Archive | October 2022

Cache of 44 Byzantine-era solid gold coins uncovered in Israeli nature reserve

Cache of 44 Byzantine-era solid gold coins uncovered in Israeli nature reserve

JERUSALEM POST STAFF


The coins are thought to have been buried around the time of the Muslim Conquest of the Levantine Byzantine Empire in 635 AD.

.
A cache of 44 solid gold coins from the Byzantine-era was discovered in Banias Nature Reserve, October 3, 2022 / (photo credit: DAFNA GAZIT/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

A cache of 44 pure gold coins from the Byzantine era was recently discovered during an archeological excavation at the Banius site within the Hermon River Nature Reserve, the Israel Antiquities Authority (IAA) announced on Monday morning.

Upon the discovery of the coins, they were passed on to IAA numismatic expert Dr. Gabriela Bijovsky for examination. Bijovsky was able to identify several coins minted during the reign of Emperor Phocas (602–610 AD), as well as others minted during the reign of Emperor Heraclius between 610-641 AD.

The presence of coins minted by Heraclius towards the end of his reign help to place the cache of coins as being from around the time of the Muslim Conquest of the Levantine Byzantine Empire in 635 AD.

“What is particularly interesting is that in [Heraclius’] early years as emperor, only his portrait was depicted on the coin, whereas after a short time, the images of his sons also appear,” explained Bijovsky. “One can actually follow his sons growing up – from childhood until their image appears the same size as their father, who is depicted with a long beard.”

Gabriela Bijovsky examines the coins from Banias. (credit: YANIV BERMAN/ISRAELI ANTIQUITIES AUTHORITY)

A glimpse into days gone by

The collection of coins, weighing around 170g total, was concealed within the base of an ashlar stone wall during the time of the Muslim conquest, according to IAA excavation director Dr. Yoav Lerer. 

The discovery reflects a specific moment in time, when we can imagine the owner concealing his fortune in the threat of war, hoping to return one day to retrieve his property. In retrospect, we know that he was less fortunate,” he continued, painting a picture of the long-gone Byzantine Empire. “The discovery of the coin hoard may also shed light on the economy of the city of Banias during the last 40 years of Byzantine rule.”

Finding the coins in the Banias National Park

The excavations, funded by the Israel Electric Corporation, were carried out prior to connecting the adjacent Druze holy site Maqam Nabi Khadr to the national electricity grid. They took place in the northwestern residential quarter of the ancient city of Banias, and uncovered the remains of buildings, water channels and pipes, a pottery kiln, bronze coins, and fragments of many pottery, glass, and metal artifacts, as well as the solid gold coins.

The artifacts uncovered date back to the end of the Byzantine period in the early seventh century and all the way to the early Middle Ages (11th-13th century).

Gold coin depicting Emperor Heraclius (credit: DAFNA GAZIT/ISRAEL ANTIQUITIES AUTHORITY)

“The coin hoard is an extremely significant archaeological find as it dates to an important transitional period in the history of the city of Banias and the entire region of the Levant,” said IAA Director Eli Escusido. “The Israel Antiquities Authority, together with the National Parks Authority, will work together to exhibit the treasure to the public.”

The history of Banias

Banias was first settled during the Hellenistic period as a worship site for the god Pan in the third century BCE. The Greek name for the site, Paneas, was taken from the name of the god worshipped there.  The settlement reached its peak in the Early Roman period, when Herod the Great, and his son Philip II, entirely rebuilt the city and named it Caesarea Philippi, in honor of the Roman emperor Augustus.

According to Christian lore, Banias is the place where Peter the Apostle proclaimed Jesus to be the Christ, and where Jesus gave Peter the keys to the kingdom of heaven, and during the Byzantine era, a church was built next to the spring.

During the time of the Crusaders, they undertook the fortification of the city, turning it into a military base from which to attack and conquer Damascus. However, this was a short lived fortification, as the city was conquered by Muslim forces in 1132 AD.

“The Banias Nature Reserve, endowed with its unique nature and landscape, does not cease to surprise us from a historical-cultural point of view,” said Nature and Parks Authority Director Raya Shurky of the discovery. “The gold coin hoard is on a par with the Byzantine Church, possibly the Church of St. Peter, that was recently discovered. 

“The finds include the remains of a mosaic floor and a stone engraved with many crosses, indicating that Banias became a Christian pilgrim site. The church, that was damaged in an earthquake that struck the north of the country, will soon be exhibited to the public visiting the nature reserve.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Henryk Grynberg – Zygmunt Bauman i cienie wielkiego sukcesu. Wokół „Wygnańca” Artura Domosławskiego [część I]


Zygmunt Bauman i cienie wielkiego sukcesu. Wokół „Wygnańca” Artura Domosławskiego [część I]

Henryk Grynberg


„Mieszkał na Nowotki vis-à-vis mnie. To było serce byłego getta. Wielu Żydów tam mieszkało w nowych blokach. Stamtąd obaj uciekliśmy” – pisze o Zygmuncie Baumanie Henryk Grynberg, zestawiając jego życiorys z własnym doświadczeniem bycia Żydem w komunistycznej Polsce.

.

Jego rodzina mówiła po żydowsku jak moja, ale on tylko po polsku jak ja, bo nasze matki wierzyły w dobrodziejstwo asymilacji. W elitarnym poznańskim gimnazjum siedział w getcie ławkowym i musiał słuchać nauk, że Żydzi to „pasożyty żyjące kosztem Polaków”. Ja, urodzony jedenaście lat później, tego uniknąłem. Byli jedyną żydowską rodziną w swojej dzielnicy jak my w Radoszynie. Zrozumiał, co znaczy być Żydem, gdy jego matka okazała się bezradna wobec zniewag małych uliczników. Jak ja, gdy wiejskie łobuzy zniszczyły mi konika na kółkach, a mój ojciec wolał nie interweniować. Zapamiętał hasło „Żydzi największym nieszczęściem Polski” prosto z hitlerowskiego „Juden sind unser Unglück”. Ówcześni polscy antysemici to niekoniecznie analfabeci – wskazuje Artur Domosławski w biografii „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana”, dodając, że wśród nacjonalistów (czytaj: antysemitów) prym wiodły „osoby o wysokim prestiżu społecznym” (czytaj: inteligenci). Baumanowie w przedwojennym Poznaniu zainstalowali „wzmocnienie drzwi frontowych mieszkania masywnymi żelaznymi ryglami”. Jak my po wojnie w Łodzi. On „na świadectwie końcowym w czerwcu 1939 roku dostaje z polskiego dwóję”, a ja na maturalnym w 1954 roku dostałem prawie wszystkie stopnie obniżone, zwłaszcza z polskiego. On zapamiętał piosenkę „Nasz Śmigły-Rydz nie nauczył nas nic, a nasz Hitler złoty nauczył nas roboty”, którą Niemcy kazali Żydom śpiewać (a którą nie Niemcy ułożyli). Ja zaś znałem wersję „Śmigły-Rydz nie wart nic”, którą słyszałem od mojej mamy. Oni uciekli na sowiecką stronę, bo nie mieli nic do stracenia, a my nie, bośmy mieli. Autor biografii nazywa to pierwszym wygnaniem, choć była to raczej ucieczka. Nas wygnano (wysiedlono) dopiero w 1942 roku, ale trzy razy: z Radoszyny, potem z Dobrego i w końcu ze Stanisławowa (Maz.), skąd uciekliśmy jak oni.

Obaj byliśmy agitpropami

W Rosji przestał być „Żydkiem”, traktowano go tak samo jak innych i tak jak inni głodował. „Byłem głodny przez następne dwa i pół roku, dopóki nie dołączyłem do Armii Polskiej” – wyznał z wyjaśnieniem, że „kraj głodował” (wszystkie cytaty za Arturem Domosławskim), że niby to był głód wojenny, lecz wojna zaczęła się tam dwa lata później, a w latach 1939–1941 po czystkach i zajęciu (w porozumieniu z Hitlerem) kilku żyznych krajów partia głosiła, że „żyt’ stało łutsze, wiesieleje”. Jeśli więc był głód, to systemowy i strategiczny: długie pociągi ze zbożem szły regularnie do Niemiec, ułatwiając im wojnę z Wielką Brytanią (czytaj: z demokracją).

„Rosja walczyła sam na sam z przemysłową potęgą Europy” – twierdzi Bauman, a jego biograf nie koryguje. Otóż samotnie z tą potęgą walczyła Brytania, a gdy Hitler zaatakował Rosję, posyłała do Murmańska konwoje ze strategicznym zaopatrzeniem, tracąc tysiące marynarzy na tym ponurym szlaku. Owszem, była różnica między ówczesnym sowieckim komunizmem a przedwojennym polskim antykomunizmem: skończył liceum z medalem, uprawniającym do dowolnych studiów bez egzaminu wstępnego (po wojnie to się w sowieckim komunizmie upodobni to tego, co było w przedwojennej Polsce). Był aktywistą w Komsomole jak ja w Związku Młodzieży Polskiej (ZMP). O nim pisano w opinii „politycznie pewny”, a o mnie „wyrobiony”. Obaj byliśmy agitpropami: on w wojsku, ja w ZMP (patrz „Życie ideologiczne”). On pozostał „pewny” na długie lata, ja prędko stałem się niepewny (jego o wiele dłużej indoktrynowano niż mnie). W KBW znalazł się tylko dlatego, że wcielono całą jego dywizję. Domosławski twierdzi, że „zazwyczaj nie werbowano pojedynczych żołnierzy”, ale mnie na rok przed maturą wywołano z klasy i dwaj oficerowie mnie zapewniali, że wezmą mnie bez matury do szkoły oficerskiej, dadzą umundurowanie i utrzymanie i zaoszczędzę niepotrzebnych kosztów rodzinie. Miałem starszego kolegę z żydowskiej szkoły, którego zwerbowano i widziałem go w oficerskim mundurze.

Twierdził, że nie wiedział, co robiła bezpieka – ja mu wierzę

Antysemici głoszą, że „jako oficer polityczny strzelał w plecy żołnierzom, którzy się wycofywali”. Domosławski tego nie komentuje, więc wyjaśniam, że tak robili enkawudziści, tylko w sowieckiej armii i chyba tylko w krytycznych bitwach. Adam Bromberg, też politruk, wspomina, że w warunkach bojowych miał zadanie czuwać przy dowódcy – którym był na ogół Rosjanin – żeby się za bardzo nie upił i nie zapomniał planu działania (patrz „Memorbuch”, rozdz. „Powrót”). W bitwie o Kołobrzeg, w której padło 1266 Polaków i Żydów, porucznik Bauman został ranny i dostał Krzyż Walecznych. Dwa tygodnie po wojnie jego dywizja weszła w skład nowo utworzonego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nie wiadomo, czy brał czynny udział w ściganiu podziemia, które – jak przypomina autor – mordowało Żydów, aktywistów i „opornych chłopów, którzy nie chcą zaopatrywać ich w żywność” [s. 161]. A nawet gdyby, to te podziemne oddziały – najczęściej bandy – były nielegalne nawet w oczach rządu londyńskiego, a z osobistego doświadczenia (patrz „Zwycięstwo”) i późniejszych dokumentów (patrz „Pamiętnik 4”) wiem, że nie zasługiwały na nic lepszego niż to, co je spotkało. Według danych, które przytacza Domosławski, po stronie podziemia padło około dziewięciu tysięcy ludzi, a dwa tysiące pięciuset – w tym partyzantów UPA, Niemców i pospolitych przestępców – stracono. Po stronie rządowej zginęło dwanaście tysięcy żołnierzy KBW, funkcjonariuszy UB i MO, w tym około dwa i pół tysiąca z rąk UPA. Do tego antykomunistyczne podziemie zabiło dwa i pół tysiąca cywilów. Autor nie wyszczególnia, lecz co najmniej połowę ofiar cywilnych stanowili Żydzi.

„Tak. Podpisałem zobowiązanie do współpracy z Informacją Wojskową, zakończonej w 1948 roku” – przyznaje Bauman [s. 145]. Jako oficer służby czynnej mógł uważać współpracę z kontrwywiadem za swoją powinność, a jako komunista za moralny obowiązek. „Ma duże poczucie obowiązku, daje dużo materiałów politycznych” – opiniował po półroczu jego zwierzchnik. Domosławski wyjaśnia, że były to „teksty analityczne”, względnie (sic!) ideologiczno-propagandowe, nie donosy…”. Po roku w opinii napisano mu, że „wymagał stałego nacisku w pracy” i „cennych materiałów nie dał”. Może dlatego, że ten kontrwywiad okazał się „faktycznie wojskową policją polityczną”. Po trzech latach zwolniono go z uzasadnieniem, że „ze względu na swe semickie pochodzenie do rozpracowań używany być nie może” [s. 178]. Moje wyjaśnienie: jako Żyd miał zbyt ograniczony kontakt z Polakami. Zaliczył tę część swego życiorysu do „pułapek młodzieńczej naiwności i sideł umysłowego zniewolenia” [tamże]. Moje zobowiązanie do współpracy z wywiadem też się nie obeszło bez sideł, ale bez młodzieńczej naiwności – przeciwnie, było to jedno z najroztropniejszych moich posunięć (patrz „Pamiętnik 4”). Domosławski pisze, że w 1989 roku „niemal wszystkie inne teczki agentów Informacji Wojskowej z lat 40. zostały zniszczone. Wyjątek poczyniono właśnie dla teczki Zygmunta Baumana”. Też „ze względu na semickie pochodzenie”.

Cały system był donosicielski: „Organizacje partyjne na wydziałach […] informują KC PZPR o postawach i poglądach wykładowców. […] Tego rodzaju donosy czasem prowadzą do odsunięcia od zajęć dydaktycznych […], studenci aktywiści mają znaczną władzę nad swoimi nauczycielami…” [s. 243]. Bauman twierdzi, że nie wiedział, „co robiła bezpieka w Polsce”, że w ogóle mu to „do głowy nie wpadło”. Ja mu wierzę, bo ja też nie wiedziałem. Przypuszczam, że większość Polaków wiedziała, lecz z Żydami się o tym nie mówiło. Janina, jego żona, powiedziała, że po rewelacjach o tych zbrodniach złagodniał, stał się bardziej wyrozumiały i „zaczął dostrzegać nieaktualność niektórych tez doktryny powstałej przed wiekiem”. Ale nie przestał być marksistą i komunistą. Jeszcze w 1955 roku utrzymywał, że „w dziełach klasyków marksizmu-leninizmu skrystalizowała się zdobyta dotychczas mądrość ludzkości” i że „terminujemy u największych mistrzów, [jakich] znała dotąd ludzkość” [s. 267].

Najlepszy program zwalczania antysemityzmu

W Zarządzie Polityczno-Wychowawczym KBW pisał agitki do szkoleń ideologicznych. „Byłem skrybą-biuralistą” – próbował to potem zlekceważyć. W 1950 roku w randze majora pełnił już funkcję szefa Oddziału Agitacji i Propagandy tegoż Zarządu, ale nie zatwierdzono go na tym stanowisku jako za wysokim dla oficera „pochodzenia kupieckiego”. W nagrodę za lojalność zalecono „umożliwić mu wejście na drogę naukową”. Na moim pierwszym roku studiów (1954/55) spotykałem umundurowanych oficerów, też „pochodzenia kupieckiego”. Ostatecznie został usunięty z wojska w 1953 roku (przez Rokossowskiego, którego Stalin przysłał do Polski, żeby odżydził kadrę oficerską), a po Marcu zdegradowany do stopnia szeregowca przez Jaruzelskiego za to samo żydowskie pochodzenie. Lecz pozostał ideologiem: „szefem szkolenia partyjnego w Komitecie Uczelnianym PZPR”, „narzędziem partii na uniwersytecie”; „tropi[ł] wrogie myśli, nieortodoksyjne naleciałości”, „rozprawia[ł] się z amerykańskim imperializmem”. Pamiętano go „jako pierwszego fanatyka wydziału, niemal pierwszego fanatyka uczelni” [s. 252–258].

„W chwili wstąpienia do partii można było zrzucić tożsamość etniczną” – wyznaje. „Organizacje komunistyczne pozwalały im czuć się równowartościowymi członkami” – wyjaśnia jego biograf [s. 233]. Złudzenie się rozwiało, gdy w Rosji „idea komunizmu przekształciła się w nacjonalistyczny bolszewizm”, a w Polsce w to, co przed wojną. „Innego życia mieć nie mogłem” – napisał krótko przed śmiercią, ale to niekoniecznie prawda, bo „większość Żydów w powojennej Polsce nie przystąpiła do komunizmu” – przypomina Domosławski. Po rewelacjach o zbrodniach Stalina posunął się o krok dalej, pytając „dlaczegośmy oślepli?”, lecz uważał się przede wszystkim za oszukanego. Pisał o potrzebie „restytucji demokratycznych zasad życia partyjnego i państwowego” [s. 284], jak gdyby można było restytuować to, czego w tej partii ani państwie nigdy nie było. Poniewczasie jak inni potępił błędy i wypaczenia. Wyrzekł się Stalina, ale nie Lenina: „Trzeba przywrócić pełny, niezafałszowany blask nauce leninowskiej”. Później i o Leninie zapomni, ale nie o Marksie, choć dla byłego ZMP-owca jak ja było i jest oczywiste, że Marks spłodził Lenina, Lenin Stalina, a Stalin Mao Zedonga, Pol Pota, Fidela Castro, Moczara. Później wycofa się z „wersji marksizmu, kładącej nacisk na niezależne od ludzi prawa historyczne” – czyli z determinizmu, na którym opiera się teoria pseudonaukowego socjalizmu i komunizmu, lecz na Zachodzie pozostanie cenionym marksistą. Przyznał się do ewolucji z rewolucjonisty na ewolucjonistę, która zbliżała go do socjalizmu reformatorskiego, ale do końca życia wierzył, że w 1945 roku komuniści mieli „najlepszy program dla Polski”. „Cała Europa przesuwa się po wojnie na lewo” – wyjaśnia Domosławski [s. 136]. Ja pamiętam, że także syjoniści – najpopularniejszy ruch wśród ocalałych Żydów – byli wtedy w ogromnej większości lewicowi. W Polsce „zagłada Żydów nie osłabia antysemityzmu; przeciwnie, poczucie winy wobec żydowskich sąsiadów go wzmacnia” – przypomina autor biografii [s. 139]. Myśmy wtedy wierzyli, że komuniści mają najlepszy – jeśli nie jedyny – program zwalczania antysemityzmu.

Marksista otwarty

Większość socjologów uważa, że ich rolą jest „rejestrowanie rzeczywistości [i że] socjolog jest ekspertem, nie działaczem ani inżynierem” przekształcającym społeczeństwo [s. 328], ale Bauman należał do inżynierów i był dumny z „kształtowania socjalistycznego człowieka”. Według Domosławskiego patrzył na świat przez „okulary marksisty otwartego […], który dopuszcza istnienie różnych wersji lewicowości, socjalizmu i kształtowania świata według socjalistycznego ideału” [s. 345]. Albowiem – jak twierdzi cytowany w książce Jerzy Wiatr – „obok marksizmu apologetycznego wobec władzy istniał marksizm reformatorski […], którego pozycja [w latach 60.] stopniowo słabła” [s. 347]. Bauman – według Andrzeja Werblana – „miał skłonności do działań na rzecz demokratyzacji polityki partii” [s. 348], ale nie uważano go za rewizjonistę. Nie podpisał żadnych listów protestacyjnych. „Osobny. Niezależny”. To się nie podobało ani jednej stronie, ani drugiej. „Niby nie rewizjonista, niby swój, ale…” – jak ujmuje to Domosławski [s. 361]. „Po co wy to robicie? To jest zupełnie niepotrzebne!” – ganił Krzysztofa Pomiana, gdy wyrzucono z partii Kołakowskiego. „Dla inteligentów, którzy wynieśli ze swoich kręgów rodzinnych tak zwany kapitał kulturalny, był […] człowiekiem znikąd”, toteż uważali, że „jego sława jest w gruncie rzeczy niezasłużona, że należy się innym […], lepszym od niego” [s. 364–365]. Domosławski równocześnie podkreśla, że oni nie walczyli z socjalizmem, że „ich horyzontem [był] socjalizm demokratyczny” [s. 373]. Jak democratic socialism, który dziś w Ameryce postulują epigoni, jak Bernie Sanders – też marksista „kupieckiego pochodzenia” i naprawiacz świata.

Bauman – zawsze trochę inny – przedstawiał w Klubie Dyskusyjnym przemyślenia o „socjalistycznej demokracji”, chciał „naprawić partię” i stawiał na jej „samonaprawę” [s. 377]. A tymczasem partia zaczęła się zmieniać. Nastąpił „rodzaj rewolty drugich i trzecich partyjnych szeregów; ludzi mających ambicje awansu, [fali] osobliwego nacjonalizmu, wyrażanego w języku doktryny komunistycznej” [s. 394–395]. Oficjalny antysyjonizm stał się instrumentem dla antysemickiej czystki w partii i instytucjach – wszystkich, a nie „wielu” jak pisze Domosławski. Bauman długo był „wiernym synem partii” i „starał się” być rzetelnym socjologiem. Za granicą przeważa opinia, że to mu się udało. W Polsce zarzuca mu się konformizm, choć „nie uchylał się”, gdy trzeba było kogoś bronić przed szykanami. „Zachowywał się jak porządny człowiek”, który „chodził własnymi drogami”. „Bauman pozostaje lojalny wobec partii”, ale „partia wobec niego lojalna nie jest” – podkreśla Domosławski [s. 399–400]. W styczniu 1967 roku w Paxowskich „Kierunkach” młody wychowanek profesora Chałasińskiego oskarża go, że powołuje się na socjologów amerykańskich, a nie polskich. Na polemiczną odpowiedź Baumana, tenże młody socjolog wyraźnie drwi sobie z niego – a było to rok przed Marcem. „[N]ie trudno się domyślić, dlaczego właśnie docenta Zygmunta Baumana, socjologa o europejskim rozgłosie, […] wybrano sobie jako przedmiot swoistych i bardzo osobliwych polemik niewątpliwie zainscenizowanych przez wiadome czynniki” – skomentowała to „Wolna Europa”.

Socjologiczna dygresja

Ja tego młodego człowieka dobrze znałem. Postawny, wysportowany, jasnooki blondyn. Spotkaliśmy się, mając po piętnaście lat na ZMP-owskim obozie szkoleniowym w Piwnicznej Zdroju (patrz „Życie ideologiczne”). Byłem z dwoma kolegami z żydowskiej szkoły i bardzo się z nami zaprzyjaźnił. „Porządny Polak” – mówili do mnie z niedowierzaniem. „Czy wiesz, że my jesteśmy Żydami?” – spytali go raz na stronie. „Nie rozumiem” – odpowiedział. Powtórzyli pytanie, a on jeszcze bardziej się zdziwił: „O czym wy mówicie?”. Gdy kilka lat później przeżywaliśmy kryzys ideologiczny, widziałem go na Piotrkowskiej (reprezentacyjnej ulicy Łodzi) na czele chuliganów, którzy załatwiali swoje porachunki z innymi chuliganami. A w tym odwilżowym okresie odrodzona polska socjologia zainteresowała się chuliganami niczym pedagog Anton Makarenko po rosyjskiej wojnie domowej i zaczęliśmy go widywać w kawiarniach, nawet w artystycznej „Honoratce”. Czasem z żydowską dziewczyną, która wkrótce wyjechała do Izraela. Spotykałem go także – zawsze przypadkiem – w cywilizowanych punktach Warszawy. Zawsze w starannie skrojonym garniturze spod igły. Raz poszliśmy do SARP-u na obiad i jedliśmy przy jednym stoliku z Przybosiem.

Fast Forward: 1973–1975. Mieszkam pod Waszyngtonem, pracuję w Głosie Ameryki i nagle list ze Szwecji: ubiega się o amerykańską wizę i potrzebna mu rekomendacja dla International Rescue Committee. Jako uchodźca czułem moralny obowiązek poprzeć uchodźcę i tak się tym przejąłem, że zapomniałem go spytać, dlaczego został uchodźcą. Później z Nowego Jorku zwrócił się do mnie o rekomendację do Głosu Ameryki. Przyjemnie mieć w pracy kolegę, z którym się ma tyle wspólnego, więc zarekomendowałem. Wychodziliśmy razem na obiad, bywał u mnie w domu. Jaka piękna przyjaźń – podziwiali nas nasi o pokolenie starsi koledzy i koleżanki. Aż nagle ni z tego ni z owego znielubił mnie. Rzucał złośliwe uwagi. „Obywatele z dwutygodniowym wymówieniem” – powiedział na całą salę, gdy dostałem obywatelstwo amerykańskie.

Nie po to uciekłem z Polski, żeby wysłuchiwać takich antysemickich haseł, więc złożyłem oficjalną skargę. Szef naszego polskiego serwisu był przedwojennym endekiem, ale nie miał wyjścia, bo jego zwierzchnik był Żydem, a poza tym pierwszeństwo do pracy w amerykańskim urzędzie państwowym – a był to urząd – ma obywatel, a nie przybłęda i kontraktu z nim nie odnowiono. Sprawdziłem później w mojej teczce i okazało się, że przesłuchiwany w mojej sprawie przez FBI starał się, żebym obywatelstwa nie dostał (opisałem to w książce „Ciąg dalszy”, rozdz. „Centrum świata”). Został potem waszyngtońskim korespondentem polskiej rozgłośni Radia Wolna Europa, tego co swego czasu krytykowało jego napaść na Baumana, o której dowiedziałem się dopiero teraz z książki Domosławskiego. Nikt mi nie umie powiedzieć, co się z moim byłym przyjacielem stało, gdy cała Polska przeszła do wolnej Europy. Taka mała socjologiczna dygresja.

Ucieczka z serca byłego getta

24 marca 1968 ukazała się w „Trybunie Ludu” recenzja z Baumana książki „Kultura i społeczeństwo”, choć – jak przypomina Domosławski – „nie zdarza się, by gazety codzienne publikowały wieloszpaltowe recenzje z mało przystępnych, specjalistycznych książek naukowych”, zwłaszcza z książki sprzed trzech lat. Chałasiński „pastwi się nad Baumanem od pierwszych do ostatnich słów”, zwłaszcza za pominięcie „struktury narodu”, która według niego jest „fundamentalnej wagi” [s. 432]. Domosławski przypomina, że w marcu 1968 roku słowo „naród” miało w Polsce szczególne znaczenie i że była koniunktura na tego rodzaju donosy. Na drugi dzień Bauman został usunięty z uniwersytetu i „Trybuna Ludu” scharakteryzowała go jako „stalinowca z KBW, który przerzucił się do pracy naukowej”. Otrzymywał obelżywe telefony: „Wynoś się z Polski, ty Żydzie parszywy!”. Mieszkał na Nowotki vis-à-vis mnie. Ja niby na Anielewicza 2, ale wchodziłem od Nowotki. To było serce byłego getta. Wielu Żydów tam mieszkało w nowych blokach. Stamtąd obaj uciekliśmy. Na granicy skonfiskowano mu maszynopis książki. Ja tego wszystkiego uniknąłem, uciekając kilka miesięcy wcześniej (patrz „Uchodźcy”). Opuszczał Polskę z nadzieją, że sytuacja się zmieni i będzie mógł wrócić, ja – z postanowieniem, że nie nigdy wrócę. On myślał, że ma do czego wracać, ja – nie.

polecił: Leon Rozenbaum
Sam po latach uzna, że „bardzo długo – zbyt długo – był lojalnym członkiem partii”, ale marksistą pozostał. Niekonsekwencja, bo marksizm tę partię stworzył i z tego, co widzę dziś w Ameryce, idzie w tę samą stronę. Nie mógł darować moczarowcom, że „usmarowali ideał socjalizmu i socjalizm realny nacjonalizmem i antysemityzmem” [s. 453]. Dzisiejsi aktywiści w Ameryce smarują tenże ideał „antyrasistowskim” rasizmem i antysemityzmem. W PRL-u wycofano jego podręcznik socjologii i wszystkie inne książki z programów nauczania, wykreślono z przypisów i odnośników, zniknął „z życia akademickiego i intelektualnego w Polsce”. Analogiczne czystki ideologiczne i personalne postulują dzisiejsi aktywiści amerykańscy. Islamiści dopuszczają się barbarzyńskich okrucieństw, bo ich ideał im na to pozwala. Lenin, Stalin, Mao, Pol Pot, Castro, Moczar pokazali, na co pozwala socjalistyczny ideał. Bauman słusznie zauważył, że „[n]owa fala antysemityzmu nie była naturalną, ani nawet uboczną reakcją na role odgrywane przez Żydów w gospodarczym i politycznym życiu Polski”, że było to „zjawisko czysto polityczne” [s. 462–463], lecz jego konkluzja: „ten drań Moczar wygnał mnie z Polski” jest nadmiernym uproszczeniem. Wygnał go antysemityzm, którym Moczar i towarzysze umieli się posługiwać.


Druga część tekstu Henryka Grynberga ukaże się w kolejnym numerze „Kultury Liberalnej”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A New Year’s Resolution for Stopping Anti-Israel News

A New Year’s Resolution for Stopping Anti-Israel News

Benjamin Amram


A general view shows the plaza of the Western Wall in Jerusalem, amid the coronavirus pandemic, May 6, 2020. Photo: Reuters / Ronen Zvulun.

The Ten Days of Repentance — which culminate in Yom Kippur — is a time for reflection and introspection. How we can improve as individuals and as a community?

It seems like the media have their work cut out for them.

According to the 2022 Reuters Institute Digital News report, trust in news agencies has reached a seven-year low among Americans, steadily declining since 2017. Currently, it stands at only 26%. Another study published by The Washington Post found that, among US adults surveyed, only 16 and 11 percent have “a great deal” or “quite a lot” of confidence in newspapers and TV news, respectively.

The then-UN High Commissioner for Human Rights, Michelle Bachelet, illuminated the challenges facing the media in a speech at the Human Rights Council some three months ago:

We need to look at how best to contain the harms caused by disinformation, while addressing the underlying causes that give disinformation life and allow it to gain traction.

For its part, the prestigious Pew Research Center recently stated that the major causes of declining trust in the media are the shift to digital ad revenue, polarized news sources among Democrats and Republicans, and misinformation.

Interestingly, while readers distrust news sources, they do trust organizations that align with their own opinions. As Olivier Knox from The Washington Post claimed: “It seems people loathe Congress but are fine with their own representative. It seems plausible that people trust where they get their news, but not where people they disagree with get theirs.”

These biases, which affect journalists as well as their audiences, can possibly be attributed to certain psychological shortcuts. Readers are more likely to read and remember information congruent with previously held beliefs, the National Institutes of Health (NIH) argues.

The NIH highlighted two biases that seemingly contribute to the deteriorating trust: confirmation bias and selective exposure bias:

Confirmation bias: “Individuals may… actively seek out and assign more weight or validity to information that supports their current attitude.”

Selective exposure bias: “Phenomenon whereby people choose to focus on information in their environment that is congruent with and confirms their current attitudes in order to avoid or reduce cognitive dissonance.”

For readers, this translates to reading and remembering information they knew before — while disbelieving people who hold counter information from opposing viewpoints.

The selective exposure bias furthermore affects the ability of journalists to report impartially. Subconsciously, the brain compares previous memories and knowledge with incoming information. This would mean that — either deliberately or mistakenly — reporters struggle to be perfectly impartial. HonestReporting has this year highlighted many journalists who have purposely skewed facts and neglected crucial context, including at the BBC, The New York TimesAl Jazeera, and others.

The major challenge is the speed at which misinformation can spread. An MIT study of Twitter data found that fake news spreads six times quicker than factual news. A possible explanation is that false news is “novel” and shocking, causing stronger emotional reactions.

Soroush Vosoughi, a postdoc student and member of the research team at MIT, suggested that the “misinformation challenge” has two angles: people who deliberately spread fake news and people who unknowingly spread it. Political information was the largest cluster of misinformation among the 126,000 samples of false news published on Twitter.

All in all, this can contribute to polarization and a lack of trust in the media.

Steven Pinker, a Harvard psychology professor, mentions that misinformation is also caused by “human negative biases.” This refers to the brain’s tendency to perceive threats over positive information, which causes journalists to over-report shocking and tragic events while under-reporting positive events.

As the professor explains:

Bad things are sudden and newsworthy (a shooting rampage, a war, an epidemic), while good things are gradual and boring (a crime decline, a spreading peace, a longevity rise). The culture of journalists amplifies the negativity by dismissing positive developments as human-interest fluff, corporate PR or government propaganda.

To prevent the spread of fake news and counter negative biases, he suggests journalists should give context to negative information by providing the long-term trends related to current incidents, as these trends tend to show improvement rather than things getting worse.

By not posting fake news on social media, readers can contribute to the improvement of ethical journalism, which should uphold values of impartiality, truth, and transparency.

Yet attempting to regain the public’s trust in the media requires that journalists make a serious effort to put an end to misinformation and biased reporting.

First of all, news agencies bear a responsibility to hire only qualified journalists who do not have a history of antisemitism, anti-Israel bias, or connections to controversial pro-Palestinian groups. It is important to check the credentials, past stories, and resources used by reporters to validate their ability to report impartially.

To stop the spread of misinformation and biased reporting, journalists could moreover use the American Press Institute guidelines:

  • Periodically examine yourself for bias building up — understanding what your views are and why you have them is the best way to keep them under control.
  • Who do you personally like or dislike? Why?
  • How might that be coloring your judgment?
  • Read through some of your stories and be self-critical.
  • Do any of them help you tell the story?
  • Are there any you believe you should not deal with?
  • Is there anything you should do in presenting any of these biases that will help the reader understand them?
  • What bias do I have going in that I should be wary of?
  • What are my points of ignorance going in that I need to note?

The spread of misinformation begins with reporters, but is exacerbated by the public, in particular by social media users. The public can contribute to the media’s improvement by following the steps listed by Simon Fraser University

The most important steps are to thoroughly check the source, read beyond the headlines (do not share an article without reading the contents), investigate the authors, and check the resources they used.

Rosh Hashanah and the days leading up to Yom Kippur are a time to reflect on the past year. What mistakes have we made? Where can we improve? How do we move toward a better version of ourselves? Journalists and readers each play an important role in the spread of misinformation and biased reporting.

Awareness is the first step towards reinstating the values of ethical journalism that could eventually enable the public to trust the media more. News media outlets, journalists, and consumers each have to do their part.

Together, we can move toward a successful year.


The author is a contributor to HonestReporting, a Jerusalem-based media watchdog with a focus on antisemitism and anti-Israel bias — where a version of this article first appeared.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli Man Shot by Palestinian While in Sukkah: ‘Miracle’ Things Didn’t End Differently

Israeli Man Shot by Palestinian While in Sukkah: ‘Miracle’ Things Didn’t End Differently

Algemeiner Staff


The weapon used in a Palestinian shooting attack on Beit El in the West Bank on October 14, 2022. Photo: IDF.

An Israeli man who was hit by Palestinian gunfire while sitting at a Sukkah near his home in the West Bank on Friday recounted the ordeal to Israel media, saying it was a “miracle” there were no fatalities within the crowded holiday dwelling.

Jonathan Nizri, 25, was enjoying the “great atmosphere” with his wife, baby son, and more than a dozen others in his Sukkah — a temporary hut erected by Jews during the holiday of Sukkot — in Beit El before suddenly hearing gunfire.

“We saw smoke from the corner of the Sukkah and I very quickly understood that it’s a shooting attack,” he told Yediot Achronot on Saturday.

“I felt a blow to my jaw and immediately grabbed my wife and son and we went to our house,” said Nizri, who sustained an upper body injury from shrapnel and was treated by a local first responder, before being evacuated to a Jerusalem hospital.

The Palestinian gunman, identified by the Israeli military as Hamas operative Kays Shajaia, 23, was killed by returning fire from Israeli troops. Shajaia was previously imprisoned due to his involvement in terrorist activities, according to the IDF.

A second suspected assailant, 19, was arrested hours later in the Palestinian town of Dayr Jarir, located northeast of Beir El, along with two other suspected accomplices. His home contained weapons and uniforms, the military said.

“It’s a difficult feeling, the transition from a holiday atmosphere to that of a terrorist attack within one second is difficult to digest,” said Nizri. “It could have ended differently, it’s a definite miracle. There are bullet marks on the chair I sat, and if the bullet had been slightly skewed, it could have ended completely differently.”

“I was a fighter in an elite [military] unit and I had the feeling in the IDF that I gave [others] a sense of security,” he continued. “I would return home with a lot of satisfaction.”

“After experiencing such an event in the Sukkah in your home and feeling that your child and your wife were in mortal danger, you ask questions,” Nizri said. “I understand that these terrorists were in the scope of our snipers, and ask if it was possible to stop them beforehand.”

The attack was among the latest in an ongoing surge of Palestinian and Arab violence that has left more than 100 people killed or injured since March.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“Ormianina to jeszcze znieść mogę, bo to starzy chrześcijanie. Ale parchy na majątkach?”

O lewej: Maria (Mija) Wiśniewska, Anna Niemirowska z wnuczką Klarą na kolanach, Tytus Weydlich, babcia Teodora, Julian Wiśniewski, dziadek Tadeusz Modzelewski, Kazimierz i Jadwiga Wiśniewscy i ich starsza córka Staszka Wiśniewska. Koszyłowce na Podolu, majątku położonym mniej więcej w połowie drogi między Buczaczem i Zaleszczykami, 1926 r. (fot. archiwum rodzinne)


“Ormianina to jeszcze znieść mogę, bo to starzy chrześcijanie. Ale parchy na majątkach?”

Jarosław Kurski


Ludwik wsiadł do pociągu linii Jassy – Czerniowce – Lwów jako Polak, piłsudczyk i socjalista, a wysiadł jako Brytyjczyk, Żyd i syjonista.


12 października premiera książki „Dziady i dybuki”

Od redakcji: Bohaterem poniższego fragmentu książki jest sir Lewis Namier, jeden z najwybitniejszych brytyjskich historyków XX w., znany m.in. z tego, że wykreślił tzw. linię Curzona, która dziś jest wschodnią granicą Polski. Namier był antagonistą Romana Dmowskiego, gdy ten zabiegał o polskie granice przed i w czasie paryskiej konferencji pokojowej po zakończeniu I wojny światowej.

Ale w 1906 r., gdy rozgrywają się opisane wydarzenia, Lewis Namier nazywał się jeszcze Ludwik Bernstein i był młodym studentem prawa na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Pochodził z bogatej rodziny zasymilowanych Żydów, którzy przeszli na katolicyzm i uważali się za polskich patriotów. Rodzice Ludwika – Józef i Anna (z domu Sommerstein) Bernstein vel Niemirowski – wiedli dostatnie ziemiańskie życie w Koszyłowcach na Podolu, majątku położonym mniej więcej w połowie drogi między Buczaczem i Zaleszczykami, wówczas w austriackiej Galicji, a po odzyskaniu niepodległości na polskich Kresach Wschodnich. Ich córką (siostrą Ludwika) była Teodora, która w 1922 r. poślubiła szlachcica (bez ziemi) Tadeusza Modzelewskiego. Ich z kolei córką była zmarła w 2016 r. Anna Kurska, matka autora.

Wyjazd Ludwika Bernsteina, mojego ciotecznego dziadka, na studia do Lwowa był ostatnim aktem bezwarunkowego posłuszeństwa wobec woli ojca. Zarówno co do decyzji, gdzie studiować, jak i co studiować. Józef, sam prawnik, wybrał dla syna wydział prawa. Pod koniec XIX w. i na początku XX dominującym językiem wykładowym lwowskiego uniwersytetu był polski. Nieliczne tylko wykłady odbywały się po łacinie, po ukraińsku (rusku) lub niemiecku. A w 1906 r., zaraz po rewolucji, silnym i dominującym nurtem politycznym pośród polskich studentów była Narodowa Demokracja. Zrzeszeni w korporacjach zwolennicy Romana Dmowskiego mieli w tym czasie dwóch zasadniczych wrogów: Żydów i socjalistów. Ludwik podpadał pod oba te paragrafy. Czuł się Polakiem, ale z silną świadomością swego żydowskiego pochodzenia, której nie wypierał. Czuł się też socjalistą i piłsudczykiem z kręgu Promienia. Było więc aż nadto powodów, by zadrzeć z bojówkami narodowej studenterii.

'Promień. Pismo Polskiej Młodzieży Socyalistycznej', wrzesień-październik-listopad 1905 r.

‘Promień. Pismo Polskiej Młodzieży Socyalistycznej’, wrzesień-październik-listopad 1905 r.  Polona

Z pewnością w nawiązywaniu kontaktów społecznych nie pomagał Ludwikowi jego neurotyzm i mizantropia. Kształcił się w domu. Miał prywatnych nauczycieli i nienawykły był do budowania rówieśniczych relacji, zwłaszcza w tak burzliwych politycznie czasach. Jak pisze Julia Namier [druga żona Lewisa, którą poślubi wiele lat później w Wielkiej Brytanii – red.] w biografii męża, „od razu natknął się na skrajnie nacjonalistycznych studentów, przypominających nazistów z czasów późniejszych”. Julia pisze też o „zawziętym, antysemickim gangu młodych, wściekłych zwolennikach Dmowskiego” i o „przerażeniu Ludwika ich brutalnymi metodami perswazji i typem umysłowości, jaki się za ich działaniami krył”.

Ludwik nie zwierzył się z tego doświadczenia nawet Julii. Opowiedział o tym przyjacielowi Augustowi Zaleskiemu, późniejszemu szefowi MSZ, a po 1947 r. – prezydentowi polskiego rządu na uchodźstwie. 

August Zaleski (1883-1972) - polski polityk i dyplomata, minister spraw zagranicznych (1926-1932, 1939-1941), Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie (1947-1972)August Zaleski (1883-1972) – polski polityk i dyplomata, minister spraw zagranicznych (1926-1932, 1939-1941), Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie (1947-1972)  Unknown author, Public domain, via Wikimedia Commons

To od niego Julia Namier wzięła tę relację. Badacze: [dr Andrzej] Zięba, [prof. Andrzej] Nowak, [prof. David] Hayton i inni, z powodu skąpych źródeł skłonni są bagatelizować sprawę, twierdząc, że ataki na młodego Namiera nie musiały mieć wydźwięku antysemickiego. Wszak w tym czasie we Lwowie Żydzi mogli studiować i nikt im z tego powodu wstrętów nie czynił. Studiował też wtedy jego kuzyn Ludwik Ehrlich, późniejsza sława, profesor prawa narodów. W okresie międzywojennym studiowało też dwóch innych jego kuzynów ze strony matki – Jan i Kazimierz Sommersteinowie, którzy zmienili nazwisko na Stożyński. Rzecz w tym, że kuzyni zrobili coś, czego nie potrafił Namier. Po prostu przeistoczyli się w najczystszych Polaków. Ehrlich całkowicie odżegnał się od swego pochodzenia, neoficko manifestując katolicyzm, a bracia Stożyńscy wręcz wstąpili do Młodzieży Wszechpolskiej. W latach 30. mówiono o takich „żydoendecy”. Co oczywiste, żaden z nich nie był socjalistą. 

Uniwersytet Jana Kazimierza we LwowieUniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie  Biblioteka Narodowa

Nie wiadomo więc, jak wyglądała napaść, kto co zrobił i co powiedział. Czy i jakie zadał rany. I byłbym nawet skłonny uznać, że winien był tutaj trudny charakter Ludwika – jego społeczna niezdarność, egocentryzm, chęć intelektualnej dominacji – a nie „wyolbrzymiany” przez niego polski antysemityzm. Byłbym, gdyby nie książka Grzegorza Gaudena „Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918 r.”.

To opowieść o antysemickim paroksyzmie, jakim Polacy przywitali we Lwowie swoją niepodległość. O dwudniowym pogromie dokonanym z inspiracji i pod ochroną endeckiego komendanta obrony miasta Czesława Mączyńskiego. Ta rzeź nie wzięła się z niczego. Tę glebę latami użyźniali narodowi ideolodzy, katoliccy księża, nacjonalistyczna prasa, korporacyjni bojówkarze, wreszcie lwowska ulica. W pogromie nie uczestniczyła tylko żulia, ale cały społeczny przekrój ówczesnego polskiego Lwowa, dobrzy ludzie, katolicy, burżuazja i inteligencja.

Ludwik nie potrafił się też odnaleźć pośród lwowskich Żydów. Nie czuł się dobrze wśród asymilantów – jak jego własna rodzina. Nazywał ich „udomowionymi Żydami”, a sam „udomowionym Żydem” nie chciał się stać. Jeszcze gorzej czuł się pośród syjonistycznych studentów, których postrzegał jako sektę. Byli świetnie zorganizowani, świadomi swoich celów, asertywni. Mroziły go ich rozmowy w jidysz o Erec Israel. To był obcy dla niego świat. Nie, na żydowską świadomość narodową było jeszcze dla Ludwika za wcześnie. Jego świadomy, intelektualnie wypracowany syjonizm miał dopiero nadejść. Mówił potem, że we Lwowie ok. 1906 roku był już „teoretycznym syjonistą”, co – jak zauważa Hayton – znaczyło tylko tyle, że był ciekaw swojego żydowskiego dziedzictwa i utożsamiał się z żydowskim cierpieniem”. 

Ludwik Bernstein w czasie I wojny światowej, gdy nosił już nazwisko Lewis NamierLudwik Bernstein w czasie I wojny światowej, gdy nosił już nazwisko Lewis Namier  fot. archiwum rodzinne

Isaiah Berlin napisał w eseju o Namierze, że „pochodzenie było jego obsesją. Chorobliwie nie znosił uniżoności, co być może miało związek z pamięcią o Polakach i Żydach w Galicji i często przybierało gwałtowną postać. Spotkawszy mnie kiedyś na korytarzu w pociągu – pisze Berlin – powiedział mi bez związku z tym, o czym rozmawialiśmy: »Złożyłem wizytę lordowi Derby. Powiedział do mnie: – Namier, jest pan Żydem. Dlaczego pisze pan o historii Anglii, dlaczego nie pisze pan o historii Żydów? Odpowiedziałem mu: – Derby! Nie ma żadnej historii Żydów, jest tylko ich martyrologia, a to nie jest dla mnie dostatecznie zabawne«” (1).

Zatruta atmosfera polityczna w mieście i na uczelni, krwawe starcia PPS z endekami, niezdolność odnalezienia się ani w polskim, ani w żydowskim świecie, a zatem znów odrzucenie i znów samotność, zniechęcały Ludwika do studiowania we Lwowie. Czarę goryczy przelał jednak inny incydent. Lepiej już znany, ale równie bagatelizowany przez badaczy. Dla mnie ma on znaczenie fundamentalne. Był punktem zwrotnym w życiu Ludwika i osią sporu z jego najbliższą rodziną.

 * * *

Jesień 1906 roku. Ludwik jedzie pociągiem do Lwowa. Linia wiedzie z Czerniowiec przez Kołomyję i Stanisławów. W Stanisławowie zapewne, bo to stacja przesiadkowa, do przedziału klasy pierwszej, w którym samotnie przy oknie siedzi melancholijny Ludwik, dosiada się trzech polskich szlagonów. Do Lwowa wracają. Właśnie dni kilka na zaproszenie niejakiego Bernsteina w Koszyłowcach bawili. Miłe dni zbiegły na polowaniu, konnej jeździe, kartach i dobrych trunkach. No i, co tu dużo gadać, kuchnia też wyborna była. Powozem odwieziono polskich panów do najbliższej stacji kolejowej w Dżurynie albo – co też możliwe – do Buczacza, bo trochę dalej wprawdzie, ale i gościniec lepszy. Tak więc przesiadka w Stanisławowie – i oto są. W jednym przedziale z Ludwikiem, synem Józefa, ich szczodrego gospodarza, od którego właśnie wracają z wypchanymi sakwojażami i oprawionymi przez ukraińską służbę kuropatwami, bażantami i zającami. Kręcą się, moszczą, upychają bagaże i dubeltówki, sadowią się, śmiechem parskają. 

Dwór w Koszyłowcach na Tarnopolszczyźnie, maj 1936 r. Ukraińscy chłopi uczestniczą w pogrzebie Tadeusza Modzelewskiego, ojca Anny Kurskiej, dziadka autoraDwór w Koszyłowcach na Tarnopolszczyźnie, maj 1936 r. Ukraińscy chłopi uczestniczą w pogrzebie Tadeusza Modzelewskiego, ojca Anny Kurskiej, dziadka autora  fot. archiwum rodzinne

Jedno szydercze sformułowanie padło w czasie tej podróży z całą pewnością: „hrabia jerozolimski” (2), a wiele wypowiadanych było w tonacji, że „Żyd zawsze zostanie Żydem” (3). Reszta przytaczanych przeze mnie niżej słów, owszem, padała, ale w innych dialogach epoki. Opis sceny jest uprawdopodobnioną rekonstrukcją i nie może być uznany za źródło. Sam fakt jest bezsporny.

A więc Ludwik już wie. Ale oni nie wiedzą, kim jest Ludwik. Nie znają go. Nie wiedzą też, że on wie, o kim mówią. I się nie dowiedzą. Nigdy. Będzie milczał. Chciałby wyjść z przedziału, uciec, ale paląca uszy ciekawość nakazuje zostać. Usłyszeć, za kogo ich tu, na Podolu, mają. Co o nas tutaj myślą. Bez pudru kłamstwa, bez podkładu konwenansu, bez brokatu dobrych manier. Usłyszeć to, to jakby zajrzeć do otwartej trumny. Przejrzeć się w zwierciadle prawdy. Potem nic już nie jest takie, jakie było przedtem, bo nie da się już tego odzobaczyć i nie da się odsłyszeć.

Nie będzie jednak im odpowiadał. W okno będzie się patrzył. Obecny będzie całym sobą, ale jakby go nie było. A tortura będzie trwała i trwała. Narastała z każdą podolską stacją: Jezupol, Halicz, Bukaczowice, Chodorów, Wybranówka, Bóbrka… A im bliżej Lwowa, tym weselej. Pić będą i żartować, a pod nim otworzy się otchłań.

– Parszywe czasy idą. Jeszcze lat parę, a już tylko u jerozolimskich hrabiów bawić się będziemy. Pan widziałeś, dziś byle jaki srul, jak tylko się trochę dorobi, to zaraz się stroszy jak Badeni, Dzieduszycki albo jaki Potocki.

– Bernsteiny myślą, że się pokumali z arystokracją, bo im te gorzelniane interesy prowadzą, że to wystarczy, by samemu zaraz stać się arystokratą. Pan wiesz, że ten stary, jak tylko do Lwowa zjedzie, to tylko w George’u nocuje. I tylko w George’u jada i tam tylko spotkania odbywa. I prasę zagraniczną przynosić sobie każe (4).

– Na naszym Podolu już mało panów staropolskich. Nigdzie zaś tylu co tu arystokratów austriackich świeżej daty i bardzo świeżej daty. Feudałów, których ojcowie sprzedawali pieprz, pędzili woły do Ołomuńca i handlowali końmi na jarmarkach lub rękawem obcierali twarze po największym przysmaku ormiańskim, tłustej baraninie (5).

– Prawda to, ale wiesz pan, Ormianina to ja jeszcze znieść mogę. To starzy chrześcijanie są. Starsi od nas. Ale parchy na majątkach?

– Panowie, panowie, ale czyja to wina jest? Sami do tego rękę przykładamy. Od kogo Bernsteiny Koszyłowce kupili?

– A od samego hrabiego Mieczysława Pinińskiego, brata namiestnika Galicji. Naszego posła do Sejmu krajowego. Taki konserwatysta i taki Podolak, a majątek Żydom sprzedał.

Pociąg niespiesznie stukał po szynach, mijając ścielące się po kartofliskach dymy i ścierniska po kukurydzy, na których żerowały stada czarnych wron. Siwoszare niebo zasnuwało horyzont, czyniąc bezkres podolskich pól bardziej jeszcze przygnębiającym.

– A to nie można było katolikowi sprzedać? Trzeba zaraz starozakonnym? Wsie i tak są całe ruskie i Rusini zaczynają się już rozpychać i po parlamentach, i po uniwersytetach. Ordynację wyborczą chcą zmieniać. A mało to już na naszym Podolu chałatów? Mało to czosnkiem po miasteczkach zajeżdża? To jeszcze po dworach ich pełno. Brunsteinowie, Rosenstocki, Sommersteiny, Koflery, Schofeldy, Rotenbergi. Niedługo to Polak u nich za parobka będzie. Tak wam powiem. Za parobka!

– Bo nasza szlachta fortuny trawi na tytuły hrabiowskie i baronowskie, w karty gra, pije i po świecie się rozbija. Majątki w zarząd durniom powierza. Ceny zboża spadają, bo ponoć statkami z Ameryki do Europy pszenicę wożą. Dwory się zadłużają, wszyscy tylko wiszą na pożyczkach. Ażeby się spłacić, to parcelują. Sprzedają po kawałku, a na tej spekulacji to tylko Szlojmy kieszenie sobie napychają.

– Panowie, tu nic do śmiechu nie ma. Wielu ziemian dezerteruje z posterunków narodowych (6).

– Pan widziałeś w bawialni u Bernsteina portret naczelnika Kościuszki. Może oni są jak Ormianie i do nas przystąpią?

– Nie bądź pan naiwny. Koza zawsze będzie kozą, kura – kurą, a Żyd, proszę pana, zawsze będzie Żydem, nawet jeśli w Wiedniu tytuł hrabiowski sobie kupi, to i hrabią, ale jerozolimskim pozostanie.

Mówiąc to, szlachcic przyłożył rozłożoną dłoń do brody i energicznie zawibrował palcami, wywołując sardoniczny śmiech towarzyszy Ludwik patrzył tępo na przesuwający się za oknem jesienny podolski krajobraz. Pociąg powoli zbliżał się do Lwowa. Ludwik Bernstein wsiadł do pociągu linii Jassy – Czerniowce – Lwów jako Polak, piłsudczyk i socjalista, a wysiadł jako Lewis Namier, Brytyjczyk, Żyd i syjonista. Już ze Lwowa napisał do ojca, że rzuca studia, wyjeżdża z Polski i będzie studiował za granicą.

 * * *

A oto relacja o tym zdarzeniu prezydenta Edwarda Raczyńskiego101 w rozmowie z Tadeuszem Pawłowiczem (7):

„Endecki antysemityzm ogromnie nam, Polakom, szkodził i nadal szkodzi na całym świecie. Nasz były wieloletni ambasador przy dworze St. James przytoczył mi przy tej okazji następujący przykład. Znałem bardzo dobrze – mówił Raczyński – i przez wiele lat przyjaźniłem się z Lewisem Namierem, znanym historykiem, urzędnikiem Foreign Office i publicystą politycznym, piszącym często w »Manchester Guardian« i w tygodniku »Observer«. Namier w okresie pierwszej wojny światowej i w latach późniejszych był doradcą rządowych kół angielskich w sprawach polskich. Był on, jak wiadomo, bardzo wrogo nastawiony do spraw naszego kraju. A oto, jakie są tego powody – mówił dalej Raczyński. – Otóż jeszcze parę lat przed pierwszą wojną Namier, którego nazwisko miało jeszcze wtedy polskie brzmienie [Niemirowski], jechał koleją do Lwowa. Na jednej stacji do przedziału, w którym jechał, wsiadło paru myśliwych. Wracali właśnie z polowania w majątku ojca Namiera, który się znajdował gdzieś w pobliżu. Myśliwi, nie zwracając uwagi na młodego współtowarzysza podróży, zaczęli głośno się naśmiewać i obgadywać żydowskie pochodzenie starego Namiera, u którego gościli na polowaniu. Trwało to długo, uwagi niedawnych gości myśliwych były bardzo złośliwe i napastliwe, lecz młody Namier przysłuchiwał się cierpliwie. »Do tej pory uważałem się za Polaka – wyznał Namier Raczyńskiemu – ale to wydarzenie sprawiło, że wyrzekłem się polskości«. Gdyby nie ten incydent – stwierdził na zakończenie – to Namier, zamiast nam szkodzić przez całe życie, mógł być niezmiernie pożyteczny dla spraw polskich”.

Edward Bernard Raczyński (1891-1993), syn Edwarda Aleksandra, dyplomata, prezydent RP na uchodźstwie. W 1934 r. został ambasadorem w Wielkiej Brytanii, pod koniec sierpnia 1939 r. podpisał w Londynie w imieniu rządu polsko-brytyjski układ sojuszniczy. W latach 1941-43 był ministrem spraw zagranicznych, na podstawie dokumentów przywiezionych przez Jana Karskiego przygotował i przedstawił aliantom szczegółowy raport o Holocauście, jako pierwszy informował o eksterminacji Żydów zachodnią opinię publiczną.Edward Bernard Raczyński (1891-1993), syn Edwarda Aleksandra, dyplomata, prezydent RP na uchodźstwie. W 1934 r. został ambasadorem w Wielkiej Brytanii, pod koniec sierpnia 1939 r. podpisał w Londynie w imieniu rządu polsko-brytyjski układ sojuszniczy. W latach 1941-43 był ministrem spraw zagranicznych, na podstawie dokumentów przywiezionych przez Jana Karskiego przygotował i przedstawił aliantom szczegółowy raport o Holocauście, jako pierwszy informował o eksterminacji Żydów zachodnią opinię publiczną.  FOT. ARCHIWUM

 * * *

To moment, w którym Ludwik całkowicie odrzuca tożsamościowy wybór swoich rodziców, czyli asymilację na wzór polski i katolicki. Jego ojciec, matka i siostra sądzili naiwnie, że Żydzi i Polacy to tacy sami ludzie. I że usuwając między nimi różnicę religii, tę jedyną barierę między Żydami a Polakami, usunie się wszystkie inne, czy to społeczne, czy kulturowe przeszkody. Słowem, że zmiana wyznania doprowadzi do pełnej integracji Żydów z Polakami. Ludwik uznał tę hipotezę nie tylko za pozbawioną podstaw. Uznał ją za poniżającą.

„Poczuł się w fałszywej sytuacji. Zdał sobie sprawę, że ochrzczeni Żydzi w jego kręgu żyli w nierzeczywistym świecie. Porzucili tradycyjną niedolę swoich przodków jedynie po to, żeby znaleźć się na ziemi niczyjej między obydwoma obozami, niechciani ani przez jednych, ani przez drugich” (8).

Jak pisze w swym znakomitym eseju Isaiah Berlin: „Namier postanowił powrócić do społeczności żydowskiej – po części pod wpływem przekonania, że próba odcięcia się od własnej przeszłości jest czymś samoniszczącym i haniebnym, a przy tym praktycznie niewykonalnym; po części ze względu na to, że chciał okazać pogardę wobec swojej rodziny i jej niegodnych koncepcji. Jego ojciec uważał go za niewdzięcznika, głupiego i perwersyjnego; odmówił też utrzymywania go” (9).

I jeśli nawet sama metamorfoza była w istocie bardziej rozciągnięta w czasie, to upokorzenie i zniewaga, jakich wówczas doznał, odłożyły się w nim toksycznym osadem na długie dziesięciolecia. Zatruły młodość „durną i chmurną”, a potem „wiek męski, wiek klęski”.

Nie ma bowiem bardziej dojmującego i niszczącego uczucia niż upokorzenie. Upokorzenie rodzi resentyment, a wybitny intelekt w służbie resentymentu to już mieszanina wręcz zabójcza.

Namier z wiekiem łagodniał, a resentyment zastąpił sentymentem do kraju swego dzieciństwa. Przed II wojną światową bił w publicystyce na alarm. Potępiał samobójczą politykę chamberlainowskiego appeasementu, popierał osamotnionego wówczas Churchilla. Domagał się sojuszniczych gwarancji dla Polski zagrożonej militaryzmem hitlerowskich Niemiec. Ale to wszystko potem.


(1). Esej Berlina „Remembering Namier” ukazał się w piśmie „Encounter” (November 1966). Przekład polski Andrzeja Ehrlicha został dołączony do polskiego wydania książki Namiera 1848. Rewolucja intelektualistów, wyd. Universitas, Kraków 2013.

(2). Pisał o tym przyjaciel Namiera Arnold Joseph Toynbee.

(3). Andrzej A. Zięba, „Historyk jako produkt historii…”.

(4). Jan Świerżewicz, „O pewnym informatorze Lloyd George’a w sprawach polskich”, „Orędownik” dla powiatu Nowotomskiego i Wolsztyńskiego, 19 maja 1936. („Zza kulis dyplomacji”, na podstawie rozmów m.in. z Anną Niemirowską).

(5). Wilhelm Feldman, Stronnictwa i programy polityczne w Galicji 1846-1906, t. I, Kraków 1907 s. 230.

(6). „Na dnie”, „Gazeta Narodowa”, 24 listopada 1907, słowa znanego galicyjskiego ziemianina i racjonalizatora rolnictwa Jerzego Turnaua.

(7). Edward Raczyński (1891-1993), dyplomata, delegat w Lidze Narodów, w latach 1934-1945 ambasador RP w Londynie, 1979-1986 prezydent RP na emigracji.

(8). Tadeusz Pawłowicz, Obraz pokolenia, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 1999

(9). Esej Berlina „Remembering Namier” w L.B. Namier, 1848. Rewolucja intelektualistów”.

Dziady i dybuki
Jarosław Kurski
Wydawnictwo Agora

Jarosław Kurski, 'Dziady i dybuki'Jarosław Kurski, ‘Dziady i dybuki’  Wydawnictwo Agora
Książka już dostępna w przedsprzedaży.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com