„Gazeta Wyborcza” informuje

250. rocznica uchwalenia amerykańskiej Konstytucji


„Gazeta Wyborcza” informuje

Andrzej Koraszewski


Od wielu miesięcy media amerykańskie (i nie tylko amerykańskie) opublikowały setki artykułów na temat tej okrągłej rocznicy uchwalenia konstytucji państwa ludzi wolnych, które ojcowie założyciele zapowiadali i którego Konstytucja miała bronić przed tyranią. Jedni twierdzą, że eksperyment z amerykańską demokracją właśnie się kończy, inni, że jej obrona wymaga maksymalnej mobilizacji. Wszyscy wskazują na zagrożenia, chociaż wskazują na różne zjawiska, które ich zdaniem tej demokracji zagrażają. Faktem jest, że już 250 lat temu krążyły plotki, iż George Washington lada chwila ogłosi się cesarzem.

W dzień po uroczystościach w Waszyngtonie czytałem artykuł w polskiej gazecie reklamującej się jako najlepsza z najlepszych i apelującej do najbardziej intelektualnie wyrobionych czytelników nad Wisłą. W pierwszych słowach swego listu Katarzyna Rochowicz informuje, że donosi o „250-leciu USA i ewakuacji przed przemówieniem Trampa”.

4 lipca to data ostatecznego uchwalenia Konstytucji USA. Ta konstytucja ma bardzo krótką preambułę:

My, Naród Stanów Zjednoczonych, pragnąc udoskonalić Unię, ustanowić sprawiedliwość, zabezpieczyć spokój w kraju, zapewnić wspólną obronę, podnieść ogólny dobrobyt oraz utrzymać dla nas samych i naszego potomstwa dobrodziejstwa wolności, wprowadzamy i ustanawiamy dla Stanów Zjednoczonych Ameryki niniejszą Konstytucję.

Cała reszta to instrukcja obsługi państwa, budowa systemu zabezpieczeń, żeby uchronić się przed zawłaszczeniem władzy przez jakąkolwiek grupę. Sami Amerykanie nazywają tę rocznicę Dniem Niepodległości, chociaż Unia była w zasadzie niepodległa już wcześniej.

Stany Zjednoczone są najbardziej udanym dzieckiem brytyjskiego i francuskiego oświecenia. Właśnie w tej kolejności – bardziej brytyjskiego niż francuskiego – bez Robespierre’a i gilotyn, z większym naciskiem na ograniczenie władzy centralnej, która nie ma rządzić, a zaledwie administrować, pozostawiając w rękach obywateli swobodę decydowania w większości spraw.

Pierwsza poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych (uchwalona w 1791 roku) gwarantuje obywatelom pięć podstawowych wolności: wolność religii, słowa, prasy, zgromadzeń oraz prawo do wnoszenia petycji. Zakazuje ona Kongresowi ustanawiania religii państwowej oraz ograniczania prawa do swobody sumienia.

Historia ludzkości to głównie historia tyranii i autokracji, amerykański eksperyment był wyjątkowy. Kiedy czytamy preambułę do amerykańskiej Konstytucji, możemy mieć wrażenie, że czytamy doskonałe streszczenie mowy Peryklesa zapisanej przez Tukidydesa. Ateńska demokracja była zaledwie krótkim epizodem. Co tworzono 250 lat temu? Nowe Ateny czy raczej „miasto na wzgórzu”? Jedno i drugie, w długiej tradycji szukano metody pozwalającej na stworzenie państwa wolnych ludzi.

Wolni ludzie to nadal ludzie, więc od pierwszej chwili było oczywiste, że ta kolejna próba zbudowania prawdziwej demokracji będzie zawsze chwiejna i narażona na wykolejenie się. Powstawała jako kolonializm osadniczy, kosztem ludności rdzennej, z niewolnictwem będącym zaprzeczeniem państwa wolnych ludzi. A jednak, na tle całej reszty świata, była czymś absolutnie wyjątkowym. Ta wyjątkowość owocowała niezwykłą innowacyjnością, prężnością i stała się magnesem dla ludzi dobrych i złych z całego świata.

Po niespełna dwustu latach Stany Zjednoczone były już pierwszą potęgą świata, a geopolityka zaczęła coraz silniej wpływać na sprawy wewnętrzne. Zniknęło niewolnictwo, została jego pamięć. Powszechny dostęp do broni, który miał zapobiegać tyranii, stał się utrapieniem. Państwo dobrobytu zaczęło podgryzać zaradność i uzależniać od władzy rozdzielającej świadczenia społeczne z pieniędzy podatników. Nie tylko publiczna oświata znalazła się w głębokim kryzysie. Sama idea amerykańskiej demokracji zaczęła być coraz częściej kwestionowana, a swobody gwarantowane przez pierwszą poprawkę coraz częściej nadużywane. Wolność słowa stała się swobodą wrzasku, oświata aż nazbyt często zmienia się w indoktrynację, wolne media zaczęły się zmieniać w partyjne biuletyny, a cenzura zaczęła się wkradać tylnymi drzwiami, z walnym wsparciem sztucznej inteligencji.

Wróćmy jednak do artykułu Katarzyny Rochowicz:

Świętowanie 250-lecia niepodległości w waszyngtońskim National Mall zostało przerwane przez ewakuację w związku z nadchodzącą burzą. Ostatecznie zarówno przemówienie Donalda Trumpa, jak i pokaz fajerwerków opóźniły się. „Nie ma mowy, żeby cokolwiek nas powstrzymało” – mówił prezydent USA.

Dowiadujemy się, że część ludzi nie posłuchała polecenia, żeby się schronić w pobliskich budynkach, że prezydent zapewniał, iż burza minie. Wreszcie docieramy do wytłuszczonego podtytułu:

Trump ostrzega przed komunizmem. „To tak jak z rakiem: trzeba go wyciąć, i to jak najszybciej”.

Cóż, komunizm, podobnie jak nazizm, otwarcie zwalcza demokrację. Podobnie jak nazizm jest ideologią odpowiedzialną za wojny i ludobójstwa, ma na sumieniu nie mniej niż sto milionów ofiar prześladowań, by nie wspomnieć o produkcji zacofania w krajach Europy Wschodniej, Azji i Afryki. W odróżnieniu od nazizmu jest nadal nauczany i promowany w szkołach oraz na uniwersytetach.

Dziennikarka gaworzy, że przemówienie [prezydenta] rozpoczęło się z półtoragodzinnym opóźnieniem, że Tramp był w dobrym nastroju. Wreszcie docieramy do pierwszego cytatu:

„Ten kraj jest domem wolności. To ziemia wolności, a ta flaga jest sztandarem najbardziej niezwykłego, wyjątkowego i niesamowitego narodu, jaki kiedykolwiek istniał na Ziemi” – oświadczył. Zapewnił, że USA są „silniejsze, bardziej wolne, bogatsze, bezpieczniejsze i bardziej dumne niż kiedykolwiek wcześniej”.

Nie mogę wiedzieć, jak ciąg dalszy odebrali inni czytelnicy, ale ja przy tej lekturze miałem wrażenie, że kiedy autorka dociera do słów Donalda Trumpa o komunizmie, to albo nie wie, o czym amerykański prezydent mówi, albo nie próbuje nawet zrozumieć. Słowa „śmiertelne zagrożenie” ujmuje w cudzysłów, żeby zasygnalizować, że żadnego takiego zagrożenia nie ma.

– Ameryka nigdy nie będzie krajem komunistycznym – zadeklarował Trump. – Nasi żołnierze nie walczyli z komunizmem na polach bitew całego świata po to, by to zagrożenie znów podniosło łeb tutaj, w Ameryce. Nie pozwolimy, by do tego doszło. Tego rodzaju zagrożenie trzeba powstrzymać natychmiast, zanim zdąży się rozwinąć. To tak jak z nowotworem: trzeba go wyciąć i to jak najszybciej – oznajmił prezydent, który w ostatnim czasie kilkukrotnie atakował przeciwników politycznych, nazywając ich „komunistami”.

Po upadku ZSRR sowietologia zmarniała, ale nie trzeba być sowietologiem, żeby dostrzec, że ludzie tacy jak Mamdani, Bernie Sanders i tysiące profesorów amerykańskich uniwersytetów mogą mieć coś wspólnego z komunizmem. Komunistyczna Partia USA ma dziś plus minus dwa tysiące członków, więc to nie o nich mówił amerykański prezydent. Donald Trump nie należy do osób klarownie definiujących pojęcia, których używa. Nie jest jednak tak, że wszystkich swoich przeciwników politycznych nazywa komunistami. Łatwo się domyśleć, że używa tego pojęcia w odniesieniu do wyznawców ideologii „woke”, a może nawet szerzej – do przeciwników wolności takiej, jak ją rozumieli twórcy amerykańskiej Konstytucji.

Trump, jak to Tramp, powiedział, że:

„To, co najlepsze, jest jeszcze przed nami. To dopiero świt złotej ery Ameryki. W tę 250. rocznicę i Dzień Niepodległości deklarujemy, tak jak uczynili to nasi przodkowie dwa i pół wieku temu, że dla naszego kraju, dla naszych dzieci i dla sprawy wolności wyniesiemy Amerykę na nowy poziom, na poziom, jakiego dotąd nie osiągnęła. Uczynimy ją większą, lepszą i silniejszą, a także będziemy ją kochać jeszcze bardziej”.

A nasza dziennikarka kończy swój fajerwerk opisem fajerwerków, które rozpoczęły się po przemówieniu prezydenta.

Tymczasem w niezliczonych esejach, analizach i felietonach na marginesie tej rocznicy w centrum uwagi było nieodmiennie pytanie, czy amerykańska demokracja zdoła przetrwać w obliczu rosnącej potęgi Chińskiej Republiki Ludowej, agresywnego islamu, napływu nielegalnych imigrantów z Trzeciego Świata, wewnętrznej niespójności i nieustannych ataków na konstytucyjny ład. Prawdą jest, że Ameryka nigdy nie była tak bogata jak dziś, ale ta zamożność, ten nieprawdopodobny sukces społeczeństwa opartego na konstytucyjnym ładzie, zdaniem wielu autorów niszczy gotowość jego obrony i wpycha znaczną część młodego pokolenia w łapy różnych proroków totalitarnych doktryn, zaś media – nie tylko w Polsce – coraz częściej dezinformują zamiast dostarczać rzetelnej informacji.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com