Chants of “shame” met Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu as he arrived at Downing Street today.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
W ten weekend na ulice niespełna dziesięciomilionowego Izraela wyszło 260 tysięcy ludzi. Tydzień temu było to pół miliona. Protestujący domagają się odrzucenia pakietu ustaw, których wejście w życie oznaczałoby koniec demokracji w Izraelu. Scenariusz, w którym skrajnie prawicowy rząd spełnia żądania protestujących, wydaje się jednak mało prawdopodobny. Czy Izraelowi grozi więc wojna domowa?
W ten weekend na ulice dziewięcioipółmilionowego Izraela wyszło 260 tysięcy ludzi. Tydzień temu było to pół miliona. A jednak nie są to największe demonstracje w historii kraju. Tamte miały miejsce czterdzieści lat temu po masakrach w palestyńskich obozach Sabra i Szatila w Bejrucie, podczas pierwszej wojny libańskiej.
Palestyńskich cywili zamordowały tam bojówki maronitów, libańskich chrześcijan, z którymi Palestyńczycy walczyli podczas wojny domowej. Maronici byli sojusznikami Izraela, zaś izraelskie wojska okupacyjne w Bejrucie wiedziały o masakrze i jej nie przerwały.
W reakcji, niespotykanej w historii wojen, 400 tysięcy Izraelczyków wyszło wówczas na ulice, by protestować przeciwko temu, że ich armia nie ochroniła cywili po przeciwnej stronie konfliktu. Izrael zaś liczył wówczas wszystkiego 4,2 miliona mieszkańców. Co oznacza, że w demonstracjach wziął udział co dziesiąty Izraelczyk. By dorównać tej skali mobilizacji, dziś na ulice winien wyjść niemal milion.
Upadek sądu i demokracji
Być może do tego dojdzie. Inaczej bowiem niż w 1982 roku, kiedy doszło do powołania niezależnej państwowej komisji śledczej, która uznała odpowiedzialność polityczną izraelskiego rządu za dopuszczenie do masakry, tym razem rząd idzie w zaparte.
Nie zamierza rezygnować z pakietu ustaw, który miałby dawać mu monopol na mianowanie sędziów, praktycznie eliminować prawo Sądu Najwyższego do oceny konstytucyjności ustaw, a parlamentowi przyznawać prawo do odrzucania jego wyroków. Dodatkowo zaproponowane ustawy gwarantują premierowi, oskarżonemu przed sądem o korupcję, oszustwa i nadużycie władzy, praktycznie nieusuwalność i prawo do mianowania polityka skazanego za oszustwa podatkowe i handlowe na stanowisko ministra finansów. Przyjęcie tak bezprecedensowego pakietu legislacji oznaczałoby koniec demokracji w Izraelu.
Tydzień temu prezydent Herzog (który przybędzie do Polski na obchody rocznicy powstania w getcie, kładąc kres trwającemu od pięciu lat konfliktowi dyplomatycznemu między oboma krajami) złożył rozbudowaną propozycję kompromisową, która wprawdzie zwiększa wpływ rządu na sądownictwo, ale nie eliminuje niezależności sądów. Rządowej koalicji godzina starczyła jednak, by propozycje głowy państwa odrzucić, bo – jak stwierdziła minister transportu Regev – „obrażają one inteligencję izraelskiej opinii publicznej”, która dała władzę koalicji właśnie, a ona zamierza się z sądownictwem rozprawić. Prezydent, rzekła, „wystąpił przeciwko narodowi i suwerenowi”.
Mądry Izraelczyk po szkodzie
Zanim jednak Regev (która zasłynęła z tego, że jako minister kultury stwierdziła z dumą, że „Czechowa nie czytała”) wystąpi z wnioskiem o ukaranie prezydenta za zdradę, warto przypomnieć, że koalicja Netanjahu zdobyła jedynie 30 tysięcy głosów więcej niż jej przeciwnicy. Do wyborów szła zaś z ogólnym hasłem „reformy sądownictwa”.
Co więcej, trudno nie zauważyć, że suweren jest na ulicach i protestuje przeciwko rządowemu zamachowi na państwo, zaś koalicji nie udało się zorganizować ani jednej demonstracji poparcia dla swojego programu. I to w sytuacji, gdy popiera go – jak wynika z sondażu telewizyjnego Kanału 13 – 40 procent respondentów. Przeciwników programu jest tyle samo, a reszta jest niezdecydowana. Gdyby wybory odbyły się teraz ponownie, koalicji nie udałoby się już zdobyć większości. Mądry Izraelczyk po szkodzie.
Ryzyko eskalacji przemocy
Zamiast demonstracji poparcia jest przemoc. Zamaskowani chuligani napadają na demonstrantów, kopią ich, plują. Doszło do prób wjechania samochodami i motocyklami w tłum. W wystąpieniu telewizyjnym premier potępił „przemoc po obydwu stronach”, choć jak dotąd jedynym „aktem przemocy” protestujących była pikieta przez zakładem fryzjerskim w Tel Awiwie, w którym – akurat w dniu wielkich protestów – pani premierowa robiła sobie koafiurę.
Ale groźba przemocy jest realna: Herzog w swej propozycji kompromisu mówił wprost o ryzyku „przelewu krwi”. Jak donosi Kanał 13, w odpowiedzi Netanjahu miał oskarżyć prezydenta o odpowiedzialność za ewentualną wojnę domową. Zaś demonstrujących „anarchistów” uznał za zagrożenie równe palestyńskiemu terrorowi i irańskiemu programowi atomowemu. Doniesienia te dementuje gabinet premiera.
Jednostronny kompromis
Protestujący osiągnęli jednak tyle, że koalicja złagodziła swój projekt ustawy o powoływaniu sędziów piętnastoosobowego Sądu Najwyższego. Planowanej siedmioosobowej większości rządowej w jedenastoosobowej komisji nominacyjnej chce przyznać monopol tylko na najbliższe dwie nominacje, z czterech przypadających na tę kadencję parlamentu. Do następnych musiałaby przekonać przynajmniej dwóch z pozostałych czterech jej członków. Nic jednak nie gwarantuje, że koalicja nie mianuje swego nominata Prezesem Sądu, tym samym zyskując decydujący wpływ na jego prace.
Tę ustawę rząd chce przeforsować jeszcze przed świętem Pesach, pozostałe – tuż po jego zakończeniu. A potem będzie można na przykład zrobić nowe wybory. Koalicyjny poseł już wszak złożył projekt ustawy dającej rządowi prawo mianowania prezesa Centralnej Komisji Wyborczej – który zadba, żeby wynik był zgodny z tym, co powinno być wolą suwerena. Biedny, nie zorientował się na czas, że wybiegł przed szereg, na razie musiał więc projekt wycofać.
Koalicja przedstawiła swe nowe propozycje jako „jednostronny kompromis”. Przywódca opozycyjnej Jedności Narodowej, skądinąd najbardziej ugodowy lider koalicji Benny Ganc, uznał jednak, że jest to raczej „jednostronne wycofanie się z demokracji i z wartości Izraela”.
Dwa scenariusze na przyszłość
I chociaż minister sprawiedliwości Levin ostrzegł już Sąd Najwyższy przed ewentualnym uznaniem ustawy za niekonstytucyjną, mówiąc: „To byłaby czerwona linia, której [przekroczenia] nie zaakceptujemy”, wydaje się mało prawdopodobne, by Sąd zastosował się do poleceń ministra.
A wówczas rząd będzie miał tylko dwie możliwości. Albo podkuli ogon pod siebie i przyjmie wyrok, albo Kneset raczej przyzna sobie prawo odrzucania wyroków Sądu i zeń skorzysta.
Wycofanie się z projektu ustaw wydaje się jednak mało prawdopodobne. Skończyłoby się ono buntem faszystów w rządzie przeciw Netanjahu, zerwaniem koalicji i nowymi wyborami, w których faszyści obronią swój parlamentarny stan posiadania, ale Netanjahu niekoniecznie pozostanie przewodniczącym Likudu. Jego partia, choć zastraszona, mogłaby wreszcie zdobyć się na śmiałość pozbycia się go. Wówczas nikt już nie wybroni oskarżonego Netanjahu przed wyrokiem i odsiadką.
Pozostaje więc drugi scenariusz, wobec którego wojsko, policja, służba bezpieczeństwa będą musiały zdecydować, czy za legalny uznają rząd działający bezprawnie, czy też opowiedzą się za Sądem, którego – jak koalicja nieustannie podkreśla – suweren nigdy nie wybierał. Nie wiadomo, co zdecydują i czy wszyscy zdecydują to samo. „Kto myśli, że prawdziwa wojna domowa jest nieprzekraczalną granicą, nie wie, o czym mówi”, ostrzegł prezydent Herzog. O ten akurat grzech premiera Netanjahu oskarżyć nie sposób.
Konstanty Gebert – urodzony w 1953 roku, stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, przez niemal 33 lata dziennikarz „Gazety Wyborczej” oraz współpracownik licznych innych mediów w kraju i za granicą. W stanie wojennym dziennikarz prasy podziemnej, pod pseudonimem Dawid Warszawski. Autor 12 książek, m.in. o obradach Okrągłego Stołu i o wojnie w Bośni, o europejskim XX wieku i o polskich Żydach. Jego najnowsza książka, o ludobójstwach – „Ostateczne rozwiązania” ukazała się w 2022 roku w wydawnictwie Agora i została nagrodzona nagrodą KLIO oraz nagrodą im. Beaty Pawlak.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
The petitioners asserted that Israel’s attorney general has a conflict of interest regarding the bill to place limits on her powers.
.
Attorney General Gali Baharav-Miara at the Supreme Court in Jerusalem, May 29, 2022. Photo by Yonatan Sindel/Flash90.
Israel’s Supreme Court, sitting as the High Court of Justice, on Wednesday refused to consider and dismissed as baseless a petition alleging that the attorney general has a conflict of interest when it comes to her decisions regarding the government’s reform program that would place limits on her authority.
The petition, submitted by several NGOs including the Lavi organization, Im Tirtzu and the Movement for Governance and Democracy, argued that Attorney General Gali Baharav-Miara is unfit to rule on matters relating to the ongoing judicial reform.
The NGOs argued that the judicial reform would directly limit the power of the attorney general and her subordinates, leading to a clear conflict of interest.
The court fined the main petitioner, the Lavi organization, 5,000 shekels ($1,383), saying, “Baseless petitions like this receive the same treatment—dismissal outright—and in appropriate cases even fines.”
According to the proposed reform, the decisions of the attorney general would no longer be legally binding. Furthermore, both she and her subordinates would have to defend the preferred legal position of their assigned government body or allow them to seek their own private legal counsel.
The petitioners further argued that there is already a precedent for blocking high-profile members of the government from interfering with the judicial overhaul due to a conflict of interest. Two months ago, Baharav-Miara ruled that Prime Minister Benjamin Netanyahu cannot publicly discuss the judicial reform program due to a conflict of interest surrounding his criminal proceedings.
A political bias
“The decision of the court shows a political bias. When a person’s job and power are threatened, how can you possibly claim that there is no conflict of interest?” asked Joshua Lent, director of external relations for Im Tirtzu, in an interview with JNS.
In a public statement on Wednesday, Yona Shirki, the lead attorney who presented the petition before the court, said, “The petition was not only rejected outright without a plausible reason apart from vague slogans but also, unusually, a large court fine was imposed on the petitioners. All of this despite the fact that the defendant, the attorney general, was not even required to submit a response to the allegation.”
The court said that the petitioners failed to establish a reasonable claim of personal interest on the part of Baharav-Miara and that in her role as a civil servant, she is not only allowed but expected to engage in issues pertaining to her office and to express her opinions on them.
The duties and powers of the attorney general are not codified in law but rather are based on precedent and previous court rulings.
“There is no law that in any way defines what her role is as a government official. Her position is completely generalized,” attorney Avraham Shalev, a researcher at the Kohelet Policy Forum, told JNS. The role of the attorney general began as a legal adviser to the executive branch. (The Hebrew title translates directly as “legal adviser to the government.”) However, following a Supreme Court ruling in 1993, the decisions of the attorney general and the attorney general’s subordinate legal advisers became legally binding.
The role of the attorney general became central to the debate over Israel’s judicial reforms following Baharav-Miara’s decision to prevent Prime Minister Netanyahu from publicly discussing the proposed overhaul. Many experts saw this as a demonstration of the unique level of power held by her office.
“The attorney general of Israel is a singular figure in democratic politics. In most countries such as Canada or the U.S., the attorney general is a political role subservient to the executive and the party system, but in Israel, she is a juggernaut transcending law or branch of government. She is her own fourth branch of government,” Shalev said. “Her gag order really underscored the reason the judicial reform is being proposed.”
Since the gag order was issued, a number of the attorney general’s decisions have drawn criticism from legal experts. Two weeks ago, Baharav-Miara intervened in National Security Minister Itamar Ben-Gvir’s decision to remove the Tel Aviv Police chief from his post. She did not present a legal basis for her action.
Shalev explained that the unique legally binding nature of her decisions removes the need to meet the burden of legal justification from the attorney general.
Unlimited power
“Due to the binding nature of the AG’s decision, she is essentially vested with unlimited power. She can say something is illegal because the court would rule it illegal and if it goes to court they can say it’s illegal because the AG said it’s illegal,” he said.
“It is a completely circular situation and all the power that can be wielded by the court can essentially be concentrated into the role of the attorney general,” Shalev continued. “With a court at least you have the civil procedure, you can bring argument or evidence, and you have the right to make your case. With the attorney general, there is no such thing. She is the judge the jury, the prosecution and the defendant all rolled up in one.”
Eitan Levontin, a legal scholar at the Hebrew University of Jerusalem, agrees regarding the overpowered nature of the Israeli attorney general.
“The legal situation in Israel is not a minority opinion but rather a single opinion, and it seems to me that a chasm—not just a disagreement—lies between it and the legal situation in any comparable country,” Levontin said.
According to Shalev, the office of the attorney general has been increasingly active in Israeli politics, and more and more often has exercised arbitrary power. “In the past few years, we have seen an increase in the engagement of the attorney general in government, and most times on the bases of ‘reasonableness,’ which is a very ambiguous argument.”
The “reasonableness” argument refers to a principle in Israel’s legal system, first used in a court case in 1981 by then-Supreme Court Justice Aharon Barak. allowing courts to overturn government decisions on the basis that “they are unreasonable” as defined by the court or in this case the attorney general.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
The Knesset passing the recusal bill, with tens of thousands protesting all around the country
–
Meantime; Prime Minister Benjamin Netanyahu is flying to London in the midst of a diplomatic crisis.
–
And finally… A taste of the holy land’s finest export with ILTV’S wine of the week…
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Jak przekształcić zapomniane miejsce kultu z podlaskiej wsi w ośrodek, którego artystyczny program przybliża różnorodne tradycje religijne – od judaizmu, przez wschodnie chrześcijaństwo, po buddyzm?
W gruncie rzeczy nie będzie to opowieść o orlańskiej synagodze, ale bardziej o tym, jak aktywność o charakterze obywatelskim może zmieniać miejsce wydawałoby się zapomniane i nikomu niepotrzebne. Bo przez lata synagoga w Orli na Podlasiu niszczała; był to efekt Zagłady, wymordowania przez niemieckich nazistów żydowskiej społeczności Orli. Z kolei w czasach Polski Ludowej budynek przez lata służył za składowisko nawozów oraz środków ochrony roślin. A była to jedna z najpiękniejszych synagog na Podlasiu. Powstała w XVII wieku, była kilkakrotnie przebudowywana, stanowiła ważne miejsce w dziejach wspólnoty żydowskiej zamieszkującej ten region.
Będzie to zatem opowieść o obywatelskim działaniu na rzecz utworzenia z orlańskiej synagogi miejsca spotkań kultur i tradycji – realizacji wydarzeń kulturalno-artystycznych, a zatem uchronienia tego niezwykłego gmachu od zniszczenia. Pretekstem do tej historii jest zakończony jesienią cykl wydarzeń, które odbywały się w tym wnętrzu przez kilka wiosennych i letnich miesięcy – połączonych wspólną nazwą „Cafe pod Menorą”. Mimo stanu dalekiego od dawnej świetności synagoga zaczyna żyć, a organizowany w niej program zgodny jest z szacowną przeszłością tego gmachu.
Fot. Elżbieta Dziuk
Pomiędzy tradycjami
Sezon kulturalno-artystyczny otworzył wernisaż wystawy rzeźby Małgorzaty Kręckiej z Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Autorka trzech monumentalnych instalacji „Krzew gorejący”, „Sześć miast ucieczki” i „Wilki”, tworząc swe dzieła, nie znała jeszcze niezwykłego wnętrza; podczas wernisażu podkreślała: „Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam orlańską synagogę, zrozumiałam, że moje trzy prace są stworzone do pokazania właśnie w tym miejscu. To jest przestrzeń ogromnie nośna, tutaj czuje się nie tylko wspaniałość tej architektury, lecz także nadal obecne całe dziedzictwo przeszłości – z judaistyczną obrzędowością, rytuałami, modlitwami”.
Kręcka podkreśla, iż nie lubi wystawiania swoich prac w zwykłych galeriach; szuka miejsc szczególnych: „W takich miejscach, wydawałoby się odległych od centrów kultury, bardzo często rozmowa o sztuce z jedną, dwiema osobami bywa znacznie głębsza, aniżeli w wielkich galeriach, w których na wernisażach ludzie pokazują przede wszystkim siebie, wypijają wino, a prace artysty ledwie zauważają”.
W orlańskiej synagodze znalazły również swe miejsce wystawy fotograficzne, nawiązujące do różnorodnych tradycji religijnych. „Portrety chasydów” autorstwa Joanny Sidorowicz, to kilkadziesiąt fotogramów obrazujących niezwykłe twarze współczesnych chasydów odwiedzających ważne dla tradycji judaistycznej miejsca w Polsce. To także reporterskie zdjęcia pielgrzymek do grobów cadyków, sceny modlitwy i chasydzkich tańców. Mówiąc o pracy nad fotografiami, Joanna Sidorowicz zauważa: „Chasydzi wcale nie stronią od ludzi, pozwalają się poznawać, choć kobietom nie wszędzie wolno wejść”.
Z tematyką żydowską związana była również wystawa fotografii autorstwa Grzegorza Pietraszka „Zostały tylko macewy”. Autor, mieszkaniec Hajnówki, problematyką judaistyczną zajmuje się od kilkudziesięciu lat. Na zdjęciach pokazanych w orlańskiej synagodze obejrzeć można było pozostałości po cmentarzach między innymi w Brańsku, Orli, a także w wielu innych miejscach położonych na terenie wschodniej Polski. Były to obszary, na których wspólnota żydowska stanowiła znaczącą część mieszkańców przed drugą wojną światową. Na przykład Bielsk Podlaski, według spisu ludności przeprowadzonego w 1921 roku, zamieszkiwało 4759 osób, z czego 2239 podawało narodowość żydowską.
Odmienny charakter miała wystawa fotografii Elżbiety Dziuk „Uchodźcy z Tybetu”. Była to fotograficzna opowieść wzbogacona cytatami z wypowiedzi XIV Dalajlamy o zachowaniu i podtrzymywaniu tybetańskiej tożsamości wśród uchodźców mieszkających obecnie w Indiach. Autorka podkreślała podczas wernisażu: „Obserwacja uchodźczej wspólnoty tybetańskiej w Indiach utwierdziła mnie w przekonaniu, że nawet na wychodźstwie zintegrowana społeczność może przechować swoją tradycję, język, kulturę i tożsamość. Dotyczy to nawet trzeciego pokolenia, którego przedstawiciele urodzili się już na emigracji. Było to możliwe dzięki akceptacji tybetańskich uchodźców przez władze indyjskie, a także udzielaniu im wsparcia przez wspólnotę międzynarodową”. Tego typu refleksja pozostaje istotna w kontekście współczesnych procesów migracyjnych, których sceną było i jest Podlasie.
Fot. Elżbieta Dziuk
Jeszcze inną tradycję przybliżała prezentacja fotogramów Elżbiety Smoleńskiej wzbogacona ekspozycją artefaktów przywiezionych przez autorkę z Etiopii. Wystawa była okazją do przypomnienia tradycji wschodniego chrześcijaństwa obecnego w Etiopii od połowy IV wieku – korzenie prezentowanej tradycji są znacznie starsze aniżeli obecne na części terytorium Podlasia prawosławie.
W synagodze organizowane były także koncerty – między innymi białoruskiej grupy bluesowej Road Dogs, Witka Radomskiego z Podlaskiej Cyganerii Artystycznej, recital Elizy Sacharczuk z Białegostoku, czy wreszcie na zamknięcie sezonu: występ Beaty Czerneckiej z krakowskiej Piwnicy pod Baranami wraz z muzykami Agatą Półtorak (skrzypce) i Tomaszem Kmiecikiem (fortepian). Zarówno recital Elizy Sacharczuk, jak i występ artystów Piwnicy pod Baranami zanurzone były w melodyce pieśni i piosenek żydowskich.
Ważną częścią wydarzeń w orlańskiej synagodze były te o charakterze edukacyjnym: prezentacja Eugeniusza Siemieniuka – o wartości rodzinnych dokumentów archiwalnych, Marty i Piotra Popławskich – o podróży do Kazachstanu w poszukiwaniu śladów pradziadka deportowanego na kazachskie stepy, czy Beaty i Pawła Pomykalskich – o znaczeniu wielokulturowości w dziejach Sarajewa. Mieszkańcy tego miasta – tak tragicznie doświadczonego podczas ostatniej wojny bałkańskiej – nie zrezygnowali ze swego przywiązania do wielokulturowości manifestującej się między innymi współżyciem odmiennych tradycji religijnych: różnych gałęzi chrześcijaństwa oraz islamu.
Jak ożywić synagogę?
Nowe życie orlańskiej synagogi to niezaprzeczalna zasługa trójki wolontariuszy, których aktywność sprawia, że miejsce to staje się znane nawet poza Podlasiem; przywodzi im Marek Chmielewski, sołtys wsi Orla. W drużynie znalazł się ponadto Dariusz Horodecki, pedagog z orlańskiej szkoły, który przybył przed laty w rodzinne strony swej żony z Podkarpacia, oraz Andrzej Puchalski, mistrz sztuki futrzarskiej, który po latach pracy zawodowej w Białymstoku znalazł w rodzinnych stronach żony kolejną życiową pasję.
Odgruzowywanie wnętrza synagogi zaczęło się kilkanaście lat temu i było zasługą aktywistów Towarzystwa Miłośników Ziemi Orlańskiej. Trzy lata temu odbył się swoisty „okrągły stół”, w którym uczestniczyli przedstawiciele władz samorządowych Orli, Gminnego Domu Kultury, działacze kilku organizacji pozarządowych, a także reprezentanci właścicieli budynku, czyli Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego (FODŻ). Wolontariusze najmniej zrobić mogli w kwestii remontu, dlatego zajęli się ożywianiem aktywności kulturalno-artystycznej w synagodze. Po trzech latach aktywność orlańskiego Domu Kultury w synagodze zmniejszyła się, podobnie jak i władz samorządowych: samorządowcy utrzymują porządek na zewnątrz obiektu, dbają o koszenie trawy i czystość okolicy. Od roku 2022 udostępnianie zwiedzającym budynku, organizowanie w nim wydarzeń kulturalno-artystycznych, a także dbałość o drobne naprawy spoczywa na barkach wspomnianych trzech zapaleńców – wolontariuszy. Kim są?
Liderem jest Marek Chmielewski, rolnik z zawodu i wykonywanej pracy, który – poza byciem sołtysem wsi Orla – pełni jeszcze wiele innych funkcji. Na spotkania kulturalno-artystyczne w synagodze nosi stoły i krzesła, a wzięcie miotły lub szmaty, by posprzątać te wnętrza, nie stanowi dla niego problemu. Jak sam mówi : „Myśmy byli wychowywani w innych czasach. To było czasy siermiężne, ale wiele zależało od nas. Gdy byłem nastolatkiem, to mieliśmy nawet klucze od Domu Kultury. Gdy chcieliśmy grać, bo byłem w zespole muzycznym, to o dziesiątej rano otwieraliśmy Dom Kultury, rozkładaliśmy graty i graliśmy. Potem trzeba było to wszystko sprzątnąć, żeby był porządek. A wieczorami przygotowywaliśmy dyskoteki, które trwały do dwunastej. To była taka samorządność na poziomie lokalnej młodzieży. Po dyskotece zaczynało się sprzątanie. Wszystko po to, by panie, które następnego dnia prowadziły w Domu Kultury zajęcia, miały wszystko uporządkowane”.
Fot. Elżbieta Dziuk
Darek Horodecki przyjechał tu po studiach geograficznych w Kielcach za żoną – to jej rodzinne strony. Ze współpracy Horodeckiego z Chmielewskim powstała książka-album „Historia zapisana obrazem”. Chodzili po orlańskich domach, gadali z ludźmi, a ci otwierali swe rodzinne archiwa, pokazywali pamiątki. Dwaj wolontariusze brali te rzeczy: Marek opisywał, a Darek skanował; przez dwa lata stworzyli archiwum zawierające 3,5 tysiąca pozycji. Marek Chmielewski tak opowiada o tej współpracy : „Przeszliśmy kurs organizowany przez Ośrodek Karta, mamy już profesjonalne skanery, zdobyliśmy umiejętności”.
Andrzej Puchalski stał się wolontariuszem jesienią 2021 roku. Razem z żoną, której rodzina pochodzi z Orli, parę lat temu kupili tu plac i pobudowali dom. Zaproszony przez Chmielewskiego do współpracy, bardzo mocno zaangażował się w wolontariat, podczas zeszłorocznego pleneru plastyków z ASP w Poznaniu. W międzyczasie przeszedł szkolenie organizowane przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Dzięki temu może udostępniać synagogę zwiedzającym i o niej opowiadać.
Wolontariusze nie ukrywają, że ich zaangażowanie wiąże się z kosztem: czasu wolnego, który poświęcają raczej synagodze, nie zaś kontaktom z rodziną i znajomymi. Jak zauważa Marek Chmielewski: „Moja wnuczka mówi często, że chce iść to synagogi. Mama odpowiada: «ale tam nie ma niczego interesującego dla ciebie». «A jest – odpowiada wnuczka – jest dziadek»”.
Jak przyciągnąć publiczność?
Mówiąc o kolejnych inicjatywach tworzenia w orlańskiej synagodze miejsca spotkań, sołtys Chmielewski zauważa: „Budujemy lobby we współpracy z ludźmi nauki, kultury i sztuki. Oni nas odwiedzają, mają też okazję realizować się poprzez swoje działania kulturalno-artystyczne odbywające się w synagodze. To wszystko może prowadzić do zbudowania poparcia dla ratowania tego budynku – takiej adaptacji, by stworzyć tu miejsce dla kultury, sztuki i spotkań ludzi wielu kultur”.
Jak podkreśla Chmielewski: „My przyciągamy ludzi z zewnątrz, którzy przyjeżdżają do nas nieraz z daleka. Kiedyś chciałem, by nasza propozycja docierała do ludności lokalnej. I tu spotkał mnie zawód. Ludzie miejscowi nie przejawiali żywszego zainteresowania. I wtedy powiedziałem sobie – koniec uszczęśliwiania na siłę. Ludzie muszą sami do pewnych spraw dojrzeć, muszą zdobyć odpowiednie przygotowanie, edukację. Mamy stronę internetową «Synagoga w Orli subiektywnie». Co ciekawe, na stronę reagują przede wszystkim osoby spoza Orli, często ci, którzy stąd wyjechali. Ale obecni mieszkańcy Orli – milczą. Może zaglądają na stronę, ale nie reagują wpisami czy polubieniami”. Sołtys Chmielewski pozostaje mimo wszystko optymistą: „Widzę, że powolutku także i miejscowi przełamują się i zaczynają akceptować nasze propozycje”.
O znaczeniu synagogi rozmawiałem podczas jednego ze spotkań w Orli z profesorem Jarosławem Perszko, artystą-rzeźbiarzem, autorem instalacji i działań performance mieszkającym w Hajnówce: „Synagoga to miejsce, w którym spotykali się Żydzi na czytanie i rozważanie słów Tory. Mury tej synagogi mówią o czasach, które są już przeszłością – o ludziach, których w Orli już nie ma, a którym synagoga służyła. Obecne wydarzenia o charakterze kulturalno-artystycznym wpisują się w nurt dysputy o kulturze, filozofii, o tym, co jest dobre, a co złe, o istocie wydarzeń na świecie, wpisują się zatem w miejsce spotkania, którym była synagoga”.
Fot. Elżbieta Dziuk
Czy zatem orlańska synagoga może stać się ośrodkiem kultury i sztuki, do którego będą przybywać ludzie nawet z daleka? Jarosław Perszko nie ma co do tego wątpliwości: „Polska jest już takim krajem, w którym pokonanie kilkuset kilometrów, by uczestniczyć w istotnym wydarzeniu kulturalnym, nie jest problemem. A poza tym: nawet jeżeli przybędzie jedna osoba, to warto robić takie wydarzenie”.
Nie ulega oczywiście wątpliwości, iż takich miejsc, w których aktywność obywatelska ożywia miasta i miasteczka, osady i wioski, jest jeszcze na Podlasiu – i nie tylko tutaj – wiele. Warto przywołać choćby aktywność Krzysztofa Czyżewskiego i jego „Pogranicza” działającego w Sejnach. Nieopodal, w Puńsku, dzięki aktywności Jolanty Wiaktor-Malinowskiej rozwija swą działalność litewski Teatr Stodolany. W Supraślu na odnotowanie zasługuje działalność Piotra Tomaszuka i kierowanego przez niego Teatru „Wierszalin”. W tymże Supraślu tworzą swój najmniejszy teatr świata Teatr „Łątek” Ewa i Krzysztof Zemło. Z kolei w Hajnówce działa ośrodek Hajnówka Centralna – Stacja Kultury stworzona z inicjatywy Agaty Rychcik-Skibińskiej i Dariusza Skibińskiego. Ich sztandarowym pomysłem jest Festiwal Teatralny „Wertep”. Od kilku lat tworzy w niedalekiej Policznej Adam Walny, lalkarz, reżyser i aktor, twórca Instytutu Teatru Przedmiotu. Nie można zapomnieć o Mateuszu Sacharzewskim, który w Bielsku Podlaskim stworzył Teatr „The MASK”, czy o Magdalenie Stopie, twórczyni ośrodka dokumentującego tradycję lokalną w Boćkach. O każdej z tych osób można napisać osobny tekst, a podobnych działań wymienić można jeszcze wiele.
Fot. Maciej Dziuk
Co łączy te inicjatywy i sprawia, że nie są one efemerydami, ale wpisują się na długo w życie kulturalne i artystyczne Podlasia? Oczywiście można mówić o życzliwości władz czy warunkach lokalowych, które zapewniają one inicjatorom takich przedsięwzięć. Można by też wspomnieć o wsparciu takiego czy innego programu grantowego lub stypendialnego. Ale to byłoby dalece niewystarczające, gdyby zabrakło konkretnych ludzi. Bez ich fascynacji kulturą i sztuką, zapału i swoistego szaleństwa, działalność taka byłaby niemożliwa. Największą wartością wspomnianych działań są bowiem nie uwarunkowania zewnętrzne, ale właśnie ludzie, którzy mają pasję.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com