Mieszkanka Tel Awiwu przed ścianą z portretami osób porwanych przez Hamas 7 października. Izrael, listopad 2023 r. (Fot. Ariel Schalit / AP Photo)
Karolina Przewrocka-Aderet: Wyjeżdżaliśmy z Izraela tylko “na chwilę”. Dziś powrót wydaje się odległy
Paula Szewczyk
“Kiedy pierwszy raz widziałam moje dwuletnie dziecko śpiące w schronie na podłodze, był to dla mnie widok szokujący. Powiedziałam sobie: nigdy więcej” – mówi nam mieszkająca dotychczas w Izraelu polska dziennikarka Karolina Przewrocka-Aderet.
.
Paula Szewczyk: Izrael przez ostatnie lata był twoim domem?
Karolina Przewrocka-Aderet: Od prawie dziesięciu lat. Wyszłam za mąż za Izraelczyka, z którym poznaliśmy się w czasie otwarcia muzeum Polin w 2013 roku w Warszawie. W mojej rodzinie nie było żydowskich korzeni, ale temat bardzo mnie poruszał. Urodziłam się w Krakowie, w Płaszowie, i od lat 90. obserwowałam, jak rozwijał się Kazimierz, jak przypominano tu żydowską historię, w jej atmosferze dorastałam.
Jeszcze na studiach zaczęłam interesować się tematyką żydowską, w 2010 roku pierwszy raz pojechałam do Izraela. To był moment, kiedy mogłam zasmakować tamtejszego życia, jego różnic i podobieństw do świata, który znałam wcześniej z Europy. W 2014 roku wiedziałam już, jaki ten Izrael jest, znałam jego dobre i trudne strony, byłam gotowa w nim zamieszkać, mimo że raz na jakiś czas dochodziło tam do starć.
Zresztą w dniu, kiedy przyjechałam, nad Tel Awiw nadlatywały rakiety, zaczynała się kolejna eskalacja.
Oboje jesteśmy dziennikarzami, mąż pomagał mi w zrozumieniu Izraela, chociaż nadal jest to dla mnie kraj, w którym im dłużej mieszkasz, tym mniej wiesz, bo coś nagle wywraca twój punkt widzenia do góry nogami. Ale to, co było zawodowym wyzwaniem, okazało się już częścią życia, gdy na świat przyszło nasze dziecko.
Do momentu jego narodzin traktowałaś to, co się dzieje w Izraelu, jako temat do opisywania?
Dużo było w moim podejściu ciekawości dziennikarskiej. Wcześniej pracowałam trochę w Niemczech, robiłam praktyki w Brukseli przy Komisji Europejskiej, to był świat, który wydawał mi się stabilny, ale w konsekwencji nudny. Bliski Wschód ma to do siebie, że jest szalenie intensywny, smaki, zapachy, ludzie. To fascynujące, ale kiedy rodzisz dziecko, zaczyna być kłopotliwe. Pamiętam, kiedy synek miał chyba miesiąc i nad Tel Awiw wleciała zbłąkana rakieta. Usłyszeliśmy alarm przeciwrakietowy, kąpiąc go, byliśmy zszokowani, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wyskoczyliśmy na klatkę, bo w tamtym mieszkaniu nie było schronu, i trzymając ociekające wodą malutkie dziecko, myślałam: “Boże, co teraz?”.
To już nie był temat do opisania, tylko moja odpowiedzialność za jego życie.
Zresztą nigdy nie myślałam o sobie jak o korespondentce wojennej, psychicznie bym sobie nie poradziła. Nie wyobrażam sobie choćby teraz wejścia do domów w kibucu, w których łóżeczka dzieci są pełne krwi.
KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET Z MĘŻEM FOT. ARCHIWUM PRYWATNE
Co zdecydowało o twoim wyjeździe 7 października?
Właśnie ta odpowiedzialność za synka. W momencie, gdy wybuchła wojna, mieliśmy już ustalone z mężem między sobą zasady: coś zaczyna się dziać, wyjeżdżamy, nie narażamy dziecka. Bojówki Hamasu na ulicach, to była sytuacja zupełnie inna niż zwykle, wymagała szybkiej decyzji z naszej strony. Wiedziałam, że okienko czasowe wynosi kilkanaście godzin, zanim odwołają loty. W 2021 roku utknęliśmy tak w Izraelu na 10 dni, trwał ostrzał, a my za późno zdecydowaliśmy się jechać na lotnisko.
Wtedy też widziałam moje dwuletnie dziecko śpiące w schronie na podłodze, był to dla mnie widok szokujący, powiedziałam sobie “nigdy więcej”.
Wtedy ustaliliśmy, że przy kolejnym poważnym ostrzale kupujemy pierwszy możliwy bilet i wylatujemy. To nie była łatwa decyzja wyjechać, zostawić rodzinę męża. Nie wszyscy też mogą to zrobić, mówią: my nie mamy innego domu. Pierwszy raz od Holocaustu Izrael został tak zaatakowany, ale Izraelczycy paradoksalnie tu czują się najbezpieczniej. Część osób wręcz wraca do kraju z miejsc, w których były. A ja, będąc Polką, mam ten przywilej, że na wyjazd do Krakowa, mojego drugiego domu, mogłam sobie pozwolić.
W Izraelu wielu rodziców uważa, że należy zostać, bo skoro tam żyjesz na co dzień, musisz liczyć się z ryzykiem, być gotowym, że różne rzeczy mogą się zdarzyć. Dzieci są więc narażane na stres związany z nalotami rakietowymi czy w ogóle z zagrożeniem od najmłodszych lat. Są do tego adaptowane, bo tego być może kiedyś będzie wymagała od nich sytuacja. One nie znają innego życia, tak jest w Izraelu i już. Dorośli z kolei biorą tabletki antylękowe i ja również dzięki nim się uśmiecham, kiedy rozmawiamy. Ale są matki, które takie podejście negują, mówią: przecież to nie jest normalne, dziecko nie musi być na ten lęk skazane.
Decyzja ta spotkała się z niezrozumieniem wśród znajomych czy rodziny? Uznali, że opuszczasz swój kraj?
Tak, niektórzy tak to widzą. Ci, którzy wyjechali, nie są najlepiej postrzegani przez tych, którzy zostali, bo ci drudzy uznają, że właśnie w godzinie wojny nie wolno wyjeżdżać. Staram się nie wartościować, kto ma rację, a kto nie, bo to sytuacja zagrożenia życia, przed którą wszyscy zostaliśmy postawieni, i podejmujemy decyzje zgodnie z tym, co jest dobre dla naszych dzieci, przede wszystkim dla nich, potem dla nas samych. Część moich koleżanek w ogóle nie myśli o wyjeździe, bo ich mężowie są na froncie, więc chcą być bliżej nich, wojskowi czasem wracają do domu choćby na dzień czy pół dnia, więc dzieci mają szansę zobaczenia się z tatą.
Są części kraju, w których można w miarę normalnie funkcjonować, pracować zdalnie, posłać dzieci do szkół, w niektórych lekcje odbywają się online. W niemal każdym domu jest schron, czyli taki bezpieczny pokój, do którego wchodzi się podczas ostrzału. Jest specjalnie umocniony, nowoczesny, posiada filtry przeciwko broni biologicznej, można się w nim zamknąć i przeczekać nalot. Na co dzień miejsce to służy w domu po prostu jako jeden z pokoi.
Południe zostało natomiast praktycznie wyludnione.
Są miejsca, w których ostrzał postępuje codziennie, rakiety szerokiego zasięgu wystrzeliwane przez Hamas dolatują właściwie na cały obszar kraju. Może poza północą, bo tam z kolei strzela Hezbollah z Libanu, choć do tej pory północ była w miarę spokojna.
KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET Z SYNEM W LODZIARNI W TEL AWIWIE, OBOK KTÓREJ DOSZŁO DO ATAKU. FOT. ARCHIWUM PRYWATNE
Dotąd czułaś się w Izraelu bezpiecznie?
Naloty zdarzały się na południu bardzo często. To, że w Tel Awiwie pojawiły się rakiety, było sytuacją wyjątkową. Bo Hamas nie celuje w infrastrukturę wojskową, te rakiety lecą na domy. Są najczęściej rozbierane w powietrzu dzięki Żelaznej Kopule, choć zdarzają się odłamki, które mogą zabić. Dlatego zasada jest taka, by 10 minut po zakończeniu ostrzału przeczekać w ukryciu, by być pewnym, że już nic nie spada.
Żelazna Kopuła była więc do tej pory gwarantem bezpieczeństwa i w takim względnym poczuciu bezpieczeństwa można było tu żyć.
Wiadomo było, że kiedy coś się dzieje, człowiek idzie do schronu, a w tym czasie silne wojsko i dobry wywiad poradzą sobie z zagrożeniem. 7 października całkowicie to poczucie bezpieczeństwa złamał. Chociaż we mnie malało ono już od jakiegoś czasu.
Dlaczego?
Od wiosny tego roku dwa razy zdarzyło mi się być bardzo blisko miejsca, w którym godzinę później doszło do ataku terrorystycznego. Za pierwszym razem na ulicy, na którą potem wszedł człowiek i strzelał do ludzi. Za drugim razem byłam z dzieckiem w Jaffie w miejscu, w którym godzinę później facet wjechał w przystanek pełen ludzi i zabił pięć osób. Z kolei w wakacje doszło do ataku w lodziarni koło naszego domu w północnym Tel Awiwie, do której chodzę z synkiem po przedszkolu na lody. Widziałam potem w telewizji podjeżdżający pod wejście samochód i wyskakującego z niego mężczyznę z nożem, dźgał kogo popadnie, w tym osoby siedzące przy naszym ulubionym stoliku.
Zaczęłam się zastanawiać, idąc tam kolejnym razem, czy w ogóle mogę czuć się tutaj bezpieczna.
Są też branże, w których Arabowie i Żydzi w Izraelu żyją razem, np. budowlanka. Firmy prowadzą izraelscy Arabowie, zatrudniają pracowników z Zachodniego Brzegu, również z Gazy. I kiedy remontowaliśmy dom, normalnym widokiem było dla nas, że wykonujący pracę w określonych porach dnia modlili się w naszym ogródku, Żydzi obok muzułmanów. Pomyślałam potem, że gdyby wybuchło powstanie i Arabowie izraelscy dołączyliby do hamasowców, doszłoby do rzezi w mojej własnej sypialni. Nie bylibyśmy w stanie jej zatrzymać. Było mi źle z tą myślą. Bo izraelscy Arabowie – którzy podkreślają swoją palestyńską tożsamość – to nasi sąsiedzi. Nie chcę się ich bać. Chcę żyć z nimi w pokoju i bezpieczeństwie.
Gdzie byłaś 7 października?
To był ostatni dzień święta Sukkot, sobota, czyli szabat. Postanowiliśmy go spędzić z dziadkami, rodzicami mojego męża w miejscowości Zichron Ja’akow, na północy. To dla nas ważna miejscowość, bo tam odbył się nasz drugi ślub, więc mamy stamtąd miłe wspomnienia. Mąż pojechał tego dnia do Tel Awiwu, półtorej godziny drogi na południe. Dzień wcześniej poszliśmy razem z synkiem do synagogi zobaczyć, jak wygląda Simchat Tora, chociaż teściowie nie są religijni, ale chcieliśmy pokazać mu tradycję, której sama jestem zresztą ciekawa.
To był niesamowicie radosny wieczór, bez najmniejszego podejrzenia, że coś się jutro wydarzy.
Następnego dnia obudziło mnie wibrowanie telefonu, o 6.30 zobaczyłam powiadomienia, bo mamy wszyscy aplikacje informujące o ostrzałach. Alarm w telefonie uruchamia się równolegle z tymi na zewnątrz, na wypadek gdybyś z jakiegoś powodu ich nie słyszała. Kiedy zobaczyłam, że rakiety lecą na południe, pomyślałam “normalne”, bo zwykle na południu coś się dzieje, położyłam się z powrotem. I dosłownie trzy minuty później nadeszła informacja, że ostrzeliwany jest także Tel Awiw, a to znaczyło, że jest bardzo źle.
Wyszłam do salonu, synek jeszcze spał, teściowie już siedzieli przy telewizorze. Mówili, że jest eskalacja, ale nie wiadomo było, co dokładnie się dzieje. Napisałam szybciutko do męża, był już wtedy w schronie, wiedział tyle, że z Gazy trwa wzmożony atak. Czekaliśmy na rozwój wydarzeń i dosłownie godzinę po pierwszym alarmie zaczęły się pojawiać w telewizji sceny jak z “Faudy”. Nagrania terrorystów Hamasu na pikapach przyjeżdżający ulicami izraelskich miast. Wyglądało to nierealistycznie, hebrajskie napisy w tle, izraelskie miejscowości i całe samochody pełne hamasowców. Zamilkliśmy i patrzyliśmy na to z rozdziawionymi ustami.
Wtedy podjęłaś decyzję?
W tamtym momencie przyszło mi do głowy tylko to, że trzeba szybko spakować torbę z jedzeniem i sprawdzić, czy schron jest otwarty. Byliśmy w dość starym budynku, w którym schrony są na każdym piętrze. Wyszliśmy na korytarz, a nasz zamknięty na kłódkę. O 7.30 teść zadzwonił do administracji i czarny humor nam się włączył, bo administratorka powiedziała, że Salah już jedzie z kluczem. Salah to imię arabskie. Zichron Ja’akow otoczone jest wioskami arabskimi, a te nie są zbyt przyjaźnie nastawione ze względu na zaszłości, w przeszłości doszło w pobliżu do masakry arabskiej.
Czułam niepokój, ale że teściowie są bardzo pogodnymi ludźmi, obrócili to w żart.
Mówili “wszystko będzie dobrze, my już niejedną wojnę przeżyliśmy, nie denerwuj się, kawki sobie zrób”. I w tym samym momencie podano, że Hamas nawołuje Arabów izraelskich, by powstali. Wpadłam w panikę, zaczęłam pakować rzeczy, które mogą nam się przydać. Synek już wstał, biegał po mieszkaniu, wyszliśmy razem na balkon z widokiem na okolicę i zorientowałam się, że dookoła jest cisza. Słychać było tylko z kilku domów głośną modlitwę, zrozumiałam, że religijni Żydzi bez dostępu do internetu pewnie nawet nie wiedzą, że coś się dzieje.
Pomyślałam później, że może stąd też opóźniona reakcja rządu, część polityków jest ultraortodoksyjna.
Dziennikarze na wizji podkreślali zresztą, że czekają na stanowisko rządu. Wyglądali jak prowadzący w Polsce kanały informacyjne w dniu katastrofy smoleńskiej, mieli łzy w oczach. Zaczęli otrzymywać nagrania z masakry w kibucach położonych zaraz przy Strefie Gazy. Do studia przychodziły wiadomości, mniej więcej o treści: “jesteśmy sami z dziećmi w schronie, w naszym domu jest Hamas. Nie ma wojska, nie ma policji. Pomóżcie nam”. Były też nagrania, kobieta szeptała do telefonu “błagam, pomocy, oni zaraz tu wejdą”. To wszystko szło na żywo. To była druga godzina, a oświadczenia ze strony rządu, wojska i wywiadu nie było.
I co postanowiliście?
Zdecydowaliśmy, że wracamy do Tel Awiwu. Jechaliśmy samochodem z teściami w kompletnej ciszy i ogromnym napięciu. Ciągle trwał atak rakietowy. Gdyby się zdarzyło, że rakieta nadleciałaby koło nas, nie mielibyśmy gdzie się schronić. Zalecenie jest takie, by wysiąść z samochodu, położyć na ziemi, ochronić swoim ciałem dziecko i mieć nadzieję, że żaden ułamek cię nie zabije.
Gdy na lotnisko szczęśliwie dojechaliśmy, latały jeszcze tylko samoloty izraelskich linii El Al, które mają na pokładzie zabezpieczenie antyrakietowe będące w stanie przechwycić rakietę, by nie uderzyła w samolot. Jedyny lot, na jaki mogliśmy jeszcze kupić bilet, to późno wieczorny samolot do Bukaresztu. Mieliśmy godzinę na spakowanie, wzięliśmy tylko plecaki, w nich rzeczy na przebranie dla dziecka. Poprosiliśmy teściów, żeby podali kwiatki, zostawiliśmy z wielkim bólem serca psa i tak jak staliśmy, wyszliśmy z domu.
Kiedy będziecie gotowi wrócić?
Dziś czuję, że w pewnym sensie ten dom utraciłam. Dopiero jakoś przedwczoraj sobie trochę popłakałam, zajęło mi trzy tygodnie, żeby poczuć pierwsze emocje. Dociera do mnie powoli, co się dzieje, że to jest naprawdę, że to nie jakaś eskalacja, tylko coś, co absolutnie zmieni nasze życie. Bo gdy myślę o Izraelu dziś, wiem na pewno, że nie da się tam żyć jak do tej pory.
Nawet ludzie na lotnisku żegnali się, płacząc, to było dla nas szokujące, bo nigdy się właściwie nie zdarza.
Nie składam żadnej deklaracji, ale na ten moment myślę, że tam się nie da wrócić. Nie chcę też dziecku przekazywać lęków, przekonania, że po drugiej stronie jest ktoś, kto cię nienawidzi. Ma cztery i pół roku, wczoraj sam zapytał: “mamo, a co robi Hamas z tymi dziećmi, które porwał?”. To było szokujące pytanie, bo po raz pierwszy się zorientowaliśmy, że on dobrze wie, co się dzieje.
Mąż jest z wami w Krakowie?
Mój mąż został zwolniony z rezerwy wiele lat temu, więc możemy tutaj być razem. Dopiero dociera do nas, że myśmy po prostu uciekli, myślę o tym i wpadam w rozpacz. Wyjeżdżaliśmy z poczuciem, że to na pewno na chwilę, ale z tej perspektywy powrót wydaje się odległy. Mówi się o miesiącach konfliktu, a my musimy pracować, zapewnić dziecku jakąś ciągłość przedszkola, nauki, rówieśników. My oboje na szczęście pracujemy online, a synkowi udało się już zorganizować przedszkole, więc zostaniemy pewnie tym razem na dłużej.
Jakaś część mnie chciałaby być tam na miejscu, czuję się częścią tego społeczeństwa, głosowałam w ostatnich wyborach, urodziłam dziecko, może pójdzie ono kiedyś do wojska. Już nie czuję, że obserwuję, a solidaryzuję się z Izraelczykami, 7 października to też moje cierpienia i trauma. Bo niektórym może się wydawać, że Izrael jest takim fajnym krajem, ale to raczej poczucie, kiedy się jedzie na wakacje. Bo gdy jesteś tam, widzisz bardzo trudne strony.
Co dla ciebie było trudne?
Oprócz ataków i eskalacji konfliktu od czasu do czasu to ciężki kraj do życia, bardzo drogi, bardzo głośny. Przez 10 lat musiałam wykonać dużo pracy, by w ogóle się tu zobaczyć, poczuć jak u siebie, i teraz wreszcie miałam poczucie, że mi się to udaje.
Wiem, że mój problem jest żaden, bardziej przejmuję się w tej chwili tragedią ludzi z południa i tragedią w Gazie.
W czerwcu byłam w Nir Oz, napisałam reportaż dla “Pisma”. Miał się właśnie ukazać, ale wstrzymałyśmy publikację. Jego bohaterem był Alex Dancyg, który został porwany przez Hamas. Rozmawiałam z nim m.in. o tym, dlaczego tam zamieszkał, był nastawiony pokojowo, jak wszystkie kibuce położone blisko Gazy. To była izraelska lewica, ludzie, którzy naprawdę wierzyli w pokój.
Mur odgradzający te kibuce od Gazy to był tak naprawdę płot, łatwa do przerwania bariera z drutów kolczastych i metalu. Mówiło się, że jest świetnie chroniony, że ma zabezpieczenia i kamery, a Alex pokazywał mi dziury w nim. Mówił przy tym: “oni nam tutaj nigdy krzywdy nie zrobili”, wierzył, że pokój jest możliwy. Nieraz też, zanim mur powstał, Gazańczycy pomagali mu w polu, gdy zakopał się traktorem, a on im. Byli dla siebie po prostu sąsiadami.
Czujesz się dziś trochę między młotem a kowadłem?
W Polsce co rusz ktoś mi przypomina, “co tam narozrabialiśmy na tym Bliskim Wschodzie”. Niektórzy widzą okazję do wyładowania swojej frustracji na mnie, bo stamtąd przyjechałam.
Kiedyś też z pozycji kanapy w Krakowie myślałam, że ten konflikt da się łatwo rozwiązać, ale kiedy tam żyjesz, zaczynasz dostrzegać, jak jest skomplikowany.
Jeżdżąc po Zachodnim Brzegu, spotkałam się z ogromną traumą Palestyńczyków, przekonaniem, że nic dobrego ich już w życiu nie spotka.
Młode pokolenia dorastają w przekonaniu, że Izrael to okupant, a one nie mają nic do stracenia. Dlatego zachowania niektórych nazywaliśmy intifadą dzieci, brały nożyczki, szły na najbliższy przystanek i dźgały kogoś, kto wyglądał na Żyda.
Sytuacja w Gazie też była i jest tragiczna, ilość frustracji, złości, cierpienia nie daje tym ludziom nadziei na przyszłość, nie widzisz w nich gotowości do przebaczenia. A teraz nie mają jej w sobie Izraelczycy, po 7 października lewica przesunęła się mocno w prawo. Ja głosowałam na partie lewicowe, jestem za pokojem i w życiu prywatnym w moim środowisku ciągle o ten pokój się kłócę.
Jednak dzisiaj, jeśli moim lewicowym znajomym czy rodzinie wspomnę cokolwiek o cierpieniu w Gazie, zwykle nie chcą o tym słuchać.
Izraelczycy są teraz w traumie, żałobie i przerażeniu. W okrutny sposób odebrano im bliskich i poczucie bezpieczeństwa, jakie budowali przez dekady. Matki wysłały swoje dzieci na front po to, by odzyskały porwanych przez Hamas, modlą się o ich szczęśliwy powrót. Izrael został uwikłany w wojnę, której nie chciał, i skazany na sytuację bez wyjścia – bo zarówno wstrzymanie teraz tej wojny, jak i jej kontynuacja sprawią, że w taki czy inny sposób będzie przegrany. Z tej wojny nikt nie wyjdzie cało. Także marzenia o pokoju, od których – tak czuję – właśnie oddaliliśmy się o całe pokolenia.
KAROLINA PRZEWROCKA-ADERET FOT. ARCHIWUM PRYWATNE
Karolina Przewrocka-Aderet (ur. 1987) – dziennikarka, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. Autorka książki “Polanim. Z Polski do Izraela”, współautorka antologii “Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny” oraz – wraz z ks. Adamem Bonieckim – książki “W Ziemi Świętej”. Nominowana do Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej. Współpracowała z polskimi i niemieckimi mediami (m.in. „Przekrojem”, TVP Kultura, Polską Agencją Prasową, krakowską „Gazetą Wyborczą”, portalem Gazeta.pl, “Deutsche Welle” oraz „Der Freitag”). Studiowała w Krakowie, Berlinie i Tel Awiwie
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com



And yet , a large percentage of Canadians see nothing wrong and love Justin Trudeau ! It seems to be changing , I hope so for the good of my beloved Canada !