Archive | July 2024

SYSTEM PAMIĘCI

fot. Tomasz Pasternak


SYSTEM PAMIĘCI

KATARZYNA TÓRZ


Public Movement zdemaskowało konwencje społeczne towarzyszące zaangażowaniu. To, co dzieje się w naszych głowach, jest równie ważne jak wielka polityka

Czy przechodząc przez Muranów, można uwierzyć, że kiedyś (w czasach, które pamiętają jeszcze nasi dziadkowie) mieszkali tu – w nie-tym pejzażu i w nie-tej rzeczywistości – zupełnie inni ludzie?

Ten kwartał Warszawy wciąż istnieje, ale na nowo, z inną twarzą i sercem – jakby obumarłym. Przebywa w ukryciu, kipi od podskórnych, stłumionych energii – zapomnianych historii osobistych i spektakularnych bohaterskich czynów, po których pozostały skonwencjonalizowane ślady – tablice wyliczające ilość poległych lub zaaranżowane do celów refleksyjnych zakątki.

Performerzy z Public Movement wzięli ten kontekst pod uwagę na dwa sposoby. Po pierwsze – całkowicie mu się (p)oddali, respektując stacje tej swoistej drogi po męczeństwie getta, którą stale podążają izraelskie wycieczki. Po drugie – podjęli próbę dekonstrukcji tej sztucznej, narzuconej przez system pamięci warstwy. Posługując się pozornie prostymi, amatorskimi narzędziami – dramaturgią podstawowego ruchu, popowego beatu i reżyserowania tłumem – przedzierali się przez palimpsest materii przemilczanej, wypartej i spychanej w pustkę nieuwagi. Był to jednak proces dyskretny i na tyle nieoczywisty, że pozostawiał uczestnikowi-widzowi przestrzeń na własne przeżycie i decyzję o zaangażowaniu.

Niespieszny pochód przecinał ulice Muranowa, niebudzące trwogi w tych, którzy nie wiedzą lub zapomnieli o ich historii: plac Umszlag, bunkier Anielewicza, ulica Miła… W kolejnych punktach-przystankach Public Movement próbowało dotykać stref niewypowiedzianych lub przegadanych jak w heideggerowskiej Gerede (czczej gadaninie).

fot. Mateusz Bala

Izraelscy artyści ubrani w białe spódniczki/spodnie, tenisówki, kurtki – wyglądali trochę jak młodzież ze szkoły, trochę jak dziwni sanitariusze. Za rekwizyt służyła im flaga. Ale nie flaga Izraela, a ustroju artystycznego: Public Movement z poziomymi pasami, niebieskim i białym, przeciętymi czernią żałoby. Wszystko bez zbędnych, natrętnych symboli. Następuje redukcja, tak jakby białe stroje i brak nachalnej scenografii miały wchłaniać niewidzialne, ciężkie oddechy traumy, która pozostała.

Podobnie jak inne części miasta, Muranów zbudowano na gruzach pozostałych po dramacie. Pagórki porośnięte trawą to pozostałości zrujnowanego getta. Mury powstały z przemielonych cegieł starych pożydowskich domów. Świadomość tego faktu nie skłania do moralnej oceny, bezowocna i nieadekwatna pozostanie też postawa pragmatyczna, racjonalizująca. To tylko fakt. I aż fakt. Brutalny i druzgocący, ale zarazem pozwalający historii na dalszy bieg i codzienne ludzkie życie. Jeśli miasto jest przestrzenią doświadczalną, polem drobnych, ale intensywnych zdarzeń, które pozostawiają trwałe ślady w egzystencji i tożsamości jego obywateli, to Public Movement – niczym grupa badaczy – eksperymentuje na tym właśnie polu. Izraelscy artyści w rytmie tandetnych poprockowych przebojów oddają hołd zgładzonym mieszkańcom. Wykonują przy tym uproszczoną, poddaną rygorowi musztry choreografię. Te proste, „małoartystyczne” działania znoszą wzniosłość, budzą wzruszenie – pozbawione melodramatu, oczyszczające. Lekkie – czy to w ogóle możliwe?

Na placu dwóch performerów z megafonami i czerwono-białą izolującą taśmą. Stają się rzecznikami biegunowych komunikatów. Po jednej stronie „prawda”, po drugiej „fałsz”, „kobiety” – „mężczyźni”, „przeszłość” – „przyszłość”. Zgromadzona publiczność powoli zaczyna rozumieć ten system i przemieszcza się w zgodzie z własnymi przekonaniami. Nie po raz pierwszy okazuje się, że w kilkuliterowych tworach zaklęta jest emocja i niekontrolowana myśl. Wypowiadane przez megafon, zaczynają rosnąć: „socjalizm” – „komunizm”, „Auschwitz” – „Oświęcim”, „Polacy kolaborowali z Niemcami” – „Polacy ratowali Żydów”. Na hasło „Izrael” – „Palestyńczycy”, ktoś przeciąga swoje dzieci na właściwą stronę. Z zabawy w „co wybierasz” rodzi się ruch, publiczna deklaracja. Na tym etapie wędrówki Public Movement dobitnie demaskuje podstawowe mikrokonwencje społeczne towarzyszące zaangażowaniu, dokonywaniu wyboru i przyjmowaniu wynikających z niego postaw. To, co dzieje się w naszych zwykłych głowach, jest równie ważne i decydujące jak wielka polityka.

W pamięci pozostaje scena finałowa, w której odegrana pod Pomnikiem Bohaterów Getta uroczysta zmiana warty, zwieńczona złożeniem żałobnego wieńca (z opaską-flagą PM), przekształca się w mechaniczny taniec disco. Rodzi on ambiwalencje – nie jest do końca wyzwolony, swobodny, nie niesie czystej radości. Raczej melancholię, niespełnienie – cokolwiek by się zrobiło, nic już nie ożywi tego, co martwe, przeszłe, zasypane. To, co można zrobić, to stworzyć ruch publiczny.

Francuski filozof Georges Didi-Huberman w książce „Obrazy Mimo Wszystko” (Universitas, Kraków 2008) gwałtownie odrzuca możliwość kapitulacji: „wyrwać obraz temu piekłu, mimo tego wszystkiego? Tak. Trzeba było za wszelką cenę nadać kształt niewyobrażalnemu”. Akcja Public Movement to próba wyrwania z paraliżu niewyobrażenia tych, którzy pozostali i mogą zabrać głos.


KATARZYNA TÓRZ  – (ur. 1982) – absolwentka Filozofii UW. Od 2008 programerka Malta Festival Poznań, pomysłodawczyni tematycznego nurtu Malta – Idiomy. Obecnie pracuje nad monograficzną książką o teatrze Gisèle Vienne. Współpracuje z Gazetą Teatralną „Didaskalia”.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


The Lebanon War Is Coming

The Lebanon War Is Coming

JUDITH MILLER


MANU BRABO/GETTY IMAGES

Whose side will America be on?

Israel faces a conundrum to which there is no easily discernible, sustainable solution: how best to counter the growing strategic threat posed by Hezbollah, the Iranian-backed Shiite terrorist group that runs Lebanon.

On July 4, Hezbollah fired 200 rockets and more than 20 drones into northern Israel—one of its largest attacks to date—after Israel killed yet another of its high-ranking commanders in a drone strike in the Lebanese coastal city of Tyre. Lebanon’s National News Agency said that Muhammad Nimah Nasser, aka Abu Nimah, was killed along with two other passengers in the drone strike on July 3. Nasser, the head of Hezbollah’s Aziz unit, was reportedly responsible for military operations in southwestern Lebanon and for firing hundreds of rockets into Israel.

Nasser is the latest senior Hezbollah commander to be killed since Oct. 7, when Palestinian Hamas slaughtered some 1,200 people in southern Israel and took 240 hostages in the deadliest single attack on Jews since the Holocaust. Since then, Israel has killed seven Hezbollah lieutenant generals and some 360 fighters and commanders overall, according to estimates. For its part, Israel has lost at least 19 soldiers and 12 civilians in rockets fired from Lebanon.

Hezbollah’s latest rocket and drone barrage—part of a total of some 7,000 rockets and missiles that it has fired into Israel since Oct. 7—has increased concern about a possible escalation of the Israeli-Hamas war in Gaza into a full-scale conflict between the two heavily armed foes. With some 45,000 fighters and an arsenal of more than 150,000 rockets, drones, and missiles, many of them precision-guided, Hezbollah has always posed a far greater strategic threat to Israel than Hamas, which has been significantly degraded since Israel’s offensive in Gaza.

The Biden administration’s ongoing effort to broker an agreement between Israel and Hezbollah promises to hand the terror group a major win.

Moreover, while world attention has been focused on the Gaza war to Israel’s south, Prime Minister Benjamin Netanyahu’s focus has been on the north. His government has been under increasing political pressure to find a way to allow the estimated 70,000 Israelis who fled Hezbollah’s missiles and shelling there and have been living in hotels and temporary shelters to return home. The depopulation of the north near Lebanon and parts of southern Israel near Gaza has hurt Israel’s economy and depressed morale. “A 5-kilometer swatch of Israel in the north has effectively been rendered uninhabitable by Israel’s foes without occupation,” said Peter Berkowitz, a fellow at the Hoover Institute who worked in former President Trump’s State Department. “The land of Israel has become so small,” said Smadar Perry, the Arab affairs correspondent for Yediot Ahronoth, Israel’s largest newspaper.

Hezbollah has said it will stop firing rockets and missiles into Israel when there is a cease-fire between Israel and Hamas in Gaza—a position that has been endorsed by the Biden administration and that now serves as the basis for its diplomatic initiative to broker a cease-fire on the Lebanese front. Still, American and Arab negotiators say that while progress has been made in this latest round of talks, such a deal between Israel and Hamas may not be imminent. Nor is it immediately clear that Hezbollah would stop its tit-for-tat strikes.

Even if a cease-fire is negotiated, Israeli analysts say, Hezbollah has repeatedly violated previous agreements with and commitments to Israel. Moreover, the U.S. initiative reportedly adopts the Lebanese side’s insistence that Israel stop all flights over Lebanon, hampering the IDF’s ability to monitor and interdict Hezbollah’s military buildup, something Israeli intelligence would be reluctant to do, and which would put Israel at a strategic disadvantage.

Soon after Oct. 7, Hassan Nasrallah, Hezbollah’s leader, indicated that his “Party of God” did not intend to open a second front when Israel invaded Gaza to decapitate Hamas’ leadership and destroy its ability ever to harm Israelis again. Nasrallah and his patron, Iran, undoubtedly feared jeopardizing the military presence the group has steadily built up since its last major clash with Israel in 2006. During that war, which Hezbollah provoked by killing three and kidnapping two Israeli soldiers, Israel bombed the homes and offices of Hezbollah’s leaders in Beirut’s southern suburbs and decimated the country’s infrastructure.

Nasrallah subsequently expressed regret for the war, which the Lebanese blamed on Hezbollah, saying that he never imagined that the capture of two Israeli soldiers would result in a war “of this magnitude.” Now, as in 2006, Hezbollah prefers the ongoing tempo of contained tit-for-tat strikes, allowing the group to achieve significant tactical and strategic gains without incurring the cost of massive devastation.

The current stalemate suits not only Hezbollah, but also its Iranian patron. Tehran has made good use of Hezbollah and its other proxy militias to keep Israel and its allies on the defensive and to set new precedents that advantage Iran. Attacks on ships in the Red Sea by the Iranian-supported Houthi militants in Yemen have depressed shipping there, giving Iran the de facto ability to obstruct freedom of navigation and global trade.

Yet Tehran’s strategic gains are only partly the result of actions by its regionwide network of proxies. They are also a consequence of a U.S. posture that has failed to punish Iranian-inspired aggression while calling for restraint by Iran’s targets. For months, American forces in Syria and Iraq were forced to protect themselves against repeated attacks by Iranian proxies. In Omani-mediated talks with Iran last March, the Biden administration pleaded with the Iranians to curb these attacks. U.S. ally Jordan, too, continues to fear infiltration from Iranian-backed fighters.

Soon after Oct. 7, Israel, fearing that Hezbollah militants might cross the border and seize Israelis as Hamas did in the south, ordered the removal of some 70,000 people from the country’s northern border area. While Hezbollah’s clashes and rocket attacks have caused few civilian casualties so far, the internally displaced Israelis are furious that the government has not protected their homes, fields, and shops from Hezbollah’s daily rocket and missile strikes. This passivity, too, was the result of American preferences. In December, The Wall Street Journal reported that President Joe Biden pressured Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu to forgo a preemptive strike against Hezbollah days after the Oct. 7 attack.

Nasrallah has made no secret of his desire to raid Israel’s Galilee. In fact, in the months before the Oct. 7 massacre, Hezbollah held a military exercise near the border and released a propaganda video of precisely such raids against Israeli military outposts across the border. This may well have been a diversionary tactic to keep Israel off balance and focused on the northern front while Hamas, whose fighters received training in Lebanon and Tehran for their Oct. 7 attack, planned their assault from Gaza.

Increasingly, there is a growing view in Israel that, given Hezbollah’s enduring enmity and its vast, sophisticated military arsenal, a war with the Party of God and, in effect, with its patron Iran, may be inevitable.

But there remains deep division within Israel’s national security establishment over when such a war should occur. Some analysts say that now is the right moment to strike. The threat from Hamas has been severely degraded, if not neutralized. The north is already evacuated and the Israeli Defense Forces are already mobilized and in fighting mode. Many Israelis, terrified by their country’s obvious vulnerability, favor striking Israel’s enemies sooner rather than later, suggesting that a war with Hezbollah would enjoy strong public support. The assassination of so many senior Hezbollah commanders suggests that Israel’s operational intelligence is far better in Lebanon today than it was in 2006, when the IDF had only 10 days’ worth of targets to strike.

If Israel chooses to go to war with Hezbollah, it would have to strike before October and the start of the rainy season and then winter. In fact, some Israeli analysts believe that the ongoing IDF strikes in Lebanon and targeted assassinations of key Hezbollah commanders are not simply opportunistic but have been methodically shaping the battlefield for an eventual, though not necessarily imminent, ground invasion. Amiad Cohen, an IDF reservist officer who heads the Herut Center, a conservative think tank, recently described what he saw as the IDF strategy over the past eight months: “We’re crushing, mostly with airstrikes, first of all the people running the operations in southern Lebanon, and the second part of it, the infrastructure,” including underground structures.

Cohen told me over the phone that Israel should have invaded southern Lebanon months ago. “In April I said that this was the time to force Hezbollah back behind the Litani River,” he said. “But President Biden’s opposition to escalating the conflict prevented us from doing that.”

Other analysts argue that current conditions are not ideal for a large-scale war, albeit for different reasons. “Not now,” said Tamir Hayman, the former head of Israeli military intelligence who now heads Israel’s Institute for National Security Studies. In an interview with The Wall Street Journal, Hayman said it would be better to wait a couple of years. Israel, he said, now lacked the resources, international legitimacy, or Washington’s approval for such a war. Israel should strike Hezbollah “when we’re ready.”

Although Israel would ultimately win a war with Hezbollah, the price could be horrendous. While Hezbollah rockets and drones now fall on houses in northernmost towns like Metula, and set fields and forests on fire, they may well overwhelm Israel’s air defenses and level villages and parts of cities. Israel’s civilian death toll in such a war could easily dwarf the cost of Oct. 7.

Cohen disagrees. He said that with shelters in almost every Israeli home and a new system of laser defenses against rockets and missiles coming online soon, Israel could win a war with Lebanon and establish a defensible border at the Litani River within two or three months, at an acceptable cost to the Israeli military and civilians.

Analysts in D.C. argue that such a war would require American buy-in. They note that Israel remains dependent on the U.S. for military supplies that would be required for such a war, and President Biden is adamantly opposed to an escalation. His administration, which has publicly criticized Israel’s operations in Gaza and withheld 3,000 bombs and 23,000 munitions, has incentivized Israel’s foes. Moreover, because of its longstanding military aid relationship with the U.S., Israel is now more dependent on American supplies than it was during the last war. The relationship also had the effect of undermining Israel’s defense industry, which has been scrambling to meet demand for ammunition and weapons systems since Oct. 7.

After nine months of fighting in Gaza, “Israel needs to refill its stocks of JDAMs and other critical munitions needed to fight Hezbollah,” said David Schenker, a former assistant secretary of state for Near Eastern affairs who has worked closely on Lebanon policy, including the funding of the Lebanese Armed Forces (LAF). Plus, many reservists are now on their third consecutive rotation. “The IDF badly needs a break,” he said.

The Biden administration’s ongoing effort to broker an agreement between Israel and Hezbollah also risks handing the terror group a win. For months, U.S. envoy Amos Hochstein has been trying to negotiate a de-escalation plan loosely based on United Nations Security Council Resolution 1701, which ended the 2006 war between Hezbollah and Israel. The document called for establishing a zone free of military personnel and weapons save for those of the Lebanese government. However, its critics say, the resolution was predestined to fail, as its implementation relied on Hezbollah’s accomplices and subordinates, the Lebanese government and the LAF, as well as a neutered U.N. force mandated to coordinate its activities with the Lebanese. While UNSCR 1701 may have looked good to Israel’s supporters on paper, its aims were at odds with the realities on the ground, rendering its promises of security practically meaningless. Critics of Hochstein’s talks fear a repetition of this failure and a similar outcome if by some chance his negotiations succeed.

While the need for security has almost always trumped the desire for economic growth for Israelis, a full-scale war with Hezbollah would come at a high economic cost. In the last quarter of 2023, Israel’s economy contracted sharply and its gross domestic product shrank by 20%. By May, however, the economy had rebounded, and first-quarter GDP grew some 14%, demonstrating its resilience.

Israel’s astonishing economic record, however, may have also contributed to its current strategic peril. For too long, Israel’s success as the “startup nation” has blinded the country and its leadership to growing dangers posed by its neighbors. Now, to protect themselves against Hezbollah and its patron Iran, the cost for Israelis has become far higher.


Judith Miller, Tablet Magazine’s theater critic, is a former New York Times Cairo bureau chief and investigative reporter. She is also the author of the memoir The Story: A Reporter’s Journey.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jordanian Prince Reiterates Call to Ban Israel From FIFA Tournaments Worldwide Due to Hamas War

Jordanian Prince Reiterates Call to Ban Israel From FIFA Tournaments Worldwide Due to Hamas War

Shiryn Ghermezian


Prince Ali bin Al Hussein (center) is pictured in the stands before a match at the Ahmed bin Ali Stadium in Al Rayyan, Qatar, on February 6, 2024. Photo: REUTERS/Thaier Al-Sudani

Prince Ali Bin Al-Hussein, president of the Jordanian Football Association and half-brother of Jordan’s King Abdullah II, reaffirms his stance on Sunday that the International Federation of Association Football (FIFA) should ban Israel from all international matches due to its military actions during the ongoing Israel-Hamas war.

“The continuation of the status quo without taking decisive steps reinforces double standards and reflects an unfair image of the sports world,” he said on Sunday, according to the Middle East Monitor. He also called on all soccer fans around the world to stand united and pressure FIFA to expel Israel.

Al-Hussein made the statements before FIFA’s board of directors meet later this month to review a legal assessment regarding Israel’s participation in FIFA tournaments. Al-Hussein further expressed support to the Palestinian people amid the Israel-Hamas war, and said he hopes FIFA will prove its commitment to justice and equality by banned Israel for international soccer games.

In February, the Jordanian prince spearheaded a letter by the 12-member West Asian Football Federations that also called on FIFA to expel Israel from participating in global soccer matches. The letter urged FIFA to take a “decisive stand against the atrocities committed in Palestine and the war crimes in Gaza, by condemning the killing of innocent civilians including players, coaches, referees, and officials, the destruction of the football infrastructure, and taking a united front in isolating the Israeli Football Association from all football-related activities until these acts of aggression cease.”

FIFA has faced increasing international pressure to expel Israel since the start of its war against Hamas terrorists controlling the Gaza Strip who were responsible for the Oct. 7 massacre in southern Israel, where 1,200 civilians were killed and about 240 others were taken as hostages.

In March, the Palestinian Football Association (PFA) formally submitted a proposal to FIFA that called for Israel’s removal from the governing body in response to “grave human rights and humanitarian law violations committed by Israel.” The motion also accused the Israel Football Association (IFA) of “providing moral, economic, and practical support to the occupation” of Palestinian territories. The motion garnered widespread support, including from federations representing Algeria, Qatar, Jordan, Syria, Saudi Arabia, the United Arab Emirates, and Yemen.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Gdzie jest dziś Ameryka?


Nowa twarz amerykańskiej rewolucji. Studenci Columbia University domagają się likwidacji Izraela. (Zrzut z ekranu: https://www.youtube.com/watch?v=80PDea9oHz0)


Gdzie jest dziś Ameryka?

Andrzej Koraszewski


Czy dzisiejsze Stany Zjednoczone zaczynają przypominać schyłkowy okres ZSRR? Taka teza może się wydać cokolwiek absurdalna. Przedstawił ją w dwóch artykułach znany brytyjski historyk, Niall Ferguson, który od wielu lat mieszka w USA. Ferguson jest związany z Instytutem Hoovera przy Stanford University, a niedawno dołączył do zespołu The Free Press, gdzie publikuje również jego żona, Ayaan Hirsi Ali. W artykule z 18 czerwca 24 r. Ferguson prezentuje USA jako kraj z permanentnym deficytem, elitami forsującymi fałszywą ideologię, starzejącymi się przywódcami i spadającą długością życia mieszkańców. To wszystko coraz bardziej przypomina ostatni okres Związku Radzieckiego, którego elity utraciły wszelki kontakt z rzeczywistością, a społeczeństwo wpadało w coraz głębsze odrętwienie alkoholowe. Autor przypomina, że wiele lat termu pisał, iż Chiny zajęły miejsce ZSRR, ale zimna wojna nadal trwa.

„Chiny – pisał Ferguson w tym artykule –  są wyraźnie nie tylko rywalem ideologicznym, nadal są oddani marksizmowi-leninizmowi i rządom totalitarnym. Są również konkurentem technologicznym — jedynym, z którym USA konkurują w takich dziedzinach jak sztuczna inteligencja i komputery kwantowe. Są rywalem na polu zbrojeń, z marynarką, która jest już większa od naszej i arsenałem nuklearnym, który szybko nas dogania. I są rywalem geopolitycznym, który potwierdza swoją pozycję nie tylko w rejonie Indo-Pacyfiku, ale także poprzez pełnomocników w Europie Wschodniej i gdzie indziej.”

Problem w tym, że w tej nowej zimnowojennej rozgrywce to Stany Zjednoczone mogą powtórzyć los ZSRR. Autor oczywiście pamięta o zasadniczej różnicy między tragicznie niewydolną i niereformowalną gospodarką radziecką, a wolnorynkową (chociaż już nie tak konkurencyjną) gospodarką amerykańską. W rozpadającym się ZSRR śmiertelność  niemowląt wynosiła 25 na 1000 żywych urodzeń, w USA nawet w najbardziej narażonych grupach śmiertelność niemowląt dochodzi do 13 na 1000.  Problemem jest tendencja spadku, a nie poprawy. Podobnie z gospodarką. Ekonomiści patrzą na gospodarkę przez pryzmat minionej świetności. Rozwój jest niemrawy, a nadzieje na skok związany z rozwojem sztucznej inteligencji mogą okazać się iluzją.   

Warunkiem wygrania zimnej wojny z ZSRR była przewaga w wyścigu zbrojeń. Ferguson twierdzi, że dzisiejsza armia amerykańska jest droga i niedostosowana do nowych potrzeb. Kierownictwo armii cechuje samozadowolenie, więc podobnie jak niegdyś generałowie Armii Czerwonej są przekonani, że są niezwyciężoną siłą. Nakłady na armię amerykańską przewyższają budżety wojskowe wszystkich pozostałych członków NATO razem wziętych. Tempo wzrostu siły militarnej „koalicji przeciw demokracji” jest jednak znacznie szybsze.   

Ferguson przypomina, że trzech poprzedzających Gorbaczowa przywódców radzieckich, to byli ludzie starzy i schorowani, dodając, że również w dzisiejszej Ameryce mamy gerontokrację.      

Kolejna podobna cecha dzisiejszej Ameryki i ostatniego okresu ZSRR to powszechny cynizm i dramatyczny spadek autorytetu wszystkich instytucji. Polityka głasnosti ujawniła bezmiar  zakłamania historii i zakłamania życia codziennego. Panowała mgła kłamstw i demagogii i powszechne odczucie niesprawiedliwości.

Porównując to z dzisiejszą Ameryką Ferguson pisze:

„Spójrz na najnowsze badania opinii publicznej Gallupa, a znajdziesz podobne rozczarowanie. Odsetek społeczeństwa, które ma zaufanie do Sądu Najwyższego, banków, szkół publicznych, prezydenta, dużych firm technologicznych i związków zawodowych, wynosi od 25 do 27 procent. W przypadku gazet, systemu wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych, wiadomości telewizyjnych, dużego biznesu i Kongresu jest to poniżej 20 procent. W przypadku Kongresu jest to 8 procent. Średnie zaufanie do głównych instytucji wynosi mniej więcej połowę tego, co było w 1979 roku.”

Podczas gdy mieszkańców ZSRR zabijała wódka, Amerykanów zabijają głównie narkotyki.  „Tylko w 2022 roku więcej Amerykanów zmarło z powodu przedawkowania fentanylu niż zginęło w trzech głównych wojnach: w Wietnamie, Iraku i Afganistanie” – pisze Ferguson..

„Najnowsze dane dotyczące śmiertelności Amerykanów są szokujące. Średnia długość życia spadła w ciągu ostatniej dekady w stopniu, którego nie widzimy w porównywalnych krajach rozwiniętych. Główne wyjaśnienia, według Akademii Nauk, Inżynierii i Medycyny, to uderzający wzrost liczby zgonów z powodu przedawkowania narkotyków, nadużywania alkoholu i samobójstw oraz wzrost różnych chorób związanych z otyłością. Mówiąc ściśle, w latach 1990–2017 narkotyki i alkohol były odpowiedzialne za ponad 1,3 miliona zgonów wśród populacji w wieku produkcyjnym (w wieku od 25 do 64 lat). Samobójstwa w tym samym okresie były przyczyną 569 099 zgonów — ponownie Amerykanów w wieku produkcyjnym. Przyczyny śmierci metaboliczne i kardiologiczne, takie jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu 2 i choroba wieńcowa, również wzrosły wraz z otyłością.” 

W ZSRR średnia długość mężczyzn zaczęła spadać po roku 1965. Głównymi winowajcami była wódka i papierosy. Samozniszczenie to jedna sprawa, a system opieki zdrowotnej to inna sprawa. W ZSRR opieka zdrowotna dla nomenklatury była znośna, dla szarych ludzi tragiczna. Oczywiście amerykański system jest zupełnie inny, ale amerykańska służba zdrowia jest obciążona ogromną i dysfunkcjonalną biurokracją, która nie powoduje większych problemów dla warstw zamożnych, ale utrudnia bądź blokuje dostęp do opieki zdrowotnej dla najuboższych.

„W Związku Radzieckim wielkim kłamstwem było to, że Partia i państwo istniały, aby służyć interesom robotników i chłopów, a Stany Zjednoczone i ich sojusznicy byli imperialistami niewiele lepszymi niż naziści w czasach ‘Wielkiej Wojny Ojczyźnianej’. W rzeczywistości nomenklatura ( tj. elitarni członkowie Partii) szybko utworzyła nową klasę z własnymi, często dziedzicznymi przywilejami, skazując robotników i chłopów na ubóstwo i pańszczyznę, podczas gdy Stalin, który rozpoczął II wojnę światową po tej samej stronie co Hitler, nie przewidział nazistowskiej inwazji na Związek Radziecki, a następnie stał się najbardziej brutalnym imperialistą na podbitych terenach.”

Czy rzeczywiście dzisiejsza Ameryka wpadła w podobne błędne koło ideologicznych oszustw? Obłęd modnych bzdur dominujących dziś na amerykańskich uniwersytetach, w mediach i w sferze politycznej wydaje się usprawiedliwiać taką analogię. Ferguson (i nie on jeden) jest przekonany, że polityka „różnorodności, równości i inkluzywności” nie pomaga tym, którzy znajdują się na dole drabiny społecznej, że efektem jest psucie instytucji edukacyjnych i dysfunkcjonalność systemu politycznego.       

Polityka zagraniczna USA, zdaniem Fergusona, również przypomina radzieckie manewry zbrojenia sojuszników i ugłaskiwania tych, którzy grożą światu. Efektem jest nie tylko niepewność losu Ukrainy, Izraela, Tajwanu, ale prawdopodobieństwo wzmocnienia pewności siebie koalicji antydemokratycznej.    

Czy naprawdę Xi zrozumiał, że można Amerykę wepchnąć na równię pochyłą podobną do tej, na której znalazł się Związek Radziecki?      

Zwyciężyła fałszywa ideologia, w którą większość nie wierzy, ale posłusznie papuguje w lęku przed utratą pracy, możliwości publikowania, narażenia się na ataki. Rosnąca niekompetencja we wszystkich instytucjach, lojalność wypierająca kwalifikacje, wykorzystywane systemu sprawiedliwości w walce politycznej, poczucie beznadziei tych, którzy znajdują się na samym dole.           

Czytając takie porównania nieodmiennie zadajemy sobie najpierw pytanie, czy są poprawne, a jeśli te podobieństwa są rzeczywiste, to czy ich opis jest pomocny.

Artykuł Fergusona wywołał sporo krytyk, wśród których wyróżniał się głos redaktora naczelnego magazynu Dispatch, Jonaha Goldberga, który odpowiedział stanowczo: „Nie, nie żyjemy w ‘późnoradzieckiej’ Ameryce”. To naciągane podobieństwo. Podobne symptomy mogą być oznaką różnych chorób. Wystarczy spojrzeć na zamożność amerykańskich konsumentów, na miliony uciekinierów od biedy i tyranii, które próbują dostać się do Ameryki, często z narażeniem życia, a wreszcie na wspaniałą amerykańską wolność słowa, żeby zrozumieć, że to porównanie jest bez sensu.

Prawda, Chińczycy nie mają żadnych problemów ani z legalnymi, ani z nielegalnymi imigrantami, (chociaż warto odnotować fakt, że dają znakomite warunki wybitnym zachodnim specjalistom i wielu z tej oferty korzysta), zaś Ameryka długo jeszcze będzie Mekką uciśnionych i spragnionych lepszego życia. Nie oznacza to jednak, że wynik kolejnej fazy zimnej wojny jest łatwy do przewidzenia i że można lekceważyć faktyczne problemy amerykańskiego systemu.

Ferguson w kolejnym artykule pisał, że Ameryka czeka na swojego Gorbaczowa. Mam wrażenie, że to już jest nie tylko uproszczenie, ale groteskowa wizja czekania na przywódcę, który doprowadzi kraj w stanie dekadencji do rozpadu. (Ktoś nawet w komentarzach wskazując na Obamę złośliwie napisał, że amerykański Gorbaczow już był.)

Wielu szuka diagnozy dzisiejszych problemów Ameryki, wielu przekonuje, że diagnoza jest, ale przywrócenie Ameryce wielkości nie jest już możliwe. Oparty na indywidualnych swobodach kapitalizm przestał być atrakcyjny, amerykańskie marzenie spadło z wokandy, powróciło zagubienie i sen o utopii. Poprzedni sukces wyborczy Donalda Trumpa był odpowiedzią zwykłych Amerykanów na marzenia dyplomowanych oszołomów o lewicowym królestwie niebieskich migdałów. Zbliżające się wybory Ferguson nazwał walką pyszałka z niedołężnym starcem. Na obecnym etapie żaden zwrot w kierunku umiarkowania i racjonalizmu nie wydaje się prawdopodobny, a ów niedołężny starzec jest zaledwie kontynuatorem polityki młodego prezydenta, który zręcznie popychał kraj w fatalnym kierunku.

Spór o to, czy dzisiejsza Ameryka przypomina schyłkowy okres Związku Radzieckiego, czy nie, wydaje się bezprzedmiotowy. Istotniejsze jest pytanie, czy radziecka propaganda wygrała bitwę o dusze amerykańskich elit i czy jest możliwość znalezienia strategii na odwrócenie tego trendu. Wskazówką mogą tu być prace takich historyków jak Izabella Tabarovsky. Urodzona w ZSRR amerykańska historyczka zajmuje się historią Związku Radzieckiego.       

Tabarovsky wielokrotnie pisała o swoim zdumieniu faktem, że ideologia lewicowych elit amerykańskich jest nie tylko kalką propagandy sowieckiej, ale trudno o wątpliwości, że została przez tę propagandę ukształtowana, zaś duszna atmosfera na uniwersytetach i w sferze publicznej coraz bardziej przypomina to, co widziała w ZSRR w czasach swojego dzieciństwa i wczesnej młodości.

Związek Radziecki zniknął, ale, co jest zdumiewające, jego ideologiczny wpływ nasilił się, zatruwając ducha wolności na Zachodzie. Szczególnie skutecznym narzędziem w walce z demokracją jest zdaniem Tabarovsky ideologia antysyjonizmu, czyli nieustanne przekonywanie, że winni wszelkiemu złu są Żydzi, a walka z kapitalizmem, imperializmem, kolonializmem musi zacząć się od zniszczenia Izraela. Erupcja ludobójczego antysemityzmu w społeczeństwach zachodnich po siódmym października 2023 r. pokazuje do jakiego stopnia radziecka propaganda (płynąca teraz z Trzeciego Świata), zatruła nauczycieli akademickich i dziennikarzy, skutecznie przekazujących ją młodemu pokoleniu Amerykanów kształconych na najlepszych uczelniach. W najnowszym artykule Izabella Tabarovsky rekomenduje trzy książki innych autorów, które pozwalają lepiej zrozumieć mechanizm manipulacji, fabrykacji i podżegania, które zalały światowe media w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy.

„Z technicznego punktu widzenia można powiedzieć, że nigdy wcześniej nie było tak tanio i łatwo pompować kłamstwa i antysyjonistyczne teorie spiskowe tak wielu ludziom jednocześnie. Jednak pod względem treści obecna kampania nie jest wcale innowacyjna, czerpiąc hurtem z globalnych antysyjonistycznych kampanii propagandowych, które ZSRR prowadził po wojnie sześciodniowej. Książki, które chciałabym dziś polecić, rzucają światło na tę kampanię oraz na geopolityczny i kulturowy kontekst, który przyczynił się do jej tak wielkiego sukcesu, pomagając nam lepiej zrozumieć obecną falę demonizacji Izraela.”

Pierwsza z nich, napisana przez Christophera Andrew wspólnie z Wasilijem Mitrochinem ma wiele mówiący tytułŚwiat szedł naszą drogą: KGB i walka o Trzeci Świat. Jest to głównie prezentacja metod, jakimi politycy radzieccy walczyli o podbicie serc i umysłów mieszkańców Trzeciego Świata.

Moskwa przejęła antyimperialistyczne, antykolonialne i antyrasistowskie obawy tych krajów, pozycjonując się jako ich główny orędownik w tej walce i wykorzystując ten język w swoich szeroko zakrojonych antyzachodnich i antyamerykańskich kampaniach propagandowych i dezinformacyjnych.”

W wojnie psychologicznej kłamstwa i teorie spiskowe są zdecydowanie bardziej skuteczne od chłodnych analiz. Antysyjonizm był nieodmiennie częścią taktyki podgrzewania atmosfery. Ten rodzaj propagandy był szczególnie ważny w kampaniach kierowanych na Bliski Wschód. Tabarovsky szczególnie poleca tu książkę Barucha A. Hazana, Propaganda radziecka: studium przypadku konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Radzieccy autorzy korzystali obficie z bliskowschodniej antysemickiej tradycji i świeżych absurdalnych teorii spiskowych, takich jak na przykład oskarżanie Izraelczyków o sterylizację kobiet arabskich lub stosowanie herbicydów w celu eksterminacji całych populacji arabskich wiosek. Brednie na temat planów zniszczenia meczetu Al-Aksa były lokalnej produkcji, ale nabierały mocy przez wzmocnienie ich radziecką propagandą. W tej propagandzie szczególną rolę odgrywały oskarżenia o mordowanie przez Żydów palestyńskich dzieci oraz przypisywanie Izraelowi zamiaru eksterminacji palestyńskiego narodu.    

Oddziaływanie radzieckiej propagandy było niezwykle skuteczne w całym Trzecim Świecie, ale na Bliskim Wschodzie ta propaganda odnosiła wyjątkowe sukcesy. Jakimi drogami przenikała dalej do społeczeństw zachodnich? Pisze o tym Paul Hollander, w książce pod tytułem: Polityczni pielgrzymi: zachodni intelektualiści w poszukiwaniu dobrego społeczeństwa.


Jak pisze Tabarovsky, jest to 
nieoceniona lektura dla każdego, kto próbuje zrozumieć fenomen zachodnich intelektualistów stających po stronie Hamasu po 7 października. „Hollander podąża śladami intelektualistów, którzy udali się do odległych krajów (stalinowski ZSRR, Kuba, Wietnam, Nikaragua, Korea Północna) w poszukiwaniu utopii — i ją znaleźli. Reżimy, które odwiedzili, wiedziały dokładnie, co im dać, aby spełnić ich fantazje (pochlebstwa były ważnym narzędziem) — i uczynić ich swoimi tubami propagandowymi.”

To byli romantycy, samozwańczy „humaniści” łapczywie połykający ideologiczne piękne słówka i całkowicie ignorujący los zwykłych mieszkańców odwiedzanych tyranii.

To oni mieli niebawem zająć poczesne miejsca w zachodnich instytucjach oświatowych. To w dużym stopniu efekty dziesięcioleci wysiłków tych ludzi powodują, że wielu ma wrażenie, iż dzisiejsza Ameryka upodobniła się do Związku Radzieckiego w jego schyłkowej fazie.     

W zakończeniu tego artykułu Izabella Tabarovsky pisze:

„Dzisiejsi intelektualiści nie tylko nadal opowiadają się za odmianami jawnie nieudanej doktryny marksistowskiej: stali się również łatwym celem dla reżimów i ruchów islamistycznych, które umiejętnie manipulują najnowszym akademickim i postępowym żargonem, aby zmusić tych ‘liderów myśli’ do wykonania ich rozkazów: mianowicie do pomocy w zniszczeniu kraju, który miliony Żydów nazywają domem, jednocześnie twierdząc, w stylu radzieckiej propagandy, że są jedynie antysyjonistami, a wcale nie antysemitami.”

Ciekawym uzupełnieniem tego dysydenckiego dyskursu jest najnowszy tekst Henryka Grynberga opublikowany 4 lipca w „Israel Journal of Foreign Affairs” pod tytułem. „Worse than Again.” (Autor opublikował go również we własnym przekładzie na łamach Reunion69.)  

Grynberg pisze:

„Czy znowu to samo? Nie, dużo gorzej. Antysemici lat 1930-ych nie zawsze byli świadomi konsekwencji swego postępowania, a nasi współcześni dobrze je znają i rozumieją. Wtedy większość z nich nawet sobie nie wyobrażała, że zaawansowany i zdawało się kulturalny segment ludzkości może zdemonizować i systematycznie wymordować wielomilionową grupę etniczną. W tamtych latach nikt nie wołał: ‘Żydzi do gazu!’” 

Nie tylko Iran, również Chińczycy zacierają ręce, gdyż ta siła wskrzeszonej odwiecznej nienawiści doskonale destabilizuje społeczeństwo wroga, budząc nadzieję, że tym razem to Ameryka podzieli los ZSRR.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


RJC head: Trump giving Israel ‘blank check’ to finish Hamas

RJC head: Trump giving Israel ‘blank check’ to finish Hamas

MIKE WAGENHEIM


Republican Jewish Coalition CEO says the reaction to his speech at the convention is evidence of deep support for Israel within the party.

.
Matt Brooks, Republican Jewish Coalition CEO, addresses reporters at the Republican National Convention in Milwaukee, July 16, 2024. Photo by Mike Wagenheim.

The leader of the Republican Jewish Coalition said on Tuesday he interprets Donald Trump’s call for Israel to finish the war in Gaza as a “blank check” for Jerusalem.

Matt Brooks, RJC CEO, addressed reporters following his speech to the Republican National Convention on Tuesday evening in Milwaukee.

Asked about Trump’s calls for Israel to quickly wrap up its war against the Hamas terror group—interpreted by some as a pressure tactic to end the fighting without achieving Israel’s stated objectives—Brooks said that view was off base.

“Everybody misinterprets that statement. What he’s basically saying is, you have a blank check. You need to carpet bomb in the air? Do it. Just get it done, rip the band aid off, finish the job,” said Brooks. “Because Hamas needs to be destroyed. But this is just taking months and months.” 

Brooks said Trump is correct in his assessment that “time is not Israel’s ally. The longer this continues, the more public support erodes, the more international support erodes. And Trump’s point was, do what you have to do, get it done and get out.”

Earlier during his speech, Brooks asked for the crowd to cheer if they support Israel, then contrasted that ovation with what he thought would be the result at the Democratic party convention, saying if someone asked for a cheer for Israel there, “they’d be booed off the stage.”

Reporters peppered Brooks with questions about the reliability of a Donald Trump/JD Vance administration.

Brooks said on Tuesday that after speaking with Vance late last week and looking at the content of his speeches, “he is going to be an absolute stalwart friend of Israel.” 

Brooks said Vance would be “vice president to the most pro-Israel president in history. The president sets the foreign policy agenda, and I don’t think there’s any daylight between Donald Trump and JD Vance when it comes to Israel and making sure Israel is safe and secure.”

Asked by JNS whether that would remain true should the individual interests of Trump and Vance suddenly lie elsewhere, given what seems to be their transactional foreign affairs policies, Brooks countered that the party base would serve as a line of defense.

“As you heard in the room here today, this is a fundamentally pro-Israel party,” said Brooks, pointing to the intensity of the cheers for Israel and the enthusiasm for the bipartisan relationship at the grassroots level.

“When you have a strong base of support in the party, it means our elected leaders, by definition, follow the will of where the party is,” Brooks added. 

Attempting to dispel notions of a rift between Trump and Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu, Brooks said he had spoken separately with both men, and while declining to discuss the content of the conversations, added, “I can assure you that the two of them will have a very positive and productive working relationship.”

Trump provided Netanyahu with immense diplomatic firepower in moving the U.S. Embassy from Tel Aviv to Jerusalem and recognizing the holy city as Israel’s capital. Trump also recognized Israel’s sovereignty over the Golan Heights.

But Trump was critical of Netanyahu for congratulating Biden on his 2020 election victory, and had some strong words for the premier and Israeli officials in the aftermath of Hamas’ Oct. 7 massacre.

Still, Brooks insisted on Tuesday that any daylight between the two still beats the alternative of a Democratic victory. He expressed dismay at the fact that American Jews still voted decidedly with Democrats, though in steadily dwindling numbers.

“There is literally not a day goes by where somebody doesn’t call me, whether they’re Jewish or not Jewish, or I have a conversation with somebody here at the convention, where somebody says, ‘I don’t understand the Jewish community. How can they continue to vote Democrat with all the stuff?’” said Brooks. 

Citing the rise of left-wing antisemitism and the Democratic Party’s embrace of a hard-left anti-Israel wing, Brooks said the question people are asking of him is “the same question Donald Trump’s asking in a Trumpian way.”

“You sort of have to scratch your head,” at Democrats’ continued dominance of the American Jewish vote, he said.

In response to a question from JNS, Brooks said next Wednesday’s speech to a joint session of Congress by Netanyahu will hopefully reset the case for American support of Israel.

“This is not a war that Israel wanted. This is not a war that Israel started,” said Brooks. “Israel fighting against Hamas is the same fight that affects America and the West.” 

Israel’s fight is America’s fight. America’s fight is Israel’s fight,” he added. “So, I hope that will be the takeaway” from Netanyahu’s speech.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com