Archive | April 2024

Izrael odzyskał ciało Elada Katzira ze Strefy Gazy. “Był także obywatelem Polski”

Izrael odzyskał ciało Elada Katzira ze Strefy Gazy. “Był także obywatelem Polski”

Tomasz Jakubowski


Elad Katzir (Archiwum Bring Them Home Now)

Siły bezpieczeństwa Izraela odzyskały ze Strefy Gazy ciało Elada Katzira. Pochodził z kibucu Nir Oz, był także polskim obywatelem – poinformował w sobotę ambasador Izraela w Warszawie Jakow Liwne.
O odzyskaniu ciała zamordowanego mężczyzny ambasador Izraela poinformował we wpisie na platformie X. “Dziś w nocy siły bezpieczeństwa Izraela uratowały ciało Elada Katzira ze Strefy Gazy. Elad, z kibucu Nir Oz, był także obywatelem Polski. Został porwany 7 października i zamordowany w niewoli przez organizację terrorystyczną Islamski Dżihad” – przekazał.


Jakow Liwne dodał, że Alex Danzig, kolejny polski obywatel z Nir Oz wciąż jest przetrzymywany w Gazie. Dyplomata podkreślił, że kibuc Nir OZ “dramatycznie ucierpiał” w wyniku ataku 7 października 2023 r.

Rzecznik polskiego MSZ Paweł Wroński potwierdził, że informacja o odzyskaniu ciała dotarła do polskiego MSZ oraz konsula RP. W rozmowie z “Wyborczą” powiedział, że Katzir “był przede wszystkim obywatelem Izraela”. – Jego ciało leżało porzucone przez wiele dni, nie wiadomo dokładnie jak zginął. Strona izraelska oskarża o zabójstwo Hamas – dodał. 

W platformie X MSZ opublikowało też kondolencje: “Ze smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci obywatela Elada Katzira. […] Rodzinie i przyjaciołom zmarłego przekazujemy najszersze wyrazy współczucia. Niech spoczywa w spokoju” – przekazano.



Wojna w Strefie Gazy trwa od 7 października 2023 r., rozpoczęła się od ataku organizacji terrorystycznej Hamas na Izrael. W jej wyniku zaledwie pierwszego dnia zginęło około 1200 osób, w większości cywilów, około 240 zostało uprowadzonych. W odpowiedzi Izrael rozpoczął naloty na Strefę Gazy. W konflikcie zginęło już blisko 33 tys. Palestyńczyków, blisko 80 tys. zostało rannych.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jesteśmy ofiarami i wszystko, co robimy, jest usprawiedliwione


Jesteśmy ofiarami i wszystko, co robimy, jest usprawiedliwione

Daniel Greenfield
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Podstawą wszystkiego, od debaty na temat wojny w Gazie, przez DEI, po toksyczne relacje międzyludzkie, jest katastrofalna pętla znana jako „samonapędzający się cykl ofiary/złoczyńcy”.

Samonapędzający się cykl ofiary/złoczyńcy jest zwodniczo prostym i niezwykle destrukcyjnym paradygmatem dla każdego rodzaju relacji, narodowej, społecznej lub osobistej, w której jedna strona nieustannie atakuje drugą, twierdząc, że jest ofiarą walczącą z uciskiem.

Paradygmat opiera się na idei, że jest na zawsze ustalone, kto jest ofiarą, a kto złoczyńcą, że ofiara nieustannie cierpi z powodu ataków złoczyńcy i że wszystko, co robi ofiara, jest usprawiedliwione, ponieważ nie ma ona innej możliwości niż przeciwstawienie się atakom złoczyńcy.

Podczas gdy niektórzy zwolennicy Hamasu kłamali lub próbowali zatuszować okrucieństwa z 7 października, Ghazi Hammad, funkcjonariusz Hamasu, początkowo zaprzeczył im, ale potem wybuchnął: „Istnienie Izraela jest przyczyną całego tego bólu, krwi i łez. To Izrael, nie my. Jesteśmy ofiarami okupacji. I tyle. Dlatego nikt nie powinien nas obwiniać za to, co robimy. 7 październik, 10 październików, 1 000 000 październików – wszystko, co robimy, jest usprawiedliwione”.

„Jesteśmy ofiarami”, „nikt nie powinien nas winić” i „wszystko, co robimy, jest usprawiedliwione” doskonale oddaje okrutne działanie tego cyklu. Tak wielu ludzi z Zachodu stanęło po stronie Hamasu, ponieważ akceptują, przyswajają sobie i wykorzystują ten sam cykl we własnej polityce i życiu.

Te same argumenty zaczerpnięte z marksizmu i kultury terapeutycznej rutynowo pojawiają się w dyskursie „białości” i „kolonializmu” w Ameryce, Europie i innych krajach wolnego świata.

„Samonapędzający się cykl ofiary/złoczyńcy” pozwala uniknąć argumentów, dowodów i jakiejkolwiek rozsądnej oceny praw. Można je czasami dorzucić, gdy jest to wygodne, ale nie mają one większego znaczenia, ponieważ głównym założeniem cyklu jest brak jakichkolwiek obiektywnych standardów, które obie strony muszą spełnić. Prawo międzynarodowe, tolerancja rasowa, traktaty pokojowe czy negocjacje są przywoływane w sposób absurdalnie pokrętny. Rozumie się, że oficjalnie wyznaczona ofiara nigdy nie musi przestrzegać prawa międzynarodowego, przestać nienawidzić ani szczerze zgodzić się na zaprzestanie przemocy.

Każde odwołanie się do jakiejkolwiek szerszej zasady jest zwykle sfałszowane w taki sposób, że wzajemność traci sens. Na przykład rasizm został na nowo zdefiniowany jako oznaczający nienawiść rasową praktykowaną przez osoby posiadające władzę, czyniąc z nich oficjalnie wyznaczonych złoczyńców, podczas gdy nienawiść rasową ze strony ofiar określono jako „odwrotność rasizmu”: uzasadnioną reakcję na rasizm większości.

Po raz kolejny „to my jesteśmy ofiarami”, „nikt nie powinien nas winić” i „wszystko, co robimy, jest usprawiedliwione”.

Podobnie, prawo międzynarodowe ma zastosowanie wyłącznie do Izraela jako „okupanta”, podczas gdy nikt nie może niczego oczekiwać od muzułmańskich terrorystów, którzy są „okupowani” i dlatego mają prawo „stawiać opór” przez najazd na Izrael i palenie żywcem rodzin żydowskich w ich własnych domach.

Sprawcy są wszechmocni przez to, że są rzekomo bezradni, ponieważ nic nie mogą, mogą wszystko, jako ofiary ucisku nie mają sprawstwa ani też żadnych ograniczeń w ramach jakichkolwiek norm, czy to przyzwoitości, człowieczeństwa, praw wojennych, czy jakichkolwiek innych koncepcja dobra i zła.

Nie można od nich wymagać, by nie szaleli, bo to „kontrola tonu”, by nie nienawidzili, bo ich nienawiść jest „odwrotnością rasizmu”, a nawet, by nie zabijali, bo to „narzucanie uciskanym ludziom form ich oporu”.

Cokolwiek robią, nie jest odbiciem ich własnej moralności, ale ucisku, jakiego doświadczają.

Jeśli nienawidzą, to dlatego, że ich nienawidzono, a jeśli zabijają, to dlatego, że są zabijani. Im gorsze zbrodnie popełniają, tym częściej słyszymy, że okropności, które popełniają, są odzwierciedleniem okropności, których doświadczyli. Kiedy na scenie pojawili się zamachowcy-samobójcy, powiedziano nam, że są oznaką tego, jakie cierpienia musieli przejść zabójcy, by być tak zdesperowani.

Żadna zbrodnia, nawet te popełnione 7 października, nie może być postrzegana jako świadomy wybór.

Moralne odrętwienie wynikające z samonapędzającego się cyklu ofiary/złoczyńcy od dawna prześladuje umysły liberałów. Gdy nazistowskie Niemcy najechały Polskę i rozpoczęły proces, który doprowadził do masowego mordu milionów Żydów, poeta WH Auden pospiesznie potępił nazizm, ale dodał cztery wersety, które stały się najbardziej znane z wiersza. „Ja i społeczeństwo wiemy/Czego uczą się wszystkie dzieci w wieku szkolnym/Ci, którym wyrządza się zło/Odwzajemniają się złem.”

Te same cztery linijki pojawiają się w ukrytej lub jawnej formie w każdym opisie ataków z 7 października oraz w każdym opisie przemocy popełnionej przez lewicowców i ich sojuszników.

Jak często podczas zamieszek Black Lives Matter słyszeliśmy cytat Martina Luthera Kinga, że „zamieszki są głosem niesłyszanego”, który nigdy nie miał być czekiem in blanco na przemoc w miastach, ale był używany do przesunięcia winy z młodych mężczyzn bijących starego, leżącego na ziemi człowieka na ciało, które właśnie kopali.

Uparte twierdzenie, że zło jest cyklem, a nie wyborem, że naziści byli raczej ofiarami niż sprawcami, że żaden terrorysta i uczestnik zamieszek na świecie nie mógłby postąpić inaczej, jest nieograniczonym przyzwoleniem na zło. A zło nie jest cyklem: jest wyborem, którego dokonuje każdy z nas.

7 października w żadnym razie nie jest pierwszym przypadkiem licencjonowanego ludobójstwa, w którym „jesteśmy ofiarami”, „nikt nie powinien nas winić” i „wszystko, co robimy, jest usprawiedliwione”. I z pewnością nie będzie ostatnim.

Dlaczego tak wielu radykałów zdecydowało się poprzeć Hamas po 7 października, zamiast się go wyprzeć?

Okrucieństwa nie zniechęcają, wręcz przeciwnie, one podżegają. Zbrodnie oferowały tę samą uderzającą do głowy obietnicę, jaką lewica dawała od czasów rewolucji francuskiej, że będzie popełniać najgorsze możliwe zbrodnie, zachowując się przy tym moralną wyższość, ponieważ każdy horror był odpowiedzią na okropności, które ją spotkały.

Gdy nie ma obiektywnych standardów, pozostają jedynie propagandowe narracje usprawiedliwiające przemoc. Samonapędzający się cykl ofiary/złoczyńcy znosi standardy. Wyraża ból i cierpienie. Spędza cały czas na demonizowaniu tych, których chce zabić. A potem ich zabija.

Jojczące draby, ofiary, będące mordercami, spędzają cały swój czas na zapewnianiu o swojej traumie, prezentują nienawiść jako ból, morderczość jako traumę i ataki jako opór. Nawet gdy miasta i kraje płoną, zawsze mówią o sobie, wściekając się, gdy ktoś wspomina o wyrządzonych przez nich krzywdach.

Próba znalezienia z nimi płaszczyzny porozumienia jest daremna. Propozycje reform lub kompromisy traktowane są jako przyznanie się do winy. Rozwalają negocjacje, ponieważ profesjonalne ofiary nie chcą porozumienia, chcą kontynuować swoją nienawiść i przemoc, a negocjacje wykorzystują jedynie, aby potwierdzić swoje niekończące się cierpienie, któremu można zaradzić jedynie poprzez zniszczenie obiektów ich nienawiści.

Niektórzy próbują stawić im czoła cios za ciosem przez pokazywanie, że sami są ofiarami, a jednak ta strategia z pewnością zakończy się niepowodzeniem, ponieważ podstawowym założeniem samonapędzającego się cyklu ofiary/złoczyńcy jest „uderzanie do góry” i „uderzanie w dół”, jedna z zasad ideologii „przebudzenia”, że liczy się tylko ból i życie niektórych ludzi, że ci, którzy mają „władzę”, są zawsze sprawcami, a ci, którzy twierdzą, że są „bezsilni”, zawsze są ich ofiarami, niezależnie od tego, kto co w rzeczywistości robi.

Bez względu na to, jak bardzo ci, którym przypisuje się posiadanie „władzy”, zaprzeczają jej, wycofują się z niej, odchodzą, przekazują kontrolę i zawierają umowy, nie wolno dopuścić do zmiany podstawowej dynamiki.

Aktywiści proizraelscy, zwłaszcza liberalni, wciąż nie rozumieją tej dynamiki i są zmartwieni i zaszokowani tym, jak ich byli sojusznicy mogą usprawiedliwiać masowe morderstwa i gwałty na festiwalu muzycznym. Odpowiedź jest jednak taka, że w ten sam sposób zwolennicy BLM usprawiedliwiali podpalanie miast. Samonapędzający się cykl ofiary/złoczyńcy odrzuca jakąkolwiek moralność z wyjątkiem twierdzeń o bezsilności.

Ten, kto ma największą władzę, jest oskarżany o wprawienie tego cyklu w ruch i już nigdy nie będzie mógł zapewniać o swojej niewinności, nawet gdy naziści wkraczają do Polski.

Jaka jest odpowiedź na samonapędzające się cykle ofiary/złoczyńcy, niekończące się: „zmusiłeś mnie do tego”?

Oddanie władzy nie jest rozwiązaniem. Niektórzy przyjmują strategię syndromu sztokholmskiego polegającą na przyznaniu się do winy i obiecaniu „lepszego działania”, domagają się bycia „sojusznikami” i głośno potępiają własny naród. Ale kiedy zaczyna się przemoc, ci ludzie nie radzą sobie lepiej niż ktokolwiek inny. Niezależnie od tego, czy były to ataki Hamasu, czy zamieszki BLM, ugłaskiwacze i apologeci wpadli w pułapkę.

Niektórzy zginęli.
 
Nie można wygrać sporu, posługując się regułami samonapędzającego się cyklu ofiary/złoczyńcy. Ważne jest pamiętanie czasów zanim trucizna kulturowa zredukowała każdą wymianę zdań do logiki marksistowskiej i narcyzmu mediów społecznościowych, czasów, kiedy faktycznie wiedzieliśmy, jak wygląda dobro i zło.

A jedynym sposobem, aby to osiągnąć, jest zniszczenie kultu bycia ofiarą.

Dobro i zło nie są określane na podstawie wyrażania bólu. Chociaż niektórzy ludzie mogą mieć większą władzę niż inni, nikt nie jest tak naprawdę bezsilny ani pozbawiony sprawczości. Cokolwiek się stanie, każdy ma wybór. Ten wybór określa, kim jest, tak długo, jak długo dokonuje wyborów. Ludzie nie są wytworem bezosobowych sił, ale tych wyborów.

Każdy może być ofiarą, ale nikt nie musi wybierać, by nadal żyć jako ofiara, chyba że chce odgrywać taką rolę. A każdy, od narcyzów po aspirujących tyranów, uważa tę rolę za przydatną.

Większość tych, którzy twierdzą, że są ofiarami, nigdy nimi nie była. Najbardziej złowrogie zachowanie podających się za ofiary pochodzi od wpływowych i uprzywilejowanych, którzy wykorzystują to do domagania się immunitetu moralnego. Lenin pochodził z rodziny szlacheckiej, a Castro był synem właściciela plantacji. Osama bin Laden pochodził z rodziny miliarderów. Hamas ma swoje korzenie w wysokich urzędnikach, którzy zostali wysiedleni w wyniku upadku Imperium Osmańskiego i których rodziny stały się milionerami w wyniku terroryzmu.

Każdy ruch zła, łącznie z nazistami, twierdził, że jest ofiarą, ale są to jedynie ofiary własnych, chorych ambicji. Dzisiejsi totalitaryści, którzy podają się za ofiary, są podobnie jak oni ofiarami swoich daremnych marzeń o podboju i zmiażdżeniu wszystkich innych swoimi butami.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Pro-Israel Americans need to stop cowering and start protesting

Pro-Israel Americans need to stop cowering and start protesting

JONATHAN S. TOBIN


An anti-Israel protest and a pro-Israel counter-protest ensued in Teaneck, N.J., after a synagogue hosted an event featuring firsthand accounts by ZAKA representatives detailing the Hamas terrorist attacks on Oct. 7 in southern Israel, April 1, 2024. Credit: The Jewish Link.

The debate going on in the United States about Israel’s war against Hamas took a new and disturbing turn in the last week. But there was one thing missing from the discussion. Many of the Jewish state’s enemies talk a lot about the mythical power of the “Israel lobby” and nefarious Jewish influence over Washington, which betrays the antisemitism that runs through much of their discourse. But mobs chanting for Israel’s destruction and terrorism against Jews in the streets of American cities and on college campuses have become commonplace. And those advocating for a ceasefire in the war that will let the perpetrators of the Oct. 7 massacres get away with mass murder also seem to have enormous, even decisive influence with the Biden administration.

But there seems little indication that the legacy Jewish organizations that claim to speak for American Jewry are using much or any of their vaunted influence to halt the momentum of those working to destroy the U.S.-Israel alliance. Nor is there much sign that the organizers who helped turn out 300,000 people for a “March for Israel” in November have seriously contemplated what it means for the Jews and other pro-Israel Americans to concede the streets and campuses to extremist Jew-haters as has largely happened in recent months as a surge of antisemitism continues to grow.

After months of slowly moving away from its initial position of strong support for Israel, the Biden administration took a crucial step towards pleasing its left-wing critics. So-called “progressives” have been calling for President Joe Biden to put the screws on the Jewish state to make it stop the war against Hamas. As a result, the president has abandoned his previous positions on Hamas and is now clearly more worried about losing left-wing voters in his campaign for re-election—particularly in the state of Michigan, which has the highest Arab population in the United States—than he is about eliminating the perpetrators of the Oct. 7 massacres or the influence of Iran.

Who does Biden fear?

It’s not just that he is in thrall to a vocal ideologically woke anti-Israel protest movement that commands the support of most of the activist wing of the Democratic Party and the liberal corporate media. Biden also seems to think that he will pay no political price for abandoning Israel.

That was the context for Biden’s phone conversation this week with Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu. Though supposedly a response to the accidental killing of seven aid workers in Gaza, Biden’s threats and demands seemed to make it clear that he was prepared to do as leftist allies bid him.

That means that if Israel continues its necessary campaign to eradicate Hamas and seeks to finish off the last terrorist strongholds in Rafah in the southernmost part of the Strip, as well as failing to make even more dangerous concessions in the hostage ransom talks which Hamas has been emboldened to stonewall, Biden appears ready to punish it with a cutoff of military aid. On the other hand, if Netanyahu—buffeted by criticism from home and abroad, and worried about whether his nation can stand alone—bows to these demands, then he will essentially be conceding defeat in the war begun by Hamas on Oct. 7 with the largest mass slaughter of Jews since the Holocaust. And that is a decision that would guarantee even more horrors in the future from Israel’s array of regional enemies.

It’s hard to imagine any Israeli government, no matter who led it, being willing to let Hamas win in this manner. Israelis elected Netanyahu in November 2022 but are deeply divided about his continued hold on power. Nevertheless, they overwhelmingly support the war on Hamas and want their government to finish off the terrorists in Gaza, and then neutralize the threat from Hezbollah in Lebanon to the north by one means or another. But should the United States join the growing movement to isolate the Jewish state, it would be foolish to think that the consequences would be anything but dire.

This would seem to be the cue for the pro-Israel community to find its voice again. Yet outside of the usual staunch voices like that of the Zionist Organization of America, Jewish leadership is largely silent. Mainstream entities can be counted on to denounce antisemitism, as is their job; however, their leaders and likely many of their main politically liberal donors are too invested in support for Biden’s re-election campaign to be willing to speak out against the administration’s pivot away from its initial post-Oct. 7 positions.

Many Jewish liberals—always inclined to be critical, if not outright hostile to both Israel and Netanyahu—have gone silent in the face of the deluge of biased coverage of the war from the corporate media. They either believe the claims that falsely depict Israel’s war efforts as “genocide,” accepting bogus Hamas claims about civilian casualties and the plight of those in Gaza, or they are too fearful of going against the political fashion of the day to challenge these lies. Or they are afraid to face increasingly violent groups of demonstrators.

Still others, like the leftist Forward newspaper, have joined those demanding that the war stop, even if that means that Hamas wins and the 100-plus Israeli hostages who are still in their hands continue to undergo torment.

Under the circumstances, a repeat of the mass turnout for another Washington rally seems unlikely, if not impossible. By the time of the Nov. 14 rally—already six weeks after the slaughter in southern Israel—much of the media had already flipped the narrative about the conflict from one about the Oct. 7 pogroms and the orgy of murder, rape, torture, kidnapping and wanton destruction that began the war to one about a “disproportionate” Israeli response. But things are worse today, with outlets like The New York TimesThe Washington Post and MSNBC already mainstreamed antisemitic advocacy for Israel’s destruction, added to the chattering classes and popular culture embracing the idea that the only real victims of the war are the Palestinians who themselves cheered the Oct. 7 crimes when they happened and still support them.

The need for supporters of Israel not merely to speak up but to do so in as loud and public a way as possible is now far greater. Jews and their allies in the Christian community must return to the streets.

Jewish-day school students from across the United States came out in full force for the “March for Israel” rally on the National Mall in Washington, D.C., on Nov. 14, 2023. Credit: Prizmah.

Fearful of confrontations

It is understandable that Jewish groups want to avoid confrontations with their opponents out of fear of potential violence and because they believe that their influence is best employed in the corridors of power. But by effectively abandoning the public square to antisemites, the Jewish community has not only encouraged those screaming for violence against Jews, especially Israelis but has also created a dynamic whereby it seems as if there is only one side to the argument about whether a war against a genocidal terrorist group is justified.

Equally important, the lack of public clamor on behalf of Israel and against the pro-Hamas ceasefire advocates has sent the message to the administration that there is only one side in the debate about the war that they should listen to or fear.

This was made abundantly clear early in the Democratic primaries when Biden showed that he was far more interested in appeasing pro-Hamas voters in Dearborn, Mich., than those who advocate for Israel. In the last two months, even after Biden secured the Democratic presidential nomination, he has continued to go out of his way to avoid antagonizing Israel-haters.

Perhaps he’s right to believe that Jewish Democrats dislike former President Donald Trump too much to consider defecting from their party. Or that they are more concerned about abortion rights than about defending the Jewish state. But at a time when antisemitism—and the demonization of Israel and its supporters—is escalating, perhaps it’s time for even those who intend to vote for Biden to start showing up at his rallies and speak up about the administration’s abandoning Israel. Jewish Democrats need to say that they expect Biden to stand by Israel in its just war, not to threaten it.

If Biden was made to see, as he should, that there are more votes to be lost in the political center from Americans who back Israel and don’t believe the blood libels being thrown at it, then he might understand that there is a greater political price to be paid for kowtowing to antisemites than for keeping faith with the Jewish state.

Beyond that, Jewish groups around the nation also need to understand that their mission must also include efforts to reclaim the streets.

Teaneck shows the way

A great example of a community that understood what was at stake was on display this past week in Teaneck, N.J. A month ago, an Israel real estate fair at a synagogue in that New York suburb was threatened by an antisemitic mob, egged on by Internet lies about the event. But when another pro-Israel event at a synagogue—this time honoring ZAKA volunteers charged with the gruesome task of handling corpses from the Hamas pogroms—was similarly threatened, the Jews didn’t simply depend on law enforcement to protect them. Neither did they, as sometimes happens elsewhere, cancel the event due to justified fears of violence. Instead, they organized a counterprotest that outnumbered those who were bussed into that town to vent their hatred.

The effort reflected a consensus in that community that, in the words of a spokesman for the Rabbinical Council of Bergen County, “these attacks on our synagogues have to end. Full stop.”

This example needs to be emulated everywhere. Synagogues and other Jewish institutions have been targeted by vandals and antisemitic protests from those seeking to eradicate Israel “from the river to the sea,” falsely accusing Israel of “genocide” while ignoring or even denying Hamas crimes. Yet ever fearful of what a confrontation might lead to, Jewish groups don’t turn out to demonstrate that the streets don’t belong to the hatemongers and their allies. And that needs to change.

Beset by doubts about their place in a society that has embraced woke intersectional myths that marginalize Jews and browbeaten into thinking that the cause of Israel is too controversial to be compatible with a comfortable American life, too many leaders have gone silent at a moment of crisis when they need to speak up loudly that they will not be intimidated or taken for granted by politicians like Biden. They need to understand that even though support for Israel can seem a very lonely, unfashionable position, most Americans stand behind the Jewish state.

Jews need to stop cowering and start protesting. If they don’t, they’ll soon see that the antisemites will only grow bolder in their affronts to Jewish sensibilities—and political leaders will continue to believe that they need not fear losing their support.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of JNS (Jewish News Syndicate). Follow him: @jonathans_tobin.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israeli Songs Allegedly Banned From Eurovision Events in Sweden Amid Security Concerns, Booked DJs Reveal

Israeli Songs Allegedly Banned From Eurovision Events in Sweden Amid Security Concerns, Booked DJs Reveal

Shiryn Ghermezian


Eden Golan, Israel’s representative at the Eurovision Song Contest, speaks during a press conference following the official unveiling of Israel’s song submission, in Tel Aviv, Israel, March 10, 2024. Photo: REUTERS/Carlos Garcia Rawlins

Disc jockeys are claiming they were told not to play Israeli songs at events taking place inside the official Eurovision Village ahead of the Eurovision Song Contest that will be held in Malmo, Sweden, next month.

Tens of thousands of tourists and locals visit the Eurovision Village, where they can attend live concerts, parties, and broadcasts of the semi-finals and final competitions in the song contest. The Eurovision Village is the official venue of the Eurovision Song Contest, held this year in Malmo, and although the competition is organized by the European Broadcasting Union (EBU), the producer of the Eurovision events in Malmo is the local municipality.

Israeli DJs booked for events this year at the Eurovision Village confirmed to the Israeli publication Ynet that they were instructed not to play any Israeli songs in the venue.

“The instruction I received this morning was that in the village itself, Israeli songs must not be played, but in other parties, I can play what I want,” one of the DJs told Ynet, adding that a similar ban was put on Russian and Belarus songs. However, both of those countries are not participating in the competition.

“I think the reason for the decision is a security concern,” the DJ explained. “There are many Muslims and supporters of Palestinians in Malmo and many of them are expected to come to the Eurovision Village. I suppose the producers wanted to avoid a fuss or anything that would disrupt things in the village.”

The reported ban on Israeli songs does not apply to other Eurovision events taking place in Malmo, the DJs told Ynet.

The Malmo municipality denied claims of a ban on Israeli music and said in a released statement: “This is not true. We would never give such a directive. Eurovision in Malmo is for everyone and all music can be played.”

EBU also commented on the matter, saying that “while the Eurovision Village is an official venue of the Eurovision Song Contest, the EBU is not involved in any programming of events or entertainment activities during the event.”

Israel’s representative in the 2024 Eurovision Song Contest is Eden Golan and she will compete with a song renamed Hurricane. The EBU disqualified the song’s original lyrics and title, October Rain, because it was too political since the original track referenced the deadly Oct. 7 Hamas terrorist attacks in Israel.

The finals for the 2024 Eurovision Song Contest will take place on May 11 in Malmo.

In last year’s Eurovision competition, Israel’s contestant Noa Kirel came in third place.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Gaza: razzia jako wojna polityczna

Administracja Bidena popełnia wielki błąd, po cichu czyniąc Hamas prawomocnym partnerem za pośrednictwem regionalnych sojuszników, tworząc w ten sposób iluzję, że takie razzia jak ta z 7 października nadal mogą dać sprawcom przynajmniej ciastko. Na zdjęciu: terroryści Hamasu w drodze do Izraela ze Strefy Gazy z misją mordowania Żydów, rankiem 7 października 2023 r. (Zdjęcie: Said Khatib/AFP via Getty Images)


Gaza: razzia jako wojna polityczna

Amir Taheri

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Tragiczna opowieść, która rozpoczęła się atakiem Hamasu na Izrael 7 października, nie jest jeszcze ukończona, ale uszczęśliwiacze innych i sygnalizujący swoje cnoty spieszą się z napisaniem własnego postscriptum.

Przywódcy Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej mówią, że nadszedł czas, aby formalnie zaakceptować utworzenie państwa palestyńskiego.

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres i unijny komisarz ds. polityki zagranicznej Josep Borrel, sugerują nawet, aby Rada Bezpieczeństwa przyjęła uchwałę, że to utworzenie państwa palestyńskiego jest obowiązkowe, dodając ją do 230 uchwał już podjętych w tej sprawie.

Tymczasem generał dywizji Ismail Kaani, szef Siły Kuds irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, obiecuje “odbudować Gazę silniejszą niż wcześniej, jako wysuniętą placówkę przeciwko światowemu syjonizmowi”.

Administracja Bidena w Waszyngtonie wypowiada się pozytywnie na temat “rozwiązania” w postaci dwóch państw, zastanawiając się jednocześnie nad zmianą reżimu, (w Izraelu, nie w Gazie).

Niektórzy mędrcy medialni twierdzą, że wojna w Gazie trwała już zbyt długo i powinna zostać szybko zakończona, zanim wyłoni się zwycięzca i przegrany.

Jeden z mędrców zastanawia się, co zrobiłby Henry Kissinger, namaszczony guru amerykańskiej dyplomacji, aby zakończyć wojnę. Zapomina, że Kissinger był przebiegłym magikiem, który zamieniał coś w nic, ale potrafił przekonać obserwatorów, że stało się odwrotnie.

Pamiętacie jego “dyplomację wahadłową”, której każdy etap zapewniał mu sesję zdjęciową? I jego objazdowe przedstawienia mające na celu “budowanie zaufania”, żeby odwrócić uwagę od sedna problemu?

Mędrcy z paryskiej gazety “Le Monde” opowiadają się za rozwiązaniem w postaci dwóch państw, jakby było to jakieś nowe odkrycie. Zapominają, że to tak zwane “rozwiązanie” istnieje od 1947 r. i nie prowadzi donikąd, ponieważ osoby bezpośrednio zaangażowane go nie chcą.

Jako reporter relacjonowałem tak zwane “rozmowy pokojowe” prowadzone podczas konferencji madryckiej w 1991 r., dopóki nie przekształciły się one w bolesną farsę. Przez ponad dekadę rozwiązanie dwupaństwowe było na porządku obrad, a nikt nie mówił nam, gdzie będą zlokalizowane te wyimaginowane państwa.

Brytyjscy i europejscy mędrcy również są “zaniepokojeni” długością wojny w Gazie i wzywają do bliżej nieokreślonych działań w celu jej skrócenia.

Zapominają, że walczących grup zbrojnych, które chcą narzucić swój program, mówiąc politycznie poprawnie, jak robi to BBC, “nieregularnych działań wojennych” nie można pojmować w kategoriach krótkiego skeczu teatralnego.

Gaszenie pożaru “nieregularnych bojowników” na Malajach zajęło Brytyjczykom 11 lat.

Walka z Sendero Luminoso (Świetlisty Szlak) w Peru trwała prawie 30 lat.

W Kolumbii zabrało 20 lat zanim uśmiercono M19. FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii) radziły sobie lepiej, utrzymując się przez prawie 40 lat. Urugwajowi udało się zniszczyć Tupamaros w ciągu pięciu lat.

Indie częściowo uspokoiły “bojowników o wolność” z Nagalandu po 40-letniej wojnie, podczas gdy w Kaszmirze nadal stawiają czoła jeszcze bardziej zaciekłemu przeciwnikowi.

Turcja walczy z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK) od ponad 30 lat.

W Birmie “bojownicy o wolność” Karen toczą wojnę z juntą Rangunu od prawie pół wieku.

Podawanie się za “bojownika o wolność” nie powinno oznaczać pozwolenia na zabijanie według własnego uznania. Nawet “uciskani” mają pewne obowiązki i muszą przestrzegać pewnych zasad, podczas gdy, jak pokazała historia, tyrania słabszego może być równie zabójcza jak tyrania ciemiężyciela.

W 1962 roku prezydent USA John F. Kennedy uznał rewoltę za główne zagrożenie dla amerykańskich interesów.

Memorandum Kennedy’ego dotyczące działań na rzecz bezpieczeństwa narodowego nr 124 z 18 stycznia 1962 r. postrzegało rewoltę jako główną formę konfliktu polityczno-wojskowego, równie ważną jak wojna konwencjonalna.

Kennedy uzależnił wsparcie dla Algierskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN) od przestrzegania zbioru zasad, zwłaszcza zakazu ataków na cele cywilne.

Stanowisko USA spotkało się z głębokim oburzeniem Francuzów, ale zmusiło FLN do zaprzestania podkładania bomb w kawiarniach i rozpoczęcia zachowywania się jak partia polityczna, realizująca swój cel kanałami politycznymi i dyplomatycznymi.

Dzisiaj pytanie brzmi: dlaczego, skoro na wojnę konwencjonalną nie narzuca się żadnego limitu czasowego do wyłonienia zwycięzcy, wojna przeciwko grupie rebelianckiej ma być poddawana machinacjom opartym na kalendarzu?

Atak na Izrael z 7 października był razzia, włoskim słowem, które weszło do większości języków europejskich. W rzeczywistości słowo razzia pochodzi od arabskiego słowa ghazwa, które oznacza nagły, bezkompromisowy atak na pojedynczy zestaw celów w nadziei na znokautowanie przeciwnika.

Zatopienie krążownika Lusitania podczas pierwszej wojny światowej w maju 1915 r. było razzia, podobnie jak atak na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. Te dwie razzia wepchnęły Stany Zjednoczone w dwie wojny światowe.

Ataki z 11 września 2001 r. na Stany Zjednoczone były czterema skoordynowanymi razzia.

Każda z tych razzia prowadziła do zagłady sprawców, czasem, jak w przypadku ataku na Hiroszimę i Nagasaki z 7 sierpnia lub bombardowania dywanowego Drezna, ze znacznie większą furią.

Zapłata po tych razzia nie wywołała współczucia dla sprawców. Ludzie w tak zwanych demokracjach nie maszerowali, aby powstrzymać działania przeciwko tym, którzy zatopili Lusitanię, zbombardowali Pearl Harbor i zamienili część Londynu w kupę gruzów.

Luminarze z Harvardu i Princeton nie protestowali, gdy Stany Zjednoczone rozpoczęły “wojnę z terroryzmem”, by pomścić wydarzenia z 11 września.

Nikt nie zaprzecza, że przez ponad siedem dekad Palestyńczycy wiele wycierpieli. Ale czy sposobem na zakończenie lub przynajmniej złagodzenie ich cierpień jest zwolnienie ich dobrowolnie przez nich wybranych organizacji politycznych z przestrzegania minimum zasad etycznych?

Traktowanie kwestii palestyńskiej tak, jakby była wyjątkiem od wszelkich zasad, wyrządziło Palestyńczykom wielką krzywdę.

Stali się pierwszymi ludźmi w historii, których na cztery pokolenia zamrożono w statusie uchodźców. II wojna światowa przyniosła ponad 30 milionów uchodźców, z których wszyscy znaleźli nowe mieszkanie w ciągu dziesięciu lat. Podział Indii przyniósł 14 milionów uchodźców, a wszyscy zostali przesiedleni w niecałe dziesięć lat. Od 1959 roku ponad 10 milionów Kubańczyków zostało wypędzonych ze swojej ojczyzny i osiedliło się w kilkunastu krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych.

Czy ma sens tworzenie obozów dla uchodźców nawet w Gazie, która przez dwie dekady była wolna od izraelskiej okupacji? Albo na Zachodnim Brzegu, rządzonym przez Autonomię Palestyńską? Czy humanitarne jest przekształcanie bycia uchodźcą w zawód, z UNRWA jako posiadaczem franczyzy?

Czy ci, którzy zachęcają Hamas poprzez marsze poparcia dla niego, wiedzą, jaki procent Palestyńczyków reprezentuje i, co ważniejsze, czy ci, którzy go wspierają, również aprobują razzia z 7 października?

Administracja Bidena popełnia wielki błąd, po cichu czyniąc Hamas prawomocnym partnerem za pośrednictwem regionalnych sojuszników, tworząc w ten sposób iluzję, że takie razzia jak ta z 7 października nadal mogą dać sprawcom przynajmniej ciastko.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com