Music of Morocco : Traditional Jewish Music
Hatim Belhouari
Konferencja prasowa po złożeniu wniosku w sądzie o rejestrację NSZZ ‘Solidarność’, pierwszy z prawej siedzi Lech Wałęsa, obok niego Marian Jurczyk (fot. Wojtek Laski)
Zachód przestraszył się strajku, z którego wyrosła “Solidarność”Andrzej Brzeziecki
W Los Angeles jakieś polonusy nie dopuściły do udziału w demonstracji Jane Fondy, bo to “k…wa komunistka”.
.
Czy strajkami można zwalczać komunizm? Takie pytanie stawiano sobie na Zachodzie, gdy w sierpniu 1980 r. zastrajkowali najpierw stoczniowcy, a potem inni robotnicy. Napięcia w Polsce odbierane były z niepokojem jako koniec epoki odprężenia, która przyniosła Europie Zachodniej sporo korzyści gospodarczych. Jeszcze 14 sierpnia jeden w wpływowych niemieckich dzienników zastanawiał się, czy ważniejszą informacją, godną pierwszej strony, są strajki w Polsce, czy zapowiedź wizyty kanclerza Helmuta Schmidta w NRD. Ostatecznie czołówkę gazety podzielono. Reakcja samego kanclerza Schmidta była jeszcze ostrożniejsza.
Marcin Frybes opisuje ciekawy proces zmieniania się opinii publicznej na Zachodzie wobec „Solidarności”. Choć książka, jak zapowiada tytuł, traktuje przeważnie o Stanach Zjednoczonych i Francji, to jednak bardzo często opisuje to, co działo się także w innych krajach.
Pierwsi wielkie znaczenie rodzącej się „Solidarności” dostrzegli zachodni korespondenci. Nie powinno to dziwić, bo byli najbliżej i dali się uwieść wąsatemu Lechowi Wałęsie oraz jego kolegom we flanelowych koszulach. „Akredytowani w Polsce dziennikarze nie mieli problemu ze swobodnym poruszaniem się po kraju. A co najbardziej niezwykłe, polskie ambasady za granicą przyznawały wizy wzrastającej liczbie dziennikarzy prasowych, radiowych i telewizyjnych” – pisze Frybes.
To właśnie oni sprawili, że strajki w Polsce stały się globalnym wydarzeniem medialnym. W ślad za dziennikarzami poszli zachodni związkowcy, którzy zaczęli zbierać dla polskiego związku zawodowego pieniądze i wysyłać mu sprzęt. Właśnie dziennikarze i związkowcy, ocenia Frybes, „szybko dostrzegli, że polski kryzys jest znacznie głębszy. Przeczuwali, jak dalekosiężne i rewolucyjne w skutkach może się okazać powstanie wolnych i niezależnych organizacji związkowych w kraju rządzonym przez komunistów”.
Nie od razu jednak wszystko przebiegło bez problemu.

Tablice zawierające 21 postulatów napisanych podczas strajków w sierpniu 1980 roku
Gdy Jerzy Giedroyc zaapelował do niemieckich mediów, by pomogły rodzącemu się nad Wisłą ruchowi, hrabina Marion Dönhoff, wpływowa współwydawczyni „Die Zeit”, odparła, że apelu nie opublikuje.
Uważała, że zbytnie zaangażowanie się Zachodu w sprawy polskie może posłużyć Moskwie za pretekst do oskarżeń o ingerowanie w radziecką strefę wpływów.
We wrześniu nawet Margaret Thatcher uważała, że sytuacja w Polsce może być niebezpieczna dla stabilizacji europejskiej. Kilka tygodni później mówiła już innym językiem, oddając honor polskim robotnikom.
Sam Wałęsa co prawda bał się, że pomoc finansowa płynąca z Zachodu może być odczytana przez władze jako prowokacja. „Solidarność” początkowo zresztą nie miała konta bankowego. Ale Wałęsa nie miał nic przeciwko przysyłaniu drukarek, kserokopiarek i papieru. I te wkrótce zaczęły napływać do Polski – czasami dochodziło do zabawnych sytuacji. Pewni związkowcy spięli się i zebrali środki na zakup nowiutkiej maszyny drukarskiej – ich polscy koledzy nie mogli tego odżałować, bo za te pieniądze można było kupić o wiele więcej używanych i zepsutych maszyn, które oni sami z łatwością by sobie naprawili.
Frybes pieczołowicie zebrał wszelkie informacje o powstających na świecie komitetach solidarności z „Solidarnością”. W latach 1980-81 pomagały one związkowcom, po 13 grudnia 1981 roku organizowały pomoc humanitarną dla Polski, demonstrowały poparcie dla opozycji i naciskały na polityków, by domagali się od Warszawy poszanowania dla praw człowieka. Niebagatelną rolę w tym wielkim, ogólnoświatowym ruchu odegrała także polska emigracja z jej luminarzami takimi jak Jerzy Giedroyc, Jan Nowak-Jeziorański, Leszek Kołakowski czy Aleksander i Eugeniusz Smolarowie.
Ale ówczesna „Solidarność” nie tylko korzystała z pomocy. Sama także stanowiła impuls dla myśli o świecie pracy i zaktywizowała siły obywatelskie. Tak było, dowodzi Frybes, w przypadku wielu organizacji polonijnych, które najlepsze lata miały za sobą, a teraz się przebudziły. Ale tak było przede wszystkim we Francji. Nad Sekwaną uważano, że wydarzenia w Polsce mogą intelektualnie ożywić ruchy społeczne i polityczne na świecie. Rewolucyjny ruch łączący robotników i intelektualistów w imię praw człowieka – to było coś, o czym wielu Francuzów od dawna marzyło. „Solidarność” materializowała ten romantyczny sen.
Tamtejsi intelektualiści i związkowcy prowadzili ożywione dyskusje. Dialog ten, choć może nie spełnił zupełnie pokładanych w nim nadziei, bo „nie udało się dopracować nowej, odświeżonej i atrakcyjnej idei socjalizmu”, miał ten skutek, że „przyczynił się do utrwalenia wśród francuskich związkowców przekonania o totalitarnej naturze sowieckiego systemu komunistycznego”. Osłabił więc wpływy francuskich komunistów, które były tam przecież spore.

Znaczek ‘Solidarności’ z 1980 r.
Frybes pisze wręcz o pewnej „rewolucji konceptualnej”, która zmieniła dyskurs polityczny – na przykład kraje Europy Środkowej, nie tylko Polskę, przestano nazywać „krajami socjalistycznymi”, a zaczęto mówić o „krajach totalitarnych”. Ostre słowa wprowadzili do języka nie tylko publicyści, ale także politycy, a to już miało przełożenie na ich zachowanie.
W efekcie, gdy nadszedł 13 grudnia 1981 r. i francuski szef dyplomacji zapewniał, że Francja nic nie zrobi, prezydent François Mitterrand kazał mu, by „siedział cicho”. W wielu innych krajach po 13 grudnia 1981 r. powtarzał się ten sam scenariusz – najpierw niemrawe reakcje polityków, potem zdecydowana reakcja społeczeństw i wreszcie ostrzejsze słowa ze strony rządzących, a przede wszystkim ich decyzje.
Znany francuski intelektualista, filozof Michel Foucault, który w 1982 r. brał udział w przekazywaniu Polakom pomocy humanitarnej, przekonywał w mediach, że Polacy nie potrzebują jedynie pomocy materialnej, ale także tego, by z nimi rozmawiać i być. „Pozostawienie dziś Polaków samym sobie to trochę tak, jakbyśmy rezygnowali z ważnej części nas samych” – mówił Foucault i dodawał, że należy sprzeciwiać się podziałowi Europy.
Za Atlantykiem ekipa Ronalda Reagana może bardziej widziała w polskim zrywie potencjał do osłabiania Moskwy, jednak społeczeństwo i intelektualiści wyrażali przede wszystkim solidarność z Polakami w ich walce o godność. Niemniej to z inicjatywy Białego Domu powstała specjalna komórka Poland Task Force, a Waszyngton uruchomił różne kanały finansowego wsparcia opozycji w Polsce.
Znaczek ‘Solidarności’ z czasu stanu wojennego
Marcin Frybes w swej książce oddaje sprawiedliwość wszystkim tym, dla których w latach 80. XX w. sprawa polska stała się ich sprawą. Sumiennie wymienia dziesiątki organizacji, setki ludzi – łącznie z trockistami – i wszelkie ich akcje poparcia. Wielkie demonstracje i skromne inicjatywy, potężne media i regionalne pisma, książki, filmy, koncerty, audycje radiowe, zbiórki… Część tych, którzy zaangażowali się po stronie Polaków, pozostała na stałe w naszym życiu publicznym, ale o większości z nich w Polsce nawet nie mieliśmy pojęcia.
Pewnie, że wiele inicjatyw było naiwnych, czasem para szła w gwizdek, a czasem bywało nieprzyjemnie. W Los Angeles na przykład jakieś polonusy nie dopuściły do udziału w demonstracji Jane Fondy, bo to „k…wa komunistka”… Wszystko to jednak niknie w morzu życzliwości i pomocy zainspirowanym przez problemy Polaków.
Dobrze, że Marcin Frybes zebrał wszystkie te świadectwa, dokumenty i teksty, które opisał w swej pracy. Jego książka pozwala wierzyć w siłę społeczeństw, które naciskając na polityków, zmuszają ich, by choć od czasu do czasu zachowywali się, jak trzeba.
Amerykańscy i francuscy przyjaciele „Solidarności”
Marcin Frybes
IPN 2021

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
In Elections Appeal to Israeli Arabs, PM Lapid Pledges to Boost Fight Against CrimeAlgemeiner Staff
Weapons seized by the Israel Police and the IDF in northern Israel, March 24, 2022. Photo: Israel Police
With weeks left before Israel’s next round of elections, Prime Minister Yair Lapid is appealing to the country’s Arab minority by promising to fight a years-long crime wave that has bloodied their communities.
In a video released in the lead up to elections in November, Lapid described “the fight against crime in the Arab sector” as a main priority of his government, which would be intensified after elections. “We will make an effort that has never been made here, to invest in the personal security of the citizens of Israel — with an emphasis on Arab society,” said the premier.
He pledged to “invest the necessary resources” and “bring the best people” to tackle the core issues important to Arab society: “The education of your children; the creation of job opportunities, especially for youths; housing plans; and integration into public services.”
“After years of neglect, Israel’s Arab citizens deserve to have a government that works for them,” said Lapid.
The appeal comes amid a crime wave affecting Arab Israeli society, which drew national attention last month following the murder of an Arab-Israeli woman and her teenage daughter in the central city of Lod.
A survey released late last month by the Abraham Initiatives, a nonprofit that aims to improve Jewish-Arab relations in Israel, found that an appeal by Lapid to Arab voters could increase their turnout — which is expected to hit record lows — by some 22 percent.
The crime wave has become a flashpoint issue in recent years, driving mass protests in Arab communities. Israel’s Arab minority, which makes up some 21 percent of the population, faces a disproportionate risk of murder compared to Jews, who constitute a 74 percent majority.
Between 2015-2019 in Israel, 56 percent of victims of crimes against the person — which encompasses violations ranging from threats to murder, attempted murder, and murder itself — were Jewish, while 44 percent were not, according to the Knesset Research and Information Center. The status quo appears to have impacted the sense of personal safety of Israeli Arabs, who were more than twice as likely to express a “very great or great” fear of facing violence in their neighborhood in a 2021 survey by Israel’s Central Bureau of Statistics.
The Abraham Initiatives tallied 47 fatalities in Arab society in the first half of 2022, the majority men under 40 years old. 52 fatalities were recorded in the same period the previous year, which ultimately ended with 126 Arab Israelis killed for reasons related to crime and violence. This was a continuation of the yearly increase in fatalities in the Arab sector, which saw 96 people killed in 2020, 89 in 2019, and 71 in 2018, according to the group.
Activists have said years of under-policing and neglect contributed to the ascendance of organized crime and proliferation of illegal weapons in Arab communities, while police have blamed a lack of trust and cooperation from the sector.
Last year, the Israeli cabinet approved a multi-year, NIS 30 billion (some $9 billion) plan to tackle disparities in the Arab sector, including education, healthcare, and infrastructure, as well as a second, NIS 2.4 billion (some $700 million) plan specifically to fight crime in Arab society.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
Warszawa, 14.09.2022. Wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński podczas konferencji prasowej w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie w Warszawie. Podczas spotkania zaprezentowano kolejne wnioski restytucyjne oraz zainaugurowano kampanię „Puste Ramy”. Fot. PAP/M. Marek
Gliński: mam nadzieję, że kiedyś nasze ekspozycje zostaną wzbogacone o straty wojenne, które znajdują się w RosjiKatarzyna Krzykowska
W środę podczas konferencji prasowej wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński poinformował, że Polska przekazała Federacji Rosyjskiej siedem wniosków restytucyjnych dotyczących dzieł sztuki wywiezionych do ZSRR przez Armię Czerwoną w czasie II wojny światowej.
Poszukiwane przez resort kultury obiekty zostały zidentyfikowane w zbiorach Muzeum Sztuk Pięknych im. A. Puszkina w Moskwie. Obrazy pochodzą z Poznania, Łodzi, Wrocławia i Wilanowa, a aż trzy dzieła – z przedwojennej kolekcji Ordynacji Czartoryskich w Gołuchowie.
“Mam nadzieję, że kiedyś nasze ekspozycje zostaną wzbogacone o straty wojenne, które znajdują się w tej chwili w Federacji Rosyjskiej” – powiedział wicepremier Gliński.
Wskazał, że dzieła te znajdują się zapewne w magazynach i na ścianach Muzeum Sztuk Pięknych im. A. Puszkina w Moskwie oraz w Galerii Trietiakowskiej.
Przypomniał, że Polska po 2000 r. złożyła do Federacji Rosyjskiej drogą dyplomatyczną 20 wniosków restytucyjnych obejmujących kilkanaście tysięcy pojedynczych obiektów. Zostały one przekazane w trzech partiach – w 2004, 2012 i 2014 roku. Rząd Federacji Rosyjskiej do tej pory nie rozpatrzył wysuwanych roszczeń.
“Tam są dzieła sztuki, które należą do państwa polskiego i po prostu powinny zostać zwrócone” – podkreślił.
Zaznaczył, że w tym kontekście “nie ma miejsca na jakiekolwiek dyskusje”. “Odpowiedzią Federacji Rosyjskiej jest milczenie. To potwierdza, że z tym państwem mamy problemy w polityce międzynarodowej znacznie bardziej poważne. To jest agresor, który dokonuje zbrodni wojennych, a także nie respektuje ani wartości, ani prawa międzynarodowego, ale to nie znaczy, że my nie mamy obowiązku przygotowywać wniosków restytucyjnych, dlatego ten obowiązek wypełniamy” – wskazał Gliński.
Elżbieta Przyłuska z Departamentu Restytucji Dóbr Kultury MKiDN, która była jedną z osób przygotowujących wnioski restytucyjne, powiedziała PAP, że w przypadku Rosji kwestia restytucji utraconych dzieł sztuki jest “szczególnie złożona”. “Rosja uznaje polskie straty wojenne za formę rekompensaty. 15 kwietnia 1998 r. Rosja przyjęła Ustawę federalną, która mówi o tym, że dzieła te trafiły na terytorium ZSRR, jako reparacje z ziem niemieckich i w związku z tym nie podlegają zwrotowi. Ze stanowiskiem tym zdecydowanie nie zgadza się strona polska. Polska nie była wrogiem a sojusznikiem, więc rekompensowanie strat rosyjskich nie może się odbywać kosztem mienia polskiego, niezależnie od tego, w czyich było rękach i na jakim terytorium znajdowało się po zakończeniu wojny” – wyjaśniła.
Jeden z wniosków restytucyjnych przekazanych Federacji Rosyjskiej dot. obrazu “Madonna z Dzieciątkiem i liliami na tle krajobrazu”, zgodnie ze źródłami autorstwa nieznanego malarza włoskiego z 2. poł. XV w., a który współczesne badania przypisują Libarere da Verona (ok. 1445 – ok. 1526).
“Obiekt został zakupiony w Rzymie w 1937 r. przez łódzkiego kolekcjonera, fabrykanta Karola Rajmunda Eiserta. Rok po tym wydarzeniu Eisert zmarł, a w testamencie zapisał swoją kolekcję obrazów miastu Łódź. W ten sposób obraz trafił do kolekcji Miejskiego Muzeum Historii i Sztuki im. J. i K. Bartoszewiczów. W listopadzie 1939 r. Łódź została włączona przez niemieckich okupantów do kraju Warty. Z okresu wojny zachował się niemiecki inwentarz muzealny, w którym to dzieło odnotowano. Jeszcze przed wejściem w styczniu 1945 r. wojsk radzieckich do miasta, Niemcy zdążyli zabrać z muzeum najbardziej wartościowe eksponaty, w tym dzieła mistrzów włoskich, holenderskich i flamandzkich – o czym pisał Marian Minich, pierwszy dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi” – opowiadała w rozmowie z PAP Przyłuska.
“Trafiły one najprawdopodobniej do Schandau w Saksonii, jak wynikało z informacji uzyskanych przez Naczelną Dyrekcję Muzeów i Ochrony Zabytków, która sporządziła w 1947 r. +Wykaz przedmiotów muzealnych i dokumentów wywiezionych przez Niemców+ i według informacji przejętych przez wojska radzieckie” – dodała.
Przypomniała, że “Saksonia pozostawała po zakończeniu II wojny światowej w strefie radzieckiej strefy okupacyjnej”. “Prawdopodobnie wtedy doszło do przejęcia przez Rosjan tego obrazu i wielu innych” – wskazała.
Zaznaczyła, że Polska “każdą stratę wojenną traktuje na równi”. “Niezależnie od tego, czy to obiekt znanego artysty, który mógłby być wart miliony, czy jest to np. mniej wartościowa materialnie grafika. Każda strata jest traktowana przez nas priorytetowo i przykładamy wagę do każdego dzieła, które chcemy odzyskać. Wartość rynkowa dzieła jest dla nas drugorzędna, bo ona nie wpływa na podejmowane przez nas działania” – podkreśliła.
O skali grabieży dokonanej w polskich kolekcjach przez Armię Czerwoną może pośrednio świadczyć ilość zwrotów, czy, jak to wówczas nazywano, “darów” dokonanych przez ZSRR na rzecz Polski zaraz po wojnie. Do 1956 r. przekazano ponad 27 tys. obiektów oraz 20 tys. książek i archiwaliów. Po upadku ZSRR do polskich zbiorów publicznych, w 1997 r., powróciło tylko jedno dzieło: obraz Pompeo Batoniego “Apollo i dwie muzy” właśnie z przedwojennej kolekcji wilanowskiej.
Z uwagi na brak dostępu do rosyjskich zasobów muzealnych i źródeł archiwalnych, w tym do list wywozowych obiektów, trudno określić, ile jeszcze polskich dzieł sztuki i zabytków znajduje się na terenie Federacji Rosyjskiej oraz byłych republik radzieckich. Zgodnie z prawem międzynarodowym Rosja jest zobowiązana do zwrotu polskich dóbr kultury zrabowanych podczas wojny. (PAP)
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
Berlin – rzeźby w Muzeum Pergamonu (Marta Błażejowska/Agencja Wyborcza.pl)
Europejskie złodziejstwo zyskało rangę ratowania dzieł sztukiPaweł Smoleński
.
W 1799 r. Thomas Bruce, siódmy lord Elgin, pojawia się jako ambasador Zjednoczonego Królestwa przy otomańskim dworze. Ma stosowne papiery od rządu, reprezentuje dostojną monarchię. Nikt nie pamiętałby jego nazwiska, gdyby nie czasownik „elginizm” rychło zalęgły się w europejskich językach.
Niewiele jest śladów o dyplomatycznej finezji siódmego lorda. Mamy za to wiele dowodów, że ów błękitnokrwisty był pospolitym złodziejem. W szemrany sposób uzyskał od Porty zgodę na grzebanie w ateńskim Partenonie. Wywoził z podległej Turkom Grecji 200 skrzyń antycznych zabytków. A że był niezgrabny i durnowaty, rychło popadł w długi, więc nie mógł restaurować skradzionych artefaktów. W 1812 r. sprzedał skarby brytyjskiemu rządowi, który ukazuje je światu w British Museum.
Przeciwko tak bardzo jaskrawemu złodziejstwu protestował lord Byron. Napisał nawet wiersz oskarżający Elgina oraz imperium o bezprecedensową kradzież. Lecz kto by słuchał Byrona, skoro sam był utracjuszem i naciągaczem? Można w kontrze do jego poezji ustawić zaklęcia i przysięgi składane rozlicznym damom, by je naciągnąć na kasę, i nie ma sądu, który rozstrzygnie, w czym posiadł większą maestrię.
Tak oto europejskie złodziejstwo zyskało rangę ratowania dzieł sztuki. Swoich złodziei mieli Francuzi służący Napoleonowi (Luwr stał się największym paserskim magazynem w historii) i Niemcy z wilhelmińskiego Cesarstwa. Jumali marmury, rzeźby, posągi. Jumali – zwłaszcza Brytyjczycy – owinięte całunami mumie, czyli zabalsamowane zwłoki, a świat się dziwował, polerując podeszwami eleganckich trzewików posadzki British Museum, jakie to wspaniałe artefakty – może raczej „fanty”, stosując złodziejską gwarę – oglądają dzięki odkrywcom z Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemiec.
Niektórzy złodzieje kradli innym złodziejom. Tak było ze słynnym kamieniem z Rosetty, tak pomocnym przy odczytaniu egipskich hieroglifów. Zrabowali go Francuzi, ich okradli Brytyjczycy, a król Jerzy III Windsor przekazał bezcenną stellę British Museum, żeby – oczywiście – otoczyć zabytek należną troską.

Wielka kopia kamienia z Rosetty w francuskiej miejscowości Figeac, w której urodził się Jean-François Champollion
Słowem – kto chciał i miał ku temu możność, kradł na potęgę. Elginowie wszystkich krajów, łączcie się w złodziejstwie na Bliskim Wschodzie, w Azji, Ameryce, Afryce. I to wzorem przodków, wszak Plutrach wspomina o rabunku Grecji przez Rzymian.
Udział w złodziejstwie mieli Szwedzi, dzisiaj prawie naduczciwi i pokojolubni. Polacy też sporo ukradli. Maestrię w złodziejskim rzemiośle osiągnęli Sowieci i naziści. Nazistom akurat sporo odebrano łupów i zwrócono prawowitym właścicielom. Powód był prosty – przegrali. Sowieci, Brytyjczycy i Francuzi zatrzymali swoje, bo nie tych kradzieży dotyczyły rozliczenia z II wojną światową. Niemcy też nie utraciły wcześniejszych zdobyczy – ołtarz z Pergamonu ciągle cieszy oczy odwiedzających muzeum w Berlinie.
Jest schyłek XX w., zużytkowano już setki flaszek atramentu na listy żądające zwrotu zabytków – kamieni, rzeźb, marmurowych okładzin, zmumifikowanych zwłok – krajom ich pochodzenia. Z listów niewiele wynika. To korespondencja między ludźmi z cenzusem, więc nikt nie nazywa złodziei po imieniu, usprawiedliwiających się przebrzmiałymi paragrafami, wymuszonymi pozwoleniami i kwitkami bez znaczenia, byleby nic nie oddać.
‘Marmury Elgina na wystawie w British Museum. Wielka Brytania, Londyn, 23 listopada 2007 r.
Ks. prof. Józef Tischner mawiał, kierując się rozumem i dobrocią serca, że jeśli złodziej nie wie, że kradnie, wówczas nie kradnie, bo nie ma świadomości czynu. Może więc takiego złodzieja nie należy piętnować, ale jak najbardziej należy go uświadomić, że czyni zło. Lecz – jestem pewien – wielu opiekunów skradzionych „fantów”, absolwentów Oksfordu i Sorbony, o zasłużonych przez wieki nazwiskach, choćby i monarszych, nie czytało Tischnera. Lub czytało, ale krótko przed snem, a ten ich zmorzył zaraz po fragmencie, że złodziej nieświadomy złodziejstwa nie kradnie. Po prostu nie.
Jest rok 2122, sto lat po naszych czasach.
W jednej z bliskowschodnich satrapii dyktator zarządził, że właśnie wstaje z kolan wraz z narodem, czego naród winien się bardzo bać. Więcej – dzierżymorda powiada, iż jego dominium to kolebka i praprzyczyna, przedmurze oraz jedyny strażnik wartości. W takich klimatach największy poklask zyskuje się przy spotkaniu na grobach, co z tego, że dawno opłakanych.
Pod murami zamku Windsor zbiera się grupka komandosów. Uprzednio zaprogramowane drony tylko czekają na sygnał z centrali. Bezzałogowe samoloty unoszą w powietrze sarkofagi z dawno zmarłymi brytyjskimi monarchami. Leje, jak zazwyczaj na Wyspach.
Niewiele później w narodowym muzeum gdzieś na Bliskim Wschodzie urządzone jest uroczyste otwarcie nowej wystawy. Z pełną dbałością o artefakty.
Dla pełnej jasności zaznaczam, że ani myślę żartować ze śmierci Elżbiety II, choć zdaje mi się, iż ta polska żałość nad zgonem brytyjskiej monarchini jest – jak to w Polsce – wymyśloną pozą, bowiem Polak najlepiej wygląda w bólu i w poczuciu straty. W innych krajach, na oko bardziej przytomnych, też płyną podobnie fałszywe łzy.
British Museum w Londynie
Tymczasem Elżbieta II była nie tylko niedostępną, odległą babcią, mimo to uważaną za sympatyczną. Dała tytuły szlacheckie Beatlesom i Mickowi Jaggerowi, a to świadczy o wielkiej wnikliwości, by dojrzeć we flagowym Rolling Stonesie salonowy sznyt.
Była też dziedziczką dobrego i złego, co zafundowała światu jej rodzina. Mało o tym opowiadała. Nie mierzę zaprzeszłych wydarzeń dzisiejszą siatką pojęć. Wiem za to, że Windsorowie nie czytali Tischnera, co w końcu jest luką w wykształceniu. Nie są w tym wyjątkowi.
Paweł Smoleński – Reporter, publicysta, od 1989 roku dziennikarz “Gazety Wyborczej”.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com