W latach 60. byłem 30-latkiem, czyli trochę zbyt stary jak na hipisa, ale pamiętam bardzo wyraźnie, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie idea, że miłość jest odpowiedzią na wszystkie problemy świata. „All you need is love” – śpiewali Beatlesi. Hasła głosiły: „Make love, not war”. Zaczarowało mnie to. Nie chcemy komunizmu, nie chcemy kapitalizmu, nie chcemy syjonizmu – chcemy miłości! Każdy będzie kochał każdego i świat zostanie uratowany.
Niestety, przez lata stawałem się coraz bardziej sceptyczny, gdy chodzi o tę ideę. Doszedłem, poprzez osobiste doświadczenia, do dwóch prostych prawd. Po pierwsze, że miłość to rzadko spotykany minerał. Nie jest możliwe – ze względów fizycznych i emocjonalnych – by kochać całą ludzkość.
Jeśli ktoś twierdzi, że kocha Amerykę Łacińską albo że kocha ludzi ubogich, albo że kocha kobiety – to znaczy, że nie kocha tak naprawdę nikogo. To zwykłe frazesy.
Po drugie, zdałem sobie sprawę, że miłość nie jest aż tak słodka, jak przedstawiano ją nam, gdy byliśmy młodzi – w literaturze sentymentalnej, w kinie. Miłość łączy skrajne poświęcenie ze skrajnym egoizmem. Zawiera w sobie jednocześnie potrzebę, by poświęcić się dla ukochanej osoby, a także by tę ukochaną osobę posiąść. By dominować i zostać zdominowanym. Więc miłość ma zapewne wiele twarzy, lecz słodka nie jest. Ten obraz pary trzymającej się za ręce, idącej w stronę zachodu słońca przez ukwiecone pole, najlepiej boso…
Wszyscy tego pragniemy.
Bo było to naszą strawą emocjonalną w czasach młodości. Ale to niebezpieczny obraz. Stwarza oczekiwania, których żadna miłość nie jest w stanie spełnić.
Co więcej, jest w niej niebezpieczny, gwałtowny, a nawet śmiertelny składnik. Miłość i nienawiść są bardzo podobne. Kiedy kochamy kogoś, nie możemy przestać o nim lub o niej myśleć. Gdzie jest teraz? Czy zjadła śniadanie? Z kim się spotyka? Czy jest szczęśliwa? Kiedy nienawidzimy, również mamy obiekt przez cały czas na radarze. Co robi? Co ma na sobie? Czy jest, o zgrozo, szczęśliwa? Bardzo podobne uczucia. Dlaczego?
Bo i w miłości, i w nienawiści jest silny element zaborczości. Nie przypadkiem zazdrość jest mieszaniną miłości i nienawiści. Pojawia się tam, gdzie się przecinają.
I ostatni wniosek, który wynika z mojego doświadczenia: za miłość zawsze płacimy częścią naszej wolności. Ja byłem gotowy, by zapłacić tę cenę, bo nigdy nie byłem fanatyczny, jeśli chodzi o moją wolność. Ale również starałem się nie być fanatykiem, gdy szło o moje miłości.
Znam ludzi, którzy mówią, że miłość ich wyzwala. Że właśnie daje im wolność.
Nie wiem, co mają na myśli. Może dla ludzi, których seksualność w dzieciństwie była tłumiona, miłość jest wyzwalającym doświadczeniem. Ale to wyzwolenie raczej zmysłowe niż emocjonalne.
Co więcej, jest w niej niebezpieczny, gwałtowny, a nawet śmiertelny składnik. Miłość i nienawiść są bardzo podobne. Kiedy kochamy kogoś, nie możemy przestać o nim lub o niej myśleć. Gdzie jest teraz? Czy zjadła śniadanie? Z kim się spotyka? Czy jest szczęśliwa? Kiedy nienawidzimy, również mamy obiekt przez cały czas na radarze. Co robi? Co ma na sobie? Czy jest, o zgrozo, szczęśliwa? Bardzo podobne uczucia. Dlaczego?
Bo i w miłości, i w nienawiści jest silny element zaborczości. Nie przypadkiem zazdrość jest mieszaniną miłości i nienawiści. Pojawia się tam, gdzie się przecinają.
I ostatni wniosek, który wynika z mojego doświadczenia: za miłość zawsze płacimy częścią naszej wolności. Ja byłem gotowy, by zapłacić tę cenę, bo nigdy nie byłem fanatyczny, jeśli chodzi o moją wolność. Ale również starałem się nie być fanatykiem, gdy szło o moje miłości.
Znam ludzi, którzy mówią, że miłość ich wyzwala. Że właśnie daje im wolność.
Nie wiem, co mają na myśli. Może dla ludzi, których seksualność w dzieciństwie była tłumiona, miłość jest wyzwalającym doświadczeniem. Ale to wyzwolenie raczej zmysłowe niż emocjonalne.
Czy jest to związane z takim uczuciem, którego czasami można doświadczyć w seksie, że stajemy się jednym, przenikamy się?
Tak myślę. I z biblijną ideą, by „poznać kobietę”. To wyrażenie zostało zwulgaryzowane, bo dziś poznać kobietę to zabrać ją do łóżka, uprawiać z nią seks. Ale biblijne słowo „dá ‘at” z Księgi Rodzaju oznacza dużo więcej. Oznacza „stać się jej częścią”. „Dá ‘at” to nie tylko wiedza, poznanie, zrozumienie – poznać kobietę to być z nią jednym. I tak głosi Księga Rodzaju: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem.
Oczywiście, to tylko chwile. Nie miesiące, nawet nie tygodnie czy dni. Nawet nie kilka godzin. To pojedyncze chwile. Ale te chwile są skarbem. Podgrzewają miłość w chłodniejsze dni.
Dlaczego ludzie uważają miłość za tak ważną część życia?
Po części przez systematyczne pranie mózgu, które zaczyna się od Jezusa Chrystusa, mojego ukochanego krajana. Jezus jest mi bardzo bliski, ale różnimy się w jednej lub dwóch sprawach. Jedna z idei, co do której się nie zgadzamy, podobnie jak z hipisami, to pomysł, że miłość jest odpowiedzią na wszystko. Nie jest. Po pierwsze, dlatego że ta kołdra jest zbyt krótka i wąska, by przykryć całe społeczeństwo, naród, ludzkość. A po drugie, dlatego że miłość jest niebezpieczna. Zgadzam się z tym, co mówi w mojej książce „Judasz” Gerszom Wald, że miłość jest niepewną, wręcz niebezpieczną podstawą dla społecznych czy politycznych relacji, a na pewno nie może zastąpić w tych relacjach sprawiedliwości i szczodrości.
Pisze pan też, że miłość jest jak choroba albo wirus.
Cóż, tak miłość opisywana jest w pieśni Salomona – jako choroba. I taki jej obraz znajdziemy w dziełach romantyków.
Jeśli jest jak wirus, to jej nie wybieramy, lecz łapiemy. Ale przecież wszyscy chcemy miłości. Więc to tak, jakbyśmy chodzili bez szalika w chłodny dzień.
Tak, zgoda, chcemy miłości. Chcemy, bo z pewnym wyjątkiem rodzimy się w kochających ramionach matki. I potem szukamy takich kochających ramion przez resztę życia. Element wyboru jest tu bardzo ograniczony. Niektórzy ludzie chcieliby usiąść i napisać sobie listę cech, które są pociągające, i potem z tą listą w ręku iść na poszukiwania jak na rynek. Nie. Miłość tak nie działa.
Miłość, jak wiemy, to mało prawdopodobna iskra, która czasami zapłonie między kobietą i mężczyzną lub mężczyzną i mężczyzną, lub kobietą i kobietą.
Jej pojawienie się jest tajemnicze.
Może lepiej zrozumiem, czym jest miłość, jeśli opowie mi pan swoją historię miłosną.
Ach, to bardzo długa historia. Moja żona i ja jesteśmy małżeństwem od 58 lat. Nasz przypadek jest szczególny, bo moja żona, tak się składa, jest również moim najlepszym przyjacielem. To rzadko spotykane. Pośród znajomych par obserwuję, że albo mało się przyjaźnią, za to bardzo kochają, albo na odwrót.
Czy ta przyjaźń właśnie stwarza szansę długiego związku?
Nie wiem, czy to jest klucz do trwałego związku, ale na pewno przyjaźń bardzo go ułatwia. Bo miłość ma swoje górki i dołki. Potrafi boleć, ranić, obrażać. Każda miłość. Jeśli zaś kochankowie są również przyjaciółmi, łatwiej jest przerzucać mosty ponad przepaściami, ponad lodowatymi chwilami.
W „Opowieści o miłości i mroku” pisze pan o tym, jak brzydka potrafi być miłość w porównaniu z przyjaźnią.
Mama powtarzała mi, bym pamiętał, że w większości przypadków przyjaźń ma większe szanse na przetrwanie niż miłość. W przypadku moim i Nily jednak te dwa uczucia się łączą.
Co jeszcze?
Mamy śródziemnomorskie temperamenty, gdy jesteśmy na siebie źli – krzyczymy. Od razu. Nie chowamy urazy.
Jeśli miałbym wybierać między życiem w filmie Ingmara Bergmana z jego długimi, budzącymi poczucie winy chwilami milczenia a życiem w filmie Felliniego, w którym ludzie na siebie krzyczą cały czas pełnym głosem – głosuję na Felliniego. Wierzę w komunikowanie się, nawet jeśli oznacza od czasu do czasu tłuczenie talerzy.
Potrafimy też śmiać się z siebie nawzajem i z samych siebie.
Moja mama zawsze mi mówi, żeby nie traktować się tak śmiertelnie poważnie w małżeństwie.
I ile lat pani rodzice są ze sobą?
45.
Proszę przekazać im ode mnie, że pierwsze 50 jest najtrudniejsze. Potem jest coraz łatwiej.
Ale tak, pani mama ma rację, umiejętność śmiania się z siebie nawzajem, z samego siebie jest wyzwalająca. Rozcieńcza gniew. Bo gniew jest jak gaz, jeśli da mu się ujście, to się ulotni. Jeśli zaś pozwolimy mu się zbierać, zatruje ciało i duszę. Potrafi być zabójczy. Ludzie naprawdę umierają z gniewu. Ale…
Ale czy pan mi opowie tę historię miłosną?
No, może część. Przyjechałem do kibucu Chulda z Jerozolimy, gdy miałem 14 lat. Chłopiec z miasta, chudy, blady, niski, mało atrakcyjny, bardzo introwertyczny, szalenie nieśmiały, całkowicie zawstydzony, jeśli idzie o dziewczyny. Zostałem purytańsko wychowany i chodziłem do religijnej szkoły dla chłopców. Dziewczynki były dla mnie jak kosmici.
Ale atrakcyjni kosmici.
O tak. Bardzo mnie pociągały. Nie wiedziałem jednak, co w nich jest tak atrakcyjnego. Były tajemnicą, zagrożeniem. Były z innej planety.
Moi koledzy szkolni i ja w tej szkole religijnej mieliśmy zwyczaj wspinania się na mur szkoły dla dziewcząt, która była obok, żeby podejrzeć, co one robią, jak żyją. Byliśmy zszokowani, gdy zobaczyliśmy, że podczas przerwy tak jak my grają w piłkę i piją wodę z kranu na podwórku.
Czyli jednak mieliśmy coś wspólnego z tymi kosmitkami! Gdy mieliśmy po 13, 14 lat, pojawił się w nas gniew. Bo młodzieniec w tym wieku jest niewolnikiem hormonów. Byliśmy źli na dziewczęta, bo miały skarb, którego pragnęliśmy, ale nie chciały się nim z nami dzielić. Są okrutne, bez serca – uważaliśmy. Dlaczego są tak skąpe? Oczywiście nie myśleliśmy wcale o tym, że te nieliczne z nich, które podzieliły się swoim skarbem z chłopcami, były natychmiast wyzywane od najgorszych, stracone dla świata, dla małżeństwa, dla przyjaźni. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że stawiamy te dziewczęta w niemożliwej sytuacji – jeśli nie oddadzą swojego skarbu, są potworne, jeśli się nim podzielą, też są potworne.
A potem przybyłem do kibucu Chulda, gdzie były dziewczyny, które nosiły ekstremalnie krótkie kibucowe spodenki. Krótsze niż w moich najśmielszych fantazjach. I były dość swobodne, jeśli chodzi o kontakt cielesny, otwarcie rozmawiały o seksie, a nawet go uprawiały w wieku 15, 16 lat. Ja byłem lata świetlne od takiej swobody. Po części dlatego, że moja matka zabiła się, gdy miałem 12 lat, i było dla mnie zupełnie jasne, że skoro porzuciła mnie w ten sposób, to znaczy, że mnie nie kochała. Musiało być we mnie coś okropnego. A jeśli ona mnie nie kochała, to żadna kobieta nigdy mnie nie pokocha.
Czułem, że jestem nieatrakcyjny, i to sprawiało, że byłem nieatrakcyjny.
Więc pośród tej całej kibucowej zabawy, tańca, dotykania się, przytulania, żartów, swobodnych dyskusji, wiecznego lata stworzyłem sobie bańkę, w której wiodłem klasztorny żywot. Patrzyłem na dziewczęta z daleka i przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym zasłużyć na łaskę kobiecego dotyku.
A Nily?
Nily była najpiękniejszą dziewczyną w naszej klasie. Otaczał ją krąg admiratorów, zalotników i przyjaciół. Śmiała się, żartowała, tańczyła, śpiewała – wszystko to olśniewało mnie jak słońce. A w słońce nawet nie śmiemy spojrzeć, a co dopiero fantazjować o podróży w jego stronę.
Więc przez pierwszych kilka lat w kibucu czasami dzieliłem się z Nily swoimi wierszami. Pisałem nędzne sentymentalne wiersze. Chciałem zobaczyć, czy ją rozbawią – czasami tak się działo. Te wiersze traktowałem jak dar, który składa się bogini. Nikomu innemu ich nie pokazywałem. I z rzadka zdarzało nam się rozmawiać. Była szczodra, więc od czasu do czasu zwracała się do mnie kilkoma słowami, darowała mi uśmiech. Miała bardzo demokratyczne podejście, postępowała tak ze wszystkimi, nie tylko ze mną. Nie czułem się wyjątkowy. Dziś mówi mi, że byłem, ale nadal jej nie wierzę.
Potem przez jakiś czas miałem dziewczynę, a nawet kilka dziewczyn, spoza kibucu, a Nily miała wiele romansów i związków. Wszystko to zmieniło się właściwie w jedną noc, gdy mieliśmy 20 lat i kiedy staliśmy się kochankami i odkryliśmy, że przez cały ten czas byliśmy zakochani w sobie.
Dla mnie to było objawienie. Nigdy nie podejrzewałem, że Nily mógłby podobać się ktoś taki jak ja. Dziś wiem, że pociągało ją to, że byłem inny niż wszyscy, jak stworzenie z innej planety. Byłem dla niej kosmitą.
Na czym polegało to objawienie? Co pan zrozumiał tamtej nocy?
Widzi pani, w tamtych czasach pociągały mnie seksualnie prawie wszystkie kobiety, niezależnie od wieku. To był czas ognia, buchającej lawy. Ale bałem się kobiet. Natomiast nigdy nie bałem się Nily. Była odległa, niedostępna, ale nigdy groźna. Dość dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że to, że się jej nie obawiam, oznacza, że Nily przekazuje mi pewien rodzaj poczucia bezpieczeństwa. Poczucie bezpieczeństwa jest podstawą pewności siebie, a pewność siebie nas buduje, pozwala poczuć, że, owszem, możesz dotknąć.