Archive | 2015/06/24

Żyj bez kłamstwa

Żyj bez kłamstwa

Andrzej Koraszewski


Wie Pani, nigdy wcześniej ani później nie było tak gorącej sympatii Polaków do Żydów. Warszawski lud był rozradowany: „Nasi Żydzi dali w dupę ruskim Arabom”. Ludzie tańczyli na ulicach. Ten powszechny wybuch radości przeraził Władysława Gomułkę. To była niesamowita demonstracja niechęci i obrzydzenia do Związku Radzieckiego, który nas niewolił, a teraz podjął dzieło kontynuacji planów Hitlera i nagle jakimś cudownym sposobem radzieckie migi i radzieckie czołgi zaczęły zmieniać się w kupę złomu. Izraelski żołnierz uderzył w imperium zła. Izrael nie tylko reprezentował demokrację, w izraelskich mundurach wielu żołnierzy mówiło po polsku, ludzie poczuli się współudziałowcami tego sukcesu.

Czytając Pani tekst zastanawiałem się, w ile lat po tej wojnie przyszła Pani na świat? Zajrzałem nawet do Internetu i odszukałem Pani zdjęcie. Domyślam się, że dla Pani ta wojna jest równie odległa, jak dla mnie pierwsza wojna światowa.

Mój ojciec urodził się pięć lat przed tą wojną, w Stanach, powiat Nisko. Dziadek był nadleśniczym. W dzieciństwie słuchałem o Europie trzech cesarzy. Te opowieści wydawały mi się zupełnie nieprawdopodobne. Pierwsza wojna była dla mnie niezrozumiała, druga była dziwna inaczej, naznaczona zakazem mówienia o niej prawdy. Ojciec był majorem Armii Krajowej, do 1955 roku żyliśmy w wiecznym strachu, bo nigdy nie było wiadomo czy wróci do domu. Pod żadnym pozorem nie wolno mi było mówić w szkole tego, co słyszałem w domu. A zakazanych głosów o wojnie słyszałem wiele.

Znając tak dobrze rzeczywiste zakazane głosy o wojnie, szukałem w Pani artykule usprawiedliwienia dla tego tytułu. Nie znalazłem, albo nie zrozumiałem Pani przekazu. Ach tak, chodzi o film, w którym twierdzi się, że cenzura wojskowa czegoś zakazała. Podobno zna Pani Izrael. Czy na tyle, że wie Pani również, że nie da się tam niczego zakazać, nawet wystąpień w Knessecie, które w innym kraju byłyby podstawą procesu o zdradę stanu? Dalej pisze Pani już słowo zakazane w cudzysłowie. Chyba słusznie ostatecznie dowiedziała się Pani o tych „zakazanych” głosach z izraelskich, publicznie drukowanych źródeł.

Pracowałem w BBC, nie mieliśmy cenzury, mieliśmy instrukcje informujące, co wolno, a czego nie wolno. Najstarsi koledzy pracowali tam jeszcze podczas wojny. Czy wie Pani, że wtedy w studio podczas audycji siedział cenzor? Miał nawet specjalny przycisk i w każdej sekundzie mógł wyłączyć głos (za moich czasów były one nadal, używało się ich, kiedy dziennikarza przed mikrofonem łapał atak kaszlu).

Więc dziś w Izraelu wolno już mówić? Nareszcie, po tylu latach, mój boże. Powiada Pani, że w lipcu 1967 roku nie było szans na przekazanie społeczeństwu izraelskiemu prawdy o tym, że jakiś żołnierz izraelski współczuł egipskim więźniom (Cytuję tę rewelację za Pani tekstem: „Było mi ich żal, ale kiedy patrzyłem na tych biednych facetów, zastanawiałem się, jakby oni nas traktowali? To nie są istoty ludzkie”)?

Ten „zakazany” przez dziesięciolecia opis zwyczajnego ludzkiego odruchu izraelskiego żołnierza na widok upokorzonego wroga przypomniał mi inny opis, brata mojej matki, Zbigniewa Jasińskiego, jak szedł w kolumnie więźniów po Powstaniu Warszawskim. Konwojujący żołnierz Wehrmachtu, Ślązak, płakał. (To z artykułu w paryskiej „Kulturze” z lat 50., w kraju takie opisy wojny były wówczas rzeczywiście cenzurowane.)

Chciałbym się podzielić z Panią pewną informacją. Właśnie w Zurichu otwarto wystawę izraelskiej organizacji pozarządowej Breaking the Silence. Chyba po raz pierwszy tego rodzaju wydarzenie wywołało ostrą krytykę ze strony części szwajcarskich polityków. Dziesięciu parlamentarzystów wydało oświadczenie, w którym czytamy:

„Stanowczo potępiamy sponsorowanie tego publicznymi pieniędzmi poprzez Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwo Finansów i oczekujemy, że w przyszłości będzie się starannie badać projekty takich organizacji zanim zaczniemy wyrzucać pieniądze podatników.”

Autorzy oświadczenia piszą, że jest to dezinformacja i skandaliczne szerzenie politycznej nienawiści do żydowskiego państwa. Czy nie ma Pani wrażenia, że nie tyle zniesiono jakiś zakaz informowania o tym, co czuli izraelscy żołnierze, co raczej pojawił się popyt na dezinformację i propagandę nienawiści?

Pisze Pani, że Izrael umie wygrywać wojny, ale nie umie wygrywać pokoju. Ciekawa obserwacja. Prawie prawdziwa. Nie analizuje Pani przyczyn tej trudności wygrania pokoju, decyzji Ligi Arabskiej, ONZ, a w szczególności UNRWA, Arafata, a dziś Abbasa i Hamasu, jest tylko brzydki Izrael, który nie umie wygrywać pokoju. Nie wspomniała Pani również nigdy, ani jednym słowem, o europejskim finansowaniu izraelskich antyizraelskich NGO.

Kiedy wzrusza się Pani na filmie, warto jednak spojrzeć na jego produkcję od kuchni. Pisał o tym ciekawie Tuvia Tenenbom↗ w książce Allein unter Juden(dostępnej również po angielsku Catch the Jew „Złap Żyda”). Jego dziennikarstwo jest, żeby tak powiedzieć, mniej wegetariańskie, ma więcej mięsa. Autor przez sześć miesięcy podróżował po Izraelu i Autonomii Palestyńskiej jako Niemiec Tobi, rozmawiał również z reżyserami takich filmów dla łaknącej wzruszeń publiczności. Polecam.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że cały świat walczy dziś o to, żeby Izrael wygrał w końcu ten pokój, proponując, żeby mieszkańcy Izraela weszli wreszcie do tej stodoły i dali się podpalić. Kiedy starannie zakłamuje się rozmiary nieustającego zagrożenia, sprawa staje się odrobinę podejrzana. Oczywiście warto na to spojrzeć również od strony literackiej.

Wspomina Pani Amosa Oza. Pisarze są w naszym życiu ważni. Literatura kształtuje naszą wrażliwość. Uwielbiam Gabriela Garcíę Márqueza, fenomenalna proza. Politycznie był użytecznym idiotą, wiernym przyjacielem Castro, miłośnikiem Związku Radzieckiego. Nawet kiedy o tym wiemy, jego książki robią piorunujące wrażenie, podobnie jak „Głód” Knuta Hamsuna. Ani Márquez, ani Hamsun nie byli najemnikami, ich porwała idea. Mój ojciec mówił mi, że historia oszukuje wszystkich. To było w czasach, kiedy obserwowałem konflikt między Sartrem i Camusem. Dorastając w komunistycznej Polsce łatwiej było mi zrozumieć argumenty Camusa, albo o odrzuceniu wzniosłych idei Sartre’a zadecydowali ludzie, którzy byli moimi przewodnikami. Trudno powiedzieć.

Czy była już Pani na świecie w 1975 roku? Wtedy (a może rok później) czytałem „Żyj bez kłamstwa” Aleksandra Sołżenicyna. Pisarz był już na Zachodzie i wkrótce moja fascynacja tym nieprawdopodobnym świadkiem komunistycznego barbarzyństwa nieco osłabła, albo raczej uświadomiłem sobie, że ten świadek ma również skazy, ujawniły się jego sympatie do Franco, dość tępy rosyjski nacjonalizm i religijny bzik. Nadal ceniłem jego świadectwo, ale zrozumiałem o ile bliższy jest dla mnie Sacharow. Wtedy jednak, w 1975 z zapartym tchem czytałem słowa Sołżenicyna:

„… przemoc szybko się starzeje, po kilku latach traci pewność siebie, toteż aby się utrzymać, zachować czerstwość przynajmniej z wyglądu, sprzymierza się z Kłamstwem. Przemoc bowiem nie ma innej osłony prócz kłamstwa, kłamstwo zaś może się utrzymać jedynie dzięki przemocy”.

Czytaj dalej tu: Żyj bez kłamstwa


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Żydzi w Bangkoku

Żydzi w Bangkoku

Katarzyna Andersz


Siedziba Chabadu w Bangkoku /fot. Chidusz 2015

Siedziba Chabadu w Bangkoku /fot. Chidusz 2015

Za fasadą biurowca jakby żywcem wyjętego z Warszawy lat siedemdziesiątych kwitnie żydowskie życie. Kilkaset osób pojawia się tu co tydzień na szabat, działa sklep koszerny i restauracja. Obok za nie więcej niż 40 zł można zamówić godzinny masaż, kupić świeże kokosy i – hit sezonu – dziergane na szydełku prześwitujące bluzki. Dwa światy raczej się nie przenikają, a gdyby zapytać ulicznych sprzedawców, z siedzibą jakiej organizacji sąsiadują, prawdopodobnie nie mieliby pojęcia. W Bangkoku łatwo jest być Żydem, bo nikt nie wie, kim Żyd jest.

Pośród chaosu neonów, tabliczek i niezliczonej ilości kabli elektrycznych wiszących nad ulicami w mieście, hebrajskie szyldy nieszczególnie rzucają się w oczy. Ot, kolejny element azjatyckiego bałaganu: w kiczowatym wydaniu, wypłowiałym kolorze i obcym alfabecie. Niektóre tabliczki zapraszają na masaż w „prywatnym pokoju”, ale większość po prostu reklamuje pensjonaty czy restauracje. „Szoszana”, gdzie wstępuję na zimną colę, jest jednym z takich miejsc. Mały lokal w bocznej uliczce, niespecjalnie ładny ani przyciągający wzrok. Większość nakrytych ceratą stolików jest zajęta przez izraelskich turystów. Ci, którzy przyszli bez towarzyszy, szybko zagadywani są przez innych samotnych. Jak przystało na miejsce będące namiastką Izraela w Azji, rozmowy nie są kurtuazyjną wymianą kilku zdań na zasadzie „Byłem już tam, też musisz zobaczyć to i to”. Dziewczyna – na oko około trzydziestoletnia – właśnie oznajmia sąsiadowi ze stolika obok, że nie zamierza nigdy mieć dzieci. Pomstują trochę na politykę, debatują o religii – klimat żywcem wyjęty z izraelskiej ulicy. Śniada cera, izraelskie rysy i nieco protekcjonalny ton, którym mężczyzna siedzący przed lokalem, pod podświetloną tablicą ze zdjęciami falafli i humusu, zwraca się do tajskich kelnerów, wskazują na jego menadżerską pozycję. Ten akurat nie jest zbyt rozmowny, ale udaje mi się dowiedzieć, że sam w Tajlandii jest już 13 lat, a miejsce, którym rzeczywiście zarządza, istnieje od 1982 roku i przez pierwsze lata było własnością miejscowej rodziny, która zorientowała się, że przyjeżdżającym licznie do Bangkoku Izraelczykom można zaoferować ich rodzimą kuchnię i zrobić na tym niezły interes.

W 1982 roku, kiedy tajsko-izraelska „Szoszana” otworzyła się w sercu Bangkoku, chabadników w Tajlandii jeszcze nie było, a liczba Izraelczyków, zwłaszcza młodych dziewcząt i chłopców, spędzających tu wakacje po obowiązkowej służbie w armii, rosła z roku na roku. Wakacje w Tajlandii spowszechniały i stały się niemal obowiązkowym elementem odreagowania wojska. Chabad zauważył tę potrzebę i w 1992 roku wysłał tu z misją swojego pierwszego emisariusza. Wystarczy jeden spacer po centrum Bangkoku, żeby zorientować się, że Izraelczycy wciąż kochają wakacje w Tajlandii, a hebrajski – po tajskim – jest chyba najczęściej słyszanym w Bangkoku językiem.

Beit Chabad w założeniu miał służyć młodym ludziom przemierzającym Azję z samym tylko plecakiem, oferować pomoc w obcym kraju, posiłek w szabat, nocleg w razie konieczności. Religijność nie jest tu nachalna, choć oczywiście to ona stanowi o charakterze miejsca. W siedzibie Chabadu, zlokalizowanej niedaleko słynnej Khao San Road, gdzie muzyka płynąca z barów jest tak głośna, że zamiast rozmawiać, trzeba do siebie krzyczeć, widok dziewczyn w szortach czy młodych chłopców bez kip na głowach nikogo nie szokuje. W holu na pierwszym piętrze młodzi ludzie (choć starsi podróżni, zwłaszcza w czasie świąt, też się tu pojawiają) zalegają na kanapach, korzystają z komputerów, kręcą się bez celu. W biblioteczce ułożonych jest trochę książek religijnych, można znaleźć tu też przewodniki turystyczne czy poradniki motywacyjne, które zostawiają goście. Na małych biurowych stolikach stoją dwa telefony – jeden do rozmów lokalnych, drugi do połączeń z Izraelem, oba bezpłatne. Teraz, kiedy bez problemu można porozumieć się za pomocą internetu (w Beit Chabad jest oczywiście ogólnodostępna sieć wi-fi), nie są zbyt często wykorzystywane, ale jeszcze 10 lat temu, kiedy zachodnie wybrzeże Tajlandii zostało uderzone przez falę tsunami, a część Izraelczyków ewakuowano do Bangkoku, wielu rodzinom czekającym na wieści o swoich bliskich na pewno oszczędziły zbędnych nerwów. Wśród samych chabadników pojawiają się głosy, że niesienie pomocy w nagłych przypadkach nie powinno być głównym zadaniem emisariuszy, a czymś pobocznym do działalności religijnej. Jednak nawet ja, w dniu, w którym odwiedzam Beit Chabad, mam okazję się przekonać, że Chabad, przez siatkę kontaktów, którą stworzył, często jest bardzo skuteczny w niesieniu pomocy, której nie mogą udzielić pracownicy placówek dyplomatycznych.

bangkok-tajlandia-jews-in-bangkok-thailand-chabad-żydzi-w-azji-jewish-life-asia-chidusz-hidush-חידוש-chidush-02

Z rabinem Nechemią Wilhelmem, który opiekuje się synagogą Or Menachem w Beit Chabad, jestem umówiona na godzinę 20.00. Piętnastominutowe spóźnienie w ogóle mnie nie dziwi, tym bardziej, że przez Whatsapp’a uprzedził mnie, że nie pojawi się na czas. Mija 20.30, a rabina nadal nie ma. W końcu energicznym krokiem wchodzi do holu i zaczyna przepraszać.
– Słyszałaś, co się stało? – pyta, zakładając pewnie, że ktoś już poinformował mnie o powodzie jego spóźnienia.

Kiwam głową przecząco, bo o niczym nie mam pojęcia.
– Zatonął prom z Krabi na Puket, izraelska dziewczynka zginęła. Wybuchł pożar, wszyscy się uratowali, tylko nie ona. Poszła do toalety, chyba nie mogła się stamtąd wydostać.
Naszą krótką rozmowę wielokrotnie jeszcze będą przerywać telefony do rabina, który pracownikom izraelskiej ambasady będzie udzielał informacji o tym, gdzie teraz jest rodzina dziewczynki, czy rabin z Puket jest już w drodze, kiedy będzie można dokładnie ustalić, co się stało. W kolejnych dniach gazety publikują zdjęcia płonącego statku i informują, że dla dwunastoletniej dziewczynki – Shani Maril z Modiinu – wakacje w Tajlandii były wycieczką z okazji jej bat micwy. W jednym z oświadczeń wydrukowanych w gazecie rodzina Shani dziękuje pracownikom Chabadu za udzieloną pomoc.

bangkok-tajlandia-jews-in-bangkok-thailand-chabad-żydzi-w-azji-jewish-life-asia-chidusz-hidush-חידוש-chidush-03

Czytaj dalej to: Żydzi w Bangkoku


Miesięcznik społeczności żydowskiej “Chidusz” ukazuje się od października 2013 roku we Wrocławiu.

Wersję drukowaną miesięcznika można zaprenumerować on line, dostępna jest również w CIŻ Cafe przy ul. Włodkowica 9 we Wrocławiu.

Serwis www.chidusz.com publikuje najważniejsze artykuły z danego miesiąca drukowanej wersji “Chiduszu” stanowiąc tym samym jego wersję online.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Nagrobki jeleniogórzan na śmietniku

Nagrobki jeleniogórzan na śmietniku

Rafał Święcki


Nagrobki jeleniogórzan na śmietniku. Setki nagrobków i fragmentów grobowców pochodzących prawdopodobnie ze starych jeleniogórskich cmentarzy ewangelickich i żydowskich znaleziono na obrzeżach osiedla Zabobrze.

Zobacz tez tu: Setki nagrobków znalezione za hipermarketem

Nagrobki na śmietniku

 
Nagrobki na śmietniku

 

Nagrobki na śmietniku

Zobacz wiecej: Nagrobki jeleniogórzan na śmietniku


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com