Nagie oblicze żydowskiego odrodzenia – Betty Q
Michał Bojanowski

Betty Q na paradzie równości w Warszawie /fot. Filip Błażejowski
Po zorganizowaniu kolejnego seminarium dla liderów społeczności żydowskiej i wysłaniu jeszcze jednej grupy młodzieży na wycieczkę edukacyjną do Izraela oddawała się całkowicie swojej drugiej pasji – burlesce. W końcu pochłonęło ją to bez reszty. Nie wycofała się jednak z życia społeczności żydowskiej.
Michał Bojanowski: Wydaje mi się, że twój udział w programie „Mam talent”, od czasu którego zajęłaś się w pełni burleską, miał też drugi skutek. W środowisku żydowskim nie dało się już nie wiedzieć, że z edukatorki stałaś się performerką burleski.
Betty Q: Akurat wybierałam się na Limud, a tydzień później miał nastąpić finał konkursu. Na Limud przyjeżdża bardzo zróżnicowane środowisko – mniej lub bardziej konserwatywne. Wyobrażałam sobie, że wiele młodych osób będzie ze mną rozmawiało o moich występach w telewizji, będą gratulować, trzymać kciuki. Ale mając świadomość, jak różne osoby tam spotkam, jechałam z dość dużą ciekawością tego, co się wydarzy. Nie przejmuję się jakoś przesadnie opiniami o sobie, a jednak zaintrygowanie było spore. I nagle okazało się, że dostałam ogromne wsparcie nawet od tych, po których nigdy bym się nie spodziewała, że mogą oglądać takie programy. Byli dumni i gratulowali. Mówili: „Pokazujesz siłę”.
No właśnie, a jak oni o tym myśleli? Że pokazujesz siłę jako Żydówka czy jako ktoś znajomy?
Do tej pory słyszę różne głosy, że ludzie są dumni, bo jestem z tego środowiska.
Żydowska burleska? Jakiś wspólny mianownik?
Żydzi zza granicy często pytają, dlaczego nie wyjechałam z Polski, żeby szukać żydowskiego męża. A ja jestem tutaj, dlatego że jest nas bardzo mało i trzeba coś z tym zrobić. Podobnie jak z burleską. Kiedy opowiadam gdzieś zagranicą o tym, co tutaj robię, ludzie dziwią się, mówią, że skoro mamy tak małe środowisko, to powinnam wyjechać do Londynu czy Berlina. Odpowiadam, że żyję tu właśnie dlatego, że jest nas mało. Ta sama zasada.
Opowiedz trochę o wcześniejszym zaangażowaniu w świat żydowski.
Kilka lat temu pracowałam dla Agencji Żydowskiej i to było dla mnie ogromnie ważne. Zajmowałam się w dużej mierze organizacją wyjazdów młodych Żydów do Izraela na Taglit, dwutygodniową wycieczkę, podczas której poznają kraj i kulturę żydowską. Ale w pedagogice jestem bardzo krytyczna i jeśli robię coś dla ludzi, musi to mieć dobrą jakość. A tu napotkałam opór. Ostatecznie udało mi się zreformować kilka rzeczy, ale przypłaciłam to wypaleniem zawodowym. Miałam tam pół etatu, a pracą bym obdzieliła cały zespół.
Co było najtrudniejsze?
Gdy młode osoby zgłaszają się na Taglit, często – poza pochodzeniem – nic nie łączy ich ze środowiskiem żydowskim. Właśnie odkryli swoje korzenie bądź ktoś z rodziny wysyła ich na darmowe wakacje do Izraela. To jest dla wielu jedyny moment, kiedy mogą zetknąć się ze społecznością. Do każdej wyjeżdżającej grupy trzeba znaleźć madricha, opiekuna. W związku z tym, że uczestnicy wyjazdów nie znają środowiska, szukałam ludzi, którzy będą dla nas doskonałą reklamą. Osób, które pokażą również świeckie żydostwo, z którymi młodzi ludzie chętnie poszliby na imprezę. Kogoś, kto prowadzi atrakcyjne życie, a przy tym jest Żydem. To było trudne zadanie. Sama wtedy ćwiczyłam taniec brzucha, więc już sam ten fakt powodował, że nie kojarzyłam się z kimś, kogo mogliby zdefiniować jako Żydówkę. Podstawowym zadaniem było pokazanie, że nie jesteśmy inni, że fajnie by z nami było pójść na piwo.
Czy zaangażowanie w sprawy żydowskie ma wpływ na twój performens?
Gram w „Pożarze w burdelu”, takim, powiedzmy, kabarecie, i co roku w okolicach Purimu występujemy na scenie Muzeum Historii Żydów Polskich. Tam dostałam ostatnio bardzo ciekawą rolę: byłam alienem. I to było bardzo znaczące. Potem był jeszcze jeden taki moment, kiedy się przeistaczałam i to było nawiązanie do „Ksiąg Jakubowych” Tokarczuk – grałam tę nagą kobietę otoczoną czcią sekty jakubowej, odwijaną z Tory. Zrobiłam sobie, w ramach żartu, majtki z napisem hebrajskim wykonanym z czarnych kryształków: Betty Q.
Wychodzi skąpo ubrana Żydówka na scenę przy Anielewicza i…
Dla „Pożaru w Burdelu”, z którym robi spektakl w Muzeum, jest bezpiecznikiem. Mówi się o niej, że jest tam swoja, więc w razie czego można nią wytłumaczyć dużo rzeczy, które dzieją się na scenie. Albo bierze do ręki scenariusz i mówi, że piekła u Żydów nie ma, i wylicza inne bzdury w tekście.
A dlaczego Żydówka w ogóle wychodzi na burleskową scenę?
Bo burleska daje możliwość zamanifestowania, czego tylko chce.

Betty Q /fot. WĄPIERZ
Twoja ulubiona definicja burleski?
Subwersywny striptiz w performensie. Ktoś wychodzi na scenę, żeby zaprezentować jakiś numer, najczęściej na temat stereotypów płci i seksualności. Odsłania ciało i to odsłonięcie ma jakieś głębsze znaczenie, np. dla funkcjonowania stereotypu. Operujemy stereotypami, aby coś powiedzieć.
Ostatnio za pomocą burleski zaczynasz wreszcie mówić o mężczyznach.
Zrobiłam pierwszy spektakl burleskowy w Polsce, w którym są tylko chłopcy. Ja go prowadzę i robię jeden numer jako kobieta z brodą. W tym spektaklu występuje drag queen, Kim Lee, którego musiałam przekonać do tego, żeby zrobił numer boylescowy a nie dragqueenowy; występuje totalny naturszczyk, Mister Tutti Hide, który z recepcjonisty stał się seksbombą; jest dyrektor teatru i teoretyk sztuki performatywnej, który nigdy w życiu nie był na scenie.
I co chłopcy zamierzają robić na burleskowej scenie?
To samo, co kobiety. To nie jest tak, że mężczyźni przebierają się za kobiety i rozbierają z damskich fatałaszków. W boylesce wchodzisz na scenę i bawisz się stereotypem męskości, który jest jeszcze większym tabu, bo kobieca nagość atakuje cię na ulicy. Na męskie ciało patrzysz dłużej, bo nie jesteś do niego przyzwyczajony. I to jest wielki potencjał do wykorzystania.
I co z nim robisz?
Przypadkowo podczas warsztatów okazało się, że jeden z naszych aktorów, Kim Lee, powinien wcielić się w Niemca z Hitlerjugend. Tyle że Kim Lee to jest drag queen, w dodatku z Wietnamu. Zapala się światło, na scenie stoi młody hitlerowiec w mundurze ze swastyką i udaje, że śpiewa „Tomorrow belongs to me”. Zaczyna się rozbierać, cały czas trzymając rękę w nazistowskim pozdrowieniu, z odpowiednią do tego powagą. Nagle piosenka zmienia się w „Willkommen” Cabaretu, ktoś wrzuca mu na scenę kapelusz, a on zaczyna tańczyć.
Mocne.
Kiedyś występowaliśmy dzień po rocznicy wyzwolenia Auschwitz. I zadedykowałam to ofiarom.
Mówiąc?
Gdybym była Romką, zrobiłabym ten numer, gdybym była gejem, zrobiłabym ten numer, gdybym była Kim Lee, zrobiłabym ten numer, gdyby było widać, że jestem Żydówką, też zrobiłabym ten numer.
Tu słyszę śmiech na sali, ludzie jeszcze nie wiedzą, o co chodzi, wtedy zapowiadam Kim Lee. Podczas tego numeru parę osób wychodzi z teatru.
A może trochę przesadzasz z nagromadzeniem inności?
Burleska jest właśnie o tym, że nie masz granic w manifestowaniu swojej, autentycznej inności. Ale zawsze staram się trzeźwo zastanowić, czy dany numer jest odpowiedni. Przed występem 11 listopada czytałam nawet ustawę o fladze, bo do spektaklu „Niepodległość jest kobietą” miałyśmy rozetki biało–czerwone jako nasutniki i flagę zrobioną z wachlarzy.
W kontekście skandalicznych celebracji w Warszawie chyba nawet wasz plakat z biało–czerwonym sutkiem nie robił na nikim wrażenia.
Ludzie, jadąc na spektakl, mijali te wszystkie straszne rzeczy, które działy się w Warszawie. I po przedstawieniu znowu wychodzili w ten świat zniszczonych chodników, połamanych drzew. Niektórzy płakali podczas spektaklu i mówili, że tak się powinno świętować. To był piękny spektakl o niepodległości i nikt nie był oburzony.
Zresztą przy numerze z hitlerowcem też sprawdzałam zapisy o znakach i symbolach zabronionych. I choć swastyki można używać na scenie, to jednak drukowałam ją w domu.
Tak się zastanawiam, czy gdybyś nie miała żydowskiego backgroundu, to czy też byś wymyślała takie historie?
W tym spektaklu jest piękny numer do patriotycznej piosenki, która opowiada o orle, do tego jest fragment z wiersza Miłosza. Nastrój podniosły, wszystko bardzo ładne. I tylko na końcu na tym orle z rozłożonymi skrzydłami pojawia się wyświetlona tęczowa flaga. I tyle.
Tyle?
Burleskę robią osoby, które przynależą do różnych mniejszości. Sporo jest mniejszości seksualnych, bo burleska daje im możliwość wypowiedzenia się. Ja jestem w mniejszości żydowskiej, też jest to dla mnie możliwość wypowiedzenia się.
W jaki sposób?
Chyba najbardziej chodzi o walczenie o siebie i o przestrzeń dla własnej żydowskości, którą na nowo trzeba stwarzać. Jestem totalną aktywistką i dla mnie środowisko żydowskie jest bardzo ważne. W zeszłym roku zostałam zaproszona na warszawską paradę, żeby jechać na platformie Fundacji Batorego. Za nami szli ludzie z JCC Warszawa i bardzo się cieszyli, że tam na platformie jestem ja z gwiazdami Dawida na piersiach. Byłam śmiesznie ubrana, miałam mocny makijaż i po prostu kręciłam się tam. Byłam też na wrocławskim Festiwalu Równości i tam też szłam w paradzie. Wiele osób, które robią burleskę, jest aktywistami.
Ale to chyba nie zawsze tak było?
Kiedyś burleskę robiły biedne dziewczyny z prowincji, które potrzebowały zarobić pieniądze, a dzisiaj robią ją laski z doktoratami.
Pewnie nigdy też performerki burleski nie były twarzami odrodzenia społeczności żydowskiej.
Wiesz, pytanie, czy akceptowanymi… Ale ja nigdy nie dostałam żadnego linczu. Kiedyś zaproponowano wystąpienie na pożegnaniu ambasadora Stanów Zjednoczonych w warszawskiej synagodze. Był Żydem, bardzo zaangażowanym w społeczność na Twardej. Nagle, w którymś momencie weszłam przebrana za Marylin Monroe. Miałam długą suknię i białe futro, które odebrał ode mnie szef związku gmin w Polsce. Podeszłam do mikrofonu i zaśpiewałam: „Happy journey Mister Ambassador, happy journey to you”.
Bez zbytniej nagości.
Były gołe ramiona! Co prawda na babińcu, ale jednak.
Mnie się ta forma zaangażowania w życie żydowskie bardzo podoba.
Odkąd odeszłam z Sochnutu, pojawił się dystans: robię swoje rzeczy i staram się angażować, ale często sprowadza się to do tego, że idę na święta do synagogi. Zdecydowanie za dużo pracuję, za mało się angażuję. Czasami robię jakiś pokaz, jak na Chanukę kilka lat temu w Krakowie. Co ciekawe, wtedy nawet starsze osoby nie mają żadnych obiekcji.
Pewnie byłoby świetnie, gdybyś przyszła na kilka śniadań do JCC, ale patrząc w szerszej perspektywie, to społeczność może od ciebie znacznie więcej otrzymać. Nie tylko na platformie podczas parady.
Robię, co mogę. W Wikipedii jest napisane, że jestem zaangażowana w społeczność żydowską w Polsce, ja tego nie pisałam, więc nie miałam na to wpływu. Ale ucieszyło mnie, że znalazło się tam takie sformułowanie. ∎

polecane – 27 lipca 2015 – ludzie / rozmowy / społeczeństwo / chidusz 18 – 19 – 05-06/2015
Betty Q, właściwie Anna Ciszewska[1] (ur. w 1986 w Warszawie) – polska performerka i nauczycielka burleski, instruktorka tańca, animatorka teatralna.
Życiorys
Ukończyła pedagogikę (specjalizacja: animacja kultury) na Uniwersytecie Warszawskim. Przez 10 lat związana była z amatorskim teatrem Nic Pewnego w Piasecznie, w 2010 roku założyła zespół Betty Q & Crew cyklicznie wystawiający autorski repertuar burleskowy. Od grudnia 2012 roku występuje w składzie warszawskiego kabaretu Pożar w Burdelu. Półfinalistka V edycji programu Mam Talent (2012) i Laureatka nagrody Porca Papessa Międzynarodowego Festiwalu Caput Mundi w Rzymie (2013).
W 2011 roku wzięła udział w Ogólnopolskiej Kampanii Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka. Była polską ambasadorką filmu Burlesque Assassins (2013) oraz Bettie Page Reveals All (2014). W 2014 brała udział we Wrocławskim Festiwalu Równości oraz Warsaw Pride.
Współpracuje ze Stowarzyszeniem Miłość Nie Wyklucza oraz Gminą Wyznaniową Żydowską.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
