Ja lubię być niczyja. Nie lubię być zagospodarowywana. Ale z tą walką z prawicą to bez przesady
Katarzyna Surmiak-Domańska (28.10.2013)
Alina Cała – etnografka, historyczka, od 40 lat zajmuje się historią stosunków polsko-żydowskich w XIX i XX wieku, a zwłaszcza badaniem dziejów polskiego?antysemityzmu. W latach 70. współpracowała z KOR-em. W 2011?roku?została odznaczona Krzyżem Kawalerskim… (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)
Z 200 tys. Żydów, którzy ukrywali się po likwidacji gett, przetrwało kilkadziesiąt tysięcy. Co się stało z tymi ukrywającymi się, którzy nie przetrwali? Część zmarła z głodu i chorób, ale większość została zamordowana przez partyzantkę lub wyłapana przez chłopów. Z Aliną Całą, etnografką i historyczką rozmawia Katarzyna Surmiak-Domańska.
Pierwsze zdjęcie, które się wyświetla w internecie, gdy wpisze się hasło “Alina Cała”, przedstawia panią ciągnącą za sweter starszego pana. Obóz Wielkiej Polski zamieścił je na swojej stronie z komentarzem, że “żydostwo” publicznie “obnażyło” hrabiego Alexandra Pruszyńskiego.
– Cztery lata temu OWP zorganizował przeciwko mnie demonstrację pod Żydowskim Instytutem Historycznym, gdzie pracuję. W czasie jej trwania sympatyzujący z Obozem Alexander Pruszyński rzucił się w jawnej furii na kontrdemonstrującą Elę Janicką (autorkę “Festung Warschau”). A że Ela stała na brzegu schodów i jest chucherkiem, a hrabia wielkim dziadem, przeraziłam się, że coś jej się stanie. Skoczyłam więc na plecy Pruszyńskiemu, złapałam za sweter i nieco go naddarłam. Potem OWP napisał, że zniszczyłam hrabiemu płaszcz. Złożyli nawet doniesienie do prokuratury, ale prokuratura je odrzuciła.
Demonstracja dotyczyła głośnego wywiadu dla “Rzeczpospolitej”, w którym oświadczyła pani, że Polacy są współwinni Holocaustu, bo “nie da się wymordować trzech milionów ludzi bez bierności reszty społeczeństwa”. Przyrównała pani także program przedwojennego OWP do programu Hitlera. Nic dziwnego, że wielkopolakom puściły nerwy.
– Nie powiedziałam nic nowego. O tym wszystkim pisali i mówili przede mną Barbara Engelking, Darek Libionka czy Jan Grabowski z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Z 200 tys. Żydów, którzy ukrywali się po likwidacji gett, przetrwało kilkadziesiąt tysięcy. Co się stało z tymi ukrywającymi się, którzy nie przetrwali? Część zmarła z głodu i chorób, ale większość została zamordowana przez partyzantkę lub wyłapana przez chłopów. Niemcy stworzyli system, który zobowiązywał mieszkańców wsi do obligatoryjnego “polowania” na ukrywających się. Jedną z przyczyn tego, że Polacy często nadgorliwie wypełniali polecenia okupanta, był przedwojenny antysemityzm krzewiony przez Kościół katolicki oraz endecję. To są sprawy doskonale w środowisku naukowym znane. Problem, że tego ciągle nie uczy się w szkołach.
Tylko że inni naukowcy mówią o tym ostrożnie, a pani prowokuje. Tak jak tytułem pani najnowszej książki: “Żyd – wróg odwieczny? Antysemityzm w Polsce i jego źródła”. Jak sobie poczytałam, co o pani wypisuje w internecie radykalna prawica… Najelegantszy epitet to polonofobka.
– Bo ja nie owijam w bawełnę. I tyle.
OWP demonstrował pod ŻIH, żądając wyrzucenia pani z pracy. Jak zareagował na to pani instytut?
– Nie zareagował. Moja ówczesna dyrektorka Eleonora Bergman przerażona poinformowała mnie, że ma być demonstracja, zamknęła instytut na cztery spusty i zabroniła mi wychodzić na zewnątrz. Oczywiście nie posłuchałam. Skrzyknęłam przyjaciół, znajomych. Kiedy przed ŻIH pojawiło się około dziesięciu Wielkich Polaków w kordonie policji, z transparentem z cytatem z Dmowskiego: “Jestem Polakiem i mam obowiązki polskie”, czekała na nich już z setka kontrdemonstrantów, w tym rabin i członkowie gminy żydowskiej. Była też ze mną część pracowników ŻIH i wicedyrektorka Edyta Kurek.
Czy pani jest Żydówką?
– Nie jestem. A czy muszę być?
Może ma pani jakieś przeżycia rodzinne związane z Holocaustem?
– Absolutnie nic. Pochodzę z polskiej rodziny o tradycjach lewicowych. Prababcia brała udział w rewolucji 1905 roku w Łodzi. Babcia i dziadek oraz mama działali w PPS. Mama w 1944 roku walczyła w powstaniu, była przewodniczką kanałową. Jedyny rodzinny incydent związany z Żydami to ewentualnie to. Proszę, tu jest ksero poznańskiego “Przewodnika Katolickiego” z roku 1936. Niech pani przeczyta tę notkę.
“Znieważenie medalika przez żydówkę. Donoszą nam z Koźminka (pow. Kalisz), że uczennica 6 oddziału szkoły powszechnej Gitla Łaja Sieradzka napluła w klasie na medalik Matki Boskiej. Poruszone do głębi tą zniewagą społeczeństwo katolickie Koźminka zwróciło się do władz szkolnych z żądaniem usunięcia żydówki ze szkoły. Bolesne dla katolików owoce wydaje wspólne nauczanie dzieci katolickich i żydowskich”.
– Kierowniczką tej szkoły była moja babcia. Jeden z chłopców położył na piórniku medalik i podetknął dziewczynce pod usta, żądając, żeby pocałowała. Ona nie chciała i w szarpaninie nieszczęsny medalik upadł na podłogę. W sprawę wdał się katecheta, endek. Poleciał z medalikiem do kościoła, powiesił go na ołtarzu i tam stał się “cud”. Medalik zapłakał “prawdziwymi” łzami. Rozpętała się religijna histeria, zażądano usunięcia Żydówki ze szkoły. Babcia, która jej broniła, została wyklęta z ambony przez księdza, chłopi przychodzili nocą pod jej dom i rzucali kamieniami w okno. W końcu musiały z moją małą mamą uciekać do Kalisza. Zrobiło się pogromowo.
To była bardzo biedna wieś. Zwykle na rodzeństwo przypadała jedna para butów i w zimie chodzili do szkoły na zmianę. Babcia w ramach wdrażania nowoczesnej pedagogiki wprowadziła lekcje wuefu. Tylko że na to, żeby dziewczynki mogły się gimnastykować, zgodę musiał dać sam biskup. Pozwolił, ale pod warunkiem że dziewczynki będą ćwiczyć w specjalnych długich pantalonach zakrywających kostki, żeby nie siać zgorszenia. Jeszcze wymyślił sobie, jaki to ma być dokładnie materiał! Mieli go kupić chłopi, którym nie starczało na buty! Babcia kupiła belę tej tkaniny i osobiście uszyła te pantalony. Po awanturze z medalikiem nigdy nie przekroczyła progu kościoła. Choć była wierząca.
Trochę się pani wdała w babcię.
– Jest to podglebie.
A 1968 rok jak pani pamięta?
– Tylko o tyle, że w telewizji mówili straszne bzdury. I to przedstawiciele rządu, z którym przecież moi rodzice się utożsamiali. Oboje należeli do PZPR. Ojciec nawet do końca. To był szok także dla nich. Mamę zwolniono z pracy, bo jej kierownik był Żydem. Rodzice nie akceptowali moczaryzmu. Dla mnie komunizm stał się zły po ’68.
Dlatego wstąpiła pani do KOR-u?
– Do KOR-u wciągnęła mnie Ula Doroszewska. Był wtedy w Warszawie taki Rosjanin, który nie mógł wyjść ze zdziwienia, że u nas taka swoboda, że w tramwaju wszyscy krytykują głośno władzę. Tak chciałam mu zaimponować tą naszą swobodą, że jak Ula wyciągnęła list protestujący przeciwko zapisowi w konstytucji o przewodniej roli PZPR i przyjaźni z ZSRR, to pomyślałam: “A co tam, podpisuję”. Zresztą u nas na etnografii prawie wszyscy podpisali.
A co rodzice na pani wstąpienie do KOR-u?
– Mama ze zrozumieniem, na zasadzie: “Ojczyzna woła”. Tata natomiast bardzo krytycznie, do tego stopnia, że wyprowadziłam się z domu. Zaczęłam mieszkać z koleżankami w dużym starym mieszkaniu należącym do mojej koleżanki Eli. Mieściło się w alei 3 Maja, pod mostem Poniatowskiego. Stąd nasz przydomek: “Panienki spod mostu”. Z czasem zrobiła się tam taka opozycyjna komuna z drukarnią. Pracowałyśmy w biurze interwencji. Jeździłyśmy do rodzin aresztowanych robotników z Radomia i Ursusa. Woziłyśmy paczki, pieniądze.
A skąd etnografia?
– Z przypadku. Nie dostałam się na ASP. Temat pracy magisterskiej o Żydach też był przypadkowy, bo wtedy była moda na interesowanie się mniejszościami. Pamiętam, że razem z moją promotorką profesor Kutrzebą-Pojnarową dwie godziny głowiłyśmy się, jak sformułować tytuł pracy tak, żeby nie było w nim słowa “Żyd”.
Dlaczego?
– Nie wolno było. Dziekanat by nie przyjął takiego tematu. Paradoksalnie, ten zapis w cenzurze zrobił Gomułka – po to, żeby skończyć z nagonką antysemicką, która wymknęła mu się spod kontroli. Wymyśliłyśmy więc: “Stosunek Swój – Obcy na wsi południowo-wschodniej Polski”. Nie chciało mi się ślęczeć nad książkami, pomyślałam, że pojadę na badania terenowe, pogadam ze starymi ludźmi, którzy jeszcze pamiętają Żydów, i będę miała pracę. Naiwnie sądziłam, że na podstawie rozmów z nimi odtworzę przedwojenną kulturę żydowską. To, co usłyszałam na Roztoczu, na Rzeszowszczyźnie, w okolicy Przeworska, na Podlasiu, zburzyło mi jednak kilka mitów. Na przykład o AK. Dla mnie AK to była legenda, bohaterowie. A tymczasem rozmawiam z jakimś chłopem, a on mi mówi: “Tu u nas w lesie była partyzantka AK. Pani… Co oni tu nie robili – gwałcili, rabowali, Żydów strzelali”. Gadam z następnym – to samo. Inni mówią podobnie. Partyzanci nie zawsze żyli dobrze z chłopami. Chociażby dlatego, że musieli mieć skądś jedzenie. Chłopi nie byli tacy od razu gotowi oddawać świnie na widok partyzanta. Tu był styk konfliktu.
Po co akowcy “strzelali Żydów”?
– Bo byli antysemitami. Zwłaszcza partyzantka narodowa, która utożsamiała Żydów z komunistami i z mordowania tych ukrywających się uczyniła jeden z celów walki “z dwoma wrogami”. Niektórzy przywódcy AK, jak komendant okręgu białostockiego płk Władysław Liniarski “Mścisław”, wydali rozkaz “likwidacji band żydowsko-komunistycznych”.
Ale z tego, co pani powiedziała wcześniej, wynika, że chłopi też byli antysemitami.
– Podczas badań zaczęłam rozróżniać antysemityzm chłopski i inteligencki. Chłopski stosunek do Żydów był bardziej złożony, ambiwalentny. Składał się z elementów tradycyjnego antyjudaizmu, pełnego uprzedzeń i przesądów, oraz własnych wspomnień, nie zawsze negatywnych. Przykład: wiejska kobieta opowiadała, jak przez okno podglądała nabożeństwo w synagodze. Twierdziła, że widziała, jak Żydzi modlą się do złotego cielca z rogami. Realistycznie opisała nawiniętą na wałki Torę okrytą haftowanym pokrowcem. Górne wałki Tory kojarzyły się jej z rogami. A że słyszała, że Żydzi czczą złotego cielca, wszystko jej się zgadzało. Pytałam chłopów, w co Żydzi wierzyli: “Wierzyli w Boga Ojca? – Tak. – W Jezusa?”. Tu nie byli pewni. “Ale w Matkę Boską wierzyli na pewno”. Albo taki dialog między dwiema sąsiadkami i synem jednej z nich: “Pani wie, że pan Jezus był Żydem? – Wiem, wiem. Ale się przecież przechrzcił”. A syn: “Jak to się przechrzcił? To w końcu był Żydem czy Polakiem?”. Wszyscy byli zgodni co do tego, że Żydzi byli bardzo pobożni, i za to ich podziwiano. Na pytanie, kogo z wymienionych narodowości: Czech, Francuz, Amerykanin, Niemiec, Chińczyk, Cygan, Rosjanin, Węgier, Żyd, wybraliby na sąsiada, najwięcej padało odpowiedzi: Żyda. W sumie chłopi potrafili powiedzieć o Żydach wiele pozytywnego. To był zupełnie inny wizerunek niż ten kreślony przez klasycznych antysemitów, którzy powtarzali: Żyd tylko knuł, tylko szkodził. Takie opinie wygłaszały małomiasteczkowe elity: pielęgniarka, nauczyciel czy pan, który przed wojną pracował na poczcie.
Im wyższe wykształcenie, tym większe uprzedzenie?
– Tę zagadkę rozwiązałam szybko. Po prostu wśród chłopów antysemityzm rozprzestrzeniał się przez Kościół, a wśród inteligentów – poprzez endecję, która była tworem mieszczańsko-inteligenckim. Endecja wydawała prasę, której chłopi nie czytali. Kościół dla tych maluczkich miał nieco inny przekaz. Raczej antyjudaistyczny.
Jaka jest różnica?
– Antyjudaizm patrzy na Żyda przez pryzmat tego, co się działo w Palestynie na początku naszej ery. Święty Augustyn pisał, że Żydzi odrzucili Jezusa, bo nie rozpoznali w nim mesjasza. Ale już w XIII wieku przewagę zaczęła zdobywać teza, że odrzucili go właśnie dlatego, że rozpoznali. Że zabili go na złość Panu Bogu. To było dużo gorsze. To legitymizowało prześladowania Żydów w średniowieczu. Kościół uznał, że Żydzi powinni być naocznym dowodem wiecznej kary boskiej. Jak nauczano z ambony, oni sami przecież powiedzieli: “Krew jego na nas i na syny nasze”. Dogmat o zamordowaniu Jezusa i odrzuceniu Boga przez Żydów obowiązywał do Soboru Watykańskiego II w 1965 roku.
W 1987 roku wyszła pani książka “Wizerunek Żyda w polskiej kulturze ludowej”, gdzie pisze pani o pogromach dokonywanych już po wyzwoleniu. Cytował ją później między innymi Tomasz Gross w swoich “Sąsiadach”. Jakie reakcje wzbudziła ona w późnym PRL-u?
– Agresywne. Kiedy wygłaszałam referat, profesorowie historycy wykrzykiwali: “Co pani może wiedzieć? Pani nie przeżyła wojny!”, “Jaki pogrom w Kielcach?”, “Chodzi pani po wsiach i zbiera ploty”.
Nie wiedziano wtedy o pogromie kieleckim?
– Część naukowców wiedziała, ale nie wolno było o tym mówić. Prac na ten temat nie było. “Wizerunek…” był efektem badań terenowych, które kontynuowałam w czasie studiów doktoranckich z moimi studentami. Wróciliśmy na wschód i tam z rozmów ze starszymi mieszkańcami wynikło, że właściwie w niejednej miejscowości zdarzył się incydent mordowania Żydów już po wyzwoleniu. Dokonywanych przeważnie przez partyzantkę. Zapisaliśmy pamięć chłopów. A wtedy historycy mieli zwyczaj odkrywać historię wyłącznie na podstawie źródeł pisanych. Brakowało refleksji, że archiwalia to tylko oficjalny opis rzeczywistości. Początek “oral history” w USA to są lata 80. Tymczasem u nas jeszcze w 2000 roku, kiedy wydano “Sąsiadów”, używano argumentów, że to, co się stało w Jedwabnem, nie może być prawdą, bo brak źródeł archiwalnych. Czyli że to “ploty”.
Czy w KOR-ze rozmawiało się o tym, kto jest Żydem?
– Nie. KOR był po linii kuroniowskiej, pochwalającej różnorodność etniczną. Kuroń założył grupy harcerskie, gdzie uczył tolerancji. Nie było ważne, kto ma jakie korzenie etniczne, i nikt o to nie pytał.
Ale w KOR-ze byli na przykład ksiądz Stanisław Małkowski i Antoni Macierewicz, dzisiaj chętnie współpracujący z antysemickimi mediami. Jacy byli wtedy?
– Staszek Małkowski nie był ani ociupinkę antysemicki. On miał jedną obsesję – walkę z aborcją. Dopóki rozmowa nie zeszła na temat aborcji, był zupełnie normalny. Zakładał domy samotnej matki, pomagał brzemiennym dziewczynom wyrzuconym z domu. Robił kawał dobrej roboty. Tylko że wtedy polski Kościół miał zupełnie inny stosunek do aborcji niż dzisiaj. Katoliczka, która dokonała aborcji, musiała wypełnić formularz z prośbą o dyspensę od biskupa. I zwykle ją otrzymywała. Działalność księdza Małkowskiego nie była dobrze widziana przez hierarchów, na zasadzie, że pomagając niezamężnym matkom, popiera rozpustę.
Dlaczego za PRL-u polski Kościół nie grzmiał tak o aborcji jak dzisiaj?
– Bo musiał iść na kompromisy z władzą, która aborcję legalizowała. Dopiero po ’89 zaczęto zbierać podpisy pod ustawą antyaborcyjną. W momencie kiedy Kościół głośno potępił aborcję, zrozumiał, że nie może potępiać kobiet samotnie wychowujących dzieci. Dopiero wtedy!
Czyli ksiądz Małkowski wyprzedził swoją epokę?
– Dokładnie. Za PRL-u Staszek nigdy nie dostał na przykład swojej parafii. Kazali mu pracować na cmentarzu. Po ’89 z przykrością zauważyłam, że jego rozwój poszedł w kierunku radiomaryjnym i artykułów publikowanych w antysemickich pisemkach. Ale nasza znajomość urwała się dużo wcześniej.
A Macierewicz?
– Antek to niesłychanie silna ambicja i instynkt wodzowski. Miał charyzmę, która uwodziła młodych ludzi. Nie miał w sobie krzty antysemityzmu. Przecież działał jako student w 1968 roku. Jego najbliższym przyjacielem był Żyd. Ten chłopak wyjechał do Chile na stypendium i stamtąd już nie wrócił. Spotkałam go w 1985 roku w Izraelu i wtedy on mi powiedział, że Antek jest antysemitą i o to rozbiła się ich przyjaźń. Byłam bardzo zaskoczona.
Pamiętam pewne przyjęcie u Antka w latach 80. On miał zwyczaj wygłaszać mowy swoim nieznoszącym sprzeciwu, mentorskim tonem. Wtedy wygłosił: “Prawdziwy polski mężczyzna, prawdziwy katolik nigdy nie zostawia swojej żony”. A ja mówię: “Antek, co ty pieprzysz, przecież mój właśnie mnie zostawił”. A on spojrzał na mnie i odparł: “W takim razie nie był prawdziwym Polakiem”. To jest właśnie logika Macierewicza. Logika smoleńska.
Pani mąż Stanisław Kusiński. Działacz KOR-u i założyciel “Solidarności” ludzi wierzących.
– On nawet miał zostać księdzem. Ukończył KUL, ale nie przyjęli go do seminarium. Przyjaźnił się ze Staszkiem Małkowskim. Pomagał mu wyszukiwać mieszkania dla tych samotnych matek. Pracował jako wychowawca w Laskach z niewidomymi i potem zanurzył się w działalność opozycyjną. Poznaliśmy się w KOR-ze. Do stanu wojennego pomieszkiwał z nami w naszym mieszkaniu pod mostem. Ślub braliśmy w więzieniu, bo on został internowany, w Bieszczadach.
Ślub w więzieniu? A wesele?
– Weselisko też było w więzieniu. Stoły powynoszono przed baraki. Dostałam przydział weselny kartek na wódkę, przyjaciele z “Solidarności” oddali swoje. Pod więzienie przyjechała nyska wypełniona skrzynkami wódki. Biesiadowaliśmy pod gołym niebem, częstowaliśmy strażników. A do stołu podawali nam kryminalni, ich też oczywiście częstowaliśmy. Jeden kryminalny dał mi w prezencie puderniczkę z drewna inkrustowaną prasowaną słomą. Niesłychana precyzja. A łapy miał jak bochny chleba. Dziwiłam się, jak facet z takimi rękami może zrobić coś tak misternego, a Staszek: “Przecież on jest pajęczarzem, ćwiczy paluszki”. No, i to tyle.
Jak to tyle?
– No, o weselu tyle.
A potem jak wyglądało wasze życie?
– Potem Staszek nie wrócił z przepustki, ukrywał się, wpadł, został aresztowany, ale zaraz skończył się stan wojenny i go wypuścili. I wtedy wszystko zaczęło się psuć. Ci internowani, jak wyszli na wolność, myśleli, że cała Polska na nich czeka. A tu szok. Wszystko było już posprzątane. Nie ma “Solidarności”, ani tej przez duże S, ani tej przez małe, międzyludzkiej. Konspiracja się zawęziła. Opozycja stała się kadrowa i trudno było się do niej dostać. I oni bez możliwości działania, bez pracy popadali w depresję.
Ja pracowałam w Bibliotece Narodowej i właściwie Staszka utrzymywałam. Potem Jaruzelski ogłosił, że można emigrować, i on się zdecydował. Poleciał do USA. Miał jechać niby na trochę, rozejrzeć się. Ale ja od razu wiedziałam, że to już na zawsze.
Dlaczego pani nie poleciała?
– Bo nie chciałam opuszczać Polski. Poza tym byłam w ciąży. Urodziłam córkę, gdy Staszek był za granicą. Niestety, dziecko urodziło się z poważną wadą genetyczną.
Nie wrócił na wiadomość o tym?
– Nie. Ja go poleciłam opiece swojej amerykańskiej przyjaciółki. I ona się dobrze nim zaopiekowała. Rozwiedliśmy się, a on ożenił się z nią.
Nie mogę uwierzyć, że nie kontaktował się z panią, wiedząc o chorobie córki.
– Kontaktował się. Przysyłał mi pocztówki. Tylko że puste. Wpisywał sam adres. Miałam się chyba po tym domyślić, że nie ma mi nic do powiedzenia.
Jak pani sobie dawała radę sama z chorym dzieckiem w PRL-u?
– Bardzo pomagał mi Mirek Chojecki. Przysyłał paczki – mleko, odżywki. No i tutaj na miejscu byli przecież moi rodzice. Zresztą nasza córka po kilku miesiącach zmarła.
Staszek przyjechał do Polski po wielu latach, kiedy zmarła jego żona. Spotkaliśmy się, ja nawet chętna byłam podtrzymać ten kontakt. Ale on zaraz znowu znalazł sobie jakąś kobietę w USA i ponownie zerwał wszelkie kontakty. Właściwie wykonał ten sam numer. To spotkanie pozwoliło mi wreszcie uwolnić się emocjonalnie, to znaczy ze złych emocji, bo te dobre uwiędły dawno. Przestałam czuć do niego żal, zblakły pretensje.
Nie założyła pani nowej rodziny?
– Byli inni mężczyźni, ale nie chciałam mieć już dzieci. Ja zostałam po śmierci mojej córeczki z wielką traumą, z rodzajem poczucia winy. Widzi pani, kiedy rodzi się dziecko z tak silną wadą genetyczną, często reakcją na to jest głęboka depresja, odrzucenie. Pragnęłam, by zmarła, i czułam wyrzuty sumienia, że tego pragnę. Po kilku operacjach córka wróciła do mnie. Wreszcie nastał taki czas, że ja poczułam się matką, zaakceptowałam ją. I wtedy ona umarła.
A potem przyszedł rok ’89. Miała nastać ta nasza upragniona sprawiedliwość, a tymczasem kobietom na dzień dobry zafundowano ustawę antyaborcyjną. Ja w tym czasie dowiedziałam się, że mój eks ma jeszcze córkę z jakiegoś poprzedniego związku. I że ta córka jest zdrowa. Wniosek był prosty – nosicielką wady genetycznej jestem ja. Zdecydowanie się na macierzyństwo w takiej sytuacji, wiedząc, że w razie wykrycia wady w czasie ciąży nie mam możliwości odwrotu – to nie wchodziło w grę. Inaczej, kto wie?
Ustawa antyaborcyjna to był kamyczek, po którym przestałam się utożsamiać z Unią Wolności. Miałam poczucie, że my, kobiety, zostałyśmy przez naszych panów z opozycji zdradzone.
Dziś żyje pani sama, działa sama. Na wojnę z prawicą wyszła pani niejako w pojedynkę. Nie stoi za panią żadna instytucja.
– Ja lubię być niczyja. Nie lubię być zagospodarowywana. Ale z tą walką to bez przesady. Wpisów w internecie nie czytam, nie mam samochodu, więc nikt mi nie ma na czym wymalować obraźliwego napisu. A sąsiedzi w bloku i tak się nie znają. Niewielu kojarzy, kim jestem.
O czym będzie pani następna książka?
– Na razie nie ma mowy o żadnych książkach. W tej chwili bardziej niż walka z prawicą angażuje mnie walka o nasz Żydowski Instytut Historyczny.
Podobno jest pani w konflikcie z nowym szefem ŻIH Pawłem Śpiewakiem.
– Jako dyrektor Paweł rozruszał ŻIH. Ma wizję, ma charyzmę. Ale ma też drugie oblicze. Nie znosi sprzeciwu, konkurencji, nawet dyskusji. Nie docenia dorobku innych. Chce rządzić autorytarnie. A ja jestem przewodniczącą związków zawodowych, więc konflikt był nieunikniony. Bronimy osób, które usiłuje zwolnić. Dziwnym trafem są to osoby należące do “Solidarności”. Jest to bodaj jedyna instytucja państwowa, gdzie tak ostro zwalcza się “Solidarność”. Nie jest łatwo. Kilkoro pracowników jest lub było pod opieką psychologa.
Pani też grozi zwolnienie?
– Owszem. Już raz dostałam wymówienie z pracy, ale Paweł musiał się z niego wycofać. Został uświadomiony, że przegrałby w procesie. W ramach, jak podejrzewam, odwetu przesunął mnie do działu digitalizacji. Nie będę więc raczej miała czasu na pracę naukową. Jeśli więc pyta mnie pani o plany, to na razie ich nie mam. Byle się nie poddać i zachować równowagę psychiczną!
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com