Archive | 2015/06/13

Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze – historia ŻZW [3]

“Historia Żydowskiego Związku Wojskowego to wieloletnia historia przekłamań”[3]

is, PAP


Żydzi w Marszy Żywych upamiętniają swoich przodków, którzy zginęli w Auschwitz (fot. PAP/Andrzej Grygiel)

Żydzi w Marszy Żywych upamiętniają swoich przodków, którzy zginęli w Auschwitz (fot. PAP/Andrzej Grygiel)

Historią Żydowskiego Związku Wojskowego, którego żołnierze walczyli w powstaniu w warszawskim getcie, manipulowali zarówno politycy jak i zwykli hochsztaplerzy. – Doszło do tego, że za przywódcę ŻZW uważa się Mieczysława Apfelbauma, postać fikcyjną – mówi historyk Dariusz Libionka

Osoba Mieczysława Apfelbauma, patrona jednego z warszawskich skwerów, rzekomego komendanta Żydowskiego Związku Wojskowego, została wymyślona przez dwójkę sprytnych hochsztaplerów, którym dali wiarę poważni historycy – dowodzą Dariusz Libionka i Laurence Weinbaum w niedawno opublikowanej książce “Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze – wokół Żydowskiego Związku Wojskowego”. -Sprawa Apfelbauma to jednak tylko jedno z licznych przekłamań, które przez lata narosły wokół tej organizacji – mówił Libionka.

Żydowski Związek Wojskowy (ŻZW) był jedną z dwóch, obok Żydowskiej Organizacji Bojowej, formacji bojowych warszawskiego getta. Związany był z przedwojennym żydowskim ruchem narodowym, Betarem. Członkowie lewicowego ŻOB-u np. Marek Edelman określali ich jako “żydowskich faszystów”, co było pierwszą z wielu manipulacji, jakich dokonano na historii ŻZW. O działalności tej formacji wiemy bardzo niewiele, ponieważ prawie nikt z jego żołnierzy nie przeżył okupacji. Ta okoliczność ułatwiła po wojnie działalność rozmaitym kłamcom i mitomanom, takim jak Henryk Iwański i Tadeusz Bednarczyk, którzy twierdzili, że nie tylko dostarczali do getta broń, żywność i leki, ale również współorganizowali ŻZW i brali udział w powstaniu w getcie.

“Historia Iwańskiego to fałszywka”

Jedną z osób ze strony ŻZW, które rzekomo utrzymywały kontakt z Iwańskim i Bednarczykiem, reprezentującymi, jak twierdzili, Korpus Bezpieczeństwa (jedną z mniej znanych struktur polskiej konspiracji), miał być Mieczysław Apfelbaum, komendant ŻZW. Romantycznym akcentem opowieści Iwańskiego był pierścień z lwem, barankiem i gwiazdą, który służyć miał do kontaktów między grupą polskich konspiratorów a Apfelbaumem. Pierścień ten został przez Iwańskiego przekazany do Izraela i po dziś dzień przechowywany jest w Yad Vashem jak swego rodzaju relikwia.

– To fałszywka – podkreśla Libionka, który poddał opowieści Iwańskiego gruntownej analizie. Wszystkie one okazały się zmyślone w celu uzyskania sławy i przywilejów kombatanckich, choć znalazły chętnych słuchaczy wśród historyków. Historia Iwańskiego została poważnie potraktowana m.in. przez jeden z najlepszych znawców konspiracji warszawskiej, Tomasza Strzembosza, weszła też do tomu “Ten jest z Ojczyzny mojej” Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny.

– Materiały dotyczące Iwańskiego i Bednarczyka przechowywane w archiwum IPN oraz archiwum byłego ZBOWiD, rozstrzygają jednoznacznie, że nie byli oni tymi, za kogo się podawali. Ukazują one nie tylko żałosne epizody w ich peerelowskich biografiach. W wypełnionych własnoręcznie przez naszych bohaterów formularzach zgłoszeniowych do ZBOWiD nie znajdziemy żadnych informacji o współpracy z żydowskimi bojownikami, o ŻZW, czy wreszcie bohaterskich czynach w czasie powstania w getcie w kwietniu 1943 r. Odkryjemy natomiast nieudolne próby tworzenia wojennych biografii, najpierw na podstawie rzekomego udziału w powstaniu warszawskim, a później w powstaniu w getcie. Iwański nie był oficerem, nie należał do AK, nie brał udziału ani w jednym, ani w drugim powstaniu. Niewykluczone, że prowadził jakieś interesy z gettem, może nawet stykał się z jakimiś osobami z kręgu ŻZW, ale to wszystko – mówił Libionka.

Polskie podziemie obojętne powstaniu w getcie?

Powodzenie konfabulacji Iwańskiego nie jest, zdaniem Libionki, przypadkowe i pokazuje pewien aspekt stosunku Polaków do historii Holokaustu. – Stosunek polskiego podziemia do powstania w warszawskim getcie można określić jako obojętny i po wojnie Iwański znakomicie wyczuł koniunkturę, zapotrzebowanie na narrację o polsko-żydowskim braterstwie. Z jego opowieści wynikało, że osobiście dostarczył do getta więcej broni niż AL, GL, AK razem wzięte, pomagał Żydom za darmo, w walce u ich boku stracił dwóch synów, brata i ojca. Zaufanie, z jakim jego opowieści przyjęli historycy pokazuje, jak bardzo potrzebna była taka postać Polaka pomagającego bojowcom z getta. Do dziś dnia w większości słowników i opracowań przy haśle o ŻZW powtarzane jest nazwisko Iwańskiego i bzdury, jakie opowiadał – mówił Libionka.

Henryk Iwański zrobił ogromne wrażenie na Chai Lazar, izraelskiej dziennikarce, która w 1962 r. przyjechała do Warszawy szukać informacji o ŻZW. Uwierzyła w jego historię, opisała ją w książce, popularyzując w ten sposób jego postać. Konfabulacje Iwańskiego zaczęły żyć własnym życiem. W 1964 r. przyznano mu medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, odbierał go razem z Ireną Sendlerową i Władysławem Bartoszewskim. Bednarczyk również starał się o przyznanie mu medalu Sprawiedliwych, jednak bezskutecznie. Zajął się za to pisaniem książek i artykułów przedstawiających ogromną skalę pomocy udzielanej Żydom z warszawskiego getta przez Polaków, które publikował w kraju i za granicą.

Apfelbaum nigdy nie istniał?

Za właściwych przywódców ŻWZ, jak twierdzi Libionka, należy uznać Leona Rodala i Pawła Frenkla, co zgadza się z relacją Emmanuela Ringelbluma. Rodal (ur. 1913 w Kielcach), dziennikarz („Moment”, „Di Tat”), zginął prawdopodobnie 20 kwietnia 1943 r. Frenkel był przedwojennym działaczem Betaru w Warszawie, jak wynika z meldunków polskiego podziemia, zginął 19 czerwca 1943 r. w kamienicy przy Grzybowskiej 11. O postaci Mieczysława Apfelbauma inne źródła niż relacje Iwańskiego i Bednarczyka milczą. – Najprawdopodobniej taka osoba nigdy nie istniała. Została powołana do życia przez hochsztaplerów i blagierów, którzy wykorzystali luki w historii ŻZW dla własnych korzyści. Próbowali dodać sobie znaczenia i swoją role wyolbrzymiali. Trudno oprzeć się wrażeniu, że osoba i działalność Apfelbauma miały legitymizować bojowe zasługi członków samozwańczej “drużyny pierścienia”. Oni sami z kolei byli potrzebni dla dowiedzenia ogromu polskich zasług wobec Żydów. Taką rolę pełnią zresztą nadal. Historyczni przywódcy ŻZW jako żydowscy nacjonaliści zupełnie się do propagandowego wykorzystania nie nadają. Apfelbaumowi można natomiast przypisać polski patriotyzm i noszenie biało-amarantowej opaski – mówił Libionka. W 2004 roku prezydent Lech Kaczyński uczcił postać Mieczysława Apfelbauma nadaniem jego imienia jednemu ze skwerów na warszawskiej Woli.

Historia ŻZW nadal manipulowana

Libionka podkreśla, że historia Żydowskiego Związku Wojskowego nadal podlega manipulacjom – w ostatnich latach w polskiej prawicowej publicystyce pełnią oni rolę prawicowych Żydów, tych “dobrych”, w przeciwieństwie do lewicujących członków ŻOB. – W tych spekulacjach ginie prawdziwy sens wydarzeń sprzed 69 lat – samotnej walki Żydów z warszawskiego getta przeciwko nazistom – podsumowuje Libionka.

Książka “Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze” Dariusza Libionki i Laurence’a Weinbauma ukazała się nakładem Stowarzyszenia Centrum Badań nad Zagładą Żydów.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


wiosna w Jerozolimie 2015, co jest tutaj normalnością?

wiosna w Jerozolimie 2015, co jest tutaj normalnością?

Matti Friedman


Pewnego dnia przed świtem na początku zeszłego roku obserwowałem śmieciarkę zbierającą odpadki w południowej Jerozolimie. Ekipa ciężarówki była arabsko-żydowska, podobnie jak śmieci. „Każdy je te same ziemniaki”, powiedział mi jeden z kierowników. Spędzenie czasu na śmieciarce wydawało się dobrym sposobem na wyciągniecie wniosków, które umykają większości obserwatorów. Poniżej sławnego obrazu miasta, zawsze znajdującego się na krawędzi, niepostrzeżenie pojawiła się pewnego rodzaju zgodność. Opisałem tutaj ten poranek.

Kilka miesięcy później nastąpiły wydarzenia z lata 2014 roku: zamordowanie trzech żydowskich nastolatków i zamordowanie palestyńskiego nastolatka porwanego z jerozolimskiej ulicy, a potem syreny zwiastujące ataki rakietowe i coraz więcej ataków. Najgorszy wytrysk prześladowań i wandalizmu jakie miasto widziało lat. Pisałem o coraz większej palestyńskiej obecności w żydowskich rejonach, robieniu zakupów, podróżach tramwajem do pracy z domu – co zniknęło w ciągu nocy. Cząstki miasta skurczyły się i wycofały do swoich dziur. Niektórzy przewidywali nową intifadę.

Tak się jednak nie stało na zawsze. Sprawy powoli wróciły do normalności, o ile przy opisywaniu Jerozolimy w ogóle można mówić o normalności. Wydarzenia z lata i jesieni 2014 roku wstrząsnęły jerozolimczykami. Minione fale nienawiści, a zwłaszcza lata 2000-2004 znaczone atakami zamachowców-samobójców, były ohydne, ale bardzo niewiele z tych zamachów wykonali mieszkańcy Jerozolimy. Tym razem żydowscy nastolatkowie bijący Palestyńczyków w centrum miasta byli miejscowi. Palestyńscy mężczyźni celowo rozjeżdżający samochodami przechodniów (czekających na tramwaj) również pochodzili z Jerozolimy. Obecność tych ekstremizmów została obnażona na naszych ulicach.

W tej przemocy tkwił jakiś pierwiastek bliskości i intymności, co tylko czyniło ją jeszcze gorszą. W październiku Moataz Hidżazi (z jerozolimskiej dzielnicy Abu Tor) podszedł do Jehudy Glicka (ten ostatni działa na rzecz umożliwienia Żydom modlenia się na Wzgórzu Świątynnym). Glick stał wtedy na ulicy niedaleko mojego domu. Hidżazi wyjął pistolet i strzelił do Glicka cztery razy twierdząc, że Glick zagraża świętym miejscom dla islamu. Jednak najpierw odezwał się do niego po imieniu i przeprosił go [za to co zamierzał zrobić] po hebrajsku. To mogło wyglądać jak sprzeczka sąsiedzka.

Więc jak zatem dzisiaj widzimy Jerozolimę? Czy wszystko zmierza do integracji czy rozpadu? Jak dla kogoś kto całe swoje dorosłe życie tutaj – nie w mieście wielkich idei takich jak „wybawienie” albo „pokój”, ale w mieście supermarketów i przedszkoli – i jak dla kogoś kto ani myśli wyjeżdżać, to dusza Jerozolimy interesuje mnie nie tylko z dziennikarskiego obowiązku. Rozmawianie o przeciętnych mieszkańcach Jerozolimy często przypomina pogadanki na temat ludzi zatrudnionych w ogrodach zoologicznych. Nikt nie przyjeżdża do zoo, żeby ich oglądać. Oni zasłaniają widok na lamparty. Ale codzienne życie jest bardzo ważne, a społeczna chemia miejsca jest istotna. Od lata starałem się bardziej uważnie przyglądać prawdziwemu miastu zarówno z bańki mydlanej mojej codziennej rutyny, jak i spoza niej. Od zeszłego miesiąca przemierzyłem Jerozolimę od północy na południe, zastanawiając się co odnajdę.

Mieszkam w Talpiot, cichym żydowskim rejonie niskich budynków, drzewek cyprysowych oraz dzieci w pobliżu strefy lekkiego przemysłu w południowej Jerozolimie.

Na krańcach miasta znajduje się obóz uchodźców Szuafat, który jest przeciwieństwem mojej dzielnicy pod niemal każdym względem. Tam dominują chaotyczny ruch samochodowy, wyboiste drogi, śmieci, a czasem młodociany diler narkotyków. Dzielnica leży w granicach administracyjnych Jerozolimy na papierze, ale nie w praktyce. To zbyt niebezpieczne miejsce dla miejskich śmieciarzy albo policji. Kiedy dekadę temu wybudowano barierę bezpieczeństwa, żeby zatrzymać palestyńskich terrorystów, to te tereny zostały odcięte od miasta za pomocą betonowego muru i można się tam dostać poprzez punkt kontrolny.

„Jeśli ktoś ma pieniądze, to wyjeżdża”, mówi Dżamil Sanduka, ojciec czworga dzieci oraz zawodowy łowca węży, który pokazywał mi swoją okolicę. „Mamy dużo nielegalnej broni, narkotyków, śmieci i żadnych dróg, usług, i przyszłości dla naszych dzieci”.

Sanduka manewrował swoim samochodem poprzez dziewczynki (w mundurkach w formie tunik) wylewające się na drogę z podstawówki prowadzonej przez ONZ – tam nie ma chodników. Minęliśmy meczet Abu Obeide, znak zwiastujący Festiwal Kultury Al-Filastin, słodycze Tawfiq, salony telefonów komórkowych. Równie dobrze moglibyśmy być w Kairze. Nie było tam najmniejszego śladu Izraela, żadnego napisu po hebrajsku. Panowało całkowite bezprawie. Śmieci były palone na pustych działkach i przy murze. Po chwili było ciężko zobrazować sobie resztę miasta znajdującego się tuż obok.

Po wybudowaniu bariery bezpieczeństwa Urząd Miasta stracił kontrolę nad osiedlem, mówi Sanduka, razem z 80 tysiącami Palestyńczyków, którzy są zameldowani w Jerozolimie, a znaleźli się poza nią. Jerozolima liczy 830 tys. mieszkańców, a tylko lekko ponad 1/3 to Palestyńczycy. „Oni nie chcą tutaj zainwestować nawet jednego szekla”, powiedział.

Minęliśmy nową atrakcję: budynek, w którym Ibrahim al-Akari mieszkał ponad sklepem handlującym używanymi oponami. Dnia 5 listopada al-Akari wyjechał z domu swoim białym vanem, przekroczył punkt kontrolny [checkpoint] i pojechał drogą numer 1, która jest jedną z głównych arterii tranzytowych Jerozolimy. Al-Akari gwałtownie skręcił w grupę ludzi blisko przystanku tramwajowego zabijając w ten sposób nastolatka, oficera policji oraz 60-letniego mężczyznę zanim został zastrzelony przez innego policjanta. Wg jego rodziny do tego czynu popchnęło go oglądanie telewizji, która pokazała jak izraelska policja wkroczyła do meczetu Al Aksa w celu uspokojenia zamieszek. W jego oczach była to profanacja. Wściekł się.

Izolacja i zaniedbanie sprawiły, że mieszkańcy znaleźli się pod niesamowitą presją, tak powiedział Sanduka, kiedy mijaliśmy dom al-Akariego. On wierzy, że w obozie jest co najmniej 2000 nielegalnych sztuk broni, a sam obóz jest coraz bardziej zarządzany przez kryminalistów. Sanduka widzi coraz więcej poparcia dla Hamasu w ostatnich dniach, a na Facebooku widać coraz więcej sympatii dla Państwa Islamskiego. On rozmawiał ze mną doskonałą hebrajszczyzną. Dekadę temu, wykorzystując prawo przyznane Palestyńczykom ze wschodniej Jerozolimy, Sanduka stał się obywatelem Izraela. Coraz więcej mieszkańców idzie w jego ślady, co ułatwia im pracę i poruszanie się. Izraelskiego obywatelstwa nie można już odebrać – w przeciwieństwie do prawa pobytu w Jerozolimie (posiada je większość jerozolimskich Palestyńczyków).

Spytałem czy jego sąsiedzi skłaniają się bardziej w stronę Hamasu czy Izraela. Sanduka wzruszył ramionami i powiedział, że ciągnie ich tam i tam. On nie miał na myśli tego, że jedni wolą Hamas, a inni Izrael, ale to, że ludzi może pociągać Hamas i Izrael jednocześnie. We wschodniej Jerozolimie można wystąpić o izraelskie obywatelstwo, uczyć się języka hebrajskiego oraz przyjąć pogląd, że Izrael jest chwilowym złem i rdzą na czystości islamskiego świata, a także pokojowo współdziałać z Izraelczykami każdego dnia.

Zwykle opisuje się miasto w sposób dualistyczny – wschód/zachód, izraelskie/palestyńskie, pokój/wojna. To nie jest zbyt pomocne, a zrozumienie spraw wymaga posiadania sprzecznych poglądów w swojej głowie jednocześnie.

Na przykład w listopadzie, kiedy dwóch Palestyńczyków z osiedla Dżabel Mukaber zamordowało czterech modlących się w synagodze oraz [broniącego ich druzyjskiego] policjanta, to ranni trafili do szpitala, gdzie byli operowani przez palestyńskiego chirurga z tego samego osiedla co napastnicy. Jehuda Glick, który został postrzelony w imię [proroka] Mahometa, przeżył dzięki lekarzom, a jednym z nich był lekarz ze wschodniej Jerozolimy, który nosił takie samo imię jak prorok islamu.

Osiedle nieopodal mnie, Sur Bacher, cechuje się silną obecnością Hamasu oraz centrum dla społeczności lokalnej, które zostało ufundowane przez Izrael. Centrum zostało zainaugurowane podczas ceremonii, na której palestyńskie dzieci w kefijach na głowach tańczyły na scenie udekorowanej flagami Izraela. Niektórzy mieszkańcy starali się spalić to centrum. Inni natomiast zadzwonili po jerozolimską straż pożarną. Jednym z mieszkańców jest lider Hamasu. Inny mieszkaniec, pobożny muzułmanin, kończy doktorat na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie poświęcony gramatyce języka hebrajskiego z czasów średniowiecznego żydowskiego mędrca Saadii Gaona.

Innymi słowy miasto jest skomplikowane. Ibrahim al-Akari dowiedziałby się tego, gdyby żył wystarczająco długo, by poznać tożsamość swoich ofiar. Z trzech zamordowanych przez niego ludzi tylko jedna osoba, nastolatek, była Żydem. Policjant był Druzem. A 60-latek był takim samym Palestyńczykiem jak on.

Jerozolimczycy są już tak przyzwyczajeni do osobliwych „kodów” miasta, że tylko niewielu z nas jeszcze je zauważa. Palestyńscy mieszkańcy jeżdżą pracować do Żydów, ale do żydowskich restauracji już nie chodzą. Żydzi nie wjeżdżają na tereny zamieszkane przez Arabów nawet żeby skrócić sobie drogę, ale Palestyńczycy podróżują miejskimi autobusami koloru zielonego, a wielu z kierowców tych autobusów to Palestyńczycy. Ale Żydzi nie podróżują biało-niebieskimi autobusami ze wschodniej Jerozolimy, które kursują po arabskich dzielnicach Jerozolimy i Zachodnim Brzegu. Na przykład z mojego domu w południowej Jerozolimie nie ma autobusu na Stare Miasto, więc trudno się tam dostać. Jest wiele wschodnio-jerozolimskich autobusów, które tam jeżdżą co parę minut i nie mam wątpliwości, że dojechałbym na Stare Miasto bez incydentu, ale nigdy tego nie robię.

egg bus
Czytaj dalej tu: wiosna w Jerozolimie 2015…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Ringelbluma róg Korczaka [Z Jerozolimy]

Ringelbluma róg Korczaka [Z Jerozolimy]

Karolina Szymaniak


ringelblum_z Jerozolimy_IKONKA

Jerozolima to miasto, gdzie w szczególnym sposób spotykają się Historia i historie. I które sporo potrafi powiedzieć o naszej pamięci. Nawet tam Emanuel Ringelblum, bez którego nie wiedzielibyśmy tak wiele o Zagładzie, staje się A. Ringelblumem – patronem małej zaśmieconej uliczki.

 

 

For Joe, with thanks

Wybrałam się dzisiaj na spacer. Ciepły, już nabrzmiały słońcem, pachnący ziołami i kwiatami poranek. Wokół cisza. Taka cisza wolnego dnia – kiedy śpi się dłużej, samochodów niewiele, a z okolicznych tarasów dochodzi śniadaniowa krzątanina sąsiadów, uporczywy śpiew ptaków (budzących mnie tu codziennie już o czwartej), daleki szum klimatyzatorów wymieszany z bzyczeniem owadów.

Wystarczyło tylko zejść ze wzgórza, gdzie wśród eleganckich domów i cytrynowych ogrodów znajduje się i moje mieszkanie. Po zamknięciu furtki po prostu w dół po schodkach, by w dwie minuty trafić na róg Ringelbluma i Korczaka, w zupełnie inny świat.

Tabliczka z nazwą ulicy Emanuela Ringelbluma wisi smętnie wśród krzaków i śmieci, przyczepiona do drewnianego słupa. Gdzieś wśród tych krzaków schodki w dół – równie zaśmiecone, a dalej ścieżka, zasypana szkłem rozbitych butelek. Z maleńkiej synagogi tuż obok dochodziły dźwięki modlitwy. Stałam tak chwilę na tym dziwnym rogu, wpatrując się w trójjęzyczną niebieską tabliczkę, z której można się dowiedzieć (jeśli ktoś czyta po hebrajsku), że rzeczony Ringelblum to pisarz i historyk zamordowany w czasie Zagłady. I daty. Jakiś tam historyk zaplątany w uliczki Jerozolimy. Imię jego trudno rozszyfrować, więc w łacińskiej wersji napisu stał się on A. – Amosem? Adim? Akiwą? Amalem? – Ringeblumem (szukam imion, które mają ten sam inicjał, czyli zaczynają się na literę ajen).

Stałam tak na tym rogu, wsłuchując się w dochodzące z synagogi modlitwy i rozmyślałam o odległościach – między jednym ajen a drugim, między „e” a „a”, między Buczaczem a Jerozolimą, Jerozolimą a Warszawą. O losach snujących się gdzieś leniwie na miejskich peryferiach.

Puściłam się uliczką Ringelbluma w stronę Ledermana. Przy przystanku Lederman/Ringelblum znów chwilę myślałam o tych skracających się odległościach, o tych różnych kfices-haderech* i ulicznych konstelacjach. Krój czcionki zwany Chaim, którym zapisywane są m.in. nazwy przystanków w Izraelu (tu mamy: Chaim ściągły), zaprojektował Jan Levitta w Warszawie, przy Rejtana 16 (i tak to Rejtan też się zaplątał w losy jerozolimskich uliczek).

Później zeszłam do opustoszałego parku Ganim/Bostanija, czyli lokalnego niby jardin des plants. Staram się trzymać słowny fason, ale dopada mnie przejmująca melancholia pustego o poranku parku, gdzie co i rusz walają się porozbijane butelki i śmieci, a w oddali ktoś wybrał się na poranny jogging. Melancholia upiorniej pustej i brudnej ulicy Ringelbluma, na którą wracam po niemożebnie zaśmieconych schodkach, by zaraz skręcić w ulicę Korczaka.

Ulica Yanusha Korczaka w Jerozolimie ma dużo więcej szczęścia niż ulica Ringelbluma. Całkiem schludna i elegancka. Ma też bardziej okazałą synagogę (przysiadam na chwilę na jej dziedzińcu, wąchając zupełnie szaleńczo pachnące kwiaty i wsłuchując się w rytm modlitewnych śpiewów). I kończy się słonecznie, wpadając w ulicę Chile. Stamtąd prosto w górę można dostać się do słynnej dzielnicowej atrakcji – Ha-miflecet (zjeżdżalni w kształcie potwora). Właśnie skończył się jej remont i grupka dzieci pod okiem rodziców wesoło zjeżdża w piasek po czerwonych jęzorach zjeżdżalni.

Czasem wracając z biblioteki wysiadam na przystanku Potwór. Częściej jednak na przystanku Thon, którego nazwę w autobusie męski lub żeński głos odczytuje – niezależnie od linii – wyraźnie i dobitnie: Tahon. Jakub T(a)hon ze Lwowa. Mikroprzesunięcia w literze, dźwięku, przestrzeni i czasie. Ulice imion przesuniętych. Skręcam w lewo i eleganckimi, szerokimi, jasnymi od słońca schodami wracam w dół do siebie.

Mieszkam w połowie drogi między Tahona i A. Ringelbluma.

PS Ulica Ringelbluma w Jerozolimie znajduje się zaledwie 10 minut jazdy autobusem od Instytutu Jad Wa-szem [Yad Vashem], którego nazwa – Miejsce i Imię – nawiązuje do fragmentu z Księgi Izajasza (56,5): „dam [im] miejsce w moim domu i w moich murach oraz imię […] wieczyste i niezniszczalne”.

* kfices ha-derech – zjawisko i umiejętność pokonywania szybko ogromnych przestrzeni, znalezienia się w odległym miejscu za sprawą cudownych środków lub pomocników.
** Lead pochodzi od redakcji.


Karolina Szymaniak
literaturoznawczyni i tłumaczka, do 2015 r. redaktorka naczelna „Cwiszn. Żydowskiego kwartalnika o literaturze i sztuce”, adiunkt w Żydowskim Instytucie Historycznym im. Emanuela Ringelbluma, współpracowniczka Centrum Kultury Jidysz.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com