Archive | 2021/06/10

Żydowska Argentyna – przybysze z Polski, prostytutki i jidyszkajt

Ogłoszenie na temat kursów j. hiszpańskiego oraz j. angielskiego organizowanych w Warszawie dla Żydów emigrujących do Argentyny, lata dwudzieste XX w. / Fot. POLONA


Żydowska Argentyna – przybysze z Polski, prostytutki i jidyszkajt

MICHAŁ BOJANOWSKI


ROSTYTUTKĘ. NA ŻYDÓW Z POLSKI MÓWIONO „RUSOS”, A WARSZAWSKIE TOWARZYSTWO WZAJEMNEJ POMOCY MIAŁO KONTROLĘ NAD DOMAMI PUBLICZNYMI W BUENOS AIRES. SKĄD WZIĘLI SIĘ POLSCY ŻYDZI W ARGENTYNIE I DLACZEGO KOJARZONO ICH PRZEDE WSZYSTKIM Z PROSTYTUCJĄ I HANDLEM KOBIETAMI? 

.

Michał Bojanowski: Kiedy rozpoczyna się masowa emigracja Żydów do Argentyny? 

Mariusz Kałczewiak: W 1889 roku do Buenos Aires dociera grupa kilkuset rosyjskich Żydów i odtąd żydowscy emigranci z Europy Wschodniej będą nazywani po hiszpańsku „Rusos”, czyli Rosjanie. Ich przyjazd do tego kraju był możliwy dzięki utworzeniu przez barona Maurice’a de Hirscha Żydowskiego Towarzystwa Kolonizacyjnego (Jewish Colonization Association). Aby poprawić byt Żydów z Europy Wschodniej, de Hirsch przeznaczył miliony franków na zakładanie kolonii rolniczych w obu Amerykach. Idea stworzenia nowego, silnego Żyda, pracującego na roli, znalazła więc ucieleśnienie nie tylko w Palestynie, ale również w odległej Argentynie, gdzie w okresie największego rozkwitu w koloniach mieszkało ok. 25 tysięcy osób.

Żydzi w Argentynie nie zaczęli więc od handlu czy rzemiosła – to właśnie przywiązanie do ziemi, współbudowanie kraju od podstaw, stanie się mitem założycielskim żydowskiej Argentyny i ważnym elementem jej tożsamości.

cosulich-line-stala-regularna-komunikacja-do-argentyny-brazylji-i-urugwaju-0

Ulotka firmy Cosulich Line organizującej rejsy do Ameryki Łacińskiej, 1927 / Fot. POLONA

Czy te kolonie były podobne do zakładanych później kibuców? 

Gospodarstwa były indywidualne, a nie kolektywne, jak w Palestynie. Nowi imigranci otrzymywali działkę i pomoc w zbudowaniu gospodarstwa od Towarzystwa, które zresztą niejednokrotnie oskarżane było o różnego rodzaju defraudacje i zaniechania. Po otrzymaniu pomocy osadnicy musieli radzić sobie sami.

Okazało się jednak, że już drugie pokolenie kolonistów, bardziej argentyńskie, mówiące dobrze po hiszpańsku, w większości przeprowadziło się do Buenos Aires. Młodzi nie widzieli swojej przyszłości w tropikalnym klimacie, na prowincji, skąd podróż pociągiem do stolicy trwała nawet jedną dobę. Kolonie istniały wciąż w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, ale straciły swój żydowski charakter. Gospodarstwa odsprzedawano nie-Żydom.

Jak wyglądała emigracja do Argentyny po pierwszej wojnie światowej? 

W dwudziestoleciu polityka imigracyjna Argentyny wciąż opiera się na haśle: „rządzić – znaczy zaludniać”. Stąd masowa emigracja z Europy. I choć preferowano kraje zachodnie jak Niemcy, Szwecję czy Danię, większość emigrantów to przybysze z biedniejszych krajów Europy Południowej i Wschodniej. Wielu z tych ostatnich było rzecz jasna Żydami. Jeśli chodzi o imigrację żydowską, to w dwudziestoleciu międzywojennym dominują w niej Żydzi z Polski – stanowią około 55% ogółu żydowskich przybyszów.

Jednak to są już zupełnie inni ludzie niż pierwsi przybysze, często tradycyjni koloniści z końca XIX wieku. Ci powojenni przeszli przez świecką edukację, zaangażowani byli w ruchy młodzieżowe, wyrośli na literaturze żydowskiej, czytali gazety w jidysz. Żydzi z pierwszej fali emigracji dość szybko przyjmowali argentyńską tożsamość. Ci powojenni porzucają polski sztetl, biedę Łodzi czy Warszawy, ale pozostaje w nich świecka kultura żydowska, którą chcą pielęgnować.

Wyjeżdżając, mają świadomość, dokąd jadą?

Zdecydowanie tak. W żydowskiej prasie dwudziestolecia Argentyna pojawia się często, choć zasadniczo tylko w dwóch kontekstach. Po pierwsze opowiada się o żydowskiej prostytucji, a po drugie o tym, w jaki sposób wyjechać do Buenos Aires. Gazety co rusz donoszą, że jakaś Żydówka wyjechała z dwiema córkami i zniknęła albo, że młoda dziewczyna wpadła w ręce szajki handlarzy kobietami. Prostytucja to było pierwsze – i często jedyne – skojarzenie, jakie polscy Żydzi mieli z Argentyną. Nie kolonie rolnicze, nie Buenos Aires, nie żydowskie fabryki, tylko domy publiczne.

dzs-xiia-5-warszawa-1928-guidebook

Ulotka firmy Królewsko-holenderski Lloyd organizującej rejsy do Ameryki Łacińskiej, lata dwudzieste XX w. / Fot. POLONA

A mimo to chętnie wyjeżdżają. Jak wyglądają początki w nowym kraju?

Cierpią biedę. Jak większości emigrantów, nie jest im łatwo zacząć życie od nowa. Zaczynają od handlu obwoźnego, pracy w fabrykach meblarskich czy obuwniczych. Jednak młody Żyd, który przyjechał do Argentyny w latach dwudziestych i zaczynał od domokrążstwa, czyli od bycia tzw. kuentenikiem, po latach był w stanie dorobić się małej fabryki, zatrudniającej kilkadziesiąt osób. Widać to już na zdjęciach z końca lat trzydziestych – zaczyna im się udawać i lepiej powodzić.

Większość jednak przez lata wiedzie skromne życie robotników, które nie różni się od życia tych, którzy zostali w Polsce.

I choć stają się Argentyńczykami, pielęgnują żydowskie wartości?

Widać to dobrze na przykładzie Związku Żydów Polskich, który powstaje już w 1916 roku. Członkowie spędzają wolny czas w typowy dla Argentyńczyków sposób – urządzają na przykład pikniki na łonie natury, ale rozmawiają w jidysz. Menu łączy kuchnię Europy Wschodniej i Ameryki. W tle lecą żydowskie piosenki w jidysz przeplatane utworami najlepszych argentyńskich orkiestr.

Ich dzieci mówią już doskonale po hiszpańsku, bo edukacja w Argentynie była na dość wysokim poziomie – są więc pełnoprawną częścią tamtego społeczeństwa i jest im zdecydowanie łatwiej niż rodzicom.

Oni również nie zapominają o jidysz?

Moje badania pokazują, że był to istotny element ich tożsamości. Do Argentyny emigrowano zwłaszcza po tym, jak Stany Zjednoczone zamknęły swoje granice na początku lat dwudziestych. Późniejsza emigracja pozwoliła na wykształcenie się u polskich Żydów większego, bardziej świadomego – bo zdobytego w procesie edukacji i działalności społecznej – przywiązania do kultury jidysz. Jeszcze do lat sześćdziesiątych poprzedniego stulecia funkcjonowało w Buenos Aires seminarium dla nauczycieli szkół żydowskich.

Emigranci chcą prowadzić nowoczesne, postępowe życie żydowskie. Wraz ze sztetlem nie odrzucają żydowskości jako takiej, chcą ją współkształtować. Zakładają świeckie szkoły dla dzieci, nie zaś tradycyjne chedery. Uczą w nich, że Żydzi są narodem diasporycznym i mogą żyć, gdzie im się podoba i wcale nie muszą jechać do Palestyny. Później Zagłada odciśnie na tym myśleniu ogromne piętno. W Polsce życie żydowskie w dużej mierze przestanie istnieć, skończy się mówienie o argentyńskich prostytutkach, a za oceanem, w Argentynie, zaczną myśleć, że teraz ich kolej, że teraz to oni kontynuują żydowskość rozumianą jako jidyszkajt.

Mają w sobie sentyment do Polski?

Pamiętają o swoim żydowskim domu, więc gdy w latach trzydziestych ich sytuacja ekonomiczna stabilizuje się, chętnie angażują się w kampanie pomocowe dla Żydów w Polsce. Wspierają szczególnie lewicowe szkolnictwo, na którego utrzymanie nie stać Żydów w kraju. Mówi się o „narodowej odpowiedzialności”, nawołuje do wspierania „cierpiących synów i córek żydowskiej Polski”. Jednak pieniądze zbierano również na JIWO w Wilnie, a także na pomoc materialną po powodzi w 1934 roku. Niektórzy wspierali też ruch syjonistyczny.

Protestują, gdy w Polsce nasila się antysemityzm?

Na różnych zgromadzeniach podkreślają, że Żydzi od lat budują i walczą o polską niepodległość, że w kraju demokratycznym, w którym obywatele są równi wobec prawa, nie powinno się tak traktować mniejszości. Wysyłali noty do polskiego MSZ, ambasadora w Argentynie i różnych instytucji.

Jak pierwszemu pokoleniu idzie nauka języka?

Język długo pozostaje tematem ożywionej debaty. Pisarze dyskutują, czy tworzyć w jidysz i jakie podejmować tematy. Jedni chcieli pisać w jidysz, ale tylko o Argentynie, inni po hiszpańsku, ale koniecznie o Polsce.

Jednocześnie dość szybko pojawia się poezja w jidysz, której autorzy „całują argentyńską ziemię”, do której „przytulają się, jak do matki”. Inni z kolei chcą pisać tylko o biedzie i trudzie argentyńskiego życia. Te dyskusje pokazują, jak ważne było dla nich świadome kształtowanie kierunku, w którym rozwijała się  kultura żydowska.

Mimo wszystko w Argentynie jest im łatwiej niż w Polsce?

Bez wątpienia klimat społeczny bardziej im sprzyja. W latach dwudziestych w Argentynie nie ma szalejącego antysemityzmu, system demokratyczny dobrze działa. W końcu wszyscy są tam imigrantami: Hiszpanie, Włosi, Polacy, Niemcy. A jednak w latach trzydziestych XX wieku, po zamachu stanu, dochodzi do władzy radykalna prawica, tworząc faszystowski rząd na wzór Włoch czy Hiszpanii.

Skąd w takim razie bierze się argentyński nacjonalizm?

Na większą skalę nasila się on około 1910 roku, gdy kraj świętuje stulecie niepodległości. Pojawiają się wtedy głosy, że przez nadmierną imigrację zatraca się „argentyńskość”. Imigranci zaczynają być wrogiem, zagrożeniem dla hiszpańskojęzycznej, tradycyjnej, katolickiej kultury. Wypowiadane są te same frazesy, które można usłyszeć dziś w Europie odnośnie imigrantów, że się nie integrują, nie cenią miejscowej kultury, że przyjadą i Bóg jeden wie, co z nami zrobią. Rząd zaczyna kłaść nacisk na edukację patriotyczną – flagi, pieśni, oddanie ojczyźnie. W kioskach można kupić „Protokoły mędrców Syjonu”.

Mimo to Żydzi w Argentynie nie cierpią tak jak w Polsce, czy w innych krajach Europy. Imigracja staje się trudniejsza, ale nadal kilka tysięcy osób rocznie dociera do kraju. Jednak głosy, że Żydzi to anarchizm i destrukcja, że doprowadzą do zniszczenia kraju, nasilają się. Pomaga w tym stale powracający stereotyp żydowskiej prostytucji.

Nic dziwnego, skoro nawet w „Naszym Przeglądzie”, żydowskiej gazecie pisanej po polsku, narzekano, że w domach publicznych w Buenos Aires mówi się tylko po polsku. 

Walczenie z utożsamieniem polskich Żydów z prostytucją było zresztą jednym z powodów, dla których założono Związek Żydów Polskich w Argentynie. „Polaca” w argentyńskim hiszpańskim oznaczała prostytutkę.

Prawdą jest jednak, że polskie Żydówki stanowiły aż 30% tego biznesu, a polscy Żydzi kontrolowali domy publiczne.

PRENUMERATA
Fakt, reprezentacja Żydów była procentowo wysoka, ale oprócz tego funkcjonowało przecież w Argentynie zróżnicowane i bogate życie żydowskie, o którym nikt u nas nie pisał. Kultura, biznes, polityka, kluby społeczne i kulturalne. W polskiej prasie żydowskiej był tylko frojenhandel, handel kobietami. Należało im się chyba coś więcej?

Jankew Botoszański, argentyński dziennikarz, z wyrzutem pytał w jednej z polskich gazet jidyszowych, dlaczego w Polsce pisze się o argentyńskiej diasporze tylko w kontekście prostytucji. Na tysiąc Żydów, którzy tam emigrują, może pięć osób zajmuje się prostytucją – przekonywał – a mimo to wałkuje się ten temat bez przerwy. Bardzo im przeszkadzało, że w Polsce myśli się o nich w ten sposób. Uważali się za nową diasporę, prowadzili postępowe żydowskie życie, byli w kulturowym kontakcie z Europą.

Poza artykułami w prasie temat prostytucji pojawiał się również w teatrze. 

W 1926 roku wystawiono w Buenos Aires spektakl Ibergus o żydowskiej prostytucji. Autorem sztuki był pochodzący z Radomia Lejb Malach. W Argentynie mieszkał zaledwie od pięciu lat. Po premierze poruszeni ludzie zaczęli wyrzucać prostytutki i alfonsów z teatrów.

Z widowni? 

Dosłownie! Handlarze kobietami utrzymywali jidyszowe teatry w Argentynie. Myślano, że nigdy się od nich nie uwolnią, skoro ten najbardziej widoczny symbol żydowskości – teatr jidyszowy – był w ich rękach. W lożach siedzieli przestępcy, którzy nie szczędzili pieniędzy na funkcjonowanie tych instytucji. To była również część ich kultury, w której chcieli uczestniczyć. Oczywiście nie były to teatry najwyższych lotów – ktoś zatańczył, ktoś zaśpiewał…

I nagle na scenie zaczyna się o nich mówić.

W opinii wielu Żydów to był pierwszy krok do oczyszczenia żydowskiej sztuki z „brudu”. Jednak jeszcze nie moment na ukrócenie prostytucji. Co ciekawe, również w Polsce pojawiały się sztuki o tej tematyce. W 1931 roku w Warszawie wystawiono spektakl W drodze do Buenos Aires: Pod czerwonymi latarniami. Były to historyjki z półświatka, pikantne, raczej komediowe niż moralizujące. Robiły jednak wrażenie.

W jaki sposób werbowano wschodnioeuropejskie kobiety do pracy prostytutek?

Do sztetla przyjeżdżał pięknie ubrany, obwieszony złotem facet i trąbił naokoło, że szuka żydowskiej żony, którą zabierze do swojego domu w Ameryce. Często nawet nie precyzował, w której Ameryce. I wiele dziewczyn, szczególnie tych żyjących w skrajnej biedzie, mogło pomyśleć, że złapało Pana Boga za nogi. Szybki cichy ślub, sztile chupe – nie robiono z zaślubin wielkiego święta – i panienka lądowała z nim na statku do Argentyny, gdzie prawda wychodziła na jaw.

Czasami kobiety emigrowały samotnie, bez rodziny. Po przyjeździe nie wiedziały, dokąd pójść i nagle zjawiał się ktoś, kto mówił, że pomoże. Jak się później okazywało – pomoże znaleźć miejsce w burdelu. I tak kobiety trafiały na przykład pod skrzydła przestępczej organizacji Cwi Migdal, którą w większości tworzyli polscy Żydzi. Warto dodać, że początkowo nazywała się ona Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy.

Wszystko tak funkcjonowało do czasu pojawienia się Raquel Liberman, Żydówki z Berdyczowa. 

Liberman w 1919 roku wyszła za mąż w Warszawie. Jej mąż, Jakow Ferber w 1922 wyemigrował do Argentyny, a ona z trojgiem dzieci dołączyła do niego później. Po kilku miesiącach od jej przyjazdu Jakow zmarł na gruźlicę i Raquel, chcąc utrzymać rodzinę, została zmuszona do prostytuowania się. Po czterech latach udało jej się zaoszczędzić trochę pieniędzy, by móc rozpocząć nowe życie. Otworzyła sklep, jednak członkowie Cwi Migdal obawiali się, że w ślad za nią mogłyby pójść inne kobiety i zaczęli ją zastraszać. Niejaki José Salomón Korn oszukał ją i poślubił podczas fałszywej ceremonii. Następnie ukradł jej oszczędności i zmusił do ponownej pracy w domu publicznym. Gdy uciekła drugi raz, złożyła zeznania obciążające Cwi Migdal. To doprowadziło do procesu sądowego, który w dalszej perspektywie położył kres żydowskiej prostytucji w Argentynie. Smutna historia niewolnictwa żydowskich kobiet skończyła się.

Pod koniec lat trzydziestych Argentyna praktycznie zamyka swoje granice dla nowych emigrantów, wybucha wojna.

Ludzie, którzy mieli pieniądze, byli w stanie dostać się do Argentyny również w czasie wojny – z wizami do innych krajów południowoamerykańskich nielegalnie przekraczali jej granicę. W 1947 roku amnestia objęła ok. 10 tysięcy Żydów, którzy mogli legalnie pozostać w kraju.

Jedną z osób, która próbowała dostać się do Argentyny w czasie wojny, był Julian Tuwim. Natrafiłem na korespondencję polskiej ambasady w Buenos Aires, w której argentyński MSZ pyta, czy Tuwim jest Polakiem, czy Żydem. Gdy ambasada odpowiada, że Polakiem pochodzenia żydowskiego, żądają jednoznacznej odpowiedzi. Do Argentyny mógłby wjechać tylko jako Polak czystej rasy. Nic więc z tego nie wyszło. Po dziesięciu miesiącach w Brazylii wyjechał do Stanów.

Ilu Żydów mieszka współcześnie w Argentynie?

Około sto dziewięćdziesiąt tysięcy i znaczna ich część to potomkowie polskich emigrantów. W szczytowym okresie diaspora argentyńska liczyła trzy pięćdziesiąt tysięcy, jednak powojenna emigracja do Izraela i małżeństwa mieszane znacznie zmniejszyły tę liczbę.

Wysoka liczba małżeństw mieszanych wynika z braku tradycyjnej religijności?

Religia nigdy nie była istotnym elementem życia.

Gmina żydowska w Buenos Aires powstała z przekształcenia bractwa pogrzebowego, stając się instytucją zajmującą się całością życia społecznego i działalnością charytatywną. I choć od lat 70.  Argentyńczycy zaczynają wracać do religii, to nie do judaizmu ortodoksyjnego, tylko konserwatywnego. Zaczynają przyjeżdżać rabini ze Stanów, do dziś w Buenos Aires funkcjonuje jedyne w Ameryce Południowej konserwatywne seminarium rabiniczne. Wcześniej zdecydowanie królowała tam świeckość. W porównaniu z Izraelem czy USA wciąż tak jest.


Mariusz Kałczewiak zajmuje się historią żydowskich migracji. Za pracę doktorską na Uniwersytecie Tel Awiwu poświęconą związkom między żydowską Polską a Argentyną w międzywojniu otrzymał nagrodę Latin American Jewish Studies Association.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Fighting (and Singing) for Israel in New Jersey

Fighting (and Singing) for Israel in New Jersey

Ayelet Raymond


A photo from a pro-Israel event in Teaneck, New Jersey. Credit: Ayelet Raymond.

This month, New York’s loss was New Jersey’s gain. For the first time ever, on Sunday June 6, Bergen County held a “Unite for Israel Parade” after the pandemic forced the annual Fifth Avenue parade to be canceled.

Despite having under two weeks to prepare, the Jewish community of Bergen County rallied and was able to put together an incredible event with several thousand people in attendance.

I asked one of the event organizers, Yehuda Kohn, how they managed to organize such a big event for the first time. “We had a core committee of eight people, but hundreds of people volunteered to make the event possible,” said Kohn.

“We didn’t know how many people would come, but we felt that we should try. We are very proud that we were able to make it happen in less than two weeks,” he stated. “I’m happy we can show love and support for Israel as a unified community.”

As an Israeli living in New York City — and as someone who has spent years helping to promote positivity about Israel — I couldn’t have been happier to attend this special event. I’ve been to several events supporting Israel and Jewish causes recently, but this parade stood out for a number of reasons.

The love that the Jewish community of New Jersey has for Israel is palpable. It filled me with so much pride to see hundreds of children with signs, dressed up with Israeli flags on their shoulders, and dancing to Jewish songs along the parade route.

The enthusiastic participation of 21 schools made it clear to me that this Zionist spirit is a direct result of the tireless, year-round efforts of rabbis, community leaders, teachers, and parents.

I could feel the energy as soon as I arrived in Teaneck after a short trip from Manhattan.

Once I arrived in Teaneck, I joined the group at the Cross River Bank meetup location, where the popular 14-year old Netanel Katz, aka “Simcha on Wheels,” was singing with high energy to warm up the crowd, wearing an Israeli flag, and sporting a top hat and vest.

US Congressman Josh Gottheimer (D-NJ) spoke at the event, and expressed his strong support for Israel and its right to defend itself against terrorist organizations like Hamas. “There should never be a question of who the US stands with,” Gottheimer said. “We stand with our ally, Israel.”

At the concert, I saw many familiar faces and made many new friends due to the prominent “Kosher Barbie Stands with Israel” sign I was carrying and my crowd-pleasing dog, “Kiss.” Kiss is a three-pound Pomeranian who is known for her presence at every single Israeli event in New York. She’s so ubiquitous that she’s been called “The Hebrew National Dog.”

I was also happy to run into one of the young students who is part of the cast of my Hebrew television show, My Hebrewland — 11-year old Roshel Lovely.

“I couldn’t be more proud of this opportunity to dance and sing Jewish songs,” Roshel told me. “Israel is in my heart. Most of my relatives live in Israel, and I felt connected today, even though I miss them all.”

She could have been speaking for everyone at this wonderful event in New Jersey.

Ayelet Raymond is a film and musical director who lives in New York City. She collaborated with young Broadway performers to create the American children’s television show My Hebrewland. She is the creative force behind the Kosher Barbie character and social media personality.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A NON-ORTHODOX US RABBI’S POWERFUL PLEA TO HIS ANTI-ZIONIST PEERS “I AM SCARED, SADDENED AND ALONE”

A NON-ORTHODOX US RABBI’S POWERFUL PLEA TO HIS ANTI-ZIONIST PEERS “I AM SCARED, SADDENED AND ALONE”

Avi Abelow


“We live in a society where it is more acceptable to be antisemitic than it is to be Jewish”. This is one of many powerful lines of truth uttered by Rabbi Jeremy Fine, in a recent sermon to his Conservative Movement congregation Temple of Aaron in St. Paul, MN.

Anti-Zionism Always Becomes Antisemitism

.

This Rabbi feels alone in his own congregation, where it seems according to the Rabbi’s own words, too many of his own congregants have preferred to define themselves as anti-zionists, I imagine joining Israel’s enemies in bashing Israel, instead of standing by their own Jewish people in Israel and their ancestral homeland.

Rabbi Fine clearly explains to them how antizionism always leads to antisemitism.

The Rabbi further explains his hurt and disappointment that while he personally stood up for all other causes, LGBTQ+, immigrants, black lives etc. Nobody from the other causes is now standing up for the Jews, as antisemitic attacks are taking place across United States communities.

He lays out his argument clearly and succinctly, understanding that the logic of his argument might be ignored because of mankind’s preference to rely on emotion over logic.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com