Przemysł praw człowieka ma swoje ulubione ofiary

Sudan, źródło zdjęcia Wiki media.


Przemysł praw człowieka ma swoje ulubione ofiary

Pierre Rehov


Ulubionym rodzajem ofiary przemysłu praw człowieka jest ofiara politycznie użyteczna: taka, której cierpienie można przypisać przeciwnikowi – wyznaczonemu „złoczyńcy” – najlepiej takiemu, którego zachodni aktywiści już wiedzą, jak nienawidzić, naciskać i przeciwko któremu się organizować.

Dlatego palestyńskie ofiary, gdy można przedstawić Izrael jako domniemanego sprawcę krzywd, uruchamiają niezwykłą machinę oburzenia, podczas gdy sudańskie ofiary ludobójstwa, afgańskie kobiety pod rządami Talibów, irańscy demonstranci mordowani przez własny reżim czy prześladowani chrześcijanie w Nigerii – w dużej mierze nie.

Hierarchii nie wyznacza skala cierpienia; wyznacza ją polityczna użyteczność ofiary, a jeszcze bardziej – tożsamość „złoczyńcy”, który rzekomo dopuszcza się tych krzywd.

Są ofiary, które zyskują własne zaplecze społeczne. Ich twarze pojawiają się na transparentach, ich nazwiska są odczytywane podczas demonstracji, aktorzy na czerwonych dywanach noszą ich symbole, studenci okupują w ich imieniu budynki uniwersyteckie, a instytucje nagle odkrywają pilny moralny obowiązek wydawania oświadczeń. Są też ofiary, które umierają głównie samotnie, krótko odnotowane przez organizacje opłacane za to, by je liczyć, i niezauważone przez nikogo więcej.

Sudan należy do tej drugiej grupy. Wojna, która wybuchła w kwietniu 2023 roku między sudańską armią a Siłami Szybkiego Wsparcia, doprowadziła do tego, co agencja ONZ ds. uchodźców nazywa największym kryzysem przesiedleń i kryzysem humanitarnym na świecie, z blisko trzynastoma milionami ludzi wypędzonych ze swoich domów. Już rok temu, pod koniec października 2025 roku, po osiemnastomiesięcznym oblężeniu, RSF wkroczyły do El Fasher i zabijały jego mieszkańców z taką systematycznością, że badacze z Yale zidentyfikowali ślady krwi na zdjęciach satelitarnych. Misja ONZ ds. ustalania faktów uznała w lutym 2026 roku, że masowe egzekucje, zbiorowe gwałty i celowo wywoływany głód w społecznościach Zaghawa i Fur nosiły znamiona ludobójstwa, a zamiar ludobójczy był jedynym rozsądnym wnioskiem, na jaki pozwalały dowody.

Ustalenia te przyniosły – komunikaty! Żaden amerykański kampus nie został pokryty prosudańskimi obozowiskami protestacyjnymi. Żadna międzynarodowa kampania nie domaga się, by korporacje udowadniały swoją niewinność w odniesieniu do Chartumu czy transferów broni do sudańskich watażków, ocenianych przez amerykański wywiad. Darfur nosi dziś słowo „ludobójstwo”, zastosowane przez samą Organizację Narodów Zjednoczonych – i nie ma własnego zaplecza.

Porównanie z Gazą nie jest konkursem między trupami. Palestyńscy cywile zasługują na współczucie należne cywilom wszędzie. Tym, co zasługuje na analizę, jest propagandowa fabryka wojny. W ciągu kilku miesięcy od 7 października 2023 roku obozowiska protestacyjne, okupacje budynków i masowe aresztowania rozprzestrzeniły się od Columbii po Yale, New York University i dalej, przez Europę. We wrześniu 2025 roku zobowiązanie do odmowy wszelkiej współpracy z izraelskimi festiwalami, kinami i firmami produkcyjnymi zebrało ponad 5000 podpisów ludzi filmu, w tym jednych z największych nazwisk branży.

Afganistan jeszcze mocniej wystawia tę tezę na próbę. Pięć lat po powrocie Talibów do Kabulu UNESCO poinformowało niedawno, że 2,4 miliona afgańskich dziewcząt zostało pozbawionych dostępu do edukacji ponadpodstawowej. Afganistan pozostaje jedynym krajem, który formalnie zabrania dziewczętom i kobietom nauki powyżej poziomu szkoły podstawowej. Ponad siedemdziesiąt dekretów ograniczyło ich życie, a od września 2025 roku afgańskim kobietom zabroniono nawet wstępu do placówek Organizacji Narodów Zjednoczonych albo mogą opuszczać dom jedynie raz czy dwa razy w miesiącu.

Zachodni feminizm przez dziesięciolecia utrzymywał, że prawa kobiet są uniwersalne. Afganistan jest najczystszym dostępnym testem tej tezy: cała żeńska część społeczeństwa została dekretem usunięta z edukacji, zatrudnienia i życia publicznego, a nawet z samej obecności w przestrzeni publicznej – stan, który eksperci ONZ określają jako apartheid płciowy. Przed Harvardem nie stoi żadne stałe obozowisko domagające się wolności dla afgańskich kobiet, żaden ruch na rzecz wycofania inwestycji nie stał się modny, żaden symbol nie trafił na czerwony dywan. UN Women ostrzega, że represje są normalizowane, i informuje o pięćdziesięcioprocentowej luce finansowej w tegorocznych działaniach w Afganistanie. Kobiety pozostały tam, gdzie były; publiczność odeszła.

Iran rozwiał wszelkie pozostałe wątpliwości. Protesty, które rozpoczęły się pod koniec grudnia 2025 roku, rozprzestrzeniły się na wszystkie prowincje, a 8–9 stycznia 2026 roku siły bezpieczeństwa odpowiedziały karabinami i granatami, prowadząc ogień z dachów i z tyłów ciężarówek. Amnesty International opisuje masowe bezprawne zabójstwa jako dokonywane na bezprecedensową skalę. Tylko w tym roku zmasakrowano ponad 52 000 mężczyzn, kobiet i dzieci, czemu towarzyszyły całkowite wyłączenie internetu i dziesiątki tysięcy aresztowań. Specjalny sprawozdawca ONZ ds. Iranu szacował liczbę ofiar na ponad pięć tysięcy.

Reżim i tak już bił rekordy. Amnesty International udokumentowała 2159 egzekucji w Iranie w 2025 roku – ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej i mniej więcej cztery piąte wszystkich egzekucji odnotowanych na świecie, co było najwyższym wynikiem krajowym od 1981 roku. Wśród skazanych znalazło się co najmniej 48 kobiet, najwięcej od dwóch dekad. Reakcją Zachodu na styczniową masakrę w Iranie były demonstracje diaspory i potępienie podpisane przez 800 ludzi filmu. Branża, która zebrała pięć tysięcy podpisów przeciw izraelskim festiwalom filmowym, zebrała osiemset przeciw rządowi, który właśnie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin zastrzelił tysiące własnych obywateli – i jej własna prasa branżowa sama to zauważyła.

Irańscy studenci wrócili w lutym na kampusy w Teheranie, Meszhedzie i Isfahanie, trzymając fotografie kolegów i koleżanek zabitych w styczniu; wielu studentów nadal jest za to aresztowanych i wydalanych. Amerykańscy studenci, którzy okupowali budynki w sprawie Gazy, ryzykowali najwyżej postępowaniem dyscyplinarnym, a irańskim demonstrantom nie zaoferowali niczego.

W listopadzie 2025 roku uzbrojeni napastnicy uprowadzili 303 dzieci i 12 nauczycieli z katolickiej szkoły St. Mary’s w Papiri w Nigerii – było to porwanie większe niż uprowadzenie 276 dziewcząt z Chibok w Nigerii w 2014 roku, kiedy hashtag obiegł świat, a amerykańska pierwsza dama dała się nawet sfotografować z transparentem w dłoniach! Dzieci z Papiri wróciły do domów miesiąc później po negocjacjach dotyczących okupu, nie wywoławszy po drodze żadnej kampanii. Amerykańska Komisja ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej, która od siedemnastu lat domaga się, by Waszyngton traktował Nigerię jako kraj szczególnej troski, doliczyła się blisko 53 000 cywilów zabitych tam od 2009 roku w ukierunkowanych aktach przemocy. Prześladowani chrześcijanie stanowią problem marketingowy: chrześcijaństwo funkcjonuje w zachodniej wyobraźni jako historyczna potęga, a nie jako współczesna grupa narażona na prześladowania.

Rasizm i skala także nie wyjaśniają tego schematu. Palestyńczycy nie są ani ludźmi Zachodu, ani nie mieszkają blisko kampusów, na których ich sprawa stała się dominująca, a demonstranci nie domagają się niczego, co naprawdę pomogłoby Palestyńczykom, na przykład wolności od tortur i arbitralnych aresztowań ze strony skorumpowanych przywódców, wolności słowa i prasy oraz edukacji, która przygotowałaby ich do produktywnego i dostatniego życia.

Zachodnie oburzenie wykształciło własną ekonomię polityczną: skuteczna sprawa potrzebuje czegoś więcej niż ofiar. Ulubiona ofiara to nie ta, która cierpi najbardziej, lecz ta, której cierpienie można wykorzystać politycznie. Skuteczna sprawa potrzebuje użytecznego „złoczyńcy”, najlepiej takiego, który już funkcjonuje w obowiązującej narracji. Izrael nadaje się do tej roli niemal idealnie. Jest sprzymierzony z Zachodem, demokratyczny, wspierany przez Waszyngton i stale dostępny dla dziennikarzy. Jego politycy odpowiadają na pytania, jego sądy wydają orzeczenia przeciw własnemu rządowi, a na wszystko to można wywierać nacisk.

Nic podobnego nie da się zorganizować przeciw Talibanowi. Columbia nie ma talibańskiego komitetu inwestycyjnego, przed którym można pikietować, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej nie prowadzi programu wymiany kulturalnej, który można by bojkotować, a sudańscy watażkowie są całkowicie obojętni na senat studencki w Kalifornii. Dyktatury są kiepskimi celami dla performatywnego aktywizmu, ponieważ dyktatorzy są odporni na przedstawienia. Atakowanie Izraela podłącza aktywistę do aparatu grup kampusowych, organizacji pozarządowych i sieci budowanych przez dziesięciolecia, z gotowymi hasłami i ustandaryzowanym słownictwem. Dziewiętnastolatek nie musi nic wiedzieć o Bliskim Wschodzie, żeby wziąć udział. Potrzebuje transparentu. Sudan wymaga odrobienia pracy domowej, a wiedza o reżimie w Iranie wymagałaby od niego przyznania, że przeciwnicy amerykańskiej potęgi często są gorsi od tego, czemu się przeciwstawiają.

Przemysł, który bez przerwy mówi o „intersekcjonalności”, zbudował hierarchię współczucia, w której ofiary i to, co im zrobiono, liczą się mniej niż to, kto tego dokonał i jaką polityczną opowieść można wokół tego zbudować. Nic z tego nie umniejsza cierpieniu Palestyńczyków, które dotknęło realnych ludzi. Pozostawia jednak wszystkich innych za drzwiami.

Konsekwencja jest jedyną rzeczą, której ta machina nie potrafi dostarczyć. Ruch, który naprawdę miałby na myśli to, co mówi o uniwersalnych prawach, mobilizowałby się w obronie jeńców, których właściciele niewolników, tacy jak Katar, dysponują ogromnymi aktywami. Protestowałby przeciw handlowi dziećmi i pobieraniu organów oraz bronił afgańskich kobiet i irańskich dysydentów. Palestyńscy cywile byliby bronieni jako cywile, a nie traktowani jako materiał dowodowy. Taki ruch byłby trudny do zmanipulowania, niemożliwy do monetyzacji i bezużyteczny dla każdej frakcji, która chciałaby go wykorzystać – co wystarczająco dobrze wyjaśnia, dlaczego nikt go nie zbudował.


Link do oryginału: https://www.gatestoneinstitute.org/22846/human-rights-industry

Gatestrone Institute, 13 września 2026


Pierre Rehov, absolwent prawa na Paris-Assas, jest francuskim reporterem, powieściopisarzem i dokumentalistą. Jest autorem sześciu powieści, w tym „Beyond Red Lines”, „The Third Testament” i „Red Eden”, tłumaczonych z języka francuskiego. Jego najnowszy esej poświęcony następstwom masakry z 7 października, „7 octobre – La riposte”, stał się bestsellerem we Francji. Jako filmowiec wyprodukował i wyreżyserował 17 filmów dokumentalnych, z których wiele realizowano z dużym ryzykiem w strefach wojennych na Bliskim Wschodzie, koncentrując się na terroryzmie, stronniczości mediów i prześladowaniu chrześcijan. Jego najnowszy dokument, „Pogrom(s)”, ukazuje kontekst dawnej nienawiści do Żydów w obrębie cywilizacji muzułmańskiej jako główną siłę stojącą za masakrą z 7 października.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com