Archive | 2022/03/13

Jeśli sytuacja w Ukrainie się nie poprawi, to uchodźcy mogą stać się częścią naszego społeczeństwa

Ukraińscy uchodźcy w Medyce Fot. Monika Bryk


Jeśli sytuacja w Ukrainie się nie poprawi, to uchodźcy mogą stać się częścią naszego społeczeństwa

Michał Sutowski


W moim scenariuszu będziemy mieli znacząco więcej obywateli Ukrainy w Polsce – nawet więcej niż ten milion, który przed wojna już mieszkał w Polsce. Zakładam, że większość uciekinierów powróci, ale na pewno nie wszyscy. W efekcie za dwa-trzy lata będziemy krajem może 40-, ale nie np. 44-milionowym – mówi ekspertem do spraw migracji Maciej Duszczyk.

Michał Sutowski: Jak wielu uciekinierów przed wojną przyjedzie do Polski? Ilu z nich u nas zostanie?

Maciej Duszczyk: Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ważniejsze pytanie brzmi raczej, ilu możemy odpowiedzialnie przyjąć i dać im godne schronienie przez dłuższy czas. Gdybyśmy po prostu chcieli, jak teraz zapowiadają wojewodowie, gromadzić ich w różnych halach sportowych czy targowych, gdzie stoi łóżko polowe przy łóżku, to pewnie zmieściłoby się ich jeszcze sporo. Tylko nie wiemy, jak długo ludzie mogą wytrzymać w tych warunkach – tydzień? Miesiąc?

To co powinniśmy zrobić?

Państwo powinno odpowiedzialnie oszacować, ile ma do dyspozycji infrastruktury, w której te osoby mogłyby mieszkać przez co najmniej kilka miesięcy, a nie tylko nocować. Chodzi o hotele, pensjonaty, akademiki, różne ośrodki – umownie, Fundusz Wczasów Pracowniczych, ale też pustostany.

Prywatne?

Nie, publiczne. Prywatnej własności bym nie dotykał, bo to nam bardzo szybko zburzy akceptację społeczną dla przyjmowania tu Ukraińców. Ponadto własność prywatna musi być świętością. Musimy myśleć nie w krótkiej, lecz co najmniej średniej perspektywie – z myślą, że opiekujemy się nimi przez kilka-kilkanaście tygodni jako gośćmi, ale jeśli sytuacja w Ukrainie się nie poprawi, to oni mogą stać się częścią naszego społeczeństwa.

Co to konkretnie znaczy?

Mamy dziś do czynienia z rozdzielonymi rodzinami: przede wszystkim kobiety z dziećmi w Polsce oraz mężczyźni w Ukrainie. Nie dziś, nie jutro, ale z czasem oni zechcą się połączyć i nie wiemy, gdzie to nastąpi. W scenariuszu negatywnego dla Ukrainy finału tej wojny wielu tamtejszych mężczyzn przyjedzie do Polski. Przy rozstrzygnięciu pozytywnym wiele kobiet wróci na Ukrainę, ale też przyjadą z powrotem ci mężczyźni, którzy tu dotąd pracowali, a teraz będą mieli ściągnięte już rodziny, które jakoś się zaaklimatyzowały. Krótko mówiąc, bardzo trudno wniknąć dziś w ludzkie głowy i przewidzieć, jak się zachowają. To zależy od sytuacji w Ukrainie, ale pewne scenariusze należy już opracowywać.

Trudno przewidywać, ale co pan prognozuje?

W moim scenariuszu będziemy mieli znacząco więcej obywateli Ukrainy w Polsce – nawet więcej niż ten milion, który przed wojną już mieszkał w Polsce. Zakładam, że większość uciekinierów powróci, ale na pewno nie wszyscy. W efekcie za dwa-trzy lata będziemy krajem może 40-, ale nie a przykład 44-milionowym.

W jednym z wywiadów mówił pan: nie róbmy z nich Polaków na siłę, czyli nie zakładajmy z góry, że mają tu zostać na stałe. Ale były w historii takie kraje, które udawały przez lata, że imigranci kiedyś wyjadą „do siebie”, nie prowadziły polityki integracyjnej. A to rodzi na przykład wykluczenie i różne problemy społeczne.

Musimy zakładać różne scenariusze wydarzeń. Ja proponuję, by na razie traktować ich jako gości, a więc takich przybyszów, którzy przy zmianie sytuacji w kraju wrócą do siebie, bo tam mają ulokowane swoje interesy życiowe. To jest przy imigracji kluczowe pojęcie – „interesy życiowe” znaczą tyle mniej więcej: „gdzie jest mój dom”.

I my nie wiemy, gdzie jest dom tego miliona ludzi, którzy tu przyjechali?

Nie mamy na to twardych badań i nie możemy mieć, bo jest po prostu za wcześnie. Intuicyjnie powiedziałbym, że większość tych Ukrainek z dziećmi wciąż widzi swój dom w Ukrainie, ale jak dołączą do nich mężowie i powiedzą: w Mariupolu nie ma już naszego bloku, a odbudowa państwa potrwa wiele lat; albo że reżim tam panujący nie daje perspektyw życiowych; albo wreszcie, że po prostu trwa tam ciągła wojna i terror – to mogą wspólnie przenieś te swoje „interesy życiowe” do Polski lub innych państw, w których się znajdą.

Ale co, zanim te decyzje zostaną podjęte?

Do końca tego roku szkolnego powinniśmy ukraińskie dzieci traktować jako gości, którzy z tak zwanych niezależnych przyczyn nie mogą realizować programu szkolnego w Ukrainie, więc trzeba się postarać, by mogły go realizować tutaj i nie tracić semestru. I do tego celu na kolejne miesiące trzeba przykroić nasz system wsparcia, oczywiście z pomocą nauczycielek czy pedagożek, których wśród uchodźczyń jest niemało.

Czyli uczą się jak w Ukrainie, tyle że w Polsce?

Uczą się matematyki czy fizyki po ukraińsku, w miarę możliwości innych swoich przedmiotów też – na pewno nie wpychałbym ich na polską historię czy język polski, choć powinny się go uczyć jako języka obcego. Mówię o tym z punktu widzenia naszych interesów: kluczowa dla Polski jest silna Ukraina, a jak ich zaczniemy mniej czy bardziej „polonizować” i jeszcze nam się uda, to ci ludzie nie wrócą do siebie i osłabią to państwo. Nie będzie komu budować demokratycznej, prozachodniej Ukrainy – to wszystko opieram na założeniu, że Ukraina w tej wojnie jakoś da sobie radę. Nie możemy jej wtedy osłabiać zasysając od niej kapitał ludzki.

Ale kto to miałby konkretnie zrobić? W polskich szkołach brakuje polskich nauczycieli, a co dopiero ukraińskich…

Możliwości są trzy. Pierwsza to filie szkół polskich prowadzone na terenie ośrodków recepcyjnych. Jeśli jest w nich, powiedzmy, trzydzieścioro dzieci, to organizuje się uczenie na miejscu. To będą pewnie po trzy roczniki w jednej klasie, niemniej w sytuacji kryzysowej, do czerwca, da się tym zarządzać realizując program ukraiński. Drugi pomysł, trudniejszy, to klasy zerowe przy istniejących szkołach polskich, kiedy nie da rady zorganizować nauki w ośrodku, oczywiście także z pomocą nauczycielek ukraińskich.

To jest w ogóle wykonalne kadrowo?

Nie wiemy jeszcze. Optymalnych warunków nauki nie da się szybko stworzyć, to pewne, ale może przy trzydziestoosobowych klasach, z jednym nauczycielem i jakąś doszkoloną asystą, to byłoby możliwe. No bo jest jeszcze trzeci model, dziś chyba preferowany, tyle że zarazem najdroższy i najtrudniejszy.

To znaczy?

Wprowadzamy dzieci ukraińskie do polskich klas. To się na samym początku, choćby za sprawą ciekawości i życzliwej atmosfery sprawdza – tyle że mam już sygnały, że rodzice do szkół dzwonią i pytają: a czemu nie przyjęliście mojego syna dwa miesiące temu, bo jest spoza regionu, za to przyjęliście Ukraińców?! A im więcej będzie takich sytuacji, tym zdolność do empatii będzie spadała, czego bardzo trzeba unikać, gdy zarządzamy kryzysem humanitarnym.

To wszystko opcje na teraz. A potem?

Jeśli w maju, w związku z sytuacją na wschodzie okaże się, że większość dzieci pójdzie do szkół od września, to trzeba będzie w czasie wakacji przygotować infrastrukturę, by do szkół wszedł mniej więcej dodatkowy rocznik dzieci. 350 tysięcy na całą Polskę to nie wydaje się strasznie dużo, ale w samej Warszawie to może być nawet 50 tysięcy. Łatwo nie będzie.

W ochronie zdrowia chyba jeszcze trudniej. Po pandemii stan zdrowia ludności to jakiś dramat.

Tutaj podstawową sprawą jest wystąpienie o pomoc solidarnościową do państw Unii Europejskiej. Skoro rząd nie jego gotów tego zrobić, to same miasta mogą: Warszawa może zwrócić się do miast partnerskich, jak Berlin czy Oslo, Kraków na przykład do Rzymu o przysłanie szpitali polowych z wyposażeniem i lekarzami, którzy mogliby tu zostać przez kilka miesięcy. Bez tego nie widzę możliwości, jak sobie poradzić z milionem osób więcej w systemie ochrony zdrowia.

A czemu rząd nie jest gotów?

Nie wiem, jedyne co mi przychodzi do głowy, to te same powody, dla których nie chciał Fronteksu na granicy białoruskiej. Nie chcą pokazać, że antyunijna narracja się załamała i że UE może się jednak do czegoś przydać, a wręcz jest niezbędna.

Unia może dać pieniądze, może nawet przysłać lekarzy – ale mieszkań nam nie przyśle.

Rozwiązaniem – choć raczej na 800 tysięcy uchodźców, ale nie 1,5 miliona czy więcej – są, znane choćby z Australii czy Kanady, to znaczy wspólnoty wsparcia. Chodzi o to, że jakieś społeczności, na przykład gminy biorą odpowiedzialność za konkretne osoby znajdujące się na ich terytorium. Kiedy ci ludzie już opuszczą rodziny, które w pierwszym okresie przyjęły ich pod swój dach, trzeba ich relokować. Ale nie mogą przecież miesiącami mieszkać jak szprotki w puszce – choć może część hal da się podzielić na jakieś boksy, dające minimum prywatności. Docelowo zatem powinni trafiać do mniejszych wspólnot.

Ale to jest znowu działanie oddolne i spontaniczne.

Trochę tak, ale na poziomie społeczności, a nie czysto prywatnym. W zależności od regionu, na południu Polski organizatorem mogą być parafie, na zachodzie organizacje pozarządowe, albo po prostu samorządy. Jakiś burmistrz czy wójt, albo inny lider społeczności zapowiada, że chcielibyśmy na przykład za miesiąc przyjąć pięć rodzin z Mariupola. Pokazuje ich zdjęcia, mówi, kto to jest, jak się nazywa. I że chodzi o to, byśmy zaopiekowali się nimi nie tylko doraźnie, „humanitarnie”, ale żeby tworzyli tę społeczność razem z nami: byli na rynku pracy, a ich dzieci chodziły do szkół.

To się da zrobić na większą skalę?

W ten sposób ogranicza się animozje, a relokacja dobrowolna sprawia, że tacy ludzie stają się „naszymi” uchodźcami, poznaje się ich bezpośrednio. Jak się ludzi włączy do pomocy – a pamiętajmy, że w wielu miejscowościach wciąż nikt na oczy uchodźcy nie widział, tylko w mediach – to będzie szansa na przyjęcie kilkuset tysięcy osób. Ale podkreślam, nie milionów.

Zanim o tym, co z milionami, to zapytam o finansowanie pomocy w obecnej formie. 1200 za przyjęcie rodziny to dobry pomysł?

Polskie rodziny spontanicznie przyjęły do siebie pod dach tysiące ludzi i kupiły w ten sposób rządowi czas. I za to powinny dostać choćby częściowe wyrównanie kosztów. Tyle że diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli podstawą do wypłat ma być jakaś enigmatyczna umowa z gminą, a ktoś przyjął do wolnego pokoju matkę z dwójką dzieci, to w ogóle nie pójdzie do urzędu, bo nawet nie wie, do czego ma się zobowiązać. Za to pójdzie tam cwaniaczek, który powie, że 20 osób przyjął i zbierze od jakichś Ukraińców podpisy na dowód. A potem skasuje pieniądze i odpali im jakieś ochłapy. Dlatego przepis w formie zapowiedzianej przez rząd stwarza pole do nadużyć.

To jak należałoby to przeprowadzić?

Wesprzeć rodziny kwotą rzędu kilkuset złotych niezależnie od tego, ile osób przyjęła. Nie symboliczną, ale taką która trochę zrekompensuje koszty, ale też nie pozwoli cwaniakom zarabiać. Jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że nie wiadomo, kto by miał kontrolować warunki mieszkaniowe, to wygląda na to, że szykujemy sobie biurokratyczny koszmar.

Lepiej dać uchodźcom pieniądze bezpośrednio?

Tak, pamiętajmy, że większość z nich posiada paszporty biometryczne. Należałoby im umożliwić założenie konta w banku bez czekania na PESEL lub przyspieszyć procedurę nadania tymczasowego PESEL-u na kilka miesięcy. I na takie konta bankowe można przelewać środki pomocowe, na zasadzie podobnej do 500+. Wtedy mogliby sami decydować, czy wykorzystać je na przykład na dołożenie się do mieszkania czy inne wydatki. Jakieś nadużycia zawsze będą, ale skala patologicznych praktyk na pewno będzie mniejsza niż przy płaceniu Polakom za udzielanie schronienia od osoby.

Rozumiem, że w ciągu kilku miesięcy trzeba ludzi mieszkających kątem u innych rozlokować albo do konkretnych wspólnot, albo umożliwić zamieszkanie w ośrodkach publicznych.

Tak, organizowanych przez państwo, choć z wykorzystaniem infrastruktury wskazanej na miejscu przez samorządy – bo pamiętajmy, że to wojewoda koordynuje takie działania i zarządza kryzysem. Musi też zapewnić odpowiednie środki na pokrycie kosztów.

Mówi pan, że ludzie udzielając schronienia u siebie, urządzając zbiórki czy wożąc ludzi spod granicy kupili rządowi czas na działanie. Ale czy takie pomysły, jak wynagrodzenia za schronienie w domach prywatnych nie znaczą, że rząd postanowił raczej podtrzymać ten stan? Tzn. prywatyzację pomocy?

Może to robić w krótkim okresie, ale entuzjazm za tydzień-dwa raczej opadnie, no i obywatele nie udźwigną całej pomocy finansowo. Nie mówiąc już o koordynacji działań.

Widać jakieś zmiany podejścia rządu w ostatnich dniach?

Na poziomie mikro – cóż, na warszawskim Dworcu Centralnym sytuacja trochę się poprawiła. Pojawiał się dodatkowy namiot, jest więcej policji czy WOT, ale ja w ogóle nie widzę systemowego myślenia. W zarządzaniu kryzysowym ujawniają się wszystkie wady Polski resortowej: mamy odrębne silosy instytucjonalne, za to nie ma miejsca, które spinałoby wszystkie ogniwa, podejmowało decyzję zgodnie z jakimś scenariuszem, który jest na bieżąco modyfikowany.

Państwo samo nie wie co robi?

Minister Czarnek wydaje rozporządzenie na temat liczby dzieci w klasach nie biorąc w ogóle pod uwagę, ile tych dzieci za chwilę może być. Jest tak szczegółowe, że ogranicza dyrektorów w elastycznym zarzadzaniu sytuacją. Potem jeden minister mówi, że szczepienia przeciw COVID będą wykonywane w dotychczasowych punktach, a drugi, że będą specjalne punkty w ośrodkach recepcyjnych. Jeden polityk mówi, że w Polsce nie ma ośrodków dla uchodźców, a potem wojewoda warszawski otwiera kolejne punkty w Nadarzynie i na Żeraniu. Nikt nad tym nie panuje, brakuje elementarnej spójności komunikacyjnej.

A czemu rząd nie chce ośrodków dla uchodźców? 

Bo jest zakładnikiem tego, co jego politycy mówią, nie zdając sobie sprawy ze skali wyzwania, z jakim się mierzy. My, to znaczy Polska rządzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, jesteśmy przecież fenomenem na miarę światową: najlepiej poradziliśmy sobie w pandemii, najlepiej radzimy sobie z odbudową gospodarki, mamy najniższe bezrobocie, najszybciej rosną nam wynagrodzenia, inflacja jest w pełni zależna od czynników zewnętrznych, a z uchodźcami poradzimy sobie bez dedykowanych im centrów pobytu tymczasowego. Chociaż z taką ich liczbą nikt sobie nie poradził bez jakiejś formy ośrodków tymczasowego pobytu.

A jak by miały wyglądać te ośrodki tymczasowego pobytu? I co to jest ten… „tymczas”?

Kilka, ale raczej 2-3 niż 9 miesięcy.

A co trzeba zrobić, żeby nie dochodziło w nich do sytuacji znanych z Europy Zachodniej i Południowej? Czy w polskich ośrodkach dla uchodźców z innych krajów?

Ryzyko wystąpienia różnych patologii byłoby dużo niższe niż np. w obozach w Turcji czy w dużej części w Libanie, bo tam wiele osób nie może ich w ogóle opuszczać, ze względu na nieustalony status, Nie mają dostępu do rynku pracy i edukacji, siedzą na kupie w jednym miejscu, często w złych warunkach i bez perspektyw. Tutaj wyglądałoby to zupełnie inaczej: umownie, dzieci wstają rano, myją zęby, jedzą kanapkę i idą do szkoły, a ich rodzice do jakiejś pracy. W takich warunkach – przede wszystkim dostępu do edukacji i pracy – funkcjonujemy normalnie, choć nasze interesy życiowe wciąż nie zostały przeniesione. To jest optymalne rozwiązanie na pierwsze kilka miesięcy, zanim się rozstrzygnie, co dalej.

Unijna regulacja z 4 marca nadaje uchodźcom z Ukrainy możliwość pracy przed najbliższy rok i prawo legalnego pobytu. Czy nawet, jeśli nie zakładamy, że oni tu zostaną na stałe, powinniśmy dążyć do tego, by jak najwięcej ich pracowało?

Szukanie pracy to jedna rzecz, ale za chwilę powinniśmy też uruchomić duże programy przekwalifikowań i szkoleń. Ponadto część z przybyłych osób – już to wiemy – pracuje zdalnie, więc trzeba wyposażyć ich miejsca pracy, tzn. komputer z internetem. Natomiast trzeba powiedzieć, że sprawa nie będzie prosta ze względu na niedopasowanie ich kwalifikacji do rynku pracy.

Na czym ono polega?

Mamy dziś w Polsce 137 tysięcy wolnych miejsc pracy, ale z nich około 100 tysięcy to budownictwo, przemysł, przetwórstwo, a zatem potrzebni są częściej mężczyźni o określonej charakterystyce i kwalifikacjach. Owszem, jest jeszcze sektor opiekuńczy, ale nie jest oczywiste, że kobiety będące w Polsce mają w nim doświadczenie – nasze stereotypy niekoniecznie się tu sprawdzą. Poza tym popyt na to będzie wynosił kilkanaście tysięcy miejsc pracy, a nie kilkaset tysięcy. A do tego wielu rodzin polskich – z polskim ładem, inflacją prowadzącą do ubożenia, sankcjami na Rosje – może nie być stać, by zapłacić za opiekę nad dziećmi czy osobami starszymi.

Unijne przepisy, dość korzystne dla ofiar tej wojny, mówią o prawach dla uciekinierów z Ukrainy. Polska przyjęła politykę otwartych drzwi, ale dla Ukraińców, ewentualnie ich małżonków, a to nie to samo. Skąd to rozróżnienie?

Nie rozumiem go, zwłaszcza, że większość cudzoziemców i tak wyjedzie do swych krajów – np. dość liczni w Ukrainie zagraniczni studenci. To jest dzielenie osób pod kątem narodowościowym uciekających przed rosyjskimi bombami. Polska powinna udzielać schronienia każdemu w tej sytuacji, bez względu na obywatelstwo.

Z wizytą w Warszawie był premier Kanady, Justin Trudeau. To może być istotny kierunek wyjazdów Ukraińców?

Trudeau zapowiedział, że będzie ich przyjmować, co jest zresztą zrozumiałe, bo tam ukraińska diaspora liczy 1,2 miliona ludzi w kraju, który ma mniej ludności niż Polska. Przy czym oni, jak wyjadą, to już raczej tam zostaną – to nie jest wyjazd do Niemiec, gdzie po paru godzinach busem czy pociągiem można być z powrotem w domu. Pytanie brzmi tylko, czy to nie będzie ze szkodą dla Ukrainy – kanadyjska polityka imigracyjna może prowadzić do drenażu mózgów, bo tam najchętniej przyjmuje się ludzi dobrze wykształconych.

Co trzeba w sprawie uchodźców zrobić bardzo pilnie, a się wciąż nie robi?

Po pierwsze, uruchomić system solidarnościowy w ramach Unii Europejskiej, a więc przynajmniej zebrać deklaracje państw co do liczby ludzi, których gotowe będą przyjąć po wyczerpaniu się naszych możliwości. A po drugie, prawdopodobnie musimy przygotowani na drugą falę migracyjną z Ukrainy.

Przecież pierwsza się nie skończyła.

Ale jeśli powtarzałyby się ataki na zachód Ukrainy, tak jak na przykład w ostatni piątek rano, to bardzo wielu uchodźców wewnętrznych którzy znaleźli schronienie koło Łucka, Iwano-Frankowska czy Lwowa, zacznie uciekać do nas. To są osoby, które nie chciały wyjeżdżać z kraju, bo np. nie mają żadnych kontaktów u nas czy na Zachodzie, mają rodziny na miejscu, itp. I dla nich musimy mieć zwolnione miejsca, bo na razie wszystko już jest zajęte. A nie możemy wywiesić kartki „wszystko zajęte” na przejściach granicznych.

Ale co to znaczy „zwolnione”?

Poprzez relokację tych, którymi się dotąd zaopiekowaliśmy do innych miejsc. W negatywnym scenariuszu napływu wielu milionów, Polska musi stać się gigantycznym punktem recepcyjnym dla całej Europy. Bo dwa, trzy, cztery miliony nowych ludzi długofalowo przekracza możliwości naszego państwa i społeczeństwa. Po prostu staniemy się błyskawicznie państwem dwunarodowościowym, a to będzie generowało różne resentymenty, nie tylko na podłożu ekonomicznym.


Maciej Duszczyk – profesor i wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspert ds. migracji.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Atak na jednostkę przy polskiej granicy. Rosja wysyła sygnał NATO

28.01.2022, ukraińscy żołnierze na ćwiczeniach z użyciem wyrzutni przeciwpancernych NLAW na poligonie w Jaworowie – tym samym, który w niedzielę rano zaatakowali Rosjanie (Fot. Pavlo Palamarchuk / AP Photo)


Atak na jednostkę przy polskiej granicy. Rosja wysyła sygnał NATO

Bartosz T. Wieliński


Na Międzynarodowe Centrum Pokoju i Bezpieczeństwa spadły dziś nad ranem rosyjskie rakiety. To w tym ośrodku ukraińscy żołnierze ćwiczyli z oddziałami NATO. Rosja w ten sposób wysyła Sojuszowi sygnał, by trzymał się z dala od jej wojny.

.

Plac apelowy ukraińskiego Centrum Pokoju (International Peacekeeping and Security Centre) w Jaworowie od polskiej granicy i od granicy NATO dzieli w linii prostej tylko 20 km. To ośrodek szkoleniowy ukraińskiej armii otoczony poligonem. Szkolą się tu jednostki powietrznodesantowe, pancerna, artyleria.

Co dokładnie zaatakowali Rosjanie przy polskiej granicy

Po aneksji przez Rosję Krymu i rozpoczęciu wojny w Donbasie w centrum pojawili się żołnierze NATO. Sojusz zaczął tu szkolić ukraińską armię. Tak powstała Połączona Wielonarodowa Grupa Szkoleniowa na Ukrainie. W jej skład wchodziło kilkuset instruktorów z USA, Kanady, Polski, Litwy, Danii, którzy przybywali na Ukrainę w trybie rotacyjnym. Przez kilka tygodni oddział szkolił ukraińską jednostkę, po czym wracała do baz, a na Ukrainę wysyłano kolejną grupę specjalistów.

Ukraińskie oddziały szkolenie pod okiem ekspertów NATO zaczynały na poziomie drużyn i kompanii. Nauka kończyła się na poligonie, gdzie w działaniu sprawdzano brygady i bataliony.

Od 2017 r. w Jaworowie działa centrum symulacyjne, w którym szkolą się ukraińscy oficerowie, a także dowódcy z Gruzji. Co roku NATO i ukraińska armia organizują też manewry Rapid Trident.

Centrum to jedyna tego typu placówka NATO poza Sojuszem, na dawnym obszarze ZSRR. Dla Rosji był to dowód, że NATO będzie się rozszerzać o Ukrainę. Sojusz przed akcesją np. Polski też szkolił polskich żołnierzy, by działali według natowskich standardów.

Czy wśród ofiar są instruktorzy NATO

W nocy Rosjanie wystrzelili w kierunku poligonu rakiety. Liczba użytych pocisków nie jest jasna, Reuters mówi nawet o 30. Ukraińskie władze początkowo zaprzeczały, by ktokolwiek zginął. Początkowo podawano, że śmierć poniosło od 9 do nawet 20 osób. Po 12 polskiego czasu władze obwodowe podają zaktualizowane dane o rosyjskim ostrzale. Według ich informacji zginęło tam 35 osób, 134 zostały ranne. Nie wiadomo, czy wśród nich byli instruktorzy NATO.

Rosja bombarduje Ukrainę pociskami balistycznymi i manewrującymi już 18. dzień. Zapasy tej precyzyjnej broni się kurczą, ukraińskie miasta są bombardowane niekierowanymi rakietami i zakazanymi przez konwencje bombami lotniczymi, które powodują olbrzymie zniszczenia i straty wśród ludności cywilnej.

Dlaczego na położony tuż przy granicy NATO międzynarodowy ośrodek, który w obecnym konflikcie nie odgrywa żadnej roli, odpalono aż 30 rakiet? Rosja w ten sposób wysłała NATO sygnał.

W sobotę wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow ostrzegł USA i inne państwa NATO, że wysyłane przez nie konwoje z zaopatrzeniem i uzbrojeniem dla ukraińskiej armii są „legalnymi celami” dla rosyjskich sił zbrojnych.

Konwoje – zawierające śmiercionośne pociski przeciwpancerne Javelin, NLAW oraz przeciwlotnicze Stingery i Pioruny – przekraczają granicę polsko-ukraińską i jadą na wschód przez obwód lwowski. To tam leży też ośrodek w Jaworowie.

Zachodnia broń pozwala Ukraińcom skutecznie się bronić, bardzo wzmacnia też ich morale. Dostarczane przez NATO wyrzutnie pocisków czy tureckie drony Bayraktar TB2 urosły do miana narodowego symbolu. Rosja, by przerwać te dostawy, jak zwykle próbuje zastraszyć NATO.

Wcześniej Putin groził odwetem za pomocą broni jądrowej, teraz grozi nalotami na konwoje. Żeby te groźby urealnić, odpala salwę rakiet w kierunku ośrodka szkoleniowego, z którego korzystali żołnierze NATO.

Gdyby scenariusz ataku na konwój miał jednak zostać zrealizowany, Rosja zamiast rakiet musiałaby użyć lotnictwa albo oddziału sił specjalnych. Tak daleko od frontu byłaby to skomplikowana i ryzykowna operacja. A trzeba tu wziąć pod uwagę liczbę strąconych przez Ukraińców samolotów, fakt, że Rosjanie ciągle nie panują nad przestrzenią powietrzną Ukrainy, a także straty, jakie poniosły rosyjskie jednostki powietrznodesantowe.

– Atak na linie zaopatrzenia krajów NATO wspierających Ukrainę byłby niebezpieczną eskalacją wojny – komentował w weekend sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ukraine Trusts in Israeli Mediation, Denies Bennett Advised Caving to Russia

Ukraine Trusts in Israeli Mediation, Denies Bennett Advised Caving to Russia

Reuters and Algemeiner Staff


Israeli Prime Minister Naftali Bennett attends a cabinet meeting in Jerusalem, November 21, 2021. Photo: Abir Sultan Pool via REUTERS

Ukraine voiced hope on Saturday for positive results from Israel‘s bid to broker peace with Russia, denying a media report that suggested Israeli Prime Minister Naftali Bennett had tried to nudge Kyiv into caving to Moscow’s demands.

Bennett, acting at Ukraine’s behest, held a three-hour Kremlin meeting with Russian President Vladimir Putin last Saturday. He has since spoken twice with Putin by phone and four times with Ukrainian President Volodymyr Zelenskiy, officials say.

“I believe (Bennett) can play an important role, because Israel is a country with a lot of history and parallels (to our situation), as well as having a large migration of Jews from Ukraine, Russia, and Belarus,” Zelenskiy said in a briefing.

Earlier on Saturday, a top Ukrainian adviser denied a report carried by Israel‘s Walla news, the Jerusalem Post and US news site Axios that had suggested, citing an unidentified Ukrainian official, that Bennett had urged Ukraine to give in to Russia.

Israel, “just as other conditional intermediary countries, does NOT offer Ukraine to agree to any demands of the Russian Federation,” the adviser, Mykhailo Podolyak, tweeted. “This is impossible for military & political reasons. On the contrary, Israel urges Russia to assess the events more adequately.”

A senior Israeli official, who requested anonymity due to the sensitivity of the matter, called the report “patently false.”

“At no point did Prime Minister Bennett advise President Zelenskiy to take a deal from Putin – because no such deal was offered to Israel for us to be able to do so,” the official said.

TALKS IN JERUSALEM?

Moscow has said little about Bennett’s mediation efforts. It has issued terms including that Ukraine recognize Crimea as Russian and Russian-backed breakaway areas as independent. Kyiv says it will not cede any territory.

One official briefed on the mediation, and who spoke to Reuters on condition of anonymity, envisaged a potential situation where the warring countries “put it (the recognition issue) on the side, perhaps for 10 or 15 years.”

As a possible precedent, the official cited the Soviet-Japanese peace pact of 1956 that left the status of disputed islands unresolved. It was not immediately clear if the remarks reflected wider thinking in Kyiv or Moscow.

Zelenskiy said he would be open to peace talks in Jerusalem, and anticipated Israel giving Ukraine security guarantees.

“I said to (Bennett) that at present it’s not constructive to hold meetings in Russia, Ukraine, or Belarus. These are not the places where we (the leaders of the involved countries) can agree to stop the war… Do I consider Israel, Jerusalem in particular, to be such a place? I think the answer is yes.”

The crisis diplomacy, coordinated with the United States, Germany and France, has been a high-wire act for Bennett.

He has left it to his foreign minister to condemn the Russian invasion in Israel‘s name. That, said another official, was meant to keep Putin’s door open to the Israeli prime minister.

“Power in Russia is pooled entirely around this one man. It’s highly personal. Israel has managed relations with Russia through leader-to-leader contacts, and that requires avoiding soundbites that might stir up ill will,” the official said.

Citing the time that Putin and Zelenskiy have invested in speaking to – and through – Bennett, a senior official in Israel‘s Foreign Ministry, Simona Halperin, said in a radio interview on Thursday the mediation efforts “certainly, certainly have a chance of succeeding”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com