Archive | 2021/06/01

Owszem żyję, ale trudno to potwierdzić


Owszem żyję, ale trudno to potwierdzić

Andrzej Koraszewski


Czasem drobne sprawy wydają się symptomatyczne, chociaż zawsze warto pamiętać o naszej odwiecznej skłonności do wyciągania zbyt daleko idących wniosków. Po przejściu na emeryturę osiadłem w małym miasteczku, zakładając, że to jest dobry punkt obserwacyjny dokonujących się w Polsce przemian. Z wielu względów to była bardzo dobra decyzja, znalazłem tu wspaniałych przyjaciół, a i miejsce pokazywało wiele z tego, co trudno dostrzec z Warszawy czy z Poznania. Można powiedzieć, że jest to Polska C, a może nawet D. Miasteczko bez przemysłu, największe miejsca pracy to urząd gminny i dwie szkoły, trochę rzemieślniczych warsztatów, wysokie bezrobocie. Sporo zmian na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Trudno je uporządkować. Osobiście uważam, że największym sukcesem jest to, że nie spotykam już na ulicach dzieci, które wyglądają na niedożywione.

Kiedy przejeżdżasz przez to miasteczko samochodem, nic cię nie będzie kusiło, żeby się zatrzymać. Mamy prawa miejskie od ośmiuset lat (a wcześniej była tu silna twierdza graniczna), ale miasto było wielokrotnie niszczone, zero zabytków, powiedzieć, że architektura jest mało atrakcyjna to raczej understatement. Upadek komunizmu powoli przywracał tu życie. Nie, miasteczko nie rozkwitło, tu mieszkańcy później niż w innych miejscach kupowali samochody (początkowo głównie wraki sprowadzane z Niemiec). Powoli remontowano domy, pojawił się niewielki supermarket i początkowo nikt nie wierzył, że się utrzyma, ale potem wyrósł drugi i trzeci. Jak zmienia się mentalność? Dobre pytanie. Wielu młodych ludzi ucieka od kościoła, mieszkanie młodych ludzi razem bez ślubu przestało najpierw szokować, a potem dziwić, powoli zmienia się stosunek do pracy. Stare rzemiosło znikło, nowe wymaga kwalifikacji, więc to jest już inny świat, gospodarstwa powolutku przejmuje młode pokolenie rolników myślących w kategoriach rynku. Również w urzędach pojawiły się młode twarze, ludzi bardziej życzliwych i bardziej kompetentnych. I tu zaczyna się właściwa opowieść.

BBC Pension Scheme wypłaca mi emeryturę, więc od czasu do czasu, chce się dowiedzieć o moje zdrowie. Dostaję formularz, w którym mam potwierdzić, że jestem i mam się dobrze, a mój podpis na tym formularzu musi być potwierdzony przez inną osobę. Ta inna osoba może być sędzią, lekarzem, policjantem, nauczycielem, pracownikiem banku, poczty albo samorządu. Poprzednim razem po drodze na pocztę wszedłem do komisariatu policji, wyjaśniam sprawę, a pan komendant oburzony, że policja nie jest od tego, żeby poświadczać podpisy. Było widać, że frustruje go bariera językowa, młoda policjantka zainteresowała się, spojrzała na formularz i śmiejąc się, powiedziała, że oczywiście można mój podpis potwierdzić. Sprawy zaszły już jednak zbyt daleko, autorytet komendanta byłby narażony na szwank, więc kategorycznie zabronił. Trochę mnie to zgniewało, trochę ubawiło, dwieście metrów dalej poprosiłem o przysługę lekarza w przychodni. Lekarz nie miał problemu, zdziwiło mnie, że upierał się, żeby koniecznie przybić jeszcze swoją pieczątkę.

Teraz kiedy znów chciano się w Anglii dowiedzieć, czy nadal żyję, wszedłem do lokalnego banku i uroczej, dobrze znanej pracownicy wyjaśniam, w czym sprawa, tłumaczę najważniejsze zdanie: „Potwierdzam, że emeryt okazał mi dowód osobisty i podpisał ten formularz w mojej obecności”. Pracownica banku rozłożyła bezradnie ręce, oświadczając stanowczo, że prawo jej tego zabrania. Próbowałem wyjaśniać, że to nie bank potwierdza, ale ona osobiście, że nie potrzeba tu żadnych pieczątek, że wystarczy jej nazwisko, adres i podpis. Nic nie pomogło.

Wzruszyłem ramionami i pomyślałem, że na poczcie są teraz młode pracownice, które miały angielski w szkole, więc z nimi będzie łatwiej. Młoda dziewczyna pokręciła głową i zawołała kierowniczkę Urzędu Pocztowego, która oznajmiła, że polskie prawo zabrania udzielania takich potwierdzeń. Nie chciałem łazić do przychodni, bo oni mają tam teraz urwanie głowy ze szczepieniami, pomyślałem, że w gminie, w Biurze Ewidencji Ludności nie będą mieli problemu z poświadczeniem, że widzą, jak podpisuję papierek. Myliłem się, była uczennica naszego gimnazjum, którą znałem jeszcze jako nastolatkę, rozłożyła bezradnie ręce i powiedziała, że absolutnie nie może poświadczyć, że mnie widzi na własne oczy, usłużnie zaprowadziła mnie do Wyższej Władzy. Wyższa Władza długo wpatrywała się w zawierający kilka zdań formularz, a ponieważ przypominała do złudzenia Sowę P. z Kubusia Puchatka, więc, mimo że wcześniej powiedziałem, co tam jest, postanowiłem przetłumaczyć cały formularz.

Urzędnik najpierw orzekł, że muszę to notarialnie przetłumaczyć, a potem stwierdził, że absolutnie nie może poświadczyć, że przy nim coś podpisałem. Jego strach, ukrywany za powagą Urzędu i udawaną znajomością nieistniejącego prawa był tak komiczny, że nie mogłem się powstrzymać od wybuchu śmiechu.

Miałem potem wyrzuty sumienia. Musiałem tym śmiechem urazić człowieka, który nie jest przecież winien naszej nieco bizantyjskiej mentalności. Dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie scenę sprzed pół wieku, kiedy w Szwecji sekretarka na uniwersytecie poprosiła mnie, żebym przyniósł poświadczoną kopię mojego polskiego dyplomu. Zapytałem moją nauczycielkę szwedzkiego, kto mi może poświadczyć zgodność kopii z oryginałem, a dziewczyna odpowiedziała mi ze śmiechem, że każdy. Wyjęła mi z ręki mój dyplom, poszła zrobić kopię, napisała u dołu słowo „vidimeras”, podpisała dodając swój numer telefonu i wręczyła mi obydwa dokumenty, chichocząc na widok mojej zaszokowanej twarzy. Nie mogłem zrozumieć jak to tak, bez pieczątki, bez powagi urzędu, bez cienia szacunku dla świętej biurokracji?

Nic dziwnego, że obserwując naszą trwającą transformację, przyglądam się z uwagą, jak zmieniają się relacje na osi państwo-obywatel, urząd-petent, obywatel-obywatel. Zmieniają się, to jest już inny świat. Trudno jednak w trzydzieści lat nadrobić całe stulecia. Być może mój śmiech w pokoju urzędnika był niegrzeczny. Jednak, żeby wyjaśniać samorządowcowi komiczność sytuacji, musiałbym długo opowiadać o tym, jak Jan Zamojski przestawił zwrotnicę na kierunek Kontrreformacja, jak Mickiewicz marzył, żeby jego księgi trafiły pod strzechy w czasach, kiedy mieliśmy w Polsce jednego piśmiennego chłopa na dwa powiaty (w tym samym czasie w Szwecji nie można było wziąć ślubu bez umiejętności czytania i pisania), musiałbym opowiadać, jak długo w innych miejscach uczono się, co znaczy słowo obywatel i jak urzędy powoli zmieniały się z ośrodków władzy w punkty usługowe.

Transformacja przyniosła w Polsce niesamowity dobrobyt, wywołała gniew, że jeszcze nie zarabiamy jak Szwajcarzy, pokazała, że mamy ogromny problem z rozumieniem, co właściwie znaczy demokracja. Nie ma w tym nic dziwnego, żyjemy w kraju, w którym szlacheckie elity wolały raczej utracić ojczyznę niż przyznać obywatelskie prawa chłopom, żyjemy w kraju, którego skromny postęp edukacyjny prowadził do tego, że inteligencja radośnie kultywowała pogardę dla nieoświeconego ludu, żyjemy w kraju, w którym frustracja z powodu zacofania bije się o lepsze z narodową dumą. Mentalności nie da się zmienić tak, jak się zmienia samochód, stan urzędniczy jest nadal stanem, chociaż znacznie mniej butnym niż w przeszłości, częściej wystraszonym, kiedy zderza się z nową sytuacją i uciekającym wówczas gwałtownie w udawaną pewność siebie. Kto wie, może transformacja tego stanu urzędniczego jest jednym z ważniejszych elementów powodzenia dalszej transformacji kraju? A może jesteśmy tylko zbyt niecierpliwi, bo te zmiany zachodzą, tylko są obrzydliwie powolne?

Ostatecznie poprosiłem o pomoc naszego młodego, dobrze wykształconego i nowoczesnego burmistrza, który poprosił wiceburmistrza, żeby to załatwił i udało mi się uzyskać potwierdzenie, że osobiście podpisałem papierek, w którym stwierdzam, że nadal żyję.

Nasz wiceburmistrz nie mógł się jednak przełamać i zdobyć na wpisanie swojego własnego nazwiska i adresu, przywalił nikomu niepotrzebną pieczęć, przydając gminny majestat swojemu świadectwu autentyczności mojego podpisu.

Miałem wrażenie, że jestem uczestnikiem i obserwatorem ciekawego zjawiska. Być może się mylę, być może dorabiam teorię do trochę irytującej, a trochę zabawnej historii z miasteczka, w które wrosłem bez reszty i które uwielbiam. Ostatecznie cała przygoda jest wyłącznie moją winą, mogłem umówić się z zaprzyjaźnioną nauczycielką, lub ze znajomym lekarzem i załatwić to tak, jak się takie sprawy załatwia w Polsce.


Andrzej Koraszewski – Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Szejk Dżarrah i niesymetryczne roszczenia

Demonstracja przeciwko potencjalnej eksmisji lokatorów odmawiających płacenia czynszu w dzielnicy Szejk Dżarrah w 2010 roku


Szejk Dżarrah i niesymetryczne roszczenia

Lyn Julius
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Jeśli wierzyć większości zachodnich mediów, to wszystko zaczęło się od Szejk Dżarrah: dzielnicy w Jerozolimie, która stała się symbolem “niesprawiedliwości” wobec palestyńskich mieszkańców zagrożonych eksmisją. Sprawa została fałszywie przedstawiona jako próba eksmitowania “setek” Palestyńczyków przez żydowskich “osadników”.

W rzeczywistości jest to trwający od wielu lat prywatny spór między żydowskimi właścicielami nieruchomości a arabskimi lokatorami. Lokatorom grozi eksmisja za niepłacenie czynszu.

Lustrzane odbicie sprawy Szejk Dżarrah zdarzyło się niedawno w Iraku. Tam lokator w Bagdadzie, który obawiał się, że jego dom zostanie zburzony, zaapelował do żydowskiego właściciela ziemi, który obecnie mieszka w Kanadzie, by pozwał do sądu dewelopera, który sfałszował akt własności.

Jednak, nawet gdyby wygrali sprawę sądową, żydowscy właściciele nie mogliby żądać swojej własności, ponieważ zostały one znacjonalizowane – Żydom odebrano prawa własności, kiedy zmuszono ich do wyjazdu z kraju.

Podczas gdy dyskusje mogą odbywać się tam, gdzie rządzi Izrael, Jonathan Spyer pisząc w “Jerusalem Post”, pokazuje fundamentalną asymetrię: wszystkie drogi wiodące do restytucji przejętej własności żydowskiej w krajach arabskich są zamknięte. “Siła jest prawem” w dyktaturach, które prześladowały żydowskich obywateli, wyznaczonych na kozły ofiarne jako syjoniści. Dla Żydów sama myśl o ubieganiu się o zwrot ich własności jest uważana za śmiechu wartą.

Żydom wygnanym z krajów arabskich odebrano własność wartą miliardy dolarów. (Nieliczni Żydzi wydaleni z Egiptu po kryzysie sueskim, obywatele brytyjscy i francuscy, otrzymali pewną rekompensatę od Wielkiej Brytanii i Francji, ale olbrzymia większość nie otrzymała niczego.)

Był tylko jeden przykład zwrotu własności jej żydowskim właścicielom, rodzinie Metzger – „zwrócono” Hotel Cecil w Alexandrii. Egipski sąd w 1996 roku wydał wyrok, że hotel ma być zwrócony Albertowi Metzgerowi, ale wyrok nie został wykonany z obawy, że będzie stanowić precedens do zwrotu znacjonalizowanej własności żydowskiej.

Dopiero w 2007 roku egipski rząd zaproponował umowę, według której wyrok zostałby wykonany, ale rząd natychmiast odkupiłby hotel od rodziny Metzger.

Kiedy Ustanowiono Komisję Roszczeń Majątkowych po inwazji Iraku w 2003 roku, by zająć się roszczeniami Irakijczyków, którym odebrano ich własność, początkowy punkt czasowy ustalono na rok 1968, kiedy to reżim Baas przejął władzę. To wykluczyło olbrzymią większość potencjalnych ubiegających się o zwrot majątku – 130 tysięcy Żydów, którzy opuścili kraj w latach 1950-51.

Komisja Roszczeń miała być powołana według warunków umowy pokojowej między Egiptem a Izraelem w 1979 roku. Nigdy jednak jej nie powołano.

Jerozolima jest wyjątkiem. Kiedy miasto dostało się pod izraelską jurysdykcję po 1967 roku, Żydzi wygnani przez Jordańczyków w 1948 roku otrzymali możliwość odzyskania swoich nieruchomości na Starym Mieście i we wschodniej Jerozolimie.

Prawo z 1970 roku umożliwia żydowskim właścicielom żądanie restytucji w sądzie. Jest jednak ważne zastrzeżenie: prawo chroni lokatorów, którzy płacą czynsz. W wypadku Szejk Dżarrah lokatorzy odmówili płacenia czynszu.

W Izrael zaszła częściowa wymiana nieruchomości: żydowscy uchodźcy z krajów arabskich zamieszkali w porzuconych palestyńskich domach i wsiach. I odwrotnie, Palestyńczycy zajęli żydowskie dzielnice, kluby społeczne, szkoły i synagogi w Iraku, Libii, Libanie i Syrii.

Drażliwa kwestia roszczeń majątkowych uchodźców po obu stronach nadal oczekuje na wszechstronne porozumienie pokojowe. Najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem może być rekompensata zamiast restytucji. W świetle ostatnich wydarzeń ta perspektywa wydaje się odległa.


Lyn Julius – Dziennikarka, współzałożycielka brytyjskiego stowarzyszenia HARIF, Żydów pochodzących z Północnej Afryki i krajów Bliskiego Wschodu; stowarzyszenia informującego o liczącej trzy tysiące lat historii Żydów na Bliskim Wschodzie i o losie tej mniejszości wyznaniowej i religijnej w XX wieku. Rodzina Lyn Julius pochodzi z Iraku.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Your News from Israel – May 31, 2021

Your News from Israel – May 31, 2021

ILTV Israel News


– Prime Minister #BenjaminNetanyahu pulling out all the stops in his last ditch efforts to block a unity government led by opposition leader Yair Lapid, and Yamina Head #NaftaliBennett.

– Netanyahu and other Israeli officials meeting with Egyptian authorities to cross the t’s and dot the i’s of the ceasefire agreement between Israel and Hamas.

– The #UAE officially opening its embassy in Tel Aviv.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com