Postcard from Israel: Christmas in Nazareth
ISRAEL21
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Postcard from Israel: Christmas in Nazareth
ISRAEL21
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Oświadczenie rabinów na temat relacji z chrześcijaństwem Dokument o potencjalnie historycznym znaczeniu!opr. Paweł Jędrzejewski

Ortodoksyjni rabini z Izraela, Stanów Zjednoczonych i kilku państw europejskich opublikowali 3 grudnia 2015 roku Oświadczenie (“Wypełniać Wolę Naszego Ojca w Niebie: W stronę partnerstwa pomiędzy Żydami i chrześcijanami” -“To Do the Will of Our Father in Heaven: Toward a Partnership between Jews and Christians” ), w którym głoszą, że chrześcijaństwo jest „darem dla narodów” oraz wzywają Żydów i chrześcijan: „Dążymy do realizowania woli Naszego Ojca w Niebiosach poprzez podjęcie ręki wyciągniętej do nas przez naszych chrześcijańskich braci i siostry. Żydzi i chrześcijanie muszą pracować razem jako partnerzy, aby podjąć wyzwania moralne naszej epoki”.
„Teraz, kiedy Kościół Katolicki uznał wieczne przymierze między Bogiem, a Izraelem, my, Żydzi, możemy potwierdzić konstruktywną trwałość chrześcijaństwa, jako naszego partnera w odkupieniu świata, bez obaw, że zostanie to wykorzystane w celach misyjnych” – stwierdzają rabini.
Rabini piszą także:
“Uznajemy, że od Soboru Watykańskiego II oficjalne nauczanie Kościoła na temat judaizmu zmieniło się całkowicie i nieodwołalnie. Ogłoszenie Nostra Aetate pięćdziesiąt lat temu rozpoczęło proces pojednania między naszymi społecznościami. Nostra Aetate, a później oficjalne dokumenty kościelne, które ta deklaracja zainspirowała, jednoznacznie odrzucają wszelkie formy antysemityzmu, potwierdzają wieczne Przymierze pomiędzy Bogiem i narodem żydowskim, odrzucają oskarżenie o bogobójstwo i podkreślają wyjątkową relację między chrześcijanami i Żydami, którzy nazywani byli “naszymi starszymi braćmi” przez papieża Jana Pawła II i “naszymi ojcami w wierze” przez papieża Benedykta XVI. Na tej podstawie, katolicy i inni reprezentanci chrześcijaństwa podjęli uczciwy dialog z Żydami, który narastał w ostatnich pięćdziesięciu latach. Doceniamy potwierdzenie przez Kościół wyjątkowego miejsca Izraela w historii świętej i ostatecznego odkupienia świata. Dziś Żydzi doświadczyli szczerej miłości i szacunku wielu chrześcijan, które zostały wyrażone w licznych inicjatywach dialogu, spotkań i konferencji na całym świecie.”
„Tak jak uczynili to Majmonides i Jehuda Halevi, uznajemy, że chrześcijaństwo nie jest ani przypadkiem, ani błędem, ale rezultatem Bożej woli i darem dla narodów. Oddzielając judaizm i chrześcijaństwo, Bóg zechciał rozdzielenia między partnerami z istotnymi różnicami teologicznymi, a nie separacji między wrogami. Rabin Jakub Emden napisał, że “Jezus przyniósł podwójne dobro dla świata. Z jednej strony, wspaniale wzmocnił Torę Mojżesza … i żaden z naszych Mędrców nie wypowiadał się bardziej zdecydowanie w sprawie niezmienności Tory. Z drugiej strony, usunął idole z narodów i zobowiązał te narody w Siedmiu Przykazaniach Noego, że nie będą zachowywać się jak zwierzęta polne i zaszczepił w nie mocno przymioty moralne (…)”.
I dalej:
„Rabin Samson Raphael Hirsch nauczył nas, że chrześcijanie “przyjęli żydowską Biblię w postaci Starego Testamentu jako Księgę Objawienia Bożego. Wyznają oni swoją wiarę w Boga Nieba i Ziemi, jak ogłoszona jest w Biblii i uznają zwierzchność Bożej Opatrzności. “(…) Jak stwierdził Naczelny Rabinat Izraela w Dwustronnej Komisji ze Stolicą Apostolską, pod kierunkiem rabina Shear Yashuv Cohena: “nie jesteśmy już wrogami, ale decydowanie jednoznacznymi partnerami w wyrażaniu wartości moralnych niezbędnych dla przetrwania i dobrobytu ludzkości”. Żadne z nas może samotnie wypełnić w tym świecie misji [wyznaczonej przez] Boga.”
“W przeszłości stosunki między chrześcijanami a Żydami były często postrzegane przez opozycyjną relację pomiędzy Ezawem i Jakubem, ale już rabin Naftali Cwi Berliner (Netziv) rozumiał pod koniec XIX wieku, że Żydzi i chrześcijanie są przeznaczeni przez Boga, aby być kochającymi się nawzajem partnerami: “W przyszłości, gdy dzieci Ezawa będą pobudzone przez czystość ducha do uznania ludu Izraela i jego zalet, wówczas my także zostaniemy pobudzeni do uznania, że Ezaw jest naszym bratem.”
„My – Żydzi i chrześcijanie – mamy więcej tego, co wspólne, niż tego, co nas dzieli: etyczny monoteizm Abrahama; relację z Jedynym Stwórcą Nieba i Ziemi, która kocha i troszczy się o nas wszystkich; żydowskie Pismo Święte; wiarę w wiążącą tradycję; wartości życia, rodziny, współczucia i prawości, sprawiedliwości, niezbywalnej wolności, miłości powszechnej i ostatecznego pokoju na świecie.(…) Nasze partnerstwo w żaden sposób nie ogranicza bieżących różnic między dwiema społecznościami i dwiema religiami. Wierzymy, że Bóg zatrudnia wielu posłańców, aby objawić Swoją prawdę, gdy jednocześnie potwierdzamy podstawowe obowiązki etyczne, jakie wszyscy ludzie mają przed Bogiem, których judaizm zawsze nauczał poprzez uniwersalne przymierze Noego.
Naśladując Boga, Żydzi i chrześcijanie muszą zaproponować modele służby, bezwarunkowej miłości i świętości. Wszyscy jesteśmy stworzeni według Świętej Istoty Boga, a Żydzi i chrześcijanie pozostaną oddani Przymierzu poprzez wspólne odgrywanie aktywnej w odkupieniu świata.”
Dotychczas Oświadczenie podpisali następujący rabini:
Jehoshua Ahrens (Niemcy)
Marc Angel (USA)
Isak Asiel (Główny Rabin Serbii)
David Bigman (Izrael)
David Bollag (Szwajcaria)
David Brodman (Izrael)
Natan Lopez Cardozo (Izrael)
Yehudah Gilad (Izrael)
Alon Goshen-Gottstein (Izrael)
Irving Greenberg (USA)
Marc Raphael Guedj (Szwajcaria)
Eugene Korn (Izrael)
Daniel Landes (Izrael)
Steven Langnas (Niemcy)
Benjamin Lau (Izrael)
Simon Livson (Główny Rabin Finlandii)
Asher Lopatin (USA)
Shlomo Riskin (Izrael)
David Rosen (Izrael)
Naftali Rothenberg (Izrael)
Hanan Schlesinger (Izrael)
Daniel Sperber (Izrael)
Jeremiah Wohlberg (USA)
Alan Yuter (Izrael)
Herzl Hefter (Izrael)
David Jaffe (USA)
David Kalb (USA)
Shaya Kilimnick (USA)
Yehoshua Looks (Izrael)
Ariel Mayse (USA)
David Rose (UK)
Zvi Solomons (UK)
Yair Silverman (Izrael)
Daniel Raphael Silverstein (USA)
Lawrence Zierler (USA)
Pełny tekst Oświadczenia: http://cjcuc.com/site/2015/12/03/orthodox-rabbinic-statement-on-christianity/
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
The Great Maharsha Synagogue in Ostroh: Memory and Oblivion. Have we reached the point of no return?Dr. Sergey R. Kravtsov
Ruined Maharsha Synagogue in Ostroh, Ukraine, 2011. Photo © Sergey Kravtsov
The nine-bay layout, which symbolized the Twelve Tribes of Israel surrounding the Sanctuary, was a seminal architectural design for synagogues that emerged in eastern and then western Europe in the 17th century. As Sergey R. Kravtsov, of the Center for Jewish Art at Hebrew University, writes, it was applied to the Ashkenazi and Portuguese synagogues in Amsterdam – both of which today are wellknown and well preserved monuments, in the 1670s. Decades earlier, however, it formed the structure of the Great Maharsha Synagogue in Ostroh (Ostrog), now in Ukraine – a once glorious building whose fate has been quite different. In this article, Kravtsov describes the history of the Ostroh synagogue – and wonders about its future.
The Great Maharsha Synagogue in Ostroh: Memory and Oblivion. Have we reached the point of no return?
Sergey R. Kravtsov
The Jewish community of Ostroh, dating back to the fifteenth century, was one of the oldest and most affluent communities in Volhynia, then a province of the Polish-Lithuanian Commonwealth, and presently part of Ukraine. The community was home to outstanding rabbis and scholars, among them Shmuel Eliezer Ha-Levi Edels – Maharsha – who lived from1555 to1631. Its tragedy during Khmelnytsky’s uprising in the mid-17th century was described in Abyss of Despair by Natan Hanover, whose own father perished in Ostroh. This Jewish chronicle, a first-hand account of the devastation wrought by Khmelnytsky, describes the desecration of the Great Synagogue and its conversion into a stall. Centuries later, the building was damaged during the Holocaust and then used as a pharmacological warehouse under the Soviets.
Today it is a vulnerable ruin – but it also, nonetheless, remains a powerful place of Jewish history and memory, heritage and lore.
Indeed, like many other old synagogues, the Great Synagogue has its legends.
One recounts that Maharsha himself laid its cornerstone, and thus it bears his name. Another story says that the synagogue existed before Maharsha, and that he only added the women’s section. Yet another narrative, recorded by the ethnographical expedition of S. An-sky in 1913, holds that the synagogue was – already then ‒ 800 years old. A story reflected in a special scroll, the Megilat Tammuz of 1793, celebrates a miracle: that the synagogue was hit by Russian cannonballs with the whole congregation assembled inside, but the shots did not explode….
In fact, the synagogue was built after 1627, when an owner of the town issued a privilege prohibiting the erection of synagogues taller than churches, conducting Jewish burials during daytime, distilling spirits on Sundays, and selling beverages before the end of the Holiday mass.

Maharsha synagogue, Ostroh, pre-World War II. Photo: Yad Vashem
The synagogue design was novel: the spacious prayer hall had four interior columns and twelve perimeter pilasters, which support nine equal vaulted bays. Another, slightly earlier, synagogue of this type was the Great Suburban Synagogue in L’viv, built in 1624–32 and ruined during Holocaust. This synagogue shared some almost identical design forms with the Maharsha synagogue, namely the ground plan, the octagonal column shafts, and capitals so like each other that they eliminate any possibility of accidental similarity. This suggests that the same architect designed both synagogues, and this apparently was Giacomo Medleni (d. 1630), a L’viv guild master who subsequently also worked in Volhynia. The inverse (Doric over Corinthian) placement of the architectural order, the nine-bay scheme of the ground plan, and an addition of the slanting buttresses in the Ostroh synagogue suggest that the architect employed an imagery published in 1604 by the Jesuit theologian Juan Bautista Villalpando, which presented the Temple envisioned by prophet Ezekiel as a nine-bay compound adorned with a specific order featuring Doric elements over the Corinthianesque ones and retained by slanting buttresses.
The nine-bay layout, which symbolized the Twelve Tribes of Israel surrounding the Sanctuary, stipulated three large windows on each of four sides of the synagogue. In the eyes of believers, this concept was probably reinforced by the Kabalistic idea of the “upper synagogue” featuring twelve windows, a divine prototype existing in Heaven (Zohar II:251a). The synagogues of L’viv and Ostroh coined the scheme of twelve windows illuminating the prayer hall that would become a design found frequently in the Commonwealth.
This seminal design emerged in 1620s, years of messianic fervor preceding the catastrophic 1648 – the year of the Khmelnytsky uprising. In synagogues of western Europe, a similar design concept based on Villalpando’s imagery of the Temple was adopted only in 1670s. This was applied to the Great Ashkenazi and Portuguese synagogues of Amsterdam, both built in the early 1670s.
Each of these three synagogues, in Ostroh and in Amsterdam, has a spectacular historical record, an authentic built fabric, and elaborate and meaningful design, and each of them would serve as a pattern for synagogue architecture in coming centuries. All three are listed as a national heritage sites. They differ greatly, however, in their present condition and preservation perspectives.
In Amsterdam, both the Great Ashkenazi synagogue and the Portuguese synagogue remain famous and well preserved monuments of Jewish sacred architecture. Both major tourist attractions, they form part of the city’s well publicized “Jewish Cultural Quarter,” with the Ashkenazi synagogue one of four synagogues that house the Jewish Historical Museum there. The Portuguese Synagogue, or Esnoga, is still used for religious services but also serves as a venue for public cultural events and houses the important Ets Haim Jewish library.
In Ostroh it is quite a different story, thanks to different geography, different history, different economic possibilities, and different local attitudes to the heritage of the past.

Synagogue in Ostroh, 2011. Photo: Sergey Kravtsov © Center for Jewish Art
In recent decades, the pharmaceutical facility was removed from the Maharsha Synagogue, and its roof collapsed and also disappeared. The building is deteriorating rapidly, no longer protected from harsh winter weather. Descendants of Ostroh Jews who now reside in Israel came to an agreement with the regional authorities some years back to convert the ruined building into a museum, and the plan for its reconstruction was prepared. The Ukrainian side had even assembled timber for a new roof. The financial crisis of 2008, however, paralyzed all further efforts, and by now even the construction material that had been assembled has vanished.
What we have now is a synagogue, the Great Maharsha Synagogue, that – like those in Amsterdam ‒ fulfills all the criteria of being an internationally recognized built heritage asset. But it faces a far different fate. Though a concerted conservation effort is urgently needed, I’m afraid the reaction to the synagogue’s continuing decay does not go beyond airing increasingly dramatic photos by numerous visitors: we can watch its deterioration online.
Who knows? Maybe the European Union can somehow be called in to protect this monument, whose legends are so vivid and whose history is both so rich and so tragic! And maybe the descendants of Ostroh Jews can reassume their activity, working together with Ukrainian public bodies, authorities, and professionals. What can we do to get something done, to motivate action?
We’re not yet at the point of no return on this building, I just hope we don’t reach it before it’s too late.
Dr. Sergey R. Kravtsov is Senior Research Associate at the Center for Jewish Art, The Hebrew University of Jerusalem. He is the author of numerous articles and books about synagogue history and architecture.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Scandal in Ramallah: Australian Delegation Asks Why PA Names Streets After Murderers”JNi.Media
Bronwyn Bishop (L) quizzing the Palestinian Education Minister (R).
Photo Credit: Tweeter
A minister in the Palestinian Authority says an Australian-led delegation that included Minister for Industry, Innovation and Science Christopher Pyne, former Speaker of the House of Representatives Bronwyn Bishop, Labor MP Tim Watts and Human Rights Commissioner Tim Wilson came to Ramallah last Sunday bearing “false information” about the PA, and its members were “not well-educated,” several Australian media outlets reported this week. The delegation also included British MPs, apparently as “uneducated” as the rest of them.
Wilson tweeted that the group “quizzed” Palestinian Education Minister Dr. Sabri Saidam about a range of topics. “A curious meeting with the Palestinian Education Minister this morning, after meeting with their Prime Minister …” Wilson twitted, adding a picture of “Bronwyn Bishop quizzing the Palestinian Education Minister in a delegation led by Pyne.”
Saidam for his part said the meeting was “very explosive and very challenging” and said the group had asked “rude and blunt” questions. You go, Aussies…
Dr Saidam said the group repeatedly asked questions about Palestinians naming schools and venues after people who had killed Israeli civilians, to which he responded that “one man’s hero is another man’s terrorist.”
The honors to these “one man’s heroes” include, most recently, terrorist Muhannad Halabi who stabbed and murdered 2 Israelis, Rabbi Nehemiah Lavi and Aharon Bennett, and injured Bennett’s wife, Adele, and their 2-year-old son in the Old City of Jerusalem on Oct. 3, 2015. That hero has a street named after him in his home town of Surda-Abu Qash. And Dr Saidam’s own ministry of education has dozens of schools named after terrorists. Three schools are named after Dalal Mughrabi, who led a bus hijacking in 1978 in which 37 civilians were killed, 12 of them children. Three schools are named after Abu Jihad, who planned the 1978 bus hijacking that killed 37. Another three schools are named after Salah Khalaf, who planned the murder of 11 Israeli athletes at the Munich Olympics (Sept. 5, 1972), and the murder of two Americans in Sudan (March 1, 1973). So much heroism, so few schools to name.
Focusing on Pyne’s behavior at the meeting, Saidam quipped, “I thought the Minister of Innovation would come with innovative ideas, but instead he came with a list of complaints.”
Pyne’s office issued an official statement, saying, “Members of the delegation are responsible for their own comments and behavior. The Minister personally engaged in constructive discussions centered around understanding Palestinian attitudes to the peace project.”
Dr Saidam said he gave the group a “textbook on education” on Palestine and encouraged members to pose their same questions to the Israeli Government.
Wasn’t going to happen. The fact is, Pyne and the rest of the Australian and British delegation were visiting mainly to garner business opportunities in Tel Aviv, and the Ramallah visit was mostly out of politeness—according to reports. This is Minister Pyne’s seventh trip to Israel, and he used it to launch a new initiative called “landing pad’ to help Australian startups get a foot in the door of the Israeli tech industry. Just that last line should warm any Zionist’s heart, never mind the Ramallah brouhaha.
“I very diplomatically asked the Prime Minister and the Higher Education Minister questions which I thought would be useful for understanding the Palestinian attitudes to the peace process,” Mr Pyne told the Australian ABC, adding, “I didn’t quiz anyone.” But he was willing to admit that “other members of the dialogue were slightly more robust and could be accused of quizzing them.
Minister Pyne received a warm welcome at a lunch he hosted for business and tech executives at the Hilton in Tel Aviv (probably no shrimp on the barbie, though). And Pyne and Attorney-General George Brandis had a meeting with Prime Minister Benjamin Netanyahu that also went very well. “We had a 45-minute chat which was scheduled for 30 minutes so he was obviously happy to be talking to us,” Pyne told ABC. He added that after Malcolm Turnbull became Prime Minister, three months ago, “Mr. Netanyahu was one of the first people” he rang.
How can Ramallah beat that?
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Hanna. PożegnanieMary McCarthy
Czterdzieści lat temu, 4 grudnia 1975 r., zmarła Hanna Arendt, wybitna teoretyczka polityki, eseistka, autorka klasycznych dzieł na temat totalitaryzmu, Zagłady i demokracji. W rocznicę śmierci przypominamy wspomnienie pióra jej przyjaciółki, Mary McCarthy.

Jej ostatnia książka miała nosić tytuł „Życie umysłu” i była pomyślana jako zwieńczenie „Kondycji ludzkiej” (pierwotnie zatytułowanej „Vita Activa”), w której badała triadę pracy, wytwarzania i działania: człowieka jako animal laborans, homo faber i człowieka działającego publicznie. Postrzegała także życie umysłu czy vita contemplativa jako składające się z trzech elementów: myślenia, woli i sądzenia. Pierwsza część jej dzieła poświęcona myśleniu została ukończona jakiś czas temu. Drugą, o woli, ukończyła tuż przed śmiercią, zapewne z poczuciem ulgi, bo spośród tych trzech władz właśnie wola była jej zdaniem najtrudniej uchwytna. Trzecią część, poświęconą sądzeniu, miała gotową w formie szkicu i częściowo też napisaną; i choć literatura przedmiotu była skąpa (głównie Kant), nie spodziewała się tu wielkich trudności.
Mówię o „jej ostatniej książce” i tak też ona sama o niej myślała, jak o ostatnim zadaniu lub ukoronowaniu dorobku, jeśli tylko udałoby się jej ją ukończyć. Była to nie tylko kwestia opisania drugiego wymiaru ludzkich zdolności, ale pracy wykonywanej z zamiłowania do najwyższej i najmniej widocznej spośród nich – aktywności umysłu. Gdyby dożyła wydania książki (właściwie dwóch tomów), z pewnością nie przestałaby pisać, jako że jej natura była tak ekspresywna, jak refleksyjna, ale miałaby też poczucie, że jej prawdziwe dzieło zostało ukończone.
Dopełniłaby służby lub misji, do której została powołana na tym świecie. W tym sensie, jak sądzę, Hanna była osobą religijną. Słyszała głos podobny temu, jaki słyszeli prorocy, to wołanie, które usłyszał młody Samuel, ubrany w lniany efod, w domu arcykapłana Heliego. Można też na to spojrzeć z bardziej świeckiej perspektywy i uznać, że czuła się związana, zobowiązana, niczym jakąś umową, przez swoje szczególne uzdolnienia, dane jej przez naturę, a rozwinięte przez jej nauczycieli – Jaspersa i Heideggera – i tragicznie wzbogacone przez historię. Nie była to kwestia samospełnienia (ta idea byłaby dla Hanny śmieszna, jeśli nie obmierzła), a nakazu nałożonego na nas wszystkich, nie tylko tych utalentowanych, by podążać ścieżką, na którą rzucił nas przypadek i los, tak jak poeta wierny swojej muzie. Hanna nie wierzyła w wąsko rozumiane pojęcie czyjegoś „obowiązku” (może też z tego powodu napotkała na tak dużo kłopotów przy pisaniu fragmentu swojego dzieła o woli), ale była wrażliwa na poczucie wezwania, powołania, w tym powołania obywatela służącego życiu wspólnotowemu. Była także osobą bardzo prywatną i myślę (choć nigdy o tym nie rozmawiałyśmy), że „Życie umysłu” było pracą ofiarowaną pamięci Heinricha, rodzajem dopełnienia i uzupełnienia „ich” wspólnego życia.
Heinrich Bluecher, jej mąż i przyjaciel, był ostatnim z jej nauczycieli. Choć był tylko dziesięć lat od niej starszy, w ich intelektualnej relacji było coś ojcowskiego, pobłażliwego, po jego stronie, i uczniowskiego, gorliwego, szukającego aprobaty, po jej. Kiedy mówiła, patrzył na nią czule, przytakując, jak gdyby dobry los zesłał mu niebywale bystrą studentkę i prawdziwego prymusa, którym on sam, filozof w każdym sensie tego słowa, ze swoimi fajkami i cygarami, nigdy nie chciał zostać. Był z niej dumny i wiedział, że zajdzie daleko, sięgnie szczytów, które on dostrzegał na horyzoncie i spokojnie czekał, aż i ona je znajdzie.
Dla niej Heinrich była jak para szkieł korekcyjnych. Sama w pełni nie ufała swojemu wzrokowi, póki nie znalazła potwierdzenia u niego. Choć mieli bardzo podobne poglądy na większość spraw, on był znacznie bardziej „czystym” filozoficznym duchem, ona była bardziej przejęta vita activa polityki i wytwarzania – wyrabiania trwałych przedmiotów w formie artykułów i książek. Żadne nie było specjalnie zainteresowane biologiczną sferą animal laborans – domowym mozołem, konsumpcją dóbr. Oboje bardzo lubili młodych ludzi, sami nigdy nie mieli jednak dzieci. Kiedy on zmarł, jesienią 1970 r., dość niespodziewanie, choć nie tak nagle jak ona, Hanna została sama. Otoczona przez przyjaciół pozostała samotna ze swoimi myślami. A „Życie umysłu”, rozpoczęte w tych niewesołych czasach, zostało podjęte i pomyślane dla Heinricha Bleuchera (i jak zapewne miała nadzieję „wraz z” nim), nie tyle jako pomnik, ale coś w rodzaju tryptyku lub składanego panneau z tajemniczym testamentem ukrytym w środku. Tak przynajmniej sądzę, a jej nie mogę zapytać.
Mówiłam o ukoronowaniu dorobku, ale Hanna w ogóle nie była osobą ambitną (łączenie jej z „karierą” jest niedorzeczne). Jeśli można powiedzieć, że chciała sięgnąć po koronę, to tylko w sensie zdobycia szczytu, na który próbowała się wspiąć po to, by móc rozejrzeć się wokół jak eksplorator, pokonujący ostatnie etapy wspinaczki w samotności. Przed nią rozciągały się mroczne czasy, których doświadczyła jako Żydówka i uchodźczyni, i świadek rozłożonej w czasie klęski rewolucji socjalistycznej, współczesnych zagrożeń wiszących nad amerykańską republiką, w której – mimo rosnącego zniechęcenia – znalazła polityczne schronienie i oparcie dla towarzyszącej jej stale idei wolności oraz szczególnej mapy pojęć i poglądów, niektórych oddziedziczonych z długiej tradycji filozoficznej, innych – jej własnych odkryć, które widziane z wysoka, mogły przynajmniej pokazać nam, gdzie jesteśmy.
W sferze idei Hanna była konserwacjonistką. Była przeciwna pozbywaniu się czegokolwiek, co zostało kiedyś pomyślane. Na swój sposób była gorliwą zwolenniczą recyklingu, była przekonana, że można znaleźć użycie dla wszystkiego. Inaczej mówiąc, myśl była dla niej czymś w rodzaju gospodarowania, humanizowania dzikich obszarów doświadczenia – jak budowa domów, wyznaczanie ścieżek i dróg, regulowanie strumieni, budowanie wiatrochronów. Zadanie, jakie przypadło jej w udziale jako niezwykle utalentowanemu umysłowi i przedstawicielce pokoleń, pośród których żyła, polegało na systematycznym pomyśleniu każdego charakterystycznego dla jej czasów doświadczenia, takiego jak anomia, terror, nowoczesna wojna, obozy koncentracyjne, Auschwitz, inflacja, rewolucja, integracja w szkole, Pentagon Papers, przestrzeń kosmiczna, Watergate, papież Jan XXIII, przemoc, nieposłuszeństwo obywatelskie, a następnie, na skierowaniu myślenia do wewnątrz, skupieniu się na nim samym i jego własnych właściwościach.
Słowo „systematyczne” może wprowadzać w błąd. Pomimo swoich niemieckich przyzwyczajeń Hanna nie była filozofem systemowym. Raczej starała się dostrzegać systemy myśli, które już „istniały”, tkwiły we wnętrzu interakcji człowieka ze światem i ze sobą samym jako podmiotem. Rozróżnienia językowe, czynione od najstarszych czasów, w istocie od samych narodzin mowy, pomiędzy „tym” a „tamtym” (np. pracą a wytwarzaniem, publicznym a prywatnym, siłą, władzą a przemocą) ukazują człowieka jako kategoryzatora, „urodzonego”, można by powiedzieć, filozofa, dla którego umiejętność oddzielania lub starannego rozróżniania są bardziej naturalne niż umiejętność tworzenia całości. Jeśli dobrze ją rozumiałam, Hanna zawsze była bardziej za Wielością niż za Jednością (co może pomóc zrozumieć jej pełne zgrozy rozpoznanie totalitaryzmu jako nowego zjawiska w świecie). Jej celem nie było odnalezienie uniwersalnego klucza, a jeśli była osobą religijną, jej religia z pewnością była politeistyczna. Mnożące się rozróżnienia, jakie znajdujemy w jej dziele, rozgałęziające się w każdym możliwym kierunku jak młode pędy, bez wątpienia mają coś wspólnego z jej zamiłowaniem do scholastyki, ale są też świadectwem swego rodzaju typowej, przepełnionej podziwem skromności w obliczu bogactwa i osobliwości świata.
Nie chcę jednak zajmować się filozofią Hanny, chcę przypomnieć ją jako osobę z krwi i kości, promiennie ukazującą się, jak sama to nazywała, w świecie zjawisk, z którego już się wycofała. Była piękna, ponętna, uwodzicielska, kobieca, dlatego też użyłam słowa „Żydówka”. Ten staroświecki termin, odwołujący się do cór Syjonu, pasuje do niej tak, jak hiszpański szal z frędzlami. Przede wszystkim jej oczy tak lśniące i błyszczące, kiedy była szczęśliwa lub podekscytowana, ale także poważne, ciemne, wyniosłe i skryte. Było w niej coś niezgłębionego, co wydawało się tkwić w refleksyjnych głębiach tych oczu.
Miała małe, drobne ręce, urocze kostki, eleganckie stopy. Lubiła buty; przez wszystkie te lata, kiedy ją znałam, chyba tylko raz miała odciski. Jej nogi, stopy i kostki wyrażały szybkość, decyzję. Trzeba było ją zobaczyć na podeście podczas wykładu, żeby dostrzec, jak te stopy, łydki i kostki zdają się dotrzymywać kroku jej myśli. Kiedy mówiła, chodziła, czasem z rękami w kieszeniach, tak jak ktoś, kto spaceruje w samotności, medytując. Jeśli przepisy przeciwpożarowe tego nie zabraniały, paliła, przemierzając podium z papierosem w krótkiej fifce, zaciągając się od czasu do czasu, refleksyjnie, z głową do tyłu, jakby pochwycona przez jakąś nową, niespodziewaną ideę. Oglądanie, jak mówi do publiczności, było jak śledzenie ruchów umysłu uwidocznione w czynie i geście. Była perypatetykiem, czasem zatrzymywała się nagle przy pulpicie, marszczyła brwi, spoglądała w sufit, zagryzała wargi, w zamyśleniu chwytała ręką brodę. Jeśli czytała przemówienie, zawsze na marginesie wtrącała uwagi, jak przypisy, którymi usiane są jej teksty, z zastrzeżeniami i dodatkami.
Miała w sobie coś więcej niż tylko talent wielkiej aktorki. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam ją publicznie – prawie trzydzieści lat temu, podczas jakiejś debaty – pomyślałam sobie, jaka musiała być Sara Bernhardt lub Proustowska Berma, wspaniała diwa, co znaczy też bogini. Raczej bogini ziemi lub ognia niż powietrza, typ eteryczny i nieuchwytny. W przeciwieństwie do innych dobrych mówców Hanna w żadnym razie nie była oratorem. Jawiła się raczej jako mim, aktor odgrywający dramat umysłu, dialog ja-ze-sobą, o którym tak często pisze w swoich tekstach. Oglądając ją na katedrze, nie byliśmy dalecy od sakralnych źródeł teatru. To, co przedstawiała, to postać ludzka jako aktor i cierpiętnik w agonie świadomości i refleksji, gdzie zawsze jest dwoje, ten, który mówi, i ten, który odpowiada lub zadaje pytania.
Hanna nie miała jednak nic wspólnego z ekshibicjonizmem, nie mogła być dalsza od takiej postawy. Kalkulowanie wrażenia, jakie robiła, nigdy nie przeszło jej przez myśl. Zawsze, gdy miała mówić publicznie, odczuwała tremę, a później pytała tylko: „Czy poszło dobrze?” (nie można tego powiedzieć o jej zajęciach uniwersyteckich, gdzie czuła się swobodnie i wśród przyjaciół). I naturalnie nie grała żadnych ról w sferze prywatnej czy publicznej, mniej nawet niż wymaga tego normalna społeczna interakcja. Była niezdolna do udawania. Choć była dumna z tego, że jako Europejka umie kłamać w sytuacji, gdy niezdarni Amerykanie wyrywali się z prawdą, tak naprawdę było w tym trochę pychy. Odrobina próżności, którą miała w sobie, nie miała nic wspólnego z jej rzeczywistymi dokonaniami. Myślała, na przykład, że wie dużo o gotowaniu, ale to nie była prawda. Tak samo było z jej rzekomą umiejętnością kłamstwa. Przez cały czas trwania naszej przyjaźni nie pamiętam, bym kiedykolwiek usłyszała od niej jedno z tych białych kłamstw, jak tłumaczenie się chorobą lub wcześniejszym zobowiązaniem, by uniknąć jakiejś niewygodnej sytuacji towarzyskiej. Jeśli ktoś napisał coś, co uznawała za złe, po prostu o tym nie wspominała, w ten niezmienny sposób znacznie dobitniej wyrażając swoje zdanie.
To, co było teatralnego w Hannie, to pewien rodzaj spontanicznej zdolności do poddania się idei, emocji, przeczuciu, którego nośnikiem stało się jej ciało, jak u aktora. I ta zdolność przejęcia i poddania się, często z początkowym „ach” i rozszerzonymi oczami (przed obrazem, dziełem architektury, przykładem niegodziwości) odpychała ją od każdego z nas niczym silny ładunek elektryczny. I jej sprężyste, pełne życia, ciemne krótkie włosy, nigdy całkiem siwe, czasem pod wpływem samej siły tej energii zdawały się stać prosto na głowie.
Przypuszczam, że wszystko to było częścią niezwykłego fizycznego daru, który znajdując wyraz w rysach i gestach twarzy, stanowił o jej, jak pisałam, pięknie. Hanna była jedyną osobą, którą miała okazję widzieć, kiedy „myśli”. Leżała nieruchomo na sofie lub leżance, ramiona skrzyżowane za głową, oczy zamknięte, choć czasem otwierające się, by spojrzeć w górę. To trwało – nie wiem – od dziesięciu minut do pół godziny. Jeśli musieliśmy wejść do pokoju, w którym leżała, chodziliśmy na paluszkach, tak by nie zdała sobie sprawy z naszej obecności.
Była niecierpliwą i wspaniałomyślną kobietą, a cechy te szły w parze. Tak jak – w czasie przemówienia lub w eseju – wykładała wszystko na kuchenny stół, jakby nie mogła zachować na później choćby jednej rzeczy, o której wiedziała lub właśnie sobie przypomniała, nalegając, by gość częstował się orzechami, czekoladkami, kandyzowanym imbirem, herbatą, kawą, Campari, whisky, papierosami, ciastem, krakersami, owocami, serem, właściwie wszystkim na raz, bez oglądania się na jakąś przyjętą kolejność lub porę dnia. Tak jakby cała obfitość tego, co jadalne, wyłożone, w wielu przypadkach, w małych, jakby odświętnych naczyniach i pojemnikach, była rozgorączkowaną ofiarą przebłagalną dla wszystkich osobliwych bogów smaku. Ktoś powiedział, że Hanna był przysłowiową żydowską matką, ale to nieprawda. Nie było w tym poczucia, że cokolwiek z tej jej karmy jest dla nas dobre. Tak naprawdę było wręcz przeciwnie, z czego sama Hanna musiała w jakimś sensie zdawać sobie sprawę, ponieważ nie naciskała.
Miała szacunek dla prywatności, osobności czyjejś i swojej własnej. Często zatrzymywałam się u nich – u Heinricha i u niej – przy Riverside Drive, a wcześniej przy Morningside Drive, tak więc poznałam dobrze zwyczaje Hanny, np. co lubiła jeść na śniadanie. Gotowane jajko, w niektóre poranki, trochę szynki i wędliny, tost z pastą anchois, oczywiście kawa, pół grejpfruta lub świeży sok pomarańczowy, ale ten ostatni chyba tylko wtedy, kiedy ja, jako Amerykanka, byłam obecna. Po śmierci Heinricha zamieszkała u nas w Maine, gdzie mieliśmy dla niej osobne mieszkanie nad garażem, z kuchnią, którą specjalnie wyposażyłam. Hanna lubiła jeść śniadanie w samotności. Kupiłam rzeczy, które jak sądziłam, sama miałaby u siebie, aż po kawę rozpuszczalną (której normalnie nie kupuję), tak by nie musiała męczyć się z filtrami. Byłam dość z siebie zadowolona, kiedy w okolicznym sklepie udało mi się kupić pastę anchois. Kiedy popołudniem, w dniu jej przyjazdu, pokazałam jej w spiżarce, gdzie znajdzie wszystkie rzeczy, skrzywiła się na widok tubki pasty anchois, jak gdyby był to jakiś trudny do zrozumienia obcy przedmiot. „Co to?”, rzekła, „Ach”. Odłożyła tubkę na bok i zadumała się, jakby rozczarowana. Nie powiedziałyśmy nic więcej. Ale wiedziałam, że chcąc jej dogodzić, popełniłam błąd. Hanna nie chciała być „rozpoznana” w ten dziwnie skończony i niejako redukcyjny sposób. A ja zrobiłam to, żeby jej pokazać, że ją znam – znak miłości, choć nie zawsze – dowodząc w ten sposób, w ostatecznym rozrachunku, że nie znam jej wcale.
Jej oczy w trumnie były zamknięte, a włosy odgarnięte z czoła, choć „ona” sama nasuwała je do przodu, czasem bawiąc się lokiem w trakcie mówienia, trochę pewnie po to, by ukryć bliznę po ranie z wypadku samochodowego. Ale nawet wcześniej nigdy tak naprawdę nie odkrywała skroni. W trumnie powieki zasłaniały te niezgłębione oczy, a szlachetne czoło było zakończone pompadourem. To nie była już Hanna, a raczej beznamiętna maska pośmiertna jakiegoś XVIII-wiecznego filozofa. W zakładzie pogrzebowym nie odważyłam dotknąć się tego wielkiego nieznajomego. Tylko w miękkich, choć już nieco szorstkich zmarszczkach jej szyi, na której spoczywała ta publiczna głowa, znalazłam miejsce, by powiedzieć jej – do widzenia.
Przełożył Adam Puchejda.
Tekst został opublikowany po raz pierwszy w 1976 r. przez „The New York Review of Books”
Copyright © 1976 by Mary McCarthy
Mary McCarthy
(1912–1989) krytyczka i pisarka, współpracowniczka takich pism jak „The New Republic” i „The Partisan Review”; w swoim pisarstwie zajmowała się rolą i statusem kobiet we współczesnym społeczeństwie, była znana ze swej ostrej krytyki amerykańskich intelektualistów, pisała także o wojnie w Wietnamie i aferze Watergate. Przez wiele lat była jedną z najbliższych przyjaciółek Hanny Arendt.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com