Archive | November 2023

Wyjeżdżaliśmy z Izraela tylko “na chwilę”. Dziś powrót wydaje się odległy

Mieszkanka Tel Awiwu przed ścianą z portretami osób porwanych przez Hamas 7 października. Izrael, listopad 2023 r. (Fot. Ariel Schalit / AP Photo)


Karolina Przewrocka-Aderet: Wyjeżdżaliśmy z Izraela tylko “na chwilę”. Dziś powrót wydaje się odległy

Paula Szewczyk


“Kiedy pierwszy raz widziałam moje dwuletnie dziecko śpiące w schronie na podłodze, był to dla mnie widok szokujący. Powiedziałam sobie: nigdy więcej” – mówi nam mieszkająca dotychczas w Izraelu polska dziennikarka Karolina Przewrocka-Aderet.

.

Paula Szewczyk: Izrael przez ostatnie lata był twoim domem?

Karolina Przewrocka-Aderet: Od prawie dziesięciu lat. Wyszłam za mąż za Izraelczyka, z którym poznaliśmy się w czasie otwarcia muzeum Polin w 2013 roku w Warszawie. W mojej rodzinie nie było żydowskich korzeni, ale temat bardzo mnie poruszał. Urodziłam się w Krakowie, w Płaszowie, i od lat 90. obserwowałam, jak rozwijał się Kazimierz, jak przypominano tu żydowską historię, w jej atmosferze dorastałam.

Jeszcze na studiach zaczęłam interesować się tematyką żydowską, w 2010 roku pierwszy raz pojechałam do Izraela. To był moment, kiedy mogłam zasmakować tamtejszego życia, jego różnic i podobieństw do świata, który znałam wcześniej z Europy. W 2014 roku wiedziałam już, jaki ten Izrael jest, znałam jego dobre i trudne strony, byłam gotowa w nim zamieszkać, mimo że raz na jakiś czas dochodziło tam do starć.

Zresztą w dniu, kiedy przyjechałam, nad Tel Awiw nadlatywały rakiety, zaczynała się kolejna eskalacja.

Oboje jesteśmy dziennikarzami, mąż pomagał mi w zrozumieniu Izraela, chociaż nadal jest to dla mnie kraj, w którym im dłużej mieszkasz, tym mniej wiesz, bo coś nagle wywraca twój punkt widzenia do góry nogami. Ale to, co było zawodowym wyzwaniem, okazało się już częścią życia, gdy na świat przyszło nasze dziecko.

Do momentu jego narodzin traktowałaś to, co się dzieje w Izraelu, jako temat do opisywania?

Dużo było w moim podejściu ciekawości dziennikarskiej. Wcześniej pracowałam trochę w Niemczech, robiłam praktyki w Brukseli przy Komisji Europejskiej, to był świat, który wydawał mi się stabilny, ale w konsekwencji nudny. Bliski Wschód ma to do siebie, że jest szalenie intensywny, smaki, zapachy, ludzie. To fascynujące, ale kiedy rodzisz dziecko, zaczyna być kłopotliwe. Pamiętam, kiedy synek miał chyba miesiąc i nad Tel Awiw wleciała zbłąkana rakieta. Usłyszeliśmy alarm przeciwrakietowy, kąpiąc go, byliśmy zszokowani, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wyskoczyliśmy na klatkę, bo w tamtym mieszkaniu nie było schronu, i trzymając ociekające wodą malutkie dziecko, myślałam: “Boże, co teraz?”.

To już nie był temat do opisania, tylko moja odpowiedzialność za jego życie.

Zresztą nigdy nie myślałam o sobie jak o korespondentce wojennej, psychicznie bym sobie nie poradziła. Nie wyobrażam sobie choćby teraz wejścia do domów w kibucu, w których łóżeczka dzieci są pełne krwi.

KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET Z MĘŻEM FOT. ARCHIWUM PRYWATNE

Co zdecydowało o twoim wyjeździe 7 października?

Właśnie ta odpowiedzialność za synka. W momencie, gdy wybuchła wojna, mieliśmy już ustalone z mężem między sobą zasady: coś zaczyna się dziać, wyjeżdżamy, nie narażamy dziecka. Bojówki Hamasu na ulicach, to była sytuacja zupełnie inna niż zwykle, wymagała szybkiej decyzji z naszej strony. Wiedziałam, że okienko czasowe wynosi kilkanaście godzin, zanim odwołają loty. W 2021 roku utknęliśmy tak w Izraelu na 10 dni, trwał ostrzał, a my za późno zdecydowaliśmy się jechać na lotnisko.

Wtedy też widziałam moje dwuletnie dziecko śpiące w schronie na podłodze, był to dla mnie widok szokujący, powiedziałam sobie “nigdy więcej”.

Wtedy ustaliliśmy, że przy kolejnym poważnym ostrzale kupujemy pierwszy możliwy bilet i wylatujemy. To nie była łatwa decyzja wyjechać, zostawić rodzinę męża. Nie wszyscy też mogą to zrobić, mówią: my nie mamy innego domu. Pierwszy raz od Holocaustu Izrael został tak zaatakowany, ale Izraelczycy paradoksalnie tu czują się najbezpieczniej. Część osób wręcz wraca do kraju z miejsc, w których były. A ja, będąc Polką, mam ten przywilej, że na wyjazd do Krakowa, mojego drugiego domu, mogłam sobie pozwolić.

W Izraelu wielu rodziców uważa, że należy zostać, bo skoro tam żyjesz na co dzień, musisz liczyć się z ryzykiem, być gotowym, że różne rzeczy mogą się zdarzyć. Dzieci są więc narażane na stres związany z nalotami rakietowymi czy w ogóle z zagrożeniem od najmłodszych lat. Są do tego adaptowane, bo tego być może kiedyś będzie wymagała od nich sytuacja. One nie znają innego życia, tak jest w Izraelu i już. Dorośli z kolei biorą tabletki antylękowe i ja również dzięki nim się uśmiecham, kiedy rozmawiamy. Ale są matki, które takie podejście negują, mówią: przecież to nie jest normalne, dziecko nie musi być na ten lęk skazane.

Decyzja ta spotkała się z niezrozumieniem wśród znajomych czy rodziny? Uznali, że opuszczasz swój kraj?

Tak, niektórzy tak to widzą. Ci, którzy wyjechali, nie są najlepiej postrzegani przez tych, którzy zostali, bo ci drudzy uznają, że właśnie w godzinie wojny nie wolno wyjeżdżać. Staram się nie wartościować, kto ma rację, a kto nie, bo to sytuacja zagrożenia życia, przed którą wszyscy zostaliśmy postawieni, i podejmujemy decyzje zgodnie z tym, co jest dobre dla naszych dzieci, przede wszystkim dla nich, potem dla nas samych. Część moich koleżanek w ogóle nie myśli o wyjeździe, bo ich mężowie są na froncie, więc chcą być bliżej nich, wojskowi czasem wracają do domu choćby na dzień czy pół dnia, więc dzieci mają szansę zobaczenia się z tatą.

Są części kraju, w których można w miarę normalnie funkcjonować, pracować zdalnie, posłać dzieci do szkół, w niektórych lekcje odbywają się online. W niemal każdym domu jest schron, czyli taki bezpieczny pokój, do którego wchodzi się podczas ostrzału. Jest specjalnie umocniony, nowoczesny, posiada filtry przeciwko broni biologicznej, można się w nim zamknąć i przeczekać nalot. Na co dzień miejsce to służy w domu po prostu jako jeden z pokoi.

Południe zostało natomiast praktycznie wyludnione.

Są miejsca, w których ostrzał postępuje codziennie, rakiety szerokiego zasięgu wystrzeliwane przez Hamas dolatują właściwie na cały obszar kraju. Może poza północą, bo tam z kolei strzela Hezbollah z Libanu, choć do tej pory północ była w miarę spokojna.

KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET Z SYNEM W LODZIARNI W TEL AWIWIE, OBOK KTÓREJ DOSZŁO DO ATAKU. FOT. ARCHIWUM PRYWATNE

Dotąd czułaś się w Izraelu bezpiecznie?

Naloty zdarzały się na południu bardzo często. To, że w Tel Awiwie pojawiły się rakiety, było sytuacją wyjątkową. Bo Hamas nie celuje w infrastrukturę wojskową, te rakiety lecą na domy. Są najczęściej rozbierane w powietrzu dzięki Żelaznej Kopule, choć zdarzają się odłamki, które mogą zabić. Dlatego zasada jest taka, by 10 minut po zakończeniu ostrzału przeczekać w ukryciu, by być pewnym, że już nic nie spada.

Żelazna Kopuła była więc do tej pory gwarantem bezpieczeństwa i w takim względnym poczuciu bezpieczeństwa można było tu żyć.

Wiadomo było, że kiedy coś się dzieje, człowiek idzie do schronu, a w tym czasie silne wojsko i dobry wywiad poradzą sobie z zagrożeniem. 7 października całkowicie to poczucie bezpieczeństwa złamał. Chociaż we mnie malało ono już od jakiegoś czasu.

Dlaczego?

Od wiosny tego roku dwa razy zdarzyło mi się być bardzo blisko miejsca, w którym godzinę później doszło do ataku terrorystycznego. Za pierwszym razem na ulicy, na którą potem wszedł człowiek i strzelał do ludzi. Za drugim razem byłam z dzieckiem w Jaffie w miejscu, w którym godzinę później facet wjechał w przystanek pełen ludzi i zabił pięć osób. Z kolei w wakacje doszło do ataku w lodziarni koło naszego domu w północnym Tel Awiwie, do której chodzę z synkiem po przedszkolu na lody. Widziałam potem w telewizji podjeżdżający pod wejście samochód i wyskakującego z niego mężczyznę z nożem, dźgał kogo popadnie, w tym osoby siedzące przy naszym ulubionym stoliku.

Zaczęłam się zastanawiać, idąc tam kolejnym razem, czy w ogóle mogę czuć się tutaj bezpieczna.

Są też branże, w których Arabowie i Żydzi w Izraelu żyją razem, np. budowlanka. Firmy prowadzą izraelscy Arabowie, zatrudniają pracowników z Zachodniego Brzegu, również z Gazy. I kiedy remontowaliśmy dom, normalnym widokiem było dla nas, że wykonujący pracę w określonych porach dnia modlili się w naszym ogródku, Żydzi obok muzułmanów. Pomyślałam potem, że gdyby wybuchło powstanie i Arabowie izraelscy dołączyliby do hamasowców, doszłoby do rzezi w mojej własnej sypialni. Nie bylibyśmy w stanie jej zatrzymać. Było mi źle z tą myślą. Bo izraelscy Arabowie – którzy podkreślają swoją palestyńską tożsamość – to nasi sąsiedzi. Nie chcę się ich bać. Chcę żyć z nimi w pokoju i bezpieczeństwie.

Gdzie byłaś 7 października?

To był ostatni dzień święta Sukkot, sobota, czyli szabat. Postanowiliśmy go spędzić z dziadkami, rodzicami mojego męża w miejscowości Zichron Ja’akow, na północy. To dla nas ważna miejscowość, bo tam odbył się nasz drugi ślub, więc mamy stamtąd miłe wspomnienia. Mąż pojechał tego dnia do Tel Awiwu, półtorej godziny drogi na południe. Dzień wcześniej poszliśmy razem z synkiem do synagogi zobaczyć, jak wygląda Simchat Tora, chociaż teściowie nie są religijni, ale chcieliśmy pokazać mu tradycję, której sama jestem zresztą ciekawa.

To był niesamowicie radosny wieczór, bez najmniejszego podejrzenia, że coś się jutro wydarzy.

Następnego dnia obudziło mnie wibrowanie telefonu, o 6.30 zobaczyłam powiadomienia, bo mamy wszyscy aplikacje informujące o ostrzałach. Alarm w telefonie uruchamia się równolegle z tymi na zewnątrz, na wypadek gdybyś z jakiegoś powodu ich nie słyszała. Kiedy zobaczyłam, że rakiety lecą na południe, pomyślałam “normalne”, bo zwykle na południu coś się dzieje, położyłam się z powrotem. I dosłownie trzy minuty później nadeszła informacja, że ostrzeliwany jest także Tel Awiw, a to znaczyło, że jest bardzo źle.

Wyszłam do salonu, synek jeszcze spał, teściowie już siedzieli przy telewizorze. Mówili, że jest eskalacja, ale nie wiadomo było, co dokładnie się dzieje. Napisałam szybciutko do męża, był już wtedy w schronie, wiedział tyle, że z Gazy trwa wzmożony atak. Czekaliśmy na rozwój wydarzeń i dosłownie godzinę po pierwszym alarmie zaczęły się pojawiać w telewizji sceny jak z “Faudy”. Nagrania terrorystów Hamasu na pikapach przyjeżdżający ulicami izraelskich miast. Wyglądało to nierealistycznie, hebrajskie napisy w tle, izraelskie miejscowości i całe samochody pełne hamasowców. Zamilkliśmy i patrzyliśmy na to z rozdziawionymi ustami.

Wtedy podjęłaś decyzję?

W tamtym momencie przyszło mi do głowy tylko to, że trzeba szybko spakować torbę z jedzeniem i sprawdzić, czy schron jest otwarty. Byliśmy w dość starym budynku, w którym schrony są na każdym piętrze. Wyszliśmy na korytarz, a nasz zamknięty na kłódkę. O 7.30 teść zadzwonił do administracji i czarny humor nam się włączył, bo administratorka powiedziała, że Salah już jedzie z kluczem. Salah to imię arabskie. Zichron Ja’akow otoczone jest wioskami arabskimi, a te nie są zbyt przyjaźnie nastawione ze względu na zaszłości, w przeszłości doszło w pobliżu do masakry arabskiej.

Czułam niepokój, ale że teściowie są bardzo pogodnymi ludźmi, obrócili to w żart.

Mówili “wszystko będzie dobrze, my już niejedną wojnę przeżyliśmy, nie denerwuj się, kawki sobie zrób”. I w tym samym momencie podano, że Hamas nawołuje Arabów izraelskich, by powstali. Wpadłam w panikę, zaczęłam pakować rzeczy, które mogą nam się przydać. Synek już wstał, biegał po mieszkaniu, wyszliśmy razem na balkon z widokiem na okolicę i zorientowałam się, że dookoła jest cisza. Słychać było tylko z kilku domów głośną modlitwę, zrozumiałam, że religijni Żydzi bez dostępu do internetu pewnie nawet nie wiedzą, że coś się dzieje.

Pomyślałam później, że może stąd też opóźniona reakcja rządu, część polityków jest ultraortodoksyjna.

Dziennikarze na wizji podkreślali zresztą, że czekają na stanowisko rządu. Wyglądali jak prowadzący w Polsce kanały informacyjne w dniu katastrofy smoleńskiej, mieli łzy w oczach. Zaczęli otrzymywać nagrania z masakry w kibucach położonych zaraz przy Strefie Gazy. Do studia przychodziły wiadomości, mniej więcej o treści: “jesteśmy sami z dziećmi w schronie, w naszym domu jest Hamas. Nie ma wojska, nie ma policji. Pomóżcie nam”. Były też nagrania, kobieta szeptała do telefonu “błagam, pomocy, oni zaraz tu wejdą”. To wszystko szło na żywo. To była druga godzina, a oświadczenia ze strony rządu, wojska i wywiadu nie było.

I co postanowiliście?

Zdecydowaliśmy, że wracamy do Tel Awiwu. Jechaliśmy samochodem z teściami w kompletnej ciszy i ogromnym napięciu. Ciągle trwał atak rakietowy. Gdyby się zdarzyło, że rakieta nadleciałaby koło nas, nie mielibyśmy gdzie się schronić. Zalecenie jest takie, by wysiąść z samochodu, położyć na ziemi, ochronić swoim ciałem dziecko i mieć nadzieję, że żaden ułamek cię nie zabije.

Gdy na lotnisko szczęśliwie dojechaliśmy, latały jeszcze tylko samoloty izraelskich linii El Al, które mają na pokładzie zabezpieczenie antyrakietowe będące w stanie przechwycić rakietę, by nie uderzyła w samolot. Jedyny lot, na jaki mogliśmy jeszcze kupić bilet, to późno wieczorny samolot do Bukaresztu. Mieliśmy godzinę na spakowanie, wzięliśmy tylko plecaki, w nich rzeczy na przebranie dla dziecka. Poprosiliśmy teściów, żeby podali kwiatki, zostawiliśmy z wielkim bólem serca psa i tak jak staliśmy, wyszliśmy z domu.

Kiedy będziecie gotowi wrócić?

Dziś czuję, że w pewnym sensie ten dom utraciłam. Dopiero jakoś przedwczoraj sobie trochę popłakałam, zajęło mi trzy tygodnie, żeby poczuć pierwsze emocje. Dociera do mnie powoli, co się dzieje, że to jest naprawdę, że to nie jakaś eskalacja, tylko coś, co absolutnie zmieni nasze życie. Bo gdy myślę o Izraelu dziś, wiem na pewno, że nie da się tam żyć jak do tej pory.

Nawet ludzie na lotnisku żegnali się, płacząc, to było dla nas szokujące, bo nigdy się właściwie nie zdarza.

Nie składam żadnej deklaracji, ale na ten moment myślę, że tam się nie da wrócić. Nie chcę też dziecku przekazywać lęków, przekonania, że po drugiej stronie jest ktoś, kto cię nienawidzi. Ma cztery i pół roku, wczoraj sam zapytał: “mamo, a co robi Hamas z tymi dziećmi, które porwał?”. To było szokujące pytanie, bo po raz pierwszy się zorientowaliśmy, że on dobrze wie, co się dzieje.

Mąż jest z wami w Krakowie?

Mój mąż został zwolniony z rezerwy wiele lat temu, więc możemy tutaj być razem. Dopiero dociera do nas, że myśmy po prostu uciekli, myślę o tym i wpadam w rozpacz. Wyjeżdżaliśmy z poczuciem, że to na pewno na chwilę, ale z tej perspektywy powrót wydaje się odległy. Mówi się o miesiącach konfliktu, a my musimy pracować, zapewnić dziecku jakąś ciągłość przedszkola, nauki, rówieśników. My oboje na szczęście pracujemy online, a synkowi udało się już zorganizować przedszkole, więc zostaniemy pewnie tym razem na dłużej.

Jakaś część mnie chciałaby być tam na miejscu, czuję się częścią tego społeczeństwa, głosowałam w ostatnich wyborach, urodziłam dziecko, może pójdzie ono kiedyś do wojska. Już nie czuję, że obserwuję, a solidaryzuję się z Izraelczykami, 7 października to też moje cierpienia i trauma. Bo niektórym może się wydawać, że Izrael jest takim fajnym krajem, ale to raczej poczucie, kiedy się jedzie na wakacje. Bo gdy jesteś tam, widzisz bardzo trudne strony.

Co dla ciebie było trudne?

Oprócz ataków i eskalacji konfliktu od czasu do czasu to ciężki kraj do życia, bardzo drogi, bardzo głośny. Przez 10 lat musiałam wykonać dużo pracy, by w ogóle się tu zobaczyć, poczuć jak u siebie, i teraz wreszcie miałam poczucie, że mi się to udaje.

Wiem, że mój problem jest żaden, bardziej przejmuję się w tej chwili tragedią ludzi z południa i tragedią w Gazie.

W czerwcu byłam w Nir Oz, napisałam reportaż dla “Pisma”. Miał się właśnie ukazać, ale wstrzymałyśmy publikację. Jego bohaterem był Alex Dancyg, który został porwany przez Hamas. Rozmawiałam z nim m.in. o tym, dlaczego tam zamieszkał, był nastawiony pokojowo, jak wszystkie kibuce położone blisko Gazy. To była izraelska lewica, ludzie, którzy naprawdę wierzyli w pokój.

Mur odgradzający te kibuce od Gazy to był tak naprawdę płot, łatwa do przerwania bariera z drutów kolczastych i metalu. Mówiło się, że jest świetnie chroniony, że ma zabezpieczenia i kamery, a Alex pokazywał mi dziury w nim. Mówił przy tym: “oni nam tutaj nigdy krzywdy nie zrobili”, wierzył, że pokój jest możliwy. Nieraz też, zanim mur powstał, Gazańczycy pomagali mu w polu, gdy zakopał się traktorem, a on im. Byli dla siebie po prostu sąsiadami.

Czujesz się dziś trochę między młotem a kowadłem?

W Polsce co rusz ktoś mi przypomina, “co tam narozrabialiśmy na tym Bliskim Wschodzie”. Niektórzy widzą okazję do wyładowania swojej frustracji na mnie, bo stamtąd przyjechałam.

Kiedyś też z pozycji kanapy w Krakowie myślałam, że ten konflikt da się łatwo rozwiązać, ale kiedy tam żyjesz, zaczynasz dostrzegać, jak jest skomplikowany.

Jeżdżąc po Zachodnim Brzegu, spotkałam się z ogromną traumą Palestyńczyków, przekonaniem, że nic dobrego ich już w życiu nie spotka.

Młode pokolenia dorastają w przekonaniu, że Izrael to okupant, a one nie mają nic do stracenia. Dlatego zachowania niektórych nazywaliśmy intifadą dzieci, brały nożyczki, szły na najbliższy przystanek i dźgały kogoś, kto wyglądał na Żyda.

Sytuacja w Gazie też była i jest tragiczna, ilość frustracji, złości, cierpienia nie daje tym ludziom nadziei na przyszłość, nie widzisz w nich gotowości do przebaczenia. A teraz nie mają jej w sobie Izraelczycy, po 7 października lewica przesunęła się mocno w prawo. Ja głosowałam na partie lewicowe, jestem za pokojem i w życiu prywatnym w moim środowisku ciągle o ten pokój się kłócę.

Jednak dzisiaj, jeśli moim lewicowym znajomym czy rodzinie wspomnę cokolwiek o cierpieniu w Gazie, zwykle nie chcą o tym słuchać.

Izraelczycy są teraz w traumie, żałobie i przerażeniu. W okrutny sposób odebrano im bliskich i poczucie bezpieczeństwa, jakie budowali przez dekady. Matki wysłały swoje dzieci na front po to, by odzyskały porwanych przez Hamas, modlą się o ich szczęśliwy powrót. Izrael został uwikłany w wojnę, której nie chciał, i skazany na sytuację bez wyjścia – bo zarówno wstrzymanie teraz tej wojny, jak i jej kontynuacja sprawią, że w taki czy inny sposób będzie przegrany. Z tej wojny nikt nie wyjdzie cało. Także marzenia o pokoju, od których – tak czuję – właśnie oddaliliśmy się o całe pokolenia.

KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET FOT. ARCHIWUM PRYWATNE


Karolina Przewrocka-Aderet (ur. 1987) – dziennikarka, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. Autorka książki “Polanim. Z Polski do Izraela”, współautorka antologii “Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny” oraz – wraz z ks. Adamem Bonieckim – książki “W Ziemi Świętej”. Nominowana do Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej. Współpracowała z polskimi i niemieckimi mediami (m.in. „Przekrojem”, TVP Kultura, Polską Agencją Prasową, krakowską „Gazetą Wyborczą”, portalem Gazeta.pl, “Deutsche Welle” oraz „Der Freitag”). Studiowała w Krakowie, Berlinie i Tel Awiwie


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


China’s ‘CEO Whisperers’: Chinese Communist Party Takes Over Canada

China’s ‘CEO Whisperers’: Chinese Communist Party Takes Over Canada

Robert Williams


  • “I was pretty dismayed at the extent of Chinese Communist Party (CCP) influence in the federal Parliament. I should probably not say any more to stay on the right side of the libel laws… [W]hat are the authorities doing about this? I think that’s the real measure of China’s influence.” — Australian professor Clive Hamilton, National Post, April 15, 2019.
  • Despite leaked intelligence reports about Chinese interference in Canada’s last two federal elections in 2019 and 2021, Prime Minister Justin Trudeau has refused to hold a public probe into the matter.
  • [T]he passivity of Trudeau’s Liberal Party is “permitting China to colonize Canada.” — Tasha Kheiriddin, Canadian political columnist, National Post, August 22, 2023.
  • “On housing: Chinese money laundering inflated Canadian property values for decades and helped push home ownership out of reach for today’s buyers. On drug addiction: China is the main source country of fentanyl found in Canada, paving the way for thousands of overdose deaths. On the economy: China has targeted a host of Canadian industries for control, from lobsters to lithium.” — Tasha Kheiriddin, National Post, August 22, 2023.
  • “The CCP’s basic strategy of overseas influence and interference is to capture elites in politics, business, media, think tanks, universities, and cultural institutions…It deploys a range of techniques including flattery, financial inducement, exploitation of anti-racist and anti-American sentiment, bribery, and honey traps… Key figures in the Liberal Party have long historical ties to the CCP, not least through business connections…” — Clive Hamilton, thehub.ca, June 2, 2023.
  • “I’ve often said that Chinese leaders are what I call CEO whisperers, they’re very, very skillful when meeting foreigners, particularly senior foreigners. China inspires a kind of excessive affection in people and an excessive sense of wonder and a desire not to apply the usual sort of critical thinking skills, and people are seduced by it.” — Former Canadian Ambassador to China David Mulroney, thehub.ca, June 2, 2023.
  • China has reportedly openly been trying to influence [Canadian PM] Justin Trudeau for the past ten years. One unnamed CSIS source said that the CCP had its eyes on Justin Trudeau well before he became prime minister.
  • Trudeau, during his first election campaign in 2016, visited the homes of “wealthy Chinese-Canadians for private fundraising events. Some of the hosts had close connections with the CCP and had been actively promoting Beijing’s takeover of islands in the South China Sea.” — Clive Hamilton, in his book, Hidden Hand: Exposing How the Chinese Communist Party is Reshaping the World.
  • The influence of the CCP is so pervasive that Canada’s Minister of Environment and Climate Change, Steven Guilbeault, “is pulling double duty as an official adviser to the Chinese government” according to a report in the Toronto Sun.
  • China… is a real threat to Canada’s sovereignty. “Recent Chinese actions and announcements are pointing to Beijing’s determination to have a military capability in the region that will exceed that of Canada.” — Rob Hueber, senior fellow at the Macdonald-Laurier Institute and associate professor of political science at the University of Calgary, Globe and Mail, August 25, 2023.
  • “What has not received as much attention is a research paper, published in 2021, in which Chinese scientists explain their success in developing Arctic-resilient underwater listening systems. The paper says the listening systems are for peaceful purposes, but the actual ramifications of the HABs [high-altitude balloons], buoys and research systems are inescapable. China is refining its means of monitoring the Canadian North.” — Rob Hueber, Globe and Mail, August 25, 2023.
  • “China will very soon enjoy a major advantage in monitoring Arctic waters, especially under the surface, and it will have confidence that Canada has little ability to see what is going on or do anything about it. Factor in the overwhelming evidence of Beijing’s efforts to target and interfere in our political system – and our reluctance or inability to respond to these actions – and the larger threat to Canada’s very sovereignty comes starkly into view.” — Rob Hueber, Globe and Mail, August 25, 2023.

Canadian Minister of the Environment and Climate Change, Steven Guilbeault, and Chinese Ecology and Environment Minister, Huang Runqiu at a press conference at the UN Biodiversity Conference in Montreal, Canada on December 17, 2022. (Photo by Andrej Ivanov/AFP via Getty Images)

“When I look… at the subtle but intense influence of China on Canadian institutions — parliaments, provincial governments, local governments, universities, the intellectual community, the policy community — it makes me deadly worried,” said Australian professor Clive Hamilton, author of Hidden Hand: Exposing How the Chinese Communist Party is Reshaping the World (co-authored by Mareike Ohlberg), speaking to Canada’s National Post in 2019. “I’ve met some very well-informed Canadians who aren’t sure Canada will be able to extricate itself from this situation.”

Hamilton, who “blew the whistle on Australia says Canada is in even worse trouble.”

“I was pretty dismayed at the extent of Chinese Communist Party (CCP) influence in the federal Parliament. I should probably not say any more to stay on the right side of the libel laws… My response is to ask what are the authorities doing about this…? I think that’s the real measure of China’s influence.”

Four years later and Canadian authorities are doing little to nothing about China’s interference in Canada. Despite leaked intelligence reports about Chinese interference in Canada’s last two federal elections in 2019 and 2021, Prime Minister Justin Trudeau has refused to hold a public probe into the matter.

Investigative journalist Sam Cooper wrote in August:

China’s election interference and political influence in Canada has been enabled by Beijing’s covert ‘takeover’ of Chinese-language media, plus sophisticated, massively-funded schemes targeting mainstream outlets and seeking to control ‘key media entities’ according to intelligence documents.

“These clandestine operations have involved threats against journalists, the documents say, but also inducements, such as benefits offered by Vancouver’s Chinese Consulate to cultivate ‘key editors, producers and high-ranking managers.'”

According to Tasha Kheiriddin, a Canadian political columnist, the passivity of Trudeau’s Liberal Party is “permitting China to colonize Canada.”

“The erosion of our sovereignty by foreign powers, notably the Chinese communist government, contributes to many… problems. On housing: Chinese money laundering inflated Canadian property values for decades and helped push home ownership out of reach for today’s buyers. On drug addiction: China is the main source country of fentanyl found in Canada, paving the way for thousands of overdose deaths. On the economy: China has targeted a host of Canadian industries for control, from lobsters to lithium.”

According to Hamilton, the CCP has a hold on Canadian elites, which explains why China’s interference is allowed to continue in Canada.

“The CCP’s basic strategy of overseas influence and interference is to capture elites in politics, business, media, think tanks, universities, and cultural institutions. It deploys a range of techniques including flattery, financial inducement, exploitation of anti-racist and anti-American sentiment, bribery, and honey traps… Key figures in the Liberal Party have long historical ties to the CCP, not least through business connections…”

David Mulroney, a former Canadian ambassador to China from 2009 to 2012, said that Canadian elites only see an imaginary China.

“They see the China of the very powerful rhetoric of the Communist Party. I’ve often said that Chinese leaders are what I call CEO whisperers, they’re very, very skillful when meeting foreigners, particularly senior foreigners.

“China inspires a kind of excessive affection in people and an excessive sense of wonder and a desire not to apply the usual sort of critical thinking skills, and people are seduced by it.”

China has reportedly openly been trying to influence Trudeau for the past 10 years, according to the Canadian Security Intelligence Service (CSIS). One unnamed CSIS source said that the CCP had its eyes on Trudeau well before he became prime minister.

According to columnist Tristin Hopper, writing in Canada’s National Post:

“Trudeau’s family has always had a weird relationship with the People’s Republic of China. As prime minister, Pierre Trudeau [Justin Trudeau’s father], paid semi-regular visits to the country and often hauled his children along…

“So in 2016, it didn’t take all that much for the People’s Republic of China to utterly flatter Justin Trudeau during his first official visit to the country. China’s premier Li Keqiang made sure to offer praise of Trudeau’s father within seconds of their initial meeting…

“Trudeau, meanwhile, framed the whole thing as a kind of family reunion — and made sure to note that he had brought his own kids along. ‘The friendship and the openness towards China that my father taught me, I’m certainly hoping to pass on not only to my children but to generations of Canadians in the future,’ he said.”

In his book, Hamilton writes that Trudeau, during his first election campaign in 2016, visited the homes of “wealthy Chinese-Canadians for private fundraising events. Some of the hosts had close connections with the CCP and had been actively promoting Beijing’s takeover of islands in the South China Sea.”

The influence of the CCP is so pervasive that Canada’s Minister of Environment and Climate Change, Steven Guilbeault, “is pulling double duty as an official adviser to the Chinese government” according to a report in the Toronto Sun.

In August, Guilbeault traveled to China to participate in a meeting at the China Council for International Cooperation on Environment and Development (CCICED), which was established by China’s Ministry of Ecology and Environment. According to the organization’s own website:

“… chaired by China’s Executive Vice-Premier, CCICED serves as a high-level advisory body with a mandate to conduct research and provide policy recommendations to the Chinese Government on environment and development.”

Guilbeault, a cabinet minister in the Canadian government, is, unbelievably, an Executive Vice Chairperson of CCICED.

China, according to Rob Hueber, senior fellow at the Macdonald-Laurier Institute and associate professor of political science at the University of Calgary, is a real threat to Canada’s sovereignty. “Recent Chinese actions and announcements are pointing to Beijing’s determination to have a military capability in the region that will exceed that of Canada,” Hueber wrote in August.

“Earlier this year, there was major news-media coverage of a series of Chinese high-altitude balloons (HABs) that flew over North American airspace, as well as Chinese monitoring buoys that floated (or were deployed) into Canadian waters.

“What has not received as much attention is a research paper, published in 2021, in which Chinese scientists explain their success in developing Arctic-resilient underwater listening systems. The paper says the listening systems are for peaceful purposes, but the actual ramifications of the HABs, buoys and research systems are inescapable. China is refining its means of monitoring the Canadian North…

“China, will very soon enjoy a major advantage in monitoring Arctic waters, especially under the surface, and it will have confidence that Canada has little ability to see what is going on or do anything about it. Factor in the overwhelming evidence of Beijing’s efforts to target and interfere in our political system – and our reluctance or inability to respond to these actions – and the larger threat to Canada’s very sovereignty comes starkly into view.”


Robert Williams is a researcher based in the United States.


Dr David Salinger • Sep 17, 2023 at 19:16

And yet , a large percentage of Canadians see nothing wrong and love Justin Trudeau ! It seems to be changing , I hope so for the good of my beloved Canada !

Reply->
Nabi • Sep 17, 2023 at 17:06

The CCP doesn’t need to try very hard. Canada’s an easy target. Easily manipulated by a self-serving legal industry keen to hire itself out to whatever group promises a cash flow, Canadians tend to be good-natured prey. No matter whether it’s, for example, the CCP, the so-called aboriginals or maybe just the transgenders doing the fleecing, Canadians obligingly submit. The poor yucks are on the wrong side of Darwin.

Reply->
Edward A. Hannan • Sep 17, 2023 at 16:42

By “capturing” Canada’s federal government, China controls most of the North American continent abutting the U.S. northern border – approximately 50% of the land surface required to “encircle” the U.S.

Undoubtedly, lethal military “assets,” human and materiel, directed toward the U.S. reside in Canada.

Reply->
Rufus52 • Sep 17, 2023 at 16:20

Where have peoples’ heads been? China has had for many years a military base in British Columbia. But, maybe it’s not in B.C. though, because the government of Canadia gave the Chinese military autonomy. Therefore they are not subject to B.C. laws. It was “rumored” that China had a larger force in the area of Quebec, that tried to encroach into Maine. This was a few years ago when the US military was seen shipping trainloads and truckloads of coffins to that area. I read that in this year alone 45,000 military age Chinese nationals have been released to the interior over OUR southern border. NOTHING TO SEE HERE. MOVE ALONG.

Reply->
RONNY WOETS • Sep 17, 2023 at 15:50

The same in Europe, Nigel Farage of the UK did mention that our politicians are on the payroll of Soros, in the EU, we are busy with the Ukraine, and China does not waste time to extend its influence worldwide and our politicians are unable to stop it or are not willing too do something.
During WW2 Japan & Germany caused trouble, but China has more human resources than the both of them.
And sooner or later we will realise that it is too late, or there will be an unexpected uprising.

Reply->
SkippingDog • Sep 17, 2023 at 15:42

Money is shaping our world and our governments now, and China has a lot of it.

Reply->
cammo99 • Sep 17, 2023 at 15:08

China is the nation pushing EV for the world. They have serious climate problems of their own making some of it from their own lithium mines and coal production to create electricity. It is failing. We now have an extremely liberal radical Government of California that intends to target oil companies and hold them responsible for all the worlds ills. A socially misfit transportation do-nothing czar for Biden declared oil bad. And meanwhile in Canada after all these fires I found out from friends in Ontario that a town that took it upon themselves to clear cut a fire break to prevent themselves from having their property destroyed and personal risks are being fined by the Canadian Government, as yet I only have anecdotal proof. China is in the same state as post WWI Germany the parallel being in comparison their need for land. Our protected forests may be the land they have their eyes on and fires that should have been anticipated by the very people who rally believe in climate change, did nothing to save the forests. The Sierra Clubs Wild Forests protests have only created perfect firestorms, no clear cuts, no fire breaks even fewer roads, no selective cutting, no controlled fires fires under 1400 degrees F and remain less than a meter over the ground. Who would want such land after its been incinerated to a crisp? Xi?

Reply->
RONNY WOETS  cammo99 • Sep 17, 2023 at 17:05

Correct but our politicians most of them are influenced by China, especially Macron and Germany.
However there is a lot of unhappiness now in Germany and their industries are collapsing, and going elsewhere. I do not really understand the stupidity what is happening these days.

Reply->
Andrew Baldwin • Sep 17, 2023 at 12:03

Great report on what has become a huge problem for Canada. There is much to admire and respect in the Chinese people, but the whole Trudeau family have had a much too cozy relationship with the People’s Republic of China, to the detriment of Canadian interests. Peter Schweitzer’s book, “Red-handed: How American Elites Get Rich Helping China Win” provides a useful survey on this in its seventh chapter. In 1989, CSIS destroyed a Cold War file on Pierre Trudeau, which might have contained important revelations about his kowtowing to the Communist Chinese, but what we do know is quite nauseating. After leaving office, Pierre Trudeau enriched himself as a lawyer and a consultant based on his cozy relations with the People’s Republic of China, and it seems probable that his son plans a similar future for himself whenever he leaves office. Justin’s younger brother Alexandre shares his brother’s reverence for the Chinese totalitarian dictatorship, and has benefited from Chinese largesse, notably in the contract given him for his first book, a travelogue on China called “Barbarian Lost: Travels in the New China.”
Schweizer mentions a $200,000 donation by CCP member Zhang Bin to the Trudeau Foundation, but not a $50,000 donation that he made to erecting a statue of Pierre Trudeau. François-Philippe Champagne, formerly Trudeau’s Minister of Foreign Affairs, now his Minister of Innovation, Science and Industry, has been compromised by the PRC. He borrowed $1 million from the Bank of China to buy two apartments in London, England.

Reply->
Percy Bauri • Sep 17, 2023 at 11:57

— This article is an eye opener for the money laundering by CCP Chinese, that it is taking in Vancouver, Toronto, Montreal, Calgary etc, for housing and thus housing has become totally out of reach of the average working class Canadians.
— Interference thru Liberals / Justin Trudeau and previously thru his father Pierre Trudeau has totally made Canada into a Socialist Country.
— Interference in the Canadian election since Pierre Trudeau has been inching along and now it is openly seen in the all walks of life at all Governmental levels in every major Cities of Canada.
— In the last two (2) Federal elections Justin Trudeau went to the rich Chinese homes in Toronto, Vancouver, Montreal etc. for fundraising.
— Chinese corruption is on a rise exponentially.
— CCP, Chinese are totally taking over Canadian Universities

Reply->

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


An Open Letter to Every Parent in America

An Open Letter to Every Parent in America

Shai Davidai


I am begging you – Please help me protect your children.

I am begging you – send this video to 5 parents that you know right now.

Parents need to know. Parents DESERVE to know.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Popierają „Palestynę”, ponieważ nienawidzą Żydów

Propalestyńscy demonstranci gromadzą się przed izraelskim konsulatem w San Francisco dwa dni po masakrze przez Hamas 1400 mężczyzn, kobiet i dzieci w południowym Izraelu, 9 października 2023 r. Źródło: Phil Pasquini/Shutterstock.


Popierają „Palestynę”, ponieważ nienawidzą Żydów


Jonathan S. Tobin
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Czas przestać udawać, że ci, którzy maszerują w obronie Hamasu lub opowiadają się za zniszczeniem Izraela, bronią praw człowieka.

W zeszłym tygodniu antyizraelskie protesty na kampusach uniwersyteckich i na ulicach głównych miast trwały i przybrały na sile. W Europie liczba osób wyrażających „solidarność z Palestyną” jest jeszcze większa, ponieważ setki tysięcy maszerowały, gdy Izrael rozpoczął ofensywę lądową w Strefie Gazy.

Szeroko publikowano i transmitowano materiał filmowy i zdjęcia przedstawiające ogromne tłumy ludzi wymachujących palestyńskimi flagami i wrzeszczących obelgi pod adresem Izraela i Żydów. Podobnie, mamy także relacje o incydentach, podczas których Żydzi byli zastraszani lub gorzej w miejscach publicznych, kiedy agresywni przeciwnicy Izraela, którzy twierdzą, że bronią narodu palestyńskiego, dawali upust swojej żółci i próbowali wypędzić z przestrzeni publicznej tych, którzy się z nimi nie zgadzali.

Przypadki antysemityzmu gwałtownie rosną w Stanach Zjednoczonych, a także przybierają na bezczelności i brutalności w Europie, gdzie Żydzi mieli już uzasadnione powody, aby obawiać się publicznego utożsamiania się ze swoją wiarą. Równie przerażający jest sposób, w jaki groźby w Internecie skierowane przeciwko Żydom nie tylko lawinowo nasilały się, ale obecnie prowadzą do konkretnych zagrożeń wobec społeczności i instytucji żydowskich.

Jednak liderzy opinii i osoby wpływowe w mediach społecznościowych mówią nam, byśmy nie wierzyli własnym kłamliwym oczom i uszom, gdy widzimy narastające dowody antysemityzmu. Wyciąganie wniosków z zachowań ludzi krzyczących, że „Palestyna będzie wolna od rzeki do morza”, niosących plakaty o wrzucaniu Żydów do śmietnika czy zdzierających plakaty ze zdjęciami izraelskich ofiar porwań, jest błędem. Mówi się nam, że tacy ludzie po prostu wyrażają naturalne współczucie, jakie obywatele o nastawieniu humanitarnym żywią dla uciskanych Palestyńczyków. Jeśli mówisz, że jest  to poparcie dla Hamasu, to pokazujesz swoją ukrytą islamofobię. A jeśli uważasz, że tacy ludzie powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności, to promujesz kulturę anulowania i próbujesz zablokować wolność słowa.


Poparcie dla „Palestyny”

Współczucie dla palestyńskich mieszkańców Gazy, których życie zostało zakłócone i zagrożone przez wojnę rozpoczętą przez Hamas 7 października wraz z barbarzyńskimi transgranicznymi atakami terrorystycznymi na społeczności w południowym Izraelu, jest zrozumiałe, a nawet godne pochwały. Jednak ofiary cywilne są nieuniknionym i zamierzonym skutkiem terroryzmu Hamasu. Nawet pomijając kwestię popularności Hamasu, ludzie w Gazie nie umierają za „wolną Palestynę”. Umierają, by chronić grupę, która od 2007 roku rządzi ich przybrzeżną enklawą jako islamistyczna tyrania i której zadeklarowanym celem – uwidocznionym w okrucieństwach z 7 października – jest zniszczenie państwa Izrael i rzeź jego żydowskiej ludności. Protesty nie są też jedynie wyrazem współczucia dla trudnej sytuacji ludzi, którzy nie z własnej winy znaleźli się w pułapce strefy działań wojennych.

Jak wyraźnie pokazują flagi, plakaty i przemówienia wygłoszone podczas tych wydarzeń, skupiono się nie tylko na przedstawieniu Izraela jako państwa, które reaguje „nieproporcjonalnie” na ataki na swoich obywateli w obrębie własnych granic, jakkolwiek absurdalne może być to oskarżenie. Ich celem jest raczej zebranie poparcia dla „Palestyny”.

Zdefiniowanie, czym właściwie jest „Palestyna”, pozostaje ważnym pytaniem. Według Arabów palestyńskich składa się ona nie tylko z rządzonej przez Hamas Strefy Gazy oraz terytoriów Judei i Samarii („Zachodni Brzeg”), których arabska populacja jest rządzona autonomicznie przez Autonomię Palestyńską kierowaną przez Partię Fatah; ten obszar na zachód od Jordanii uznawany jest za teren sporny od wojny sześciodniowej w 1967 r. Raczej postrzegają cały Izrael, jak również te terytoria, jako Palestynę. A kiedy mówią, że musi być „wolna”, mają na myśli zlikwidowanie państwa Izrael, coś, co mogło by stać się jedynie przez ludobójstwo całej ludności żydowskiej.

Poparcie dla tej koncepcji wynika z wiary wzmocnionej przez rozpowszechnienie krytycznej teorii rasy i nauk intersekcjonalnych, które fałszywie postrzegają Izrael jako wyraz kolonializmu i imperializmu, w którym „biali” ciemiężyciele prześladują „ludzi kolorowych”. Idee te łączą walkę o prawa obywatelskie w Stanach Zjednoczonych i przeciwko apartheidowi w Republice Południowej Afryki z chęcią wymazania z mapy jedynego państwa żydowskiego na świecie.

Jak sama Karen Attiah, redaktorka „Washington Post” zajmująca się opiniami globalnyminapisała w zeszłym tygodniu, poparcie dla lewicowego Hamasu, w szczególności wśród Afroamerykanów, wynika z ich przekonania, że Izrael musi zostać „zdekolonizowany” wraz z każdym innym śladem zachodniej cywilizacji.

Wymazując samą ideę praw Żydów, oprócz tysięcy lat historii i wiary, Attiah upiera się, że żydowscy liberałowie muszą pozbyć się myśli, że ich niegdysiejsi sojusznicy z mniejszości ich porzucają. Jeśli istnieje „solidarność z Palestyną”, dzieje się tak dlatego, że samo istnienie Izraela jest zbrodnią. Następnie ponownie rozpowszechnia krwawe oszczerstwo, jakoby Izrael pomógł szkolić policję w Ferguson w stanie Missouri w zabijaniu Afroamerykanów. Narzeka też, że niewłaściwe jest oskarżanie ludzi, którzy chcą wyeliminować Izrael, o bycie antysemitami, mimo że Żydzi są jedynym narodem, którego „postępowcy” chcą pozbawić ojczyzny i odmówić im prawa do obrony.

W ten sam sposób list podpisany przez wielu członków wydziału Uniwersytetu Columbia bronił studentów wspierających Hamas i zniszczenie Izraela. Określił także niewypowiedziane okrucieństwa Hamasu 7 października jako „reakcję militarną” i „okupowany naród korzystający z prawa do stawiania oporu brutalnej i nielegalnej okupacji”.

To, co dzieje się na kampusach uniwersyteckich i podczas demonstracji, jest pełnym wyrazem ruchu antysemickiego, który pragnie końca Izraela. Jak powtarzają nam demonstranci, jeśli oznacza to, że 1400 izraelskich mężczyzn, kobiet i dzieci musi zostać wymordowanych, Żydówki muszą być zgwałcone i torturowane, a niemowlęta i dzieci uprowadzane, to jest to los, na jaki zasłużyli ci „okupanci”.

Nie ma to nic wspólnego z rzekomymi złymi czynami Izraela. Twierdzenie jest takie, że jeśli mają być szanowane „prawa” Palestyny, wówczas prawa Żydów można wymazać i życie Żydów nie ma znaczenia. W odróżnieniu do poprzednich wersji antysemityzmu, które nie zawracały sobie głowy ubieraniem nienawiści w kostium obrony praw człowieka, współczesna nienawiść do Żydów udaje wartości postępowe i jest propagowana w prestiżowych miejscach akademickich i dziennikarskich przez osoby szanowane przez społeczeństwo.

Jeśli instytucje liberalne, takie jak „Washington Post” i wydział Uniwersytetu Columbia, nie mają skrupułów w usprawiedliwianiu nienawiści do Żydów, dlaczego mielibyśmy być zaskoczeni, kiedy żydowscy studenci byli zamykani w bibliotece Cooper Union College lub grożono im przemocą na Uniwersytecie Cornell ? Co więc jest tak szokującego, gdy tłumy na ulicach Nowego Jorku, Chicago, Londynu i innych dużych miast wołają o żydowską krew? I jeśli ich odpowiednicy w miejscach takich jak Dagestan w Federacji Rosyjskiej biorą udział w rozruchach i polują na podejrzanych o żydostwo na lotniskach?

Przestańmy więc udawać, że protesty o „Palestynę” dotyczą praw człowieka. Gdyby tak było, protestowaliby przeciwko terroryzmowi Hamasu. Jeśli wyrażanie współczucia dla żydowskich ofiar i, powiedzmy, żądanie uwolnienia przetrzymywanych jako zakładników dzieci i dziadków to zbyt wiele, mogliby skrytykować użycie przez terrorystów ludzkich tarcz. Obejmuje to terrorystów Hamasu, którzy umieścili swoją kwaterę wojskową pod szpitalem, gromadzą dla siebie zapasy w Gazie, żądając jednocześnie, aby świat dał więcej pomocy Palestyńczykom i odmawiając pozwolenia cywilom znajdującym się pod ich rządami na ucieczkę przed walkami.

Ale oni niczego takiego nie robią. Zamiast tego grożą Żydom, niszczą plakaty przedstawiające porwanych Izraelczyków i wyrażają swoje poparcie dla zastąpienia Izraela „Palestyną”.


Antysemityzm i kultura anulowania

Nie powinniśmy też traktować tego publicznego wyrazu antysemityzmu jedynie jako czegoś, o czym przyzwoici i honorowi ludzie powinni usiąść i podyskutować. Nie ma tu na to miejsca.

Pomysł, że jest coś złego w publicznym demaskowaniu tych, którzy angażują się w antysemityzm, jest dziwaczny, zwłaszcza jeśli pochodzi od tych członków świata akademickiego, którzy zrobili wszystko, co w ich mocy, aby wypędzić konserwatywnych krytyków z ich toksycznymi teoriami z życia publicznego. Kultura anulowania polega na demonizowaniu i karaniu tych, którzy angażują się w normalną debatę polityczną. Sprzeciwianie się temu nigdy nie oznaczało usprawiedliwiania i obrony rzeczywistego rasizmu, takiego jak w przypadku neonazistów lub członków Ku Klux Klanu.

Dlatego właśnie atakowanie studentów Harvardu, którzy popierają zniszczenie Izraela i popierają terroryzm Hamasu, nie jest złe. Rozsądni ludzie nigdy nie wybaczyliby nikomu, kto sugerowałby lincz Afroamerykanów. A jednak o to proszą ci, którzy kibicują lub usprawiedliwiają pogromy Żydów w Izraelu. W istocie Harvard stara się nawet chronić ich prawo do zatrudnienia w najbardziej prestiżowych kancelariach prawnych i korporacjach w kraju – czego nigdy by nie zrobił w przypadku tych, którzy nawołują do mordowania jakiejkolwiek innej mniejszości.

W rozsądniejszej atmosferze amerykańskiego życia publicznego ci, którzy racjonalizują rzeź Hamasu jako „dekolonizację”, tak jak robi to Attiah, nie byliby redaktorami „Washington Post”. Zostaliby zepchnięci na margines amerykańskiego społeczeństwa, gdzie mogliby bronić dowolnego wariantu antysemityzmu, jaki im się podoba.

To samo można powiedzieć o Candace Owens z „Daily Wire”, która określiła prohamasowską demonstrację w Londynie jako dowód na to, że „ludzie nie akceptują narracji medialnej o tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, pomimo uporczywej retoryki urzędników rządowych”. Ale czego innego spodziewaliśmy się po obrończyni antysemityzmu Kanye Westa, niezależnie od tego, czy nazywa siebie konserwatystką, czy nie?

Nie chodzi tu o możliwości żydożerców z Harvardu do robienia błyskotliwych karier lub zdolność Owens i Attiah do utrzymania wpływowych stanowisk. Prawdziwym pytaniem jest, czy społeczeństwo posunęło się już tak daleko w akceptowaniu demonizacji Izraela i Żydów, że publiczne wyrażanie nienawiści do Żydów nie wiąże się z żadną karą, niezależnie od tego, czy udają oni współczucie dla Palestyńczyków, czy nie.

Liczy się to, czy moralni ludzie są skłonni zgodzić się z udawaniem, że żądanie unicestwienia Izraela i wymordowania jego ludności jest akceptowalnym dyskursem. Potrzebne jest, aby wszyscy ludzie dobrej woli – bez względu na to, gdzie zajmują się w spektrum politycznym, bez względu na ich wiarę czy pochodzenie – potępili te podłe pomysły jako mowę nienawiści. Co więcej, powinni żądać, aby ci, którzy popierają tę nienawiść, spotkali się z potępieniem i odrzuceniem, jakie spotkałoby ich, gdyby byli zdeklarowanymi nazistami, a nie tylko tymi, którzy wspierają islamistycznych kontynuatorów Hitlera.


Link do oryginału: https://www.jns.org/they-back-palestine-because-they-hate-jews/   JNS Org., 30 października 2023


Jonathan S. Tobin jest redaktorem naczelnym JNS (Jewish News Syndicate). Możesz go śledzić na Twitterze pod adresem: @jonathans_tobin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Unsubscribe From Everything

Unsubscribe From Everything

JUSTINE EL-KHAZEN


ALFRED GESCHEIDT/GETTY IMAGES

You may think you’re not worth spying on. But to our government, we’re all terrorists

My email was being “held in government quarantine” pending review, a letter from Yahoo! informed me. I was sitting in the computer lab in the German department at New York University. It was September of 2003. I remember because I’d just received an email about a merit scholarship for that semester. The government wants to know about my scholarship? was my first thought. My next one was: Let ‘em. What did I care if the government knew my GPA?

This is a common line of reasoning in the bulk surveillance era. The “nothing to hide” argument, which, as Edward Snowden points out, was likely the brainchild of Nazi Propaganda Minister Joseph Goebbels. Americans really took to it back in 2013, when Snowden revealed the government’s mass spying programs. Unless their private photos were being looked at, nobody cared.

Fast forward 10 years, and Americans seem to have adopted the same basic attitude toward the revelation that the government is spying on millions of social media accounts. So what if the government is spying on us—how else could it protect us from Russia and domestic extremists? Defenders of the new censorship regime focused on the politics of those censored, arguing over the finer points of what counts as a legitimate extremist threat. But they’ve missed the point: The government is reading our tweets, and monitoring our activity online, regardless of our individual political persuasions.

As a former military intelligence contractor told me: The real name of the game is data fusion. The government wants to collect tens of millions of tweets and cross-reference them with geolocations, not so that it can protect Americans from Islamic terrorism or domestic extremism, but in order to exercise power. This is nothing new: In 1971, Sam Ervin, a Democratic senator from North Carolina, held a hearing on “Federal Data Banks, Computers, and the Bill of Rights,” the last of which, Ervin warned, was being trampled by the country’s security establishment. Ervin testified that “demonstrators and rioters” in the unrest of the 1960s had been treated not “as American citizens with possibly legitimate grievances, but as ‘dissident forces’ deployed against the established order.” And given that view, Ervin concluded, “it is not surprising that Army intelligence would collect information on the political and private lives of the dissenters.” Fast forward 60 years, and the FBI is still at it: BLM and J6 protesters, members of Congress and their campaign donors have all been investigated for links to terrorism. Of course, in the meantime, the Patriot Act provided an updated legal framework for this kind of overreach, giving intelligence agencies greater latitude than ever.

I’ve been asking around for years, and no one’s been able to tell me exactly what my letter from Yahoo! was about. A former intelligence officer I know offered the best conjecture yet. The surveillance programs that got going immediately after 9/11 were disorganized. New systems needed to be developed with clearer protocols, particularly when it came to surveilling Americans. Most likely, whatever agency was surveilling me was also surveilling my husband, a Lebanese immigrant. By law, the NSA doesn’t need to notify foreign nationals when it spies on them. My husband did not, incidentally, receive a letter like mine. But the NSA (in theory) can’t spy on me because I’m an American citizen.

Rather I fall under the FBI’s jurisdiction. In 1998, Congress passed the Security and Freedom Through Encryption (Safe) Act, which stipulated that citizens have a “right to be notified when their decryption information is provided to law enforcement, or when law enforcement is granted access to the plaintext of their data.” In other words, the FBI has to tell me when it looks at my emails.

The FBI and the NSA had a deal worked out: The FBI, which is technically a law enforcement and not an intelligence agency, became a front for laundering the vast quantities of data captured through the NSA’s bulk collection programs. The FBI’s Data Intercept Technology Unit (DITU) relayed NSA surveillance queries to companies like Google, Facebook, and Yahoo!, and then conveyed the results back to the NSA. So it’s safe to assume the FBI and the NSA were reading my email.

The government wants to collect tens of millions of tweets and cross-reference them with geolocations and credit scores, not so that it can protect Americans from Islamic terrorism or domestic extremism, but in order to exercise power.

In theory, the NSA was only after metadata, which is everything but the content of your communications. But you have to be very credulous to believe that. According to NSA whistleblower Bill Binney, the government began trying to capture as much of the data of American citizens as it could mere weeks after 9/11. Binney blew the whistle because he’d seen the NSA abandon ThinThread, a program he’d developed that would have protected the privacy of American citizens. Instead, it went with Stellar Wind, which mined major communication databases for everything from phone conversations to emails to SMS’s. Theoretically, its scope was limited to metadata. By 2007, however, content was definitely on the menu. Prism, the program Snowden’s leak made famous, took content off the servers of major webmail providers like Google and Yahoo!—with their help, an arrangement that would be revived post-2016, when the government turned its sights on social media.

Stellar Wind and Prism represent one method of data collection: partnering with communication companies to capture metadata and/or content. Programs like Tempora  took a different approach. Bypassing the need for corporate partnership, the NSA and GCHQ, the U.K.’s security agency, actually inserted intercepts into the fiber optic cables that make up the internet’s backbone.

“Unsubscribe from everything.” That was my lawyer’s advice to me. Anything with an even mildly political leaning needed to be banished from my inbox. Going forward, it would reflect the quiet, disengaged life I was to lead. Same went for my offline activity: no political protests. No antiwar anything. No The Nation, no Mother Jones. Cancel any subscription that might even hint at my political thoughts. And this was the kicker: Don’t vote.

If, back in 2003, government surveillance had reached a point that many of us felt the need to self-censor, today it’s private citizens who are imposing the censorship regime. Online mobs savage people for making an insensitive remark, communities shun people for asking questions. The desire to speak freely and without fear is driving not only the creation of platforms like Substack, but actual migration patterns. This is what happens when surveillance and social control are pervasive enough: True enemies, like al-Qaida, are replaced by boogeymen like @TrumpDyke, and dubious figments like “disinformation” supplant real threats like terror. The zealous among us begin policing speech so the actual police don’t have to, and the press, the inevitable organ of every authoritarian regime, either turns a blind eye or actively colludes with the government and its partners to smother unsanctioned views.

To the extent that there has been a debate about the abuses of power the Twitter Files revealed, it has revolved around whether dissenting voices—including distinguished scientists—should be censored for the greater good, but this is shortsighted. Censorship is a secondary effect of surveillance, and 9/11 elicited a sea change in the way intelligence agencies approach it. In Binney’s words: “we changed our policy of how we looked at communications and analyzed things from groups of people to individuals. That meant they switched from going after the bad guys to going after everybody.” Maybe today you’re on the right side of the surveillance machine, but that could change in an instant. Just ask Dr. Jay Bhattacharya, who went from being an obscure epidemiologist to a Twitter pariah overnight. Anyone can be put in the crosshairs.

The transition from the “war on terror” to the “war on disinformation” was seamless. The target may have changed—alleged Russian saboteurs became the new jihadists—but the essential tactics and players remained the same. As one of his last acts before leaving the White House, President Obama created the Global Engagement Center. It was originally called the Center for Strategic Counterterrorism Communications and was created to counter ISIS messaging online. However, beginning in 2017, the GEC’s new mission was to go after “counterfactual narratives abroad that threaten … national security interests,” the idea being that Russian operatives had swung the election in Trump’s favor, a theory that has since been debunked. The GEC, it should be noted, was designed to facilitate coordination across multiple agencies—FBI, CIA, DHS, the Office of the President, and others—so its mission-shift resonated across the government at many levels, making Americans surveillance targets not just of any one agency, but of their government as a whole.

But the new mission was as much a private operation as a public one. The government- funded Aspen Institute‘s Commission on Information Disorder wrote the blueprint for how labor should be divided, and information, shared, in the great quest to snuff out “counterfactual narratives.” The commissioners suggested that social media platforms create an archive of high reach content, to be updated daily. At least under Prism, tech companies were merely asked to facilitate spying on Americans. Now they themselves do the dirty work, engineering the systems that allow bureaucrats to decide what Americans can and can’t say.

Back when he was still working for the NSA, Binney watched the Soviet KGB use surveillance to subvert the Russian public. The KGB’s tactic was to gain a window onto the Russian psyche and use that window to attack it, with the goal of enforcing obedience to the party.

The use of government surveillance to subvert Americans sounds pretty far out, but that’s only because we’ve grown so used to it. Doctors and scientists, who actually knew what they were talking about, were censored during the biggest public health crisis of our time. Meanwhile, Anthony Fauci, 21st-century America’s Trofim Lysenko, continued the lockdowns. What’s even more disturbing, untold numbers of doctors chose to censor themselves. They tended to be younger, early enough in their careers that they weren’t protected by established reputations and tenure. Dr. Bhattacharya, who is a professor of medicine at Stanford University, told me about colleagues who thanked him for speaking out when he began pushing back against the CDC’s policies on Twitter; they had wanted to speak out too but felt they had too much to lose. Bhattacharya is co-author of the Great Barrington Declaration, a document signed by close to a million scientists who felt lockdowns were reckless and unlikely to meaningfully impact death rates. For these views, Bhattacharya and other like-minded scientists were officially blacklisted, which meant that debate about the most far-reaching public health policies of our time was suppressed. We never talked about how effective, let alone disastrous, lockdowns might be because we weren’t allowed to, and the consequences of that were huge. The data is now in, and it turns out not only did lockdowns destroy the social fabric of American life, they didn’t actually work.

Mass surveillance and censorship are pretty much the norm now. We accept them, and downplay their impact. But COVID was a unique situation in that the cost of censorship could actually be measured: the irrecuperable learning loss kids suffered, the impact on early childhood development, the spike in deaths of despair, the damage done to mental health across the board but especially for teenagers, the historic economic downturn that decimated small businesses while leading to record profits for the tech industry.

We lost a lot for choosing not to have a dialogue about government overreach back in 2013, when Snowden revealed the government’s mass surveillance programs. “Study after study has shown that human behavior changes when we know we’re being watched,” he once said. “Under observation, we act less free, which means we are less free.” Maybe you hesitated to do a search on Google, or say something in an email because you thought someone might intercept it. After Snowden, writers admitted to turning down work out of the mere possibility of surveillance. The “war on terror” had a chilling effect on speech, which was bad enough. Fast forward to 2020, and scientists were voluntarily taking themselves out of the lockdown debate. If in 2013, we lost a core American value when we chose not to take up the cause of privacy, in 2020, we lost jobs and lives.

I began making FOIA requests not long after the Snowden leak. It seemed like a reasonable thing to do. There was more concern about government transparency by then, and I had a lot of questions. Like why had my husband and I been surveilled? He was a pot-smoking, jazz-playing Christian, and I was a Jewish grad student. I figured I was entitled to know why our privacy had been violated in the name of national security. So when a letter with a CIA return address arrived in the mail, I tore it open, eager. Inside was the first of many Glomar responses I’ve received.

We can neither confirm nor deny the existence or nonexistence of records responsive to your request. The fact of the existence or nonexistence of such records is currently and properly classified and relates to intelligence sources and methods of information that are protected from disclosure … 

Some legal mind at the CIA came up with the copy back in 1975. The agency had wasted a fortune on Howard Hughes’ Glomar Explorer, which was meant to retrieve a sunken Soviet sub from the bottom of the ocean. It failed in its mission, at great taxpayer expense. A journalist at the Los Angeles Times wanted to report on it, and the Glomar letter, the government’s last line of defense against transparency inquiries, was born.

Secrecy protects surveillance systems. It’s how, as the tools of authoritarian regimes, surveillance systems work: The eye only faces one way, and you don’t get to look back. But withholding information is also a way of undermining the person who seeks it. Because we need context, we need stories, we need truth, especially after a traumatic event.

What story will America tell about the past two decades? What will our grandkids learn about the Patriot Act? About Snowden and the Twitter Files? What will their textbooks say about COVID?

Will they mention the suicides, the exodus of kids who have seemingly given up on school, or the fact that the teachers union backed shutdowns—that it was the schools that first gave up on America’s kids? Will we tell the story of how avoidable it all was? Or remember that there was a surveillance state long before the apparatchiks began telling doctors what they could and couldn’t say?

But if the truth does come out, it will show that we knew. We knew the government was spying on us. We were warned again and again, and we did nothing.


Justine el-Khazen is a writer living in Brooklyn, New York.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com