„Nie zrobię tego moim dzieciom i nie będę żyła w tym kraju”
Remigiusz Grzela
fot. Stanisław Gawliński / źródło: PAP
„Jak łatwo w społeczeństwie wyzwala się zło, kiedy władza wskaże wroga, którego należy zniszczyć. Dzisiaj niech będą ostrzeżeniem, jakim językiem nie należy posługiwać się nigdy i nigdzie. To język nienawiści i pogardy”, pisała Teresa Torańska o wydarzeniach marcowych w 1968 roku. Jej słowa są przestrogą także dziś.
Zajadły atak Gomułki z 19 marca doprowadził do kolejnych demonstracji na warszawskich uczelniach. Teraz już nie tylko relegowano studentów, ale i wyrzucano wykładowców, w tym znanych profesorów, między innymi Zygmunta Baumana i Leszka Kołakowskiego. 30 marca 1968 rektor rozwiązał kierunki studiów dziennych: teoria ekonomii, ekonomia, ekonometria na Wydziale Ekonomicznym; filozofia i socjologia na Wydziale Filozoficznym; psychologia na Wydziale Pedagogiki, III rok matematyki i fizyki na Wydziale Matematyczno-Fizycznym. Tym samym indeks straciło ponad 1600 studentów. O ponownych wpisach decydowały komisje wydziałowe, ich postanowienia musiała zatwierdzić komisja uniwersytecka. To faktycznie złamało ruch protestu na UW. Władza pokazała, że się nie ugnie.
Antysemityzm zdążył się rozprzestrzenić na dobre.
Wyjechali z Polski, bo byli przestraszeni, zaszczuci, potwornie rozczarowani. A potem upokarzano ich w urzędach, biurach paszportowych, cląc ich dobytek, odbierając to, co wartościowe; upokarzano ich na Dworcu Gdańskim, skąd ruszali w świat, i na granicy. Wyjeżdżali, walcząc o swoją godność.
Gustaw Kerszman, jeden z bohaterów Rozstań, mówił Teresie: „Gdyby ktoś wcześniej powiedział mi, że coś takiego w Polsce się zdarzy, wyśmiałbym go. Po tym, co stało się w Polsce w czasie wojny, wydawało mi się to w ogóle niemożliwe. Moja mama była przerażona. Nam – i nie tylko nam – ta nagonka antysemicka kojarzyła się z okupacją. W Niemczech też przecież nie zaczęło się od komór gazowych. Zaczęło się od kampanii nienawiści. Nie, to nie był zwyczajny strach, że człowiek boi się wyjść na ulicę. Mama nie bała się wychodzić, i ja też się nie bałem. Ona zresztą miała wyjątkowo aryjski wygląd. To był powrót okupacyjnych koszmarów. Jakieś makabryczne sny. Lęk, że coś złego się stanie, i przeświadczenie, że wszystko stać się może. Oraz nawrót wspomnień, od których – wydawało się – człowiek już się uwolnił. Ten dziwny z wyglądu tak zwany aktyw partyjny. Złożony z typów, które pamiętałem. Tęgi, krępy, bardzo zadowolony z siebie facet”.
„Powiedziałam sobie: Nie zrobię tego moim dzieciom i nie będę żyła w tym kraju” – mówiła inna z bohaterek, występująca w książce jedynie pod imieniem Henryka.
Ryszard Weiler wspominał: Poszedłem do swojej dawnej szkoły pożegnać się. Pani Jackowska, moja polonistka, miała łzy w oczach, prawdziwe, nie udawane. Życzyła mi wszystkiego dobrego. Pożegnałem się z kolegami. To było 17 września 1968 roku. Do pamiętnika wpisali mi bardzo sympatyczne rzeczy, niektóre wierszowane. Zenek Swaczyj napisał: „Kiedy będziesz w swojej Ojczyźnie, kiedy burzy przeminie czas, wspomnij czasem swoich kolegów, wspomnij czasem każdego z nas”.
Człowiek, który budził grozę
Teresa właściwie obsesyjnie wracała przez lata do wydarzeń marcowych. Robiąc rozmowę ze swoim dawnym wykładowcą na Studium Dziennikarskim Kazimierzem Kąkolem, który w czasie wojny był w AK, walczył w Powstaniu Warszawskim, a w 1957 roku wstąpił do partii, gdzie zrobił karierę i został szefem Urzędu do spraw Wyznań w rządzie Jaroszewicza, kilkakrotnie wracała do roli, jaką odegrał w 1968 roku.
Pamiętam, że w PRL budził pan grozę – wypaliła do niego, kiedy usiłował przedstawić siebie jako kawalarza.
– Córcia! O czym pani mówi?
– O pana związkach ze Służbą Bezpieczeństwa, przyjaźni z Mieczysławem Moczarem, wieloletnim szefem MSW, i o kampanii antysemickiej, którą prowadził pan kilka lat wcześniej, w 1968 roku w dwutygodniku „Prawo i Życie”.
– „Prawo i Pięść” – mówiono, niech się pani nie krępuje.
– Pan zniszczył życie dziesiątkom ludzi.
– A co? Dostałaś, córcia, pałką?
– Zmusił ich do emigracji.
– No, nie! Nazwiska proszę! I kto to mówi?! Moja studentka! Schowaj, proszę, miła, te cytaty. One nas do niczego nie doprowadzą. My się – widzę – nie zrozumiemy. Jedźmy dalej.
Do tematu próbowała nawiązać chwilę później. Zapytała o to, kto był wrogiem w PRL-u.
– A co, córcia, uważasz, że nie było wtedy wrogów? Uważasz, że sprawa była czyściutka, intencje protestujących jak najbardziej chwalebne i że w ogóle w życiu jest tak, że sitwy nie ma, sporów nie ma i swój swego nie popiera, by sięgnąć po cudze?
– Wyliczmy ich.
– Dywersantów z Wolnej Europy.
– Żydów…
– Jakich tam Żydów! Pani ma jakąś obsesję.
– Więc syjonistów.
– Rozrabiaków! To były rozrabiaki. Jeśli szanowna pani redaktor myśli inaczej, to się myli. W czasach stalinizmu byli nosicielami najbardziej czerwonej, krwawej, haniebnej wersji komunizmu w Polsce. Potem ucieszyli się, jak Izrael pokonał Egipt w wojnie sześciodniowej, i kilka miesięcy później pod nieprawdziwymi hasłami, że niszczy się polską kulturę, usuwając Dziady ze sceny, zmontowali rozróbę polityczną i wyprowadzili gromadę dzieciaków na ulice.
– Tak nie było, panie profesorze.
– Było, było.
Kiedy próbuje objąć logiką to, co mówi Kąkol, pyta zirytowana, czy jego zdaniem w PRL-u zniewolenia nie było. – Przecież nie o to chodzi! Z panią trudno się rozmawia. Bo pani nie słucha i chce mi wmówić, że jestem antysemitą. A ja nie jestem, no skąd! Ni cholery.
– Zostawmy więc ten Marzec – niby kapituluje, ale pod koniec rozmowy, kiedy Kąkol opowiada, jaki był zaskoczony w czerwcu 1979 roku młodzieżą, która zbierała się całą noc pod kościołem Świętej Anny w Warszawie, aby spotkać się rano z papieżem Janem Pawłem II, bez krzyków, incydentów, „nigdy nie przypuszczałem, że nasza młodzież potrafi być tak zdyscyplinowana i tak wewnętrznie dojrzała”, Teresa kolejny raz mu wypomni:
– Zawsze była, w 1968 roku też.
– Była, nie była, chce pani o tym podyskutować?
– Już nie.
I w tym komentarzu Teresy jest wszystko. Uznała rozmowę za bezcelową. W dziennikarstwie Torańskiej nie chodziło tylko o poznanie światopoglądu, zapisanie okoliczności, o kulisy wielkiej i małej historii. Chodziło w nim również o uświadomienie rozmówcy. Za każdym razem podejmowała tę próbę. Ponieważ sama starała się zrozumieć, oczekiwała też, że rozmówca zrozumie jej światopogląd, jej świat i system wartości.
Kąkol chyba kierował się jedynie cynizmem, kiedy dał Teresie w prezencie kartkę pocztową, jaką wysłali do niego studenci. Przechowała ją w swoim archiwum. Wypisana jest odręcznie.
Tow. Prodziekan
Doc. Dr K. Kąkol
Uniwersytet Warszawski
Warszawa 64
Krak. Przedm. 26/28
W pierwszą rocznicę Wydarzeń Marcowych zasyłamy Tow. moc najserdeczniejszych życzeń, ciesząc się jednocześnie z tego, że w wyniku „zasług” w pamiętnym marcu 1968 mianowano Towarzysza prodziekanem i nadano tytuł docenta za sławną pracę habilitacyjną pn. „Pytania i odpowiedzi” opartą na materiałach obserwacyjnych z wydarzeń marcowych. Mamy jednocześnie nadzieję, że zasługi Tow. Docenta na tym polu okażą się tak owocne, że zostaniecie wkrótce mianowani profesorem, a być może i Rektorem. Z całego serca Towarzyszowi tego życzymy.
Studenci Warszawy
(Karta przedstawia chińską grafikę ludową i wydana jest z okazji „Organizacji dnia współpracy Narodowych Muzeów Kultury Orientalnej”).
Ale choć Kąkol był odpowiedzialny za Marzec ’68, należy mu się puenta z rozmowy Katarzyny Bielas z Hanną Krall z „Gazety Wyborczej” z kwietnia 2016 roku. Krall mówiła: – Celina [Cywia Lubetkin] umarła w Izraelu w lipcu 1978 roku. Marek [Edelman], który był szykanowany przez władze, za którym chodziła bezpieka, któremu nie dawano paszportu nawet do Paryża, do żony i dzieci, zadzwonił do mnie i powiedział: „Słuchaj, muszę mieć jutro paszport”. On czasem tak mówił, tonem dowódcy: „Muszę jechać do Izraela”. Trzeba to sobie wyobrazić wtedy – paszport, Izrael, Edelman, jutro! Poszłam do Rakowskiego, naczelnego „Polityki”, w której pracowałam, i mówię: „Edelman musi mieć jutro paszport”. Spojrzał na mnie jak na wariatkę i przesunął w moją stronę telefon rządowy. Pomyślałam, że jak Izrael i Żydzi, to ma to jakiś związek z wyznaniami, i postanowiłam zadzwonić do Kazimierza Kąkola, który był ministrem do spraw wyznań. A trzeba dodać, że Kąkol był jednym z czołowych ideologów Marca ’68.
– Znała go pani?
– No skąd. Znalazłam telefon w rządowej książce telefonicznej. Przedstawiłam się i mówię: „Chciałam tylko powiedzieć, że Marek Edelman powinien mieć jutro paszport do Izraela”. To brzmiało, jakbym dzisiaj powiedziała, że Edelman jutro musi wystartować na Marsa. Kąkol z ironią w głosie: „A cóż takiego się stało?”. Na to ja: „Celina umarła”, też cokolwiek idiotycznie. Cisza w słuchawce, a potem słyszę: „Celina umarła? Ach, mój Boże…”. Osłupiałam. „Pan wie, kto to?” – pytam. A Kąkol: „Oczywiście, poznałem ją w Jerozolimie. Celina Lubetkin była jednym z głównych świadków oskarżenia na procesie Eichmanna”, a – jak się okazało – Kąkol był na tym procesie dziennikarzem. Zachwycał się Celiną, szanował ją… I Marek miał po dwóch dniach paszport.
– Dziwna historia.
– A wczoraj był nekrolog Kazimierza Kąkola. Umarł przed dwoma dniami. Kiedy myślałam o rozmowie z panią i że opowiem o paszporcie Edelmana.
Język antysemityzmu
O antysemityzmie i nienawiści zrobiła jedną ze swoich najważniejszych rozmów, z profesorem Michałem Głowińskim, historykiem literatury i pisarzem. Z niej…..
Czytaj dalej tu: Nie zrobię tego moim dzieciom i nie będę żyła w tym kraju
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com