwie. Ujętych esesmanów i strażników osadzano w obozowych barakach, żywiono tym samym, czym do niedawna więźniów. Gdy kazano im grzebać zwłoki, musieli je przenosić gołymi rękoma. Nie pozwalano na zakładanie rękawic, odmówiono zaszczepienia przeciwko chorobom zakaźnym, a nawet spryskania zabijającym wszy DDT. Z 80 Niemców zatrzymanych w Bergen-Belsen co najmniej 20 zaraziło się tyfusem i zmarło.

W Dachau żony esesmanów mieszkające w okolicznych willach zapędzono do mycia wagonów „pociągu śmierci”. Nie była to tylko złośliwa szykana. Tak zwani porządni Niemcy zaklinali się, że nic nie wiedzieli o tym, co działo się w obozach. Trudno w to uwierzyć, gdyż w samym Dachau znajdowało się dwanaście miejsc pracy, do których codziennie pędzono więźniów. Uznano więc, że niezbędna jest reedukacja cierpiącego na „amnezję” społeczeństwa. Najlepiej za pomocą terapii wstrząsowej.

Zapraszam Państwa do piekła

„To, co tu zobaczycie, świadczy o takim upadku narodu niemieckiego, że jego imię powinno zostać na zawsze wymazane z listy cywilizowanych narodów. Ale dajemy wam szansę na jego odzyskanie (…) Nastąpi to jednak dopiero wtedy, gdy zostanie wychowane nowe pokolenie, niezdolne do popełniania podobnych zbrodni. A teraz zaczynamy nasz obchód” – mówił brytyjski oficer do sprowadzonych do Bergen-Belsen okolicznych mieszkańców.

Ustawiano ich w szeregi i prowadzono do jeszcze niezasypanych grobów, krematoriów, baraków, miejsc kaźni. Rolę przewodników po zgotowanym im piekle pełnili uwolnieni Żydzi. Potem Niemcy musieli udostępnić byłym więźniom swoje domy, oddać na ich potrzeby wszystkie srebrne sztućce, porcelanowe naczynia i pościel.

Na pomysł pokazywania cywilom prawdy o fabrykach śmierci wpadł generał Walton Walker, który kazał burmistrzowi miasta Ohrdurf stawić się 4 kwietnia 1945 r. wraz z żoną w tamtejszym obozie. Wezwani wykonali rozkaz, a po powrocie do domu popełnili samobójstwo.

Osiem dni później Ohrdurf wizytował generał Patton. Wysłuchał relacji Walkera i… zaproponował, by do obozu spędzić wszystkich mieszkańców miasteczka, a następnie zastosować tę formę reedukacji w kolejnych miejscowościach.

Do Buchenwaldu wyekspediowano kilka tysięcy mieszkańców oddalonego o 8 km Weimaru. Gdy stawali nad dołami wypełnionymi setkami rozkładających się zwłok, pozwalano im na podłożenie pod nos chusteczek, ale odmawiano dezynfekcji. Wszyscy alianccy żołnierze byli już wtedy zaszczepieni.

Do Dachau najpierw wezwano lokalnych notabli. Jak pisze Peter Wyden w „The Hitler Virus”: „Kilku zemdlało, niektórzy płakali, wszyscy odwracali głowy i powtarzali: Unglaublich, Unglaublich” (niemożliwe). Potem pod „pociąg śmierci” zaprowadzono nastoletnich chłopców z Hitlerjugend. Najbardziej bezwzględnie potraktowano mieszkańców miasteczka Nummering, gdzie podczas długiego postoju esesmani kazali więźniom wynieść z wagonów ponad 800 ciał i wrzucić je do wykopanego w pośpiechu dołu.

17 maja, a więc niemal miesiąc później, Amerykanie zmusili cywilów z Nummering do ekshumowania zwłok i pogrzebania ich w indywidualnych grobach. Czy była to jeszcze reedukacja, czy już bliska sadyzmu represja?

Dziś nasuwają się wątpliwości, ale wtedy nikt nie zadawał podobnych pytań. Tak jak nie dociekano, czy rozstrzeliwując kilkuset jeńców porucznik Bushyhead popełnił zbrodnię wojenną. Uważano to po prostu za dziejową sprawiedliwość.

Artykuł ukazał się w numerze specjalnym „Newsweek Historia Extra. Piekło Auschwitz” wydanego na 70. rocznicę wyzwolenia obozu.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


27 January – International Holocaust Remembrance Day

27 January – International Holocaust Remembrance Day

Yad Vashem


“The Holocaust, which established the standard for absolute evil, is the universal heritage of all civilized people”

UN Declaration Holocaust remembrance

Download the PDF file .

Visit Yad Vashem

The Righteous


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


We Must Replace Numbers With Names

This Holocaust Remembrance Day, We Must Replace Numbers With Names

Bernie M. Farber


Auschwitz survivor Mr. Leon Greenman, prison number 98288, displays his number tattoo on December 9, 2004 at the Jewish Museum in London, England.

In Jewish teachings we learn, “from generation unto generation we shall remember.”

We Jews are blessed with a long memory. It is precisely our memory that today acts as the “canary in the coal mine” against the evil of mankind.

It is this memory that has led Jews and Jewish organizations to be that canary in the mine. In Hebrew, the word zachor, remember, is a strong word, filled with a tenuous foreboding.

As January 27th, the International Day of Commemoration in Memory of the Victims of the Holocaust draws close, my mind wanders back to that time of darkness and evil.

It is incumbent upon us to remember how far we have come in the last 73 years.

It is ultimately the price we had to pay, the tragedy that we had to endure, of the Jewish people perennially being the most persecuted minority in history until the establishment of the State of Israel, quintessentially the fulfillment of Jewish destiny and the culmination of our people striving for liberation, self-determination and self-realization.

But it is painful to remember.

For many Holocaust survivors, the pain of remembering tears away another little piece of their soul. For us, descendants of survivors, to watch our parents and grandparents remember, burns another small hole in our heart.

Nonetheless, remember we must.

Understanding their stories — the stories of those survivors who despite the indignities, the horrors and brutality of being in the camps or fighting with the partisans or being in hiding or being torn away from their families, managed somehow to maintain their humanity.

Family members of the author: Left to right, Aunt Malka, half brother Yitzchak, grandfather Mordechai, unidentified woman with child, half brother Sholom, author’s father Max, wife Zisela, dog pishka.

My late father Max Farber was a survivor. His children Yitzchak and Sholom, his first wife Zisel and seven brothers and sisters did not survive the Nazi genocide.

I note the names of my lost family here, because at times such as these it is important, beyond my ability to describe, to replace numbers with names.

Each victim of the wider Kingdom of Death, of the European war, had a name, felt love, was loved, laughed and cried. Ultimately they were all murdered by the Nazi hordes. So we must find some tangible ways to remember.

We must remember those who traveled by foot and wagon on hidden roads to the edge of the killing pits, and those who traveled by cattle car to the killing centers that dotted the map of the Kingdom of Death. We must speak for those whose voices were lost and for those thousands of survivors who came to Canada after the darkness, wore their agony as undergarments beneath their everyday attire and helped build our country.

My parents taught me that memory is our best hope for the future.

Yet 73 years after the Holocaust and the defeat of Nazism, that anti-Semitism would be alive and well in this new millennium has shocked us all to the vital need for this legacy today.

We must all understand in the deepest reaches of our soul the potentiality for evil, for sadly society has yet to learn the need for memory to battle evil.

After the Holocaust, Jews led the world and with a singular voice we said NEVER AGAIN!

Never again would we sit back and allow the slaughter of innocents.

Never again would we wait for others to end a people’s suffering.

Never again would we allow our governments to turn a blind eye and say that since it is “not in my backyard” it is not important.

Sadly, our voices were silent more times than not since the Holocaust. We were silent during the slaughters in Cambodia.

We were silent while innocents were rounded up like cattle in the former Yugoslavia.

We were silent while almost one million innocent Tutsis were slaughtered by the Hutus in Rwanda.

And we were silent as hundreds of thousands of innocent Syrians, Eritreans, Iraqis and so many more were felled by evil.

And today as we remember the 6 million, are our voices being heard as an American president threatens to deport abandoned refugees and immigrants who escaped homes where evil reigned?

Have we spoken out with enough mettle and heart when this same American president utters racist sentiments, speaks kindly of neo-Nazi evil and attempts to shut the door on those who ran away from brutal regimes trying to find a new home?

Let us utilize every tool in a tolerant and accepting society to remember that evil words have evil consequences. Education, historical monuments, national apologies where warranted all play an urgent role in memory. Nobel Laureate Elie Wiesel, himself a survivor of the Holocaust, once noted “The memory of evil will serve as a shield against evil.”

Yet evil has a tendency to be muscular. It preys on forgetfulness, it tramples the weak. On this day of remembrance let us pledge to be bold, let us accept responsibility to bring back “Never Again” and work toward its true meaning and intent, ZACHOR!


Bernie M. Farber is the former CEO of Canadian Jewish Congress. He is a writer, social justice consultant and columnist with the Canadian Jewish News.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com