SPRZEDAWANIE PALESTYNY


SPRZEDAWANIE PALESTYNY

Pat Johnson


Gdyby nie było stosów palestyńskich ciał do wykorzystania, „propalestyńskie” grupy na Zachodzie musiałyby je sobie wymyślić. W rzeczywistości właśnie to zrobiły.

.

To jak Black Friday dla martwych Palestyńczyków.

Około setki zbirów zebrało się pewnego wieczoru w tym tygodniu przed synagogą Park East w Nowym Jorku, aby „protestować” przeciwko izraelskim targom nieruchomości.

Protestujący skandowali hasła takie jak „Stop sprzedaży skradzionej ziemi” oraz „Palestyna nie jest na sprzedaż”, choć część okrzyków — nieuchronnie — poszła znacznie dalej, w tym wyraźniue ludobójcze, a dziś już rutynowe „Globalizować intifadę” oraz eliminacjonistyczne „Izrael nie powinien istnieć”.

Po pierwsze, jeśli waszym największym zmartwieniem na świecie jest dziś kupowanie i sprzedawanie mieszkań, to być może wasza perspektywa na sprawy globalne jest trochę wypaczona.

Argument brzmi, że „targi” rzekomo obejmowały nieruchomości w żydowskich społecznościach na Zachodnim Brzegu, co dla niektórych jest kontrowersyjne.

Ale kiedy „protestujący” skandują „Izrael nie powinien istnieć”, nie chodzi już o osiedla, Zachodni Brzeg ani o uprawniony komentarz polityczny.

Po drugie, jak pisałem już jakiś czas temu — jeśli uważacie, że problemem są Żydzi budujący różne rzeczy, to naprawdę powinniście się opamiętać.

Pomijając rolę nieruchomości (!) w tej dyskusji, jestem niemal pewien, że zbliżamy się do momentu, w którym izraelski prelegent mógłby przyjechać do północnoamerykańskiej synagogi, by ogłosić rozwiązanie kryzysu klimatycznego, lekarstwo na wszystkie rodzaje raka albo innowację kończącą światowy głód, a i tak wataha wyjących fanatyków otoczyłaby budynek, wrzeszcząc o żydowskiej krwi. Ale dobrze.

Mój zasadniczy punkt jest jednak taki, że w tym oburzeniu dostrzegłem coś szczególnie ironicznego. Hasło „Palestyna nie jest na sprzedaż” było godne uwagi ze względu na zdumiewający brak samoświadomości protestujących.

Ci sami ludzie, którzy wrzeszczeli przed synagogą o krwawej zbrodni, od dekad sprzedają Palestynę.

Niegdyś poważane organizacje pozarządowe, takie jak Amnesty International, Human Rights Watch, Oxfam, Lekarze bez Granic i inne, zamieniły swoje organizacje w ideologiczne sklepy z tandetą, sprzedające najbardziej prymitywne wersje palestyńskiej narracji.

Chciałbym przypomnieć, że według ONZ na świecie jest 305 milionów ludzi stojących w obliczu poważnych, wręcz dramatycznych kryzysów humanitarnych.

Dwa miliony z nich znajdują się w Gazie.

Ale jeśli spojrzeć na listy z prośbami o datki wysyłane przez te organizacje „praw człowieka”, można odnieść wyraźne wrażenie, że te dwa miliony ludzi w Gazie to jedyni cierpiący — albo przynajmniej jedyni, którzy mają znaczenie.

Coś tu się dzieje i bardzo łatwo to dostrzec.

Ludzie kochają martwych Palestyńczyków.

Gdyby nie było stosów palestyńskich ciał do wykorzystania, „propalestyńskie” grupy na Zachodzie musiałyby je sobie wymyślić.

W rzeczywistości — w bardzo bezpośrednim sensie — właśnie to zrobiły.

Zagraniczni „propalestyńscy” aktywiści walnie przyczyniają się do śmierci Palestyńczyków.

Oto jak to działa: Hamas rozpoczyna konflikt. Prowokuje najsilniejszą armię regionu do wojny. Maksymalizuje liczbę palestyńskich ofiar i skalę zniszczeń, umieszczając swoje instalacje wojskowe w cywilnych dzielnicach, szkołach, meczetach i szpitalach. Wypycha kobiety i dzieci na linię frontu. Przebiera terrorystów za lekarzy i dziennikarzy. Przywódcy i watażkowie ukrywają się w umocnionym podziemnym świecie stworzonym za miliardy dolarów międzynarodowej pomocy (albo w luksusowych kurortach Kataru). Cywile pozostają bezbronni w strefie wojny stworzonej przez ich własnych przywódców. Konsekwencje są nieuniknione. Zdjęcia obiegają świat. Łatwowierni ludzie, którzy nic nie wiedzą, obwiniają Izrael.

Najdziwniejsze jest to: miliony ludzi odmówią uznania prawdziwości tego, co właśnie napisałem, twierdząc, że żaden naród nie mógłby być tak bezduszny i zły.

Jednocześnie bezkrytycznie przyjmą cały wachlarz absurdalnych fikcji o Izraelczykach dopuszczających się „ludobójstwa”, o „masowym zabijaniu” Palestyńczyków i o każdej możliwej niegodziwości.

Traktują teorie spiskowe jak fakty. Ale uparcie odmawiają uznania palestyńskiego spisku — który nie jest teorią — prowadzącego do dziesiątek tysięcy martwych Palestyńczyków.

Śmiercionośna strategia Hamasu nie działałaby bez entuzjastycznej dystrybucji prowadzonej przez zagranicznych handlarzy nazywających siebie „propalestyńskimi”. Rozpowszechniając pozbawione kontekstu obrazy martwych i okaleczonych Palestyńczyków oraz zrównanych z ziemią palestyńskich miast, ci handlarze tragedią zapewniają, że zniszczenie hurtowo dostarczane przez Hamas zalewa rynki konsumentów w Ameryce Północnej, Europie i Australii, którzy zdają się mieć nienasycony apetyt na makabrę.

To trochę jak pornografia dziecięca — końcowi konsumenci nie produkują materiałów ani nie dokonują bezpośrednio przemocy. Ale bez popytu podaż by wyschła.

Hamas produkuje stosy martwych Palestyńczyków, ponieważ tego domagają się zachodni konsumenci.

„Propalestyńscy” aktywiści konsekwentnie ignorują pochodzenie „produktu” (martwych Palestyńczyków) tak samo, jak sprytni klienci nigdy nie zastanawiają się nad dziecięcą pracą niewolniczą, katastrofą ekologiczną czy innymi okrucieństwami stojącymi za ich koszulką za 4 dolary z Bangladeszu albo awokado za 50 centów z Kenii.

Martwi Palestyńczycy są produktem wabikiem. Ale prawdziwym produktem, który Hamas masowo sprzedaje, jest całe pokolenie zachodnich idiotów. Zagraniczni aktywiści widzą te ciała i — podobnie jak w przypadku keffiyeh wyprodukowanych przez chińskich robotników przymusowych, które noszą — nie interesują ich szczegóły, źródło pochodzenia ani instrukcja użytkowania. Tak jak drobne bangladeskie palce szyjące koszulkę z napisem „Koniec pracy dzieci!” — katastrofalne konsekwencje ich „propalestyńskiego” aktywizmu nie są czymś, nad czym ci aktywiści się zastanawiają.

Zachodni konsumenci opowiadają sobie pocieszające kłamstwa. Ten dolar tygodniowo, który dzieci dostają za szycie naszych ubrań, to przecież dużo pieniędzy tam, skąd pochodzą.

Być może największym kłamstwem jest to, że „propalestyński” rzeczywiście znaczy to, co sugeruje.

W rzeczywistości zagraniczny ruch „propalestyński” jest wielkim supermarketem anihilacji Palestyńczyków.

Grupa aktywistów może mieć problem z „targami” izraelskich nieruchomości, ale ideologiczny handel tandetą, którym sami się zajmują, jest czymś o wiele, wiele gorszym. Sprzedawanie Palestyny to coś więcej niż transakcje nieruchomościowe. Chodzi o najbardziej realne transakcje z możliwych: handel ludzkim życiem dla ideologicznego zwycięstwa i samozadowolonego popisywania się niczym jednorazowe kreacje na Met Gali.

„Kogo masz na sobie?” — można wyobrazić sobie pytanie paparazzich.

„Rodzinę Barghoutich z Chan Junus!” — odkrzykuje modny aktywista.

Jako konsumenci i trybiki podtrzymujące globalny łańcuch dostaw palestyńskiej niedoli, „propalestyńscy” aktywiści są jednocześnie łowcami okazji krążącymi po galeriach handlowych i entuzjastycznymi sprzedawcami wciskającymi tandetny towar.

Klienci szukają czegoś taniego i efektownego, czegoś, co noszą prawie wszyscy, ale co — paradoksalnie — ma sygnalizować indywidualny styl.

„Może coś z martwym Palestyńczykiem?” — pyta znudzony sprzedawca składający spodnie.

„Właśnie o tym myślałem” — odpowiada klient. „Macie mój rozmiar?”

„Sprawdzę na zapleczu. Mamy całe stosy.”


Link do oryginału:

Pat’s BEATEN WITH A SHTICK Substack
SELLING PALESTINE
About 100 thugs converged outside Park East Synagogue in New York City one night this week to “protest” an Israeli real estate expo…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com