Archive | March 2023

Pożegnać świętości, wrócić do zasad


Pożegnać świętości, wrócić do zasad

Andrzej Koraszewski


Podpisanie amerykanskiej Konstytucji 17 wrzesnia 1787r. Obraz Howarda Chandlera Christy z 1940 roku

Sukces zachodniej cywilizacji nie opiera się na posiadaniu lepszej prawdy. Źródłem tego sukcesu była, jak się wydaje, akceptacja metod weryfikowania prawdy. Nie była to, broń boże, powszechna akceptacja, zgoła przeciwnie, wolność słowa, logiczna analiza, empiryczne badania, poszanowanie reguł gry i arbitrażu, to wszystko są wartości nieustannie kwestionowane. Zwolennicy namaszczonej przez „Boga” władzy oraz autorytetu pochodzącego od „Boga” nie dają za wygraną, więc nagle papieska świętość jest polską racją stanu. Lewicowy rewolucyjny romantyzm wydaje się znacznie bardziej atrakcyjny od tępego tradycjonalizmu, ale świętością też nie gardzi i zawsze gotów jest poświęcić empiryczne metody weryfikowania prawdy na rzecz płomiennych idei i braterstwa w podnieconym tłumie. Nasz (chrześcijański) bóg nie jest nic a nic lepszy od reszty boskiej zgrai, ale został zmuszony do częściowego pogodzenia się z faktem, że kapłani nie o wszystkim mogą decydować. Konstytucjonalizm zepchnął religię na drugi plan, ale poprzedziła go rewolucja w instytucjach oświatowych, gdzie empiryzm wziął górę nad teologią.

Nie mogę wiedzieć, czy jesteśmy świadkami upadku, czy tylko chwilowego załamania, ale zarówno w edukacji, jak i w polityce obserwujemy ucieczkę od empirycznych metod weryfikowania prawdy na rzecz ideologicznych dogmatów (religijnych bądź świeckich).

Zdawać by się mogło, że dotyczy to tylko nauk społecznych, bowiem powrót ideologicznych dogmatów na uniwersytety rozpoczął się od nauk humanistycznych, ale nie ograniczył się do nich i dziś hunwejbini szaleją, doszukując się rasizmu w matematyce, chemii, biologii i innych.

Greta Thunberg właśnie skasowała swój tweet z 2018 roku, ponieważ proroctwu końca świata w 2023 r. wygasł termin ważności. Wystąpiła w roli dziecięcej prorokini, ale oparła swoje proroctwo na wypowiedziach dorosłych ludzi nauki, którzy zignorowali naukowy sceptycyzm i zaczęli uprawiać naukę w ferworze walki o popularność. Każda Kasandra jest na zależnych od lajków salonach zawsze mile widziana, koszty utraty rozsądku znikają w kreatywnej buchalterii.

Tweet usunięty na początku marca 2023.

.

Amerykański publicysta podejrzewa, że dramat zaczął się w pamiętnym roku 1968 i daje się tę tezę podbudować nie tylko opisami wydarzeń z owego roku na ulicach i na uczelniach zachodnich stolic, ale również oglądając późniejsze kariery akademickie uczestników tamtych wydarzeń oraz ich wpływ na kolejne pokolenia studentów.

Z drugiej strony w dwudziestym wieku tendencje demokratyczne i antydemokratyczne ścierały się nie tylko w akademickich dyskursach, ale również na polach bitew, po stronie kosztów utraty rozumu znalazły się dziesiątki milinów zabitych ludzi. Możemy się zastanawiać, jakim cudem najpierw amerykańska Deklaracja Niepodległości, a następnie Konstytucja zyskały ten, a nie inny kształt i pozyskały niezbędne poparcie, ale bez wątpienia było to nadzwyczajne połączenie tego, co warte było ocalenia z francuskiego Oświecenia, z tym, co warte było zachowania z tradycji brytyjskiej.

Dziś podważanie zaufania do empirycznych metod weryfikowania prawdy, ideologiczne zmagania, odrzucanie parlamentarnych reguł gry (zarówno na arenie politycznej, przez media, jak i w salach uniwersyteckich), prowadzi do pytania: jakim cudem mimo wszystkich napięć i problemów udało się za oceanem stworzyć państwo wolnych obywateli, zdolnych do kompromisów?       

Ponieważ dziś Izrael cierpi na niemożność ustanowienia konstytucyjnego ładu, (albo raczej doświadcza dramatycznego kryzysu z powodu trwającej 75 lat niemożności uchwalenia konstytucji), izraelski badacz, Yehuda Weintraub zastanawia się nad pytaniem, jakim cudem ta sztuka udała się 232 lata temu Amerykanom. Wojna o niepodległość niby była wygrana, ale brytyjskie wojska były nadal na amerykańskiej ziemi, mieszkańcy z byłych brytyjskich kolonii pochodzili z różnych  krajów, byli wyznawcami różnych religii, dzieliły ich interesy i odmienne wyobrażenia, jak też ta niepodległość ma właściwie wyglądać.

Konfederacja byłych brytyjskich kolonii na amerykańskiej ziemi była właściwie luźnym związkiem, bez możliwości prowadzenia wspólnej polityki. Wielu miało świadomość, że trzeba jakoś ustalić, co dalej.  

W maju 1787 roku zwołano Konwencję Konstytucyjną, która najpierw miała zrewidować i uzupełnić Statut Konfederacji, ale szybko zorientowano się, że fundament nowego państwa musi być solidniejszy i w ciągu niespełna trzech miesięcy (od lipca do września) powstał zwarty projekt konstytucji. Jakim cudem? Zdaniem Weintrauba (i nie tylko jego) zadecydowała o tym jakość delegatów i wcześniejsze wydarzenia w Europie. Znajomość prac brytyjskich i francuskich filozofów Oświecenia plus (co było szczególnie ważne) gotowość do zaakceptowania kompromisów, pozwoliła na wyjątkowo sprawną pracę nad projektem tego dokumentu.      

Towarzyszyła tej pracy świadomość, że politycy muszą stworzyć system instytucjonalnego nadzoru nad politykami, że jednostkowe ambicje i grupowe interesy zawsze prowadzą do prób zawłaszczenia władzy i konstytucyjne reguły muszą to utrudniać. Jak pisał wówczas James Madison ochrona praw obywatelskich musi być taka sama jak ochrona praw religijnych.

To zadanie wymagało zarówno starannego przemyślenia relacji między poszczególnymi pionami władzy, jak i zasad opłacania zarówno polityków z wyboru, jak i urzędników państwowych. System federalny zmuszał do nieustannej troski o klarowność prerogatyw władz federalnych i gwarancji dla samorządowych uprawnień władz stanowych oraz takiej reprezentacji do władz federalnych, jaka będzie najbardziej akceptowalna dla wszystkich.

Dwuizbowy system ustawodawczy pozwalał nie tylko na lepszy nadzór nad jakością stanowionych praw, ale zwiększał szanse ich akceptacji zarówno przez władze poszczególnych stanów, jak i przez społeczeństwo jako całość.    

Weintraub ze zrozumiałych powodów, koncentruje szczególną uwagę na ówczesnych dyskusjach wokół Sądu Najwyższego. Wszystkich, którzy przyłożyli rękę do tworzenia amerykańskiej konstytucji, wydaje się charakteryzować niemal obsesyjna podejrzliwość, lęk przed tyranią, która była tak częsta i tak powszechna na starym kontynencie. 

Sąd Najwyższy i niezależność całego sądownictwa miała być szczególnie ważnym narzędziem chroniącym przed tyranią. Dożywotnie mianowanie sędziów ustanowiono z myślą o uniezależnieniu sędziów od władzy wykonawczej, tak by ich lojalność związana była z Konstytucją, a nie z ludźmi sprawującymi aktualnie władzę. Kontrola sądowa odpowiadała za zgodność legislacji i działań administracji z postanowieniami Konstytucji.  

Alexander Hamilton, pisząc o znaczeniu niezawisłości sądów, podkreślał, że ich rolą jest interpretacja prawa, a nie jego stanowienie.

Konstytucja jest w rzeczywistości i musi być uważana przez sędziów za prawo podstawowe. Dlatego do nich należy ustalenie jego znaczenia, jak również znaczenia każdego konkretnego aktu pochodzącego od ciała ustawodawczego. Gdyby zdarzyła się niemożliwa do pogodzenia rozbieżność między nimi… Konstytucja powinna być przedkładana nad ustawę, intencja ludu nad intencją reprezentantów. – (Federalista, nr 78)

Dla Ojców Założycieli szczególnie istotne było szukanie zabezpieczeń przed ograniczaniem praw mniejszości przez większość, jak również zmuszenie polityków do szukania konsensusu. Mechanizm kwalifikowanej większości przeszedł pierwszy test, kiedy w 1788 roku Konstytucja miała być ratyfikowana przez stany. W pierwszym podejściu uzyskano aprobatę trzech czwartych (9 stanów z trzynastu), ale uznano, iż w tak ważnej sprawie jest to niewystarczające, więc zaczęła się bardzo silna kampania na rzecz przekonania „antyfederalistów”. Izraelski badacz zwraca uwagę, że wiele spraw, które były wtedy przedmiotem zacieklej debaty, widzimy dziś w bardzo podobnej formie w debacie izraelskiej. Intensywna dyskusja i pierwsze dziesięć poprawek pozwoliły ostatecznie na ratyfikację Konstytucji przez wszystkie stany w 1791 roku. 

W ten sposób Konstytucja stała się Biblią nowej republiki i to na wierność Konstytucji przysięga prezydent, politycy wybrani do Kongresu i Senatu, politycy i pracownicy administracji, żołnierze i nowi obywatele. Jest to Konstytucja, która zdała egzamin lepiej niż inne, chociaż i tam jest nieustannie przedmiotem sporów o interpretację i prób podważenia jej znaczenia.           

Nawiasem mówiąc, jest w historii pewien mało znany epizod, który warto przypomnieć. W 1946 roku wyłonił się problem konstytucji w okupowanej przez Amerykanów Japonii. Japończycy mieli swoją konstytucję z 1887 roku, która zdaniem Amerykanów wepchnęła Japończyków na drogę militaryzmu i wymagała zmiany. Zażądali jej modyfikacji zgodnie z postanowieniami Konferencji Poczdamskiej. Japończycy przedstawili projekt z zaledwie kosmetycznymi zmianami. Jak głosi dotychczasowa wersja historii, generał Douglas MacArthur uznał, że władze okupacyjne mogą i powinny zabrać głos w tej sprawie. W lutym 1946 roku 24 specjalistów amerykańskich sporządziło w ciągu jednego tygodnia projekt konstytucji dla Japonii, który generał MacArthur przedstawił japońskiemu ministrowi spraw zagranicznych do zatwierdzenia.        

Ta wersja historii japońskiej konstytucji była uznawana przez dziesiątki lat, ostatnio jednak zaczęto się zastanawiać, jakim cudem w ten sposób ustanowiona konstytucja utrzymała się do dziś i dlaczego Japończycy traktują ją z respektem? Badacze zaczęli się bliżej przyglądać temu, co właściwie działo się między lutym 1946 a ratyfikacją tej konstytucji w 1947 roku. Wygląda na to, że jednak było tu sporo dyskusji i chociaż japońska konstytucja w wielu miejscach do złudzenia przypomina amerykańską, to na przykład rola cesarza wzorowana była na monarchii brytyjskiej. Tak czy inaczej, Japończycy są bardzo przywiązani do swojej konstytucji, a najprawdopodobniej była to konstytucja, która powinna trafić do księgi rekordów ze względu na tempo jej sporządzenia. Yehuda Weintraub o tej historii nie wspomina, a kto wie, czy nie powinien, chociaż propozycja takiej właśnie ścieżki przygotowania kompletnej konstytucji dla Izraela mogłaby przyprawić wielu ludzi na izraelskiej lewicy o zawał serca.

Izraelska konstytucja to nie nasz problem, my mamy inne problemy, których podobieństwo z izraelskimi jest tylko pozorne. W odróżnieniu od Izraelczyków mamy konstytucję, która jest ignorowana i naruszana, a co gorsza, podobnie jak wiele innych zachodnich społeczeństw, znów zaczęliśmy przedkładać świętości nad zasadami.      

Spory są naturalnym i nieuniknionym elementem, życia społecznego. W długiej historii naszego gatunku przed anarchią chroniło prawo silniejszego, rządy autorytarne lub zgoła tyrania; republikańska demokracja pozwalała na przeniesienie walki z ulicy do parlamentów, gdzie konsensus dotyczył przede wszystkim zasad prowadzenia i rozstrzygania sporów. Nie wiem, czy możemy „cofnąć się do przodu”, bo gdzie nie spojrzeć tam wrzask i wrzawa oraz przysięgi, że konstytucja to ja. Kiedy zasady są święte, nasze świętości schodzą na drugi plan. To jednak dziś wygląda na czas przeszły.        


Andrzej Koraszewski – 

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.  Facebook


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Regina Spektor’s Howl

Regina Spektor’s Howl


JAKE MARMER


At a recent concert in Los Angeles, Spektor’s Soviet Jewishness took center stage.
.

‘She’s the leader of my people,’ Fran Drescher once quipped about Barbra Streisand. I feel that way about Regina Spektor.ORIGINAL PHOTO: LLOYD BISHOP/NBC VIA GETTY IMAGES

This is a nice way to be … surrounded,” quipped Regina Spektor as she walked out on stage of the Walt Disney auditorium in Los Angeles last week. The auditorium’s stage is ensconced inside a large oval, with seating on all sides, and Spektor’s trademark bit of dark humor—a mixture of claustrophobia and warmth turned into a joke—was the perfect opening for this concert, which, as it unraveled, felt increasingly cathartic and ritualistic.

The concert took place on the evening after Purim, with the holiday’s afterglow and daze still in the air, and it was the holiday’s carnivalesque fusion of trauma and merriment that provided Spektor with an opportunity to communicate, with deep artistry and clarity, the quintessence of the Russian-speaking Jewish experience—her own heritage, which is also the heritage of some 500,000 others living in the U.S. today—myself included.

“If you think about it, Purim is a lot like Halloween,” she said at some point midconcert, and after a beat added: “That is, if Halloween involved the attempted genocide of Jewish people.” And again, there was that dark humor, the kind that both makes you laugh and sends shivers down your spine.

Spektor went on to recount a morning from long ago, when she was living in her “rent-controlled New York apartment,” and was listening to an NPR program, in which she first learned the concept of Holocaust denial. She recounted being shocked: “I knew so many survivors growing up,” she said, with wistfulness, and went on to perform her song “Ink Stains.” This song was never formally released on any album, and she does not perform it often. Its refrain is plaintive: “I wish they’d cure the friendly neighbors / Of the disease which makes them haters,” but on the whole, it is a harsh and angry song with a narrative that reveals her wish for the Holocaust deniers in clear terms: “All the Holocaust deniers / To a bathhouse warm and quiet / Complimentary soap, complimentary haircut / And gas ’em up until they know that / All the ink stains on their wrists mean business / And God is the almighty witness.” The anger she unleashes is undisguised, as ugly as it is relatable. The song culminates in a final stretch of wordless, singing-shouting across the melody, with emotion laid bare in all of its unspeakable pain.

It makes sense that “Ink Stains” was never formally recorded. It is the kind of song one would not want to commit to the stasis of a record: In order to be understood, it is meant to be experienced wholly, live, in the moment, and with others. Such is its power. What made this performance unique was that the wordless segment contained a direct reference to the “Jewish” musical scale—the melodic riff in a minor key that is found in cantorial music. It was as if Spektor felt compelled to draw an explicit connection between Jewish liturgy and her own art.

When the song was over, Spektor herself seemed shaken: “I would like to sing a few more songs, but I don’t know how to just do it after a song like that.” After a moment’s contemplation she pointed out that it was a full moon night. “So how about we just howl?” she offered. This was not a joke: She started counting off, then interrupted herself: “Seems wrong to count off the howl.” Just then, someone in the audience went for it, and then others joined, and more yet, and before long, the whole of Walt Disney Hall was merged into a single, polyvocal, incredibly loud howl. It felt both ridiculous and profound, whimsical and utterly necessary, primal and of the moment. And, reader, I, too howled: at the moon, at her song, at the holiday, at the fancy Disney Hall, at the ancestral trauma, at the still lingering pandemic, and the unending war.

Russia’s brutal invasion into Ukraine received a grim acknowledgment from Spektor, along with the invitation to donate to a cause that supports Ukrainian refugees. I’ve heard endless variations on this invitation dozens of times over the past year, but what made Spektor’s appeal different was the tone of lucid, personal urgency. This war has been the center in the life of many, many Russian-speaking Jews, no matter how long ago they’ve left the old country, and whether they were born in Russia, like Spektor, or in Ukraine, as I was. Immigrants tend to either assimilate or resist assimilation by reembracing the culture of their origin. I know I belong to the former group, but in the weeks and months of the war, I’ve felt increasingly isolated from my American peers and friends. There is a sense that those around me cannot understand what I am going through, every day, worrying about my family, mourning the destruction of the world where I grew up. In such moments, years of assimilation seem to fall apart.

The song Spektor chose to sing after this invocation, “Apres Moi,” was not randomly chosen. While normally, the French phrase apres moi l’deluge, implies a cavalier, careless attitude toward the future, in the context of Spektor’s refrain the line takes on a sense of existential threat: the sense that deluge—of troubles and threats—is literally after you. When she chants “I (uh) must go on standing / I’m not my own, it’s not my choice,” it seems to be, on the one hand, a universal gesture of resilience. On the other, though, there is something very specific to the Soviet and post-Soviet kind of Jewishness here. Spektor turns the volume up on Russian-sounding intonations within the song that resolve in the verse, borrowed from a poem by Boris Pasternak, which Spektor sings in Russian. In this performance, in the context of invocation of the war in Ukraine, Pasternak’s verse became the emotional center of this song, and perhaps, of the whole concert.

Pasternak’s original poem relies heavily on word music, and it is this music that permeates his lines, creating a more visceral meaning than the actual semantic signification of the words ever could. It is February, and the poet is moved to grab the ink and cry, via the poem, mourning February itself for a reason that is never explicitly stated. There is a dread of something coming to an end, some “thundering muddle” that ominously “burns with a dark spring.” The word Pasternak uses to describe the crying, navzryd, is the sort of uncontrollable, loud, all-consuming bawling punctuated with a deep sob and violence and gasping for air. It is the sort of a word the mere invocation of which brings tears to your eyes because it can remind you of the times you have experienced that sort of crying.

But what does Pasternak’s weeping February have to do with the rest of Spektor’s lyrics—or with this war at hand? One cannot overstate the gravitas of Boris Pasternak in the minds and souls of many generations of people from the vast Soviet expanse. His words were treated with the reverence pious people reserve for their sacred texts. I still feel sacrilegious for even wanting to translate him. At the same time, there was also the unspoken matter of Pasternak’s Jewishness, of which he was deeply self-conscious, having ultimately chosen to convert because that was the only way to be accepted, to be seen as a poet with a right to express himself in Russian. Knowing that, Spektor’s lines, “I’m not my own, it’s not my choice” begin to cohere.

In Walt Disney Hall, this song and Pasternak’s lines within it, felt prophetic, and she sang them as if channeling a message she received rather than composed. Such is the power of great poetry: For whatever Pasternak may have had in mind describing the February he beheld, for so many of us, this February was the time when we marked the first anniversary of the war. February came and went, and the war continues, and it is impossible to not see this spring as tainted, or cursed with the war’s weight. 

Between Spektor’s post-Purim howl and Pasternak’s bawling, the moment’s heaviness was front and center in this concert. And so was Spektor’s attempt to summon this heaviness, to extract it and in that way, to gain some sort of a release. In that way, Spektor’s performance was a reminder of the shared identity as a source of strength, and felt life-giving.

The concert, organized in support of Spektor’s new album, Home, Before and After, featured many new songs, as well as a selection of her hits, and many moments of interaction with the audience. At one point, someone shouted out: “I love your shoes,” to which she immediately responded: “I was kind of expecting this from LA.” Turning around toward the section of the audience that were facing her back, she said: “I always play with my eyes closed, so you’re not missing anything. This is what it looks like,” she said, closing her eyes and stretching her hands over imaginary piano, wobbling from side to side. It was a kind of an effortless vaudevillesque moment, and it occurred to me that the whole Russian-speaking Jewish experience revolves around three poles: our poetry, the war, and the jokes. Everything else, from eros to ethics, revolves around these and is suffused by them.

The concert hall was completely full—I did not see a single empty seat. Who were all these people who seemed as deeply moved by her music as I was? It was a multigenerational, hip, nerdy, colorful crowd that howled and clapped and begged for an encore. “She’s the leader of my people,” Fran Drescher once quipped about Barbra Streisand. I feel that way about Regina Spektor, even if I am quite uncertain as to who these people of ours are.


Jake Marmer is Tablet’s poetry critic. He is the author of The Neighbor Out of Sound (2018) and Jazz Talmud (2012). His jazz-klezmer-poetry record Hermeneutic Stomp was released by Blue Thread Music in 2013.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


“Why I am a Jew” | Whiteboard Video Animation | Rabbi Jonathan Sacks

“Why I am a Jew” | Whiteboard Video Animation | Rabbi Jonathan Sacks

The Rabbi Sacks Legacy


“The deepest question any of us can ask is: Who am I? To answer it we have to go deeper than, Where do I live? or What do I do? The most fateful moment in my life came when I asked myself that question and knew the answer had to be: I am a Jew. This is why.”

In this new whiteboard animation, Rabbi Sacks explains why he is proud to be a Jew and what it is about Judaism that makes it so unique. This passionate appeal calls on Jews around the world, from across the political and religious spectrum, to connect to their people, heritage and faith.

This video includes subtitles in French, German, Hebrew, Italian, Portuguese, Russian and Spanish. Please click on the ‘Subtitle’ or cc option on the YouTube video to select your language captions preference.

This video was produced by whiteanimation.com / silueta.co.il for The Rabbi Sacks Legacy Trust. Learn more about Rabbi Sacks’ work at https://www.rabbisacks.org / @RabbiSacks.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Protesty i Zasada Pani Frearson

Rodzice i uczniowie protestowali w zeszłym miesiącu w Tel Awiwie przeciwko proponowanej reformie sądownictwa. /  (zdjęcie: TOMER NEUBERG/FLASH90)


Protesty i Zasada Pani Frearson


Liat Collin

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Chciałabym podzielić się z wami pewnym dylematem. Kiedy zaczęłam zastanawiać się, o czym napisać w tym tygodniu, sporządziłam w myślach listę możliwych tematów, które obejmowały: pojednanie saudyjsko-irańskieupadek banku SVB, trwające masowe protesty przeciwko rządowej reformie sądownictwa, ataki terrorystyczne w Tel Awiw i innych miejscach, a także śmierć dwuletniej Hadar Noga Lavi, tydzień po tym, jak została ranna w wypadku samochodowym (lub staranowania, według jej matki). I to tylko w niedzielny poranek.

Nie mogłam wyłączyć wiadomości – to obciążenie zawodowe – ale w pewnym momencie postanowiłam zamknąć listę i skoncentrować się na tym, co miałam, a wszystko to były poważne tematy.

Pozostało pytanie, od czego zacząć. Cofnęłam się w czasie: do protestów społecznych, które przetoczyły się przez Izrael (i większą część świata) w 2011 roku, a nawet jeszcze dalej, do ważnej lekcji, której nauczyłam się jeszcze w szkole. To było coś, co nazywam Zasadą Pani Frearson. Pierwszy raz pisałam o tym w upalne lato 2011 roku, kiedy, podobnie jak dzisiaj, widziałam wielu znajomych protestujących, nie wiedząc dokładnie, kto przewodzi – lub finansuje – antyrządowe demonstracje. Nauczyłam się dawno temu w Copthall School w Anglii, że nawet protesty, które zaczynają się z najlepszymi intencjami i najlepszymi powodami, mogą zostać przejęte.

Pewnego zimowego dnia – wyjątkowo mroźnego nawet jak na londyńskie standardy – stłukła się szyba w naszej klasie. Zostałam wyznaczona przez koleżanki z klasy na przedstawicielkę, która ma poprosić dyrektorkę o szybką naprawę.

Ruszyłam sama długim korytarzem, w którym zawsze można było usłyszeć okrzyk: „Dziewczyny, żadnego biegania!” Po drodze dołączała do mnie lub przynajmniej podążała za mną coraz większa liczba uczennic, z których każda namawiała mnie do wystosowania kolejnego żądania (aby pozwolono nam nosić spodnie zamiast spódnic podczas okresów zimna; aby pozwolono nam na wcześniejszy powrót do domu i inne rzeczy, których już nie pamiętam).

Protest przeciwko reformie sądownictwa. (zdjęcie: AVSHALOM SASSONI/FLASH90)

Kiedy dotarłam do gabinetu pani Frearson, był już spory tłumek – myślę, że ona użyłaby słowa „motłoch” – niektóre z nich nie miały pojęcia o mojej pierwotnej misji. – Co wy tu robicie, dziewczyny? – spytała panna Frearson swoim najbardziej angielskim głosem przełożonej, towarzyszące mi dziewczyny zniknęły niemal równocześnie – wręcz błyskawicznie, biorąc pod uwagę zakaz biegania.

„Dlaczego przyprowadziłaś ze sobą tyle dziewczyn do mojego gabinetu?” — zapytała pani Frearson, kiedy zostałyśmy same. Wyjaśniłem, że było to coś w rodzaju efektu kuli śnieżnej.

„Ach” westchnęła ta wykształcona w Oxfordzie była nauczycielka historii. „Niech to będzie dla ciebie nauczką. Kiedy rozpoczynasz rewolucję, nigdy nie wiesz, kto dołączy do ciebie po drodze, ani jaki będzie końcowy rezultat.”

Nie pamiętam już, czy moja interwencja przyspieszyła naprawę okna, ale ostrzeżenie pani Frearson pozostało ze mną na zawsze. 


Protesty przeciwko reformie sądownictwa

Zapoczątkowane sprzeciwem wobec proponowanej reformy sądownictwa protesty, których byliśmy świadkami przez ostatnie 11 tygodni, przekształciły się w Dni Niepokoju, które rozdzierają kraj. Uzasadniony protest za pomocą legalnych środków jest zasadą zapisaną w demokracji. Jest duża różnica między tym, a zachęcaniem żołnierzy rezerwy, by nie służyli w wojsku; zachęcaniem inwestorów i firm do przenoszenia pieniędzy gdzie indziej; i mówieniem o wojnie domowej. 

Podwójne standardy irytują mnie tak samo jak zamęt spowodowany przez demonstrantów blokujących autostrady. W zeszłym tygodniu kolejna izraelska firma zajmująca się zaawansowanymi technologiami ogłosiła, że wycofuje się z kraju. Firma fin-tech Riskified, wyceniana na 1 miliard dolarów, ogłosiła, że wyprowadza 500 milionów dolarów z Izraela zanim będzie to, co jej dyrektor generalny, Eido Gal, określił jako „znaczące i długotrwałe spowolnienie gospodarcze w Izraelu” – innymi słowy samospełniające się proroctwo.

Gal oświadczył, że reforma „doprowadzi do tego, że Izrael zmieni się z demokracji o liberalnych wartościach w państwo bardziej autorytarne”. Z tego, co mogłam stwierdzić, lista krajów, w których firma ma bazę operacyjną, obejmuje Chiny, gdzie prawdopodobnie Gal nie uważa, by utrzymywanie liberalnych wartości i demokracji było ważne.

Również w zeszłym tygodniu słyszałem, jak doradca finansowy sugerował w telewizyjnym programie informacyjnym, by izraelscy inwestorzy przenieśli swoje pieniądze z kraju z powodu reformy sądownictwa. Zasugerował, że Gruzja jest lepszym wyborem. Kiedy analityk siedział wygodnie w studiu izraelskiego nadawcy publicznego, w Gruzji toczyły się zamieszki w związku z tzw. prawem o zagranicznych agentach, co spowodowało, że zastanawiałam się, ile warta jest jego finansowa porada.

Podczas gdy izraelscy protestujący przeciwko reformom ostrzegali przed konsekwencjami ekonomicznymi, do których powstania sami się przyczyniali, uwaga była odwracana od miejsc, gdzie była najbardziej potrzebna. 

Upadek Silicone Valley Bank (SVB), a później Signature Bank, stanowi o wiele większe ryzyko dla światowej gospodarki niż to, które klauzule proponowanej przez izraelski rząd legislacji faktycznie dojdą do skutku.

W moim nastroju podróży w czasie przypomniała mi się scena z Mary Poppins, kiedy Michael próbuje powstrzymać pana Dawesa seniora przed zabraniem jego dwupensówki, przypadkowo wywołując panikę bankową. 

Izraelskie firmy hi-tech, których fundusze były w SVB, są teraz kuszone przez lokalne banki, które wydają się znacznie bezpieczniejsze, niezależnie od reformy sądownictwa lub jej braku. Jak mówi stary dowcip, ekonomiści trafnie przewidzieli dziewięć z czterech ostatnich kryzysów gospodarczych.

Globalna wioska jest pełna niepewności. Pojednanie między Iranem a Arabią Saudyjską ogłoszone w Chinach 10 marca zaskoczyło wielu ekspertów, chociaż negocjacje toczą się z przerwami od 2021 roku. Jest zbyt wcześnie na powiedzenie, jakie będą ich rezultaty, ale tej wielkości regionalna zmiana sojuszy musi mieć efekt kręgów na wodzie. Niektóre z nich docierają do Nilu, który przepływa przez Kair. Kiedy szyicki Iran jest bliski wejścia w posiadanie broni nuklearnej, dogadanie się z sunnickim gigantem Arabią Saudyjską, może w Egipcie wywołać poczucie zagrożenia jego statusu w świecie muzułmańskim. To zaś może prowadzić do zażądania własnej broni nuklearnej.

Poprawa stosunków między Iranem i Arabią Saudyjską wydaje się symbolizować wycofywanie się USA ze spraw bliskowschodnich, stanowiąc z punktu widzenia Chin okazję zbyt dobrą, by ją przegapić. Cokolwiek stanie się dalej, odmawiam określenia któregokolwiek z tych trzech krajów – Królestwa Arabii Saudyjskiej, Islamskiej Republiki Iranu czy Chińskiej Republiki Ludowej – mianem kraju „umiarkowanego”.

Podczas gdy Iran realizował kurs dyplomatyczny za granicą, w kraju nadal prześladował własnych obywateli, zwłaszcza młode kobiety. 

Podczas gdy moje szkolne przyjaciółki i ja mogłyśmy narzekać, że możemy się przeziębić z powodu wybitej szyby, nie groziło nam żadne realne niebezpieczeństwo. Porównaj to z tym, co dzieje się w całym Iranie, gdzie pojawiają się doniesienia o możliwych masowych zatruciach w szkołach dla dziewcząt. 

W najlepszym przypadku może to być wynikiem jakiejś formy masowej histerii. Ale nie lekceważ obaw dziewcząt w reżimie, w którym kobieta może zostać zabita za to, że nie nosi obowiązkowego hidżabu w sposób, w jaki uważa się, że niewystarczająco zakrywa jej włosy. Irańskie kobiety demonstrujące na rzecz zniesienia nakazu noszenia hidżabu są rzeczywiście odważnymi protestującymi, dosłownie ryzykującymi życiem, za wyrażanie swoich poglądów.

Nie bagatelizuję obaw moich przyjaciół, którzy protestują przeciwko reformie sądownictwa w Izraelu. Czuję jednak, że protesty są coraz częściej przejmowane przez grupy o własnych interesach, które nadal podsycają obawy, zamiast próbować łagodzić napięcia. Coraz bardziej zróżnicowane grupy wysuwają swoje roszczenia, a jasnym celem jest obalenie rządu Netanjahu, który został wybrany w listopadzie.

Poza niepokojami społecznymi kraj nadal stoi w obliczu poważnych zagrożeń –  od trwającej fali terroryzmu, do niebezpieczeństwa ze strony Iranu stojącego na progu posiadania broni nuklearnej.

Palestyński atak terrorystyczny w Tel Awiwie i próba zamachu bombowego na autobus w Beitar Illit w zeszłym tygodniu oraz wiadomości z tego tygodnia o infiltracji terrorystów z Libanu, których kulminacją była eksplozja IED w pobliżu Megiddo, są więcej niż wystarczającym przypomnieniem o wszechobecnych niebezpieczeństwach. I tak czy inaczej mała Hadar, o którym wspomniałem wcześniej, padła ofiarą terroru na drogach.

Izrael nie może sobie pozwolić na dalszą walkę wewnętrzną. Pamiętaj o zasadzie pani Frearson: ci, którzy dążą do rewolucji, nigdy nie wiedzą, jaki będzie efekt końcowy. Najwyższy czas, aby liderzy koalicji i opozycji udali się do rezydencji prezydenta, aby, zanim będzie za późno, wypracować proponowany przez niego kompromis. Nawet jeśli nie pobiegną korytarzami władzy, to przynajmniej powinni szybko zmierzać we właściwym kierunku.


Liat Collins – Urodzona w Wielkiej Brytanii, osiadła w Izraelu w 1979 roku i hebrajskiego uczyła się już w mundurze IDF, studiowała sinologię i stosunki międzynarodowe. Pracuje w redakcji “Jerusalem Post” od 1988 roku. Obecnie kieruje The International Jerusalem Post.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Poland, 1968: the last pogrom

Poland, 1968: the last pogrom

Daniel Korski


(Getty Images)

Are you Jewish?’ the officious-looking Dutch diplomat asked my dad. ‘Yes’, he said, realising at that very moment, everything had changed. He was no longer Polish; the culture he had been born in, the citizenship he held, the language he spoke, the country he loved – it all meant nothing. He was just Jewish. He couldn’t be both. The diplomat stamped my father’s papers and he left for a new life in western Europe.

Up to 20,000 Jews, including my mother, were hounded from Poland at the end of the 1960s. They were accused of supporting Israel in a virulent anti-Semitic campaign led by the communist government. This anti-Jewish campaign was ostensibly sparked in 1967 by the Six-Day War between Israel and its Arab neighbours, supported by the Soviet bloc. But in truth, the campaign was the result of a power struggle inside the governing Polish United Workers’ party. In an effort to curry nationalist favour, Władysław Gomułka, Poland’s de facto leader, publicly castigated the last remaining survivors of the Holocaust as a ‘fifth column’ for rejoicing in Israel’s war victory. Jews were purged from government, leading institutions, academia and the military.

In factories, workers spontaneously passed anti-Zionist resolutions, while local branches of the communist party and even sports clubs purged Jewish members.

Like the previous generation, they left their homes, possessions, and in some cases sick and elderly family members. There was physical violence too, especially against students protesting against the communist regime in March 1968 and calling for democratic reforms. My uncle was one of them; he was expelled from university, arrested, beaten and eventually had to flee the country. Others were tortured and drafted into the army, as the regime particularly targeted Jewish protesters. Ordinary Jews were said to be conspiring with ‘Jewish Stalinists’, ‘Zionists’ and, grotesquely, ‘German neo-Nazis’.

In the end, more than half of Poland’s Jewish community was forced into exile. My grandfather had survived the Holocaust by pretending to be a Polish Catholic, exchanging his Jewish-sounding surname Finkel for what he believed was the more convincingly Polish Korski. When the war ended he reverted to Finkel but couldn’t find any work. So he changed it back to his fake name and got a job that day.

It’s been our surname ever since, a reminder of the importance of flexibility but also of the enduring nature of hatred. When, in 1945, my grandfather tried to make it to France where he had studied before the war, he was caught and expelled back to Poland. He concluded that there were anti-Semites everywhere and at least he knew the Polish ones. A year later, Polish soldiers and police officers, as well as average citizens, attacked a group of Jewish refugees in Kielce, killing 42 and wounding 40. My grandparents tried to leave again but were denied the right to travel abroad.

Instead, my grandfather began building the new socialist Poland. This was a Soviet country, one that promised to eliminate the injustices of the past. That sounded pretty appealing to many Holocaust survivors. He served in the Communist party and in various government jobs, negotiating the deal for Fiat to build a car factory in Poland. So much a party man, Henry Korski was even trusted to travel to the West in the 1950s, visiting Spain in 1962 and Italy in 1963 with his son, my father. When a colleague of his was accused of spying for the West and eventually executed for treason, my grandfather was investigated but cleared of all suspicion. His commitment to Poland was clear.

This was what made the events following the Six-Day War so traumatic. Suddenly my grandfather and his family were reduced, once again, to just being Jews. Not Poles. Not communists. Not people, deserving of respect. The medal my grandfather received for his work saving a collapsed mine was worthless. The years of service, irrelevant. They were just Jews.

First, my grandfather lost his job, then my father was expelled from the Communist Youth Movement and was eventually pushed out of university. My father recalls telling his mother as she sat shell-shocked in their small apartment, struggling to come to terms with having to flee for the second time in her life: ‘We are sitting in a nice warm room, but the fire is raging outside; we have to leave’.

Even though the Polish government wanted the Jews to leave, doing so wasn’t easy. The government was arguing that Jews were Israeli agents and would, accordingly, only grant people the right to leave for Israel. However, Israel didn’t have diplomatic representation in Poland, so people had to go to the Netherlands Embassy to get visas. That is how my father found himself in front of a Dutch diplomat being asked the question that changed his life.

My father managed to borrow the money to buy my family plane tickets to Vienna. From there they could decide where to go next. My grandfather wanted to return to France, my grandmother wasn’t keen on going to Israel, and had already Sweden rejected their asylum application. The Korskis eventually set off hoping to make it to Australia where friends had gone. But every step of the way was complicated. At the airport, Polish border guards tried to bar them from getting on the plane and, when they eventually relented because of pressure from the other passengers, the guards made my grandparents leave valuables behind. A final kick from a regime that wanted Jews gone.

In the musical Fiddler on a Roof, Tevye the milkman says in one scene: ‘Dear God… I know, I know we are the chosen people. But once in a while, can’t you choose someone else?’ Many Polish Jews must have felt like Tevye. My father’s family eventually made it to Vienna and, after several days of living as stateless refugees, unexpectedly received asylum from Denmark where they eventually ended up. My mother’s family has a similar story. They ended up in Sweden. Eventually both families made a good life for themselves. ‘We were thrown out to paradise,’ my father once joked. He saw his old friends suffering behind the Iron Curtain and then through the difficult transitions of the 1980s and 1990s.

I was born in Denmark into an idyllic life: cosseted by the Danish welfare state, protected by the US Cold War security guarantee, and raised by a family who, however comfortable they made their lives through hard work, knowing that everything could change immediately; that they might need to pack their bags in the middle of the night and flee. Ask my mother today and she will be able to tell you exactly where she will flee and what possessions she will take with her (currently Canada).

What has always struck me is how little this last pogrom is known, even among Jews.

So this month my friends Daniel Schatz, Philip Boyes, Rene Rechtman and I – all children of expelled Jews – are launching an archive to collect the testimonies of those Jews that were expelled. The end of more than 700 years of Jewish Polish history deserves attention. I have a personal interest in making sure my family’s history is known. But I also think the pogrom carries an important lesson for the modern world.

The current Polish government prefers to argue that the events following the Six Day War were the acts of the communists, not the acts of Poland. The country, they argue, was occupied. In 2018, Polish President Andrzej Duda half-apologised to Jews driven out of the country, saying he regretted the ‘shameful act’ and asked ‘for forgiveness’. This was an important and welcome statement. However, he also made it clear that ‘the Poland of today, my generation, is not responsible and does not need to

For many Jews outside of Poland, this stretches credulity. Thousands of people, including ordinary Poles, participated in the ostracisation. Some who perpetrated the crime continued to climb the professional ladder. General Jaruzelski, for example, was Defence Minister in 1968 and led the anti-Jewish purges in the military. Later he became president and, even after the fall of communism, received a full state pension.

Most Jews who left have not been looking backwards or seeking reparations. But some continue to harbour resentments, passing it on to their children. I am at ease with, and indeed proud of, my Polish heritage. But I know too that the best way to heal the wounds that many still feel is not to caveat any apology. It is dangerous to pretend the events of the past have nothing to do with the present, lest we want to become blind to the horrors that can still happen. When people talk about just being anti-Zionist rather than anti-Semitic, I can’t help but think of my family whose lives were upended because of a similar conceit. Not all of Gomulka’s enforcers were raging ideological anti-Semites – but they didn’t have a problem using anti-Semitism as a political tool when it suited them, and knew even then the distinction between anti-Zionism and anti-Semitism was fatuous.

The Dutch diplomat asked my father a bureaucratic question. She needed to know what he was in order to know if she could process his asylum application. But the question became so much more. It’s proof that being Jewish isn’t just another identity. It is what we can always be reduced to. It’s who I am when everything else can be stripped from me. And it’s why it’s important that this last anti-Jewish pogrom is more widely known.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com