Archive | 2023/06/11

JAK CZŁOWIEKA – ROZMOWA Z HENRYKIEM GRYNBERGIEM

JAK CZŁOWIEKA – ROZMOWA Z HENRYKIEM GRYNBERGIEM

AGNIESZKA SOWIŃSKA


Pośrednio piszę o złu w większości moich utworów, włącznie z wierszami. Wiem, że niektórych ludzi zło fascynuje. Ja czuję do niego tylko wstręt. Zło nie lubi, żeby je obnażać – dlatego to robię.

.

AGNIESZKA SOWIŃSKA: „Pogodny, chłodny poranek po tygodniu upałów, podnoszę oczy znad komputera i widzę pod moim oknem gości: ta brązowa, która utyka, i płowy, młody koziołek stoją i liżą sobie wzajemnie szyje”. Sarny wciąż do Pana przychodzą?

HENRYK GRYNBERG: Od kilku miesięcy ich nie widzę, bo zaszły zmiany w moim najbliższym sąsiedztwie. Piszę o tym w bieżącym „Pamiętniku” – jest już ciąg dalszy.

„Media twierdzą, że ich za dużo, że za dużo zjadają, że trzeba odstrzeliwać, choć gołym okiem widać, że to ludzi za dużo i że to my za dużo zjadamy”.

Albo zwierzęta, albo my. Niestety, coraz bardziej my. W domu mojej zmarłej sąsiadki, Sumiko, mieszkają teraz młodzi ludzie…

Henryk Grynberg / archiwum prywatne

Ci z małymi dziećmi…

Otóż to. Ich matka krząta się koło domu, w dodatku jest już znowu w ciąży. Na podjeździe stoją zawsze dwa albo trzy samochody. Sarny nie lubią samochodów. Do drugiej sąsiadki, która długo mieszkała tylko z córką, sprowadził się ostatnio mężczyzna z dwojgiem dzieci w wieku jej córki. Rozpięto z tyłu domu trampolinę i ci wcześni nastolatkowie skaczą, krzyczą, śmieją się. Sarny omijają takie miejsca z daleka. Lis przebiega mi czasem drogę, gdy jestem na spacerze, ale na moim yardzie też już sią nie pojawia. Tylko ptaszki nadal mi zaglądają przez okno i patrzą, co piszę. No i wiewiórki skaczą jak dawniej, bo wciąż mają wysokie dęby i nikogo się nie boją.

W latach 80. odliczał Pan czas do przejścia na emeryturę. Pewnie ma Pan teraz dużo czasu. Na pisanie, obserwację saren…

Pierwszego listopada będę radośnie obchodził dwudziestą rocznicę mojej emerytury, czyli wolności, ale ani przez chwile nie czułem się w tym czasie jak emeryt. Przeciwnie. Teraz nawet więcej pracuję. W biurze nie było dużo pracy i często można było nic nie robić, a u siebie nie można. Pracuję intensywnie przez pół dnia. Potem załatwiam korespondencję, telefony i inne sprawy związane z moim warsztatem. Notuję o każdej porze dnia, często nawet nocy, gdy jakaś myśl, zdanie mnie obudzi ze snu. Notes leży na nocnym stoliku. Pismo mam już coraz szkaradniejsze, z trudem je odczytuję. Muszę rano czym prędzej przepisać, bo po paru dniach nie mógłbym odczytać.

„Polański kręcił uniwersalne filmy, Komeda pisał uniwersalną muzykę […], ja kontynuowałem swoją polsko-żydowską historię, […] która szła za mną wszędzie jak pies” – napisał Pan o swoim emigracyjnym losie w „Uchodźcach”.

To ciężki obowiązek. Pisanie mojej polsko-żydowskiej historii nie sprawia mi przyjemności ani nie daje satysfakcji. Czasem zdarza mi się napisać wiersz na całkiem inny temat i wtedy jestem szczęśliwy. Co najmniej połowa moich wierszy jest ponadżydowska, liryczna, uniwersalna, bo poezja jest bardziej abstrakcyjna niż proza.

A jednak nie może Pan przestać opowiadać. W „Pamiętniku” pisze Pan, że dawał dzieciom swoje opowieści w przekładzie na angielski i pokazał im film „Miejsce urodzenia” o zamordowaniu ich dziadka, a one odpowiadały milczeniem.

Bały się mojego bólu i tego, że mogą go powiększyć zadawaniem pytań.  Ale – jak piszę w „Pamiętniku” – trzeba znać prawdę, wiedzieć, kim jest człowiek i czego można się po nim spodziewać.

Od czterdziestu kilku lat mieszka Pan w Ameryce...

Przywykłem do niej i przywiązałem się. W Ameryce czuję się jak normalny człowiek i tak jestem traktowany, nawet wtedy, gdy ludzie mniej więcej wiedzą, kim jestem. Nikt nie ma problemu z tym, że jestem Żydem.

„Żyd może zostać bohaterem, świętym, zbawicielem świata, tylko nie zwyczajnym człowiekiem” – brzmi motto „Pamiętnika”.

Autor tego zdania, Aleksandr Mielichow, ma rację. Mogę tylko dodać, że Żydowi NIE POZWALA SIĘ  być zwyczajnym człowiekiem. Już po oddaniu „Pamiętnika” do druku czytałem antologię Adama Michnika „Przeciw antysemityzmowi 1936-2009”. Proszę zwrócić uwagę, 1936…

…to pański rok urodzenia.

Podkreślam to, żeby nikt się nie dziwił, że jestem, najogólniej mówiąc, pisarzem zajmującym się antysemityzmem. Nie tyle Holokaustem i jego skutkami, co właśnie antysemityzmem, któremu nie ma końca.

„Pamiętnik” pełen jest polemik, tekstów krytycznych, piętnujących antysemityzm, m.in. w „Innym świecie” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który należy do obowiązkowych lektur szkolnych.

Wszyscy Żydzi w są tam karykaturalnie odczłowieczeni i wstrętni. Bardziej antysemickiej polskiej książki jeszcze nie czytałem. Niektórzy Żydzi tak bardzo nie chcą być Żydami, że nienawidzą Żydów, bo „przez nich” są uważani za Żydów i okupują się antysemitom kosztem innych Żydów. Herling-Grudziński to klasyk.

„Pamiętnik” pokazuje Pana życie jako nieustającą walkę.

Kiedy mi się wydaje, że nie mam już nic do zrobienia, pojawia się znowu coś, na co muszę zareagować.

Ma Pan jeszcze siłę?

Czasem ręce mi opadają, ale muszę. To mój obowiązek. Wracając do antologii. We wstępie Michnik cytuje Gombrowicza, który bardzo przekonująco rozwija to, co zaznaczył Mielichow: że Żyd nie może być zwyczajnym człowiekiem. Gombrowicz pisze m.in.: „Żyd zbyt uporczywie domagający się aby go traktowano «jak człowieka», to jest, jakby niczym nie różnił się od innych, wydaje mi się Żydem nie dość świadomym swojego żydostwa”.

„Bardzo mało używam fikcji, a jeśli, to przeważnie wtedy, gdy chcę napisać coś pocieszającego”.

Czasami wydaje mi się, że fikcja jest niezbędna, żeby pocieszyć czytelnika. Dajmy na to w „Żydowskiej wojnie” opisałem sytuację, gdy podczas wojny musieliśmy z matką uciekać z mieszkania jej znajomej, w którym się ukrywaliśmy. Nie mamy co ze sobą zrobić, więc jeździmy tam i z powrotem tramwajami. Zbliża się godzina policyjna i mama mówi, że chyba pójdziemy do Wisły, a ja proszę, żebyśmy zrobili jeszcze jedną pętlę tramwajem. Wysiadamy na Grochowie. Mama podchodzi do nieznajomych, mówi im, kim jesteśmy i że mogą z nami zrobić co chcą: pomóc, albo zaprowadzić do Niemców. I oni nam pomagają.

Tak nie było?

Ale mogło się tak zdarzyć. Zresztą szlachetni ludzie, państwo Orlińscy, którzy nam w końcu pomogli, mogli się właśnie tak zachować. Myśmy się u nich znaleźli za pośrednictwem kobiety, która nas znała. Nie powiedziała im, kim naprawdę jesteśmy, ale może to było ciche porozumienie. Oni się domyślali. Pani Orlińska raz mnie sprawdziła.

Jak?

Leżałem już w łóżku, pod kołdrą, zaczęła mnie łaskotać tu i tam… Czuwała nad sytuacją, w jakiej znalazła się jej rodzina. Oni wszyscy byli w konspiracji. To był najgorszy okres, bo Niemcy po powstaniu w getcie intensywnie szukali Żydów. Pani Orlińska podsunęła mamie myśl, żebyśmy wyjechali na „letnisko” pod Wołominem. Dzięki niej znaleźliśmy się poza Warszawą zanim wybuchło powstanie.

Henryk Grynberg, Pamiętniki, Wydawnictwo: Świat Książki, biografia, autobiografia,

Pan – ocalony – ocala w swojej twórczości nazwiska, imiona Żydów, po których najczęściej zostały już tylko ułamki wspomnień. Przywraca im Pan istnienie w symbolicznej formie.

To nie jest literatura dla literatury. Ja czasem tylko odnotowuję. Czasem ktoś, kto przeżył, może się z tych strzępków dowiedzieć czegoś o swoich bliskich. W „Pamiętniku” umieściłem wypisy z amerykańskiego czasopisma ocaleńców  „Together”. Ktoś tam wciąż jeszcze kogoś poszukuje. Wątpię, czy odnajdzie żywych ludzi, ale będzie przynajmniej wiadomo, że istnieli.

Skończył Pan w Polsce studia dziennikarskie, ale nigdy nie pracował w tzw. „zawodzie”.

Wdałem się w Teatr Żydowski i niemal równocześnie zadebiutowałem jako pisarz, publikując opowiadania, które w 1963 roku wyszły w zbiorze „Ekipa Antygona”. Dziewięć lat grałem u Idy Kamińskiej. Nie zależało mi na karierze aktorskiej, bo wypowiadałem się w moich utworach, ale kochałem teatr w ogóle, a ten był dla mnie niszą żydowskiej kultury, której było mi w tym okresie bardzo brak. Choć chodziłem sześć lat do szkoły żydowskiej, dopiero w Teatrze Żydowskim nauczyłem się naprawdę języka jidisz. Równocześnie publikowałem: w 1964 tomik wierszy „Święto kamieni”, w 1965 opowieść  „Żydowska wojna”.

Jarosław Iwaszkiewicz napisał świetną recenzję z „Żydowskiej wojny”.

Wtedy zdawało mi się, że znalazłem swoje miejsce na ziemi.

Ale w 1967 roku wyemigrował pan do Ameryki.

Uciekłem do Ameryki. Nie od komunizmu, ale od komunistycznego antysemityzmu. Gdyby reżym Gomułki i Moczara nie wszczął bezwstydnej nagonki na Żydów, zostałbym w Polsce. Po prostu po tym, co ja i moja rodzina przeżyliśmy podczas okupacji, nie mogłem łobuzom politycznym pozwolić, żeby mi pluli w twarz. Ktoś wtedy w prasie reżymowej napisał, że się wypiąłem na kraj. Owszem, wypiąłem, ale na pewną część kraju.

Nigdy nie chciał Pan wyjechać do „ziemi obiecanej”?

Myślałem o wyjeździe do Izraela, jak piszę w „Pamiętniku”. Zwłaszcza że po studiach dziennikarskich nie wiedziałem, co z sobą zrobić – nie chciałem być dziennikarzem. Później moja matka zamieszkała w Kalifornii i oczywiste było, że w razie potrzeby ucieknę do Ameryki. Ale gdyby nie to, wyjechałbym do Izraela. I wyznam coś, czego nie ma w „Pamiętniku”, bo to sprawa osobista. Gdy miałem się rozstać z żoną, zgłosiłem się do takiego specjalnego przedstawicielstwa izraelskiego, które ułatwia imigrację.

A jednak Pan został?

Rozmyśliłem się. Żonę mogłem zostawić, ale nie dzieci.

Nie czuł się Pan nigdy samotnie jako pisarz na emigracji? Oderwanie od języka było największą tragedią dla węgierskiego pisarza, Sandora Maraiego, i wielu innych. Pan pisze w „Pamiętniku”, że nawet Pana dzieci nie mówią po polsku…

Tak, czasem uważałem się nawet za umarłego pisarza. Wyglądało to tak, jakby moje książki ukazywały się po mojej śmierci. Nie widziałem recenzji, reakcji czytelników, nie korzystałem z honorariów, z uśmiechów kobiet.

Ale mimo to Pan pisał.

Wykonywałem swój obowiązek. Nie tylko wobec zmarłych, wobec samego siebie. To był – i jest – sens mojego życia. Byłem w trochę lepszym położeniu niż Marai, bo bywałem wśród ludzi znajdujących się podobnym położeniu. W Kalifornii miałem grupę, którą nazwałem w „Uchodźcach” SPATIF-em na emigracji. Byli tam Marek Hłasko, Roman Polański, Elżbieta Czyżewska, Krzysztof Komeda, Jerzy Abratowski, Wojciech Frykowski. Gdy potem dostałem pracę w Waszyngtonie, w wydawanym po polsku miesięczniku „Ameryka” i później w polskiej sekcji Głosu Ameryki, znów się znalazłem w takim małym getcie polskich emigrantów. Nie bardzo byłem tym gettem zachwycony i chciałem się z niego wydostać, ale na samotność nie mogłem narzekać.

Pracował Pan i jednocześnie cały czas pisał i publikował w londyńskich „Wiadomościach” czy paryskiej „Kulturze”.

„Wiadomości” mnie całkowicie akceptowały. Zwłaszcza pani Stefania Kosowska. Natomiast z redaktorem Giedroyciem miałem trudności, ale – jak mi powiedział Miłosz – kto ich nie miał?

No tak, mity tworzą się później.

Giedroyć był ważnym działaczem emigracyjnym i przede wszystkim politykiem, a polityk ma swój nadrzędny cel i akceptuje tylko to, co mu odpowiada, a co nie, to odrzuca. Oczywiście jako redaktor miał prawo to robić, ale trudno było z nim współpracować.

Skracał Panu teksty, zmieniał…

Przede wszystkim odrzucał (śmiech). Ja w takich wypadkach zaraz je posyłałem do Londynu, z czego był bardzo niezadowolony. Uważał, że on ma prawo wyboru, a ja nie (śmiech).

Wydał pan „Zwycięstwo” w Instytucie Literackim Jerzego Gierdroycia. Ale miał pan również mecenasów, którzy pomagali pokryć koszty wydań książek.

Pomogli mi kilkakrotnie Józef i Janina Haubenstockowie. On był dosłownie mecenasem, bo skończył prawo na UJ. Sam mi zaoferował swoją pomoc, był dobrze usytuowany finansowo. Za jego pieniądze wydałem w Berlinie Zachodnim „Prawdę nieartystyczną”. Wyłożył 10 tysięcy marek. Polski wydawca wydał za te pieniądze dwie książki: moją i Wirpszy. Janina Haubenstock, wdowa po Józefie, sfinansowała wydanie mojego najlepszego chyba tomiku wierszy „Rysuję w pamięci” u Krynickich, a także „Pamiętnika Marii Koper” w Znaku. Znak przyrzekł wydrukować 3000 egzemplarzy, ale wydrukował tylko 2000. Pewno dlatego, że to krakusy…

Do Polski przyjechał Pan pierwszy raz od emigracji dopiero w 1992 roku, kręcić film dokumentalny w reż. Pawła Łozińskiego – „Miejsce urodzenia”. Pojechał pan z ekipą do Radoszyny, Dobrego – okolic, w których i wokół których, m.in. w ziemiance, ukrywała się pańska rodzina, gdzie został zamordowany również Pana ojciec.

Opisałem to w „Dziedzictwie” i „Monologu polsko-żydowskim”, nie chcę więcej o tym mówić.

Nie obawia się Pan, że pisząc o złu, powiela Pan je w świecie? Zło potrafi fascynować.

Pisałem o tym bezpośrednio w eseju  „Nowoczesne wielkie zło”, który znajduje się w trzecim i czwartym wydaniu „Prawdy nieartystycznej”. A pośrednio piszę o złu w większości moich utworów, włącznie z wierszami. Wiem, że niektórych ludzi zło fascynuje. Ja czuję do niego tylko wstręt. Zło nie lubi, żeby je obnażać – dlatego to robię. I dlatego jestem „kontrowersyjny”. I nie mam nic przeciwko temu.

Film „Miejsce urodzenia” jest zapraszany na festiwale, organizowane są specjalne pokazy. Często Pan z nim występuje. Przyznam, że ja nie byłabym w stanie obejrzeć go drugi raz.

Ja też go więcej nie oglądam. Czekam na zewnątrz, aż film się skończy i dopiero wtedy wchodzę. Reakcje widzów są różne. W szkole średniej w McLean, gdzie mieszkam, film wywołał bardzo żywą dyskusję. Uczniowie zadawali inteligentne pytania. A McLean jest dosyć typową amerykańską suburbią. Pokazano również ten film w żydowskiej szkole średniej, też w okolicach Waszyngtonu. Gdy po pokazie wszedłem do sali, uczniowie siedzieli z opuszczonymi głowami i milczeli – jak moje dzieci. Nauczycielka robiła co mogła, żeby ich wciągnąć w rozmowę, ale nic z tego nie wyszło, nie zadali ani jednego pytania.

Był Pan po realizacji tego filmu kiedykolwiek w Dobrem lub Radoszynie?

Nie i nie zamierzam. Nawet gdyby mnie zapraszano. Ktoś mógłby zaprosić mnie w dobrej wierze, a ktoś podły mógłby to wykorzystać w innym celu. Pewna nauczycielka chciała, żebym przyjechał do Garwolina. Spytałem, czy może mieć pewność, że będę dobrze przyjęty? Ze złem trzeba się liczyć.


Henryk Grynberg – Pisarz, poeta, dramaturg, eseista. Urodził się 4 lipca 1936 roku. Wojnę przeżył ukrywając się z rodzicami w okolicach wsi Radoszyny, następnie na aryjskich papierach z matką w Warszawie. Jego ojciec został zamorodowany przez Polaka. W dokumentalnym filmie Pawła Łozińskiego „Miejsce urodzenia” pisarz jedzie do wsi, w których ukrywali się wraz z rodziną i rozmawia z ludźmi o swoim zamordowanym ojcu, rozmawia także z jednym z morderców ojca oraz ekshumuje jego zwłoki. Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, był aktorem Teatru Żydowskiego. Od 1967 roku mieszka w USA. Pracował w U.S. Information Agency i rozgłośni Głos Ameryki w Waszyngtonie. Publikował w londyńskich „Wiadomościach” oraz paryskiej „Kulturze”. Jego twórczość jest w dużej mierze autobiograficzna. Zajmuje go szeroko pojęty antysemityzm. Napisał m.in. książki: „Dziedzictwo”, „Monolog polsko-żydowski”, „Drohobycz, Drohobycz”, „Żydowska wojna”, „Zwycięstwo”, „Ojczyzna”, „Memorbuch”, „Kalifornijski kadisz”, „Uchodźcy”, „Ciąg dalszy”.

W wydawnictwie Świat Książki ukazał się właśnie jego „Pamiętnik” obejmujący lata 1957-2009


AGNIESZKA SOWIŃSKA – Tłumaczka literatury z języka rosyjskiego, dziennikarka. Absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie oraz podyplomowych studiów „Literatura i książka dla dzieci i młodzieży wobec wyzwań nowoczesności” na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Dużym Formacie”, „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku”. Od 2019 r. odpowiada za dodatek o literaturze dla dzieci w „Książkach. Magazynie do Czytania”. Jurorka Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Wielbicielka współczesnej literatury rosyjskiej i literatury dla dzieci.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The National Antisemitism Strategy Has No Clothes

The National Antisemitism Strategy Has No Clothes

BY AVI WEISS AND EITAN FISCHBERGER


Eradicating the world’s oldest hatred requires more than nice words and wishful thinking.
.

A child watches the press conference at North Station for the Face Jewish Hate campaign to raise public awareness against an alarming rise in antisemitism.SUZANNE KREITER/THE BOSTON GLOBE VIA GETTY IMAGES

There is a Hebrew maxim that reads “ve’haikar chaser min hasefer,” which roughly translates to: “The essential point is missing from the argument.” Or, to use more popular vernacular, “the emperor has no clothes.” This, in essence, is our central critique of the recently released U.S. National Strategy to Counter Antisemitism. For all its pomp and flair, the strategy misses some of the key forces driving antisemitism today and how to fight it effectively.

The lengthy, 60-page document offers a multiplicity of ways to counter the world’s oldest hatred. Many of these are quite positive, including its focus on beefing up security for Jewish institutions and the emphasis it places on education—a vital building block for any tolerant society.

But the positives it presents make the strategy all the more dangerous, as the good it espouses lends credibility to its fundamental weaknesses.

The most serious flaw is that the strategy lacks any real consideration of how anti-Zionism, the denial of the Jewish right to self-determination in their ancestral homeland, almost invariably manifests as a politically correct version of antisemitism, a version that is spiraling out of control in America today.

Unfortunately, the strategy gives cover to this contemporary iteration of antisemitism. It does so by including the fringe Nexus definition as a guide for identifying Jew hatred, alongside the globally accepted IHRA working definition. While IHRA equates anti-Zionism with antisemitism, Nexus provides several caveats allowing for opposition to the Jewish right to self-determination, as well as applying double standards to Israel, by declaring that “paying disproportionate attention to Israel and treating Israel differently than other countries is not prima facie proof of antisemitism.” Here the Nexus definition opens the antisemitism loopholes that IHRA was intended to close, thereby rendering the endorsement of IHRA entirely meaningless.

The denial of the Jewish right to self-determination in their ancestral homeland almost invariably manifests as a politically correct version of antisemitism.

Throughout the centuries, antisemitism has manifested in three distinct ways. Some—like Amalek in biblical times or the Nazis in the modern era—have focused their venom on the Jewish people, based on an almost instinctive, gut-level hatred. Their goal was to annihilate us, just because we existed.

Others have directed their hatred against our religion. A prime example is the Christian persecution of Jews during the Middle Ages. The Crusaders at the time denied any intention to murder Jews based on their peoplehood per se, but rather because they rejected the Christian faith. In the end, however, it became clear that their goal to destroy our fundamental beliefs was the equivalent of destroying the Jewish people.

Nowadays, a third type of Jew-hatred has emerged in the form of anti-Zionism. In this post-Holocaust world, targeting Jews because of a perceived ethnic identity is generally unacceptable. In order to circumvent this new barrier, attacks have shifted focus and now largely target the State of Israel. What many do not understand, is that denying Jews their homeland uproots a fundamental pillar of our peoplehood.

Uncoincidentally, these three forms of antisemitism parallel the three covenants found in the Bible. Specifically, the Genesis covenant with Abraham, where God promised our forefather that his descendants would become a people; the Exodus covenant at Sinai, where we embraced our faith before God; and the Deuteronomy covenant with Moses, when God promised the Jews the Land of Israel.

Upon reflection, these covenants make up the foundations of Am Yisrael: people, faith, and land.

It is concerning this last type of Jew hatred that the national strategy truly drops the ball. There is zero mention in its entirety of the words “Zionist,” “Zionism,” or any variation of the word. Not one.

When people convey messages of “Zionism is racism” or “Zionism is terrorism,” they are speaking to millions of Jews living in Israel and millions more worldwide, across all denominations, who passionately express their dream of Zion in their daily prayers, in the Jewish wedding service, and in expressions of condolence in houses of mourning. These messages malign Jews as racists or terrorists and can easily inspire reprisal acts of antisemitism.

And while the strategy lays out dangers that students on campus face because of their perceived or real support of Israel—and insists that security for these students be guaranteed—it does not offer a plan to respond educationally to this phenomenon. Time and again it emphasizes the need for education about the Holocaust and the role Jews play in American society, but it fails to even suggest a program or curriculum that would teach the meaning of Zionism going back to biblical times, or how the State of Israel is profoundly tied to the Jewish people.

Certainly, the strategy’s generous mention of the Council on American Islamic Relations (CAIR) as a stakeholder impedes the chance of such programs being implemented. CAIR’s founders were tied to Hamas, a U.S.-designated terrorist organization, and its current leaders routinely promote antisemitic conspiracies. For example, CAIR’s San Francisco Bay Area executive director described “Zionist synagogues” as “enemies.” Its Los Angeles leader wrote, “No person with a conscience can be a Zionist.” Unsurprisingly, CAIR hosted notable antisemite Linda Sarsour as a keynote speaker for their conferences and honored her as the group’s inaugural “American Muslim of the Year.”

It’s no secret, too, that the majority of antisemitic acts in America are taking place in Haredi/Hasidic communities, such as Monsey, Crown Heights, and Borough Park, all in New York. With their visibly Jewish garbs, these innocent people can—and have been—easily singled out for constant attack. This is raw antisemitism, attacking Jews because they are Jews. One would imagine, then, that the strategy would devote much attention to this challenge.

Not so. Only in two small paragraphs, one in Appendix A at the conclusion of the 60-page strategy, is this matter mentioned, sounding therefore like a postscript, the classic too little, too late. One wonders, too, why alongside the prominently mentioned stakeholders, there is no mention of any grassroots Hasidic or community organizations where these attacks have played out.

In light of the strategy’s failures, our sense is that many in Jewish leadership, even here in the United States, are afraid to confront contemporary antisemitism head-on in all its forms, concerned that it draws too much attention to the Jewish community. Today, speaking out with intensity about the inextricable link between Judaism and Israel touches upon our insecurities and heightened sensitivities about what others may think of us—insecurities and sensitivities that we, as diaspora Jews, have acquired and absorbed over the years.

And so, our leadership grasps for the low-hanging fruits, placing emphasis on the aspects of fighting antisemitism that involve little risk. But recognizing that antisemitism is inextricably bound to anti-Zionism requires much more courage.

The time has come to raise a voice of moral conscience without fear, recognizing that the more we speak out, directly and forthrightly, about the new face of antisemitism, the more our community is protected, rather than rendered vulnerable.

The U.S. National Strategy to Combat Antisemitism falls lamentably short in upholding this principle.


Rabbi Avi Weiss is the founding rabbi of the Hebrew Institute of Riverdale, the founder of Yeshivat Chovevei Torah and Yeshivat Maharat, and co-founder of the International Rabbinic Fellowship. He served as National Chairman of the Student Struggle for Soviet Jewry and the Coalition for Jewish Concerns. He is the author of Spiritual Activism: A Jewish Guide to Leadership and Repairing the World. He is the proud grandfather of Eitan Fischberger.

Eitan Fischberger is an analyst based in Israel whose writing has been featured in NBC News, The National Review, New York Daily News and other op-ed pages. He is a lifelong student and admirer of his grandfather, Rabbi Avi Weiss.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ferrari puts Israel-made Harman components in the cabin

Ferrari puts Israel-made Harman components in the cabin

Brian Blum


Photo courtesy of Ferrari

Technology developed in Israel for Harman, which designs and manufactures connected products such as audio and video systems, advanced driver assistance software (ADAS) and smart city solutions for carmakers, will be integrated by Ferrari in all future vehicle lines – including, starting this year, cars built for Formula 1 races.

Harman, a wholly owned subsidiary of Samsung Electronics, says the multi-year partnership is as important to Ferrari as the actual nuts and bolts of a vehicle’s mechanics.

“If in the past the vehicle’s driving system was a differentiating factor for automobile brands, today one of the key differentiating factors is the experience inside the driver’s cabin,” says Michal Geva, CEO of Harman Israel, where much of the company’s automotive software is developed.

Among the tools Harman will bring to Ferrari is the “Harman Ready Upgrade,” which delivers driver- and passenger-centric experiences wirelessly through “over-the-air updates,” similar to smartphone updates.

Harman Ready Upgrade hardware. Photo courtesy of Harman

“Ready Upgrade turns the car into a modern electronic device that can be updated and customized with new features and services at any time… all without special investment in dedicated software development,” Harman noted in a release.

Geva adds: “The expectations of car buyers – especially luxury cars – have changed dramatically. Today you buy a smartphone for a thousand dollars and then you buy a car that is, at best, a hundred times more expensive and you expect it to be at least as smart as your phone and provide the same dynamic experience that you have with the mobile.”

Ferrari is incorporating Harman in-cabin tech designed in Israel. Photo courtesy of Harman

In the past, it was the drive system of the vehicle that was important – “components such as the engine, transmission, axels, etc.,” Geva says.

But now, “we can offer experiences based on sound and video as well as connectivity that bring tons of content into the car. The team here in Israel is playing an important role.”

Harman’s software powers billions of mobile systems and devices. The company employs over 30,000 people worldwide including in Israel.

Harman, which recently purchased Israeli vehicle cyber protection startup TowerSec, was acquired by Samsung for $8 billion in 2017.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com