Archive | January 2016

Kontrowersje wokół lektur obowiązkowych?

Kontrowersje wokół lektur obowiązkowych?

Richard Landes   tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Zdjęcie autorki książki usuniętej z listy lektur szkolnych
(z artykułu w londyńskim „Guardianie”)
Zdjęcie autorki książki usuniętej z listy lektur szkolnych (z artykułu w londyńskim „Guardianie”)

Od Redakcji:
W Izraelu wybuchła dyskusja ponieważ zdjęto z listy szkolnych lektur obowiązkowych książkę o gorącej miłości. Jak informował „Guardian: „Powieść o miłości między Żydówką i Palestyńczykiem została zdjęta z izraelskich lektur szkolnych, podobno w związku z niepokojem, że mogłaby zachęcać do małżeństw między Żydami i nie-Żydami. Odrzucenie wydanej w 2014 roku książki „Pogranicze” Dorit Rabinyan wywołało w Izraelu burzę, a krytycy oskarżają rząd o cenzurę.” Tyle londyński „Guardian”. Sprawa była obszernie komentowana przez wiele zachodnich gazet, co skłoniło Davida Landesa do poniższego artykułu.

Ta historia to klasyka:

  • „Haaretz” publikuje artykuł “dziennikarza”, który wypacza sprawę, by przedstawić Izrael w możliwie najgorszym świetle.
  • Ta brudna robota zostaje następnie podchwycona z zapałem przez prasę zachodnią, pisaną przez i dla ludzi, którzy najwyraźniej nigdy nie mają dość historii o złym Izraelu.
  • “Dobrzy”, “liberalni”, “antyrasistowscy” Żydzi uważają, że muszą zdystansować się od tego odrażającego zachowania izraelskiego rządu.

Tytuł artykułu w “Haaretz” [„Zakazując książki Izrael podtrzymuje czystość krwi” –M.K.] o czystości krwi jest groteskowy i podchwycili go nie tylko neonaziści („Stormfront”), ale inne gazety, które błędnie przetłumaczyły „obawa przed asymilacją” na „obawa przed mieszaniem krwi”. Autor, Alon Idan, ma charakterystyczny, pogardliwy ton dla tych wszystkich Izraelczyków, których nie lubi (nawiasem mówiąc znakomicie omówiony przez Edwarda Alexandra w Jews Against Themselves). Idan bierze na warsztat delikatny, trudny, głęboko osobisty temat i redukuje go do problemu rasy, jak gdyby nadzieje rodziców, że ich dzieci będą zawierały związki ze „swoimi” – z wszystkimi wymiarami kulturowymi, religijnymi i społecznymi tych nadziei – były w gruncie rzeczy wyrazem mrocznej nienawiści, która powtarza nazizm.

Izrael nie zakazał tej książki, jak to Haaretz z takim zapałem próbował czytelnikom wmówić, i co tak wielu, włącznie z Lyse Doucet, w mediach brytyjskich natychmiast i tendencyjnie powtarzało. Książkę po prostu zdjęto z listy szkolnych lektur obowiązkowych dla nastolatków. Książka jest nie tylko problematyczna dla niektórych Izraelczyków z powodu przedstawienia związku miłosnego (wielu izraelskich rodziców, żydowskich, chrześcijańskich i muzułmańskich, nie chce, by ich dzieci stykały się z tym problemem w tak młodym wieku), ale także dlatego, że przedstawia żołnierzy Izraelskiej Armii Obronnej (IDF) jako sadystycznych zbrodniarzy wojennych.

W kraju, w którym IDF podejmuje nieustanne wysiłki nie tylko, by uniknąć sadyzmu tak rozpowszechnionego wśród naszych sąsiadów, ale by podnieść troskę o ludność cywilną wroga do poziomów nieznanych w historii wojen, takie przedstawienie armii, niezależnie od wartości artystycznych książki, umniejsza prawdziwie szlachetnego ducha narodowego, szczególnie przez oskarżanie nas o rzeczy, jakie nasi sąsiedzi robią nieustannie. Jeśli chodzi o oskarżenie o rasizm, to Izrael jest – biorąc pod uwagę okoliczności – jednym z najmniej rasistowskich krajów na świecie (zobaczcie nasze szpitale, nasze uniwersytety). Naciąganie i wypaczanie tej sprawy, żeby rzucić na nas oskarżenia, ignorując równocześnie znacznie bardziej przerażające rzeczy, jakie robią nasi sąsiedzi, jest dość małostkowe, żeby to powiedzieć najłagodniej.

Niezależnie od tego, jaka jest literacka wartość tej książki, nie ma absolutnie żadnego powodu, by młodzież w szkołach publicznych miała obowiązek ją czytać. W rzeczywistości każdy porządny dziennikarz powinien zapytać: „Jakim cudem ktoś na wysokim stanowisku w ministerstwie edukacji wpadł na pomysł włączenia tej książki do listy obowiązkowych lektur szkolnych?” To raczej było skandalem.

W Ameryce pojawienie się na liście lektur obowiązkowych książki tak drażliwej natychmiast wywołałaby zastrzeżenia szerokiego wachlarza ludzi. W rzeczywistości, gdyby było to równie obraźliwe dla „postępowych” wartości, jak jest dla wartości izraelskich, żaden nauczyciel nie odważyłby się jej dotknąć, a przynajmniej nie bez licznych ostrzeżeń o naruszeniu bezpiecznej przestrzeni. A gdyby miała zdenerwować muzułmanów (proszę zauważyć, że para z książki nie jest prawdziwie grzeszna, jak byłaby przy niewiernym mężczyźnie + muzułmańskiej kobiecie, ale zaakceptowana i hierarchiczna: muzułmański mężczyzna + kobieta zimmi), wywołałaby krzyki Islamofobia!

Książka zdobyła w Izraelu nagrodę (podobnie jak praca argumentująca, że żołnierze IDF nie gwałcą kobiet palestyńskich, bo są rasistami) i każdy uczeń, który chce ją przeczytać, może kupić ją w dowolnej księgarni. Ale ci, którzy uważają jej treść za wysoce problematyczną, nie powinni być zmuszani do czytania jej, by zdać państwowy egzamin. Przynajmniej w tym wypadku chodzi o chronienie bezpiecznej przestrzeni naszych uczniów.

Ten incydent dobrze ilustruje pewną dynamikę:

  • sposób, w jaki prasa zachodnia ma obsesję na temat wydarzeń w Izraelu,
  • nienasycony apetyt na Zachodzie na zabójcze narracje o Izraelu (nieważne, jak fałszywe lub wypaczone) i
  • główną rolę, jaką odgrywa “Haaretz” w karmieniu tego głęboko niezdrowego apetytu.

Jeśli chodzi o Żydów, którzy potępiając Izrael wymachują swoim żydostwem [ang. ASHamed Jews – M.K.], przestraszonych, że ich liberalni i postępowi przyjaciele przyjmą tę wiadomość jako jeszcze jeden przykład izraelskiego rasistowsko-faszystowsko-kolonialnego imperializmu, może pora na walkę z taką niezdrową obsesją. Izrael, w swojej zabałaganionej ale tętniącej życiem demokracji, może nie zawsze dokonywać wyborów, których dokonałbyś ty, lub których chciałbyś, by dokonał Izrael (żeby udowodnić, jak bardzo jest postępowy), ale zamiast dołączyć do lemingów pędzących w przepaść, może tym razem zagrałbyś dobrego glinę i wyjaśnił, że zapał do oczerniania Izraela wydaje się co najmniej niestosowny. Tym bardziej, że ci, którzy tak łakną takich historii o nas, wykazują tak małe zainteresowanie znacznie bardziej niebezpiecznym i problematycznym zachowaniem naszych sąsiadów. Być może pomoże wam to zrozumieć świadomość, że dżihadyści strzelający na wasze terraces de café i podczas obchodów Bożego Narodzenia są częścią tego samego ruchu, który podżega młodzież do rzucania się na nas z nożami na ulicach.

Tym, którzy próbują zrozumieć lub wyjaśnić, dlaczego “Haaretz” i tak wielu innych profesjonalnie zajmujących się informacją, odgrywa tak aktywną rolę w tym trucicielskim dramacie, gorąco polecam książkę Edwarda Alexandra, Jews against themselves.


Richard Allen Landes

Amerykański historyk, wykładowca na Boston University, dyrektor bostońskiego Center for Millennial Studies. Autor szeregu książek o średniowieczu i ruchach apokaliptycznych. Obserwator konfliktu na Bliskim Wschodzie (to on ukuł pojęcie „Pallywood” na wyprodukowane ze statystami filmy mające być „dowodami” przeciwko Izraelowi). Jest również autorem dwuczęściowej druzgoczącej analizy tzw. „Raportu Goldstone’a”.
“Goldstone’s Gaza Report, Part I: A Failure of Intelligence “, Rubin Center, 2009.”Goldstone’s Gaza Report, Part II: A Miscarriage of Human Rights Rubin Center, 2009.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Palestyńczycy: Jesteśmy nowymi nazistami

Gatestone InstitutePalestyńczycy: Jesteśmy nowymi nazistami

Bassam Tawil   Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Przez lata uczyliśmy nasze społeczeństwo nienawiści nie tylko do Izraela, ale i do Żydów. Ta nienawiść do Żydów jest również zakotwiczona w karcie Hamasu. Dokonaliśmy tego przez podżeganie w meczetach, w mediach i w wystąpieniach polityków. Osiągnęliśmy dziś ten sam poziom nienawiści, jaki widzieliśmy w nazistowskich Niemczech – coś, o co kłamliwie oskarżamy Żydów – podczas gdy to nasze społeczeństwo uważa wystąpienie Żyda w palestyńskiej telewizji za “zdradę” i “zbrodnię”. W rzeczywistości to my jesteśmy nowymi nazistami.

Palestyńskiego dziennikarza telewizyjnego spotkała fala potępień i gróźb za to, że pokazał w swoim programie izraelskiego (żydowskiego) piosenkarza, niesłychanie popularnego wśród palestyńskiej młodzieży.

Te potępienia ujawniły obrzydliwą gębę antyizraelskiego ruchu Bojkotu, Dywestycji i Sankcji (BDS), którego sympatycy przeciwstawiają się wszelkim formom “normalizacji” stosunków między Palestyńczykami i Izraelczykami.

Aktywiści BDS domagają się ukarania ludzi, którzy dopuścili do pojawienia się piosenkarza Zviego Yehezkela w programie telewizyjnym w Ramallah. Ci “działacze” nie uważają, aby fakt, że izraelski piosenkarz występuje na rzecz pokoju miedzy Izraelem i Palestyńczykami, miał jakiekolwiek znaczenie.

To co ich boli, to fakt, że palestyńska stacja telewizyjna odważyła się zaprosić i przeprowadzić wywiad z Żydem. Aktywiści BDS nie byli w najmniejszym stopniu zażenowani obnażając swój antysemityzm, kiedy kipieli z oburzenia na fakt, że Yehezkel jest praktykującym żydem i nosi jarmułkę.

Patrząc na ich reakcje na ten wywiad, można wyłącznie dojść do wniosku, że członkowie ruchu BDS to głęboko przekonani antysemiccy rasiści, którzy nienawidzą Żydów za ich religię i wygląd.

Dziesiątki Palestyńczyków zabrało głos w mediach społecznościowych, żeby wyrzucić z siebie stek przekleństw pod adresem palestyńskiej stacji telewizyjnej i jej dziennikarzy, nazywając ich “zdrajcami”, szpiegami” “psami” i “świniami”.

Palestyńska artystka Faten Kabha napisała, że odwołuje swój planowany wywiad w programie tej stacji telewizyjnej “po tym jak ta stacja gościła żydowskiego syjonistę w samym sercu Ramallah”.

Palestyński Związek Dziennikarzy, organizacja zdominowana przez aktywistów Fatahu z Zachodniego Brzegu, podobnie jak i kilka innych grup zrzeszających aktywistów politycznych, dołączył do chóru potępiających pojawienie się żydowskiego piosenkarza w palestyńskim programie, ponadto bojownicy “antynormalizacji” skierowali również swoją krytykę na pięciogwiazdkowy Grand Park Hotel w Ramallah, za to, że udzielił żydowskiemu piosenkarzowi gościny.

Jeden z przywódców kampanii przeciw normalizacji, Fadi Arouri, zażądał, żeby kierownictwo hotelu odcięło się od tego programu telewizyjnego (który był nagrywany w jednej z jego sal) gdyż w przypadku odmowy, wszyscy się dowiedzą, że są zwolennikami “normalizacji” stosunków z Izraelem. Mogło by się wydawać, że to raczej on powinien obawiać się, iż przylgnie do niego nalepka rasisty.

Arouri, na swojej stronie Facebooka, chłostał Państwową Telewizję Palestyńską oraz kierownictwo hotelu za sprowadzenie żydowskiego piosenkarza do Ramallah. Zagroził wpisaniem hotelu na listę obrońców “normalizacji” stosunków z Izraelem pisząc: “Będziemy walczyć z wami w taki sam sposób w jaki walczymy z okupacją i jej instytucjami.”

Arouri i jego przyjaciele zarzucają gospodarzowi programu używanie podczas wywiadu z Yehezkelem, który mieszka w Aszkelonie, hebrajskich nazw miast izraelskich, mówiąc, że palestyński prezenter powinien używać arabskich nazw, a więc zamiast Aszkelon powinien mówić Majdal.

Żydowski piosenkarz ma szczęście, że Arouri i jego przyjaciele nie wiedzieli w rzeczywistym czasie o jego obecności w Ramallah, gdyż wówczas zaatakowaliby hotel i studio jak to mają w zwyczaju w ostatnich latach, rozbijając różne spotkania Izraelczyków i Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie, stosując taktykę terroru i zastraszania. Ci ludzie zachowują się w sposób nie zasługujący na żadne nagrody, a już w najmniejszym stopniu na własne państwo.

Przypominają oni raczej znanych z historii oprychów, których celem jest tyranizowanie innych, by zmusić ich do podporządkowania przez stosowanie gróźb i przemocy, by zastraszyć każdego, kto się z nimi nie zgadza. Jest ponurą rzeczywistością, że w naszym arabskim i muzułmańskim świecie mamy tego typu działań zdecydowanie zbyt wiele, jak często o tym mówi o tym patrzący w przyszłość prezydent Egiptu Abdel Fattah el-Sisi.


Palestyńscy aktywiści “anty-normalizacji” zakłócają nieoficjalną izraelsko-palestyńską konferencję pokojową w hotelu “Ambasador” w Jerozolimie (2014)

Te głośne protesty wobec pojawienia się żydowskiego piosenkarza w palestyńskiej telewizji są jeszcze jednym przypomnieniem tego, jak my, Palestyńczycy, zdołaliśmy zniechęcić do siebie Izraelczyków, nawet tych, którzy mają sympatię do naszej sprawy i wierzą w możliwość pokoju i koegzystencji.

Ta kampania w mediach społecznościowych przeciw piosenkarzowi występującemu w programie telewizyjnym jest jeszcze jednym dowodem nasilania się postaw rasistowskich w naszym społeczeństwie. Automatycznie odrzucamy każdego człowieka w jarmułce, zakładając, że to osadnik, który nienawidzi Arabów i muzułmanów. Jest żenujące czytanie wielu komentarzy zamieszczanych przez palestyńskich aktywistów na temat piosenkarza, religii i jarmułki.

Przy takich postawach jak moglibyśmy zawrzeć pokój z Izraelem? Jeśli pokazanie żydowskiego piosenkarza w telewizji wywołuje tak gwałtowny sprzeciw i krytykę, co będzie się działo jeśli któregoś dnia którykolwiek z przywódców palestyńskich zdecyduje się na podpisanie traktatu pokojowego z naszymi żydowskimi sąsiadami?

Jak wiele razy Palestyńczycy występowali w izraelskiej telewizji na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci? Czy ktokolwiek kiedykolwiek słyszał o jakichś protestach ze strony izraelskich Żydów? Izraelskie media przeprowadzały wywiady nawet z najgorszymi wrogami Izraela, włącznie z ludźmi, którzy dokonywali bezlitosnych aktów terroru wobec niewinnych Żydów, a jednak nigdy nie widzieliśmy tak oczywiście rasistowskich reakcji jak te, które widzimy po wywiadzie z żydowskim piosenkarzem.

Przez lata uczyliśmy nasze społeczeństwo nienawiści nie tylko do Izraela, ale i do Żydów, jest ta nienawiść również zakotwiczona w karcie Hamasu. Dokonaliśmy tego przez podżeganie w meczetach, w mediach i w wystąpieniach polityków. Osiągnęliśmy dziś ten sam poziom nienawiści, jaki widzieliśmy w nazistowskich Niemczech – coś, o co kłamliwie oskarżamy Żydów – podczas gdy to nasze społeczeństwo uważa wystąpienie Żyda w palestyńskiej telewizji za “zdradę” i “zbrodnię”. W rzeczywistości to my jesteśmy nowymi nazistami.

Ta sprawa żydowskiego piosenkarza pokazuje, że ruch BDS i banda aktywistów “antynormalizacji” to nic innego jak rasistowskie brunatne koszule pracujące na rzecz zniszczenia szansy na pokój i koegzystencję między Palestyńczykami i Izraelem. Histeryczna reakcja na telewizyjny wywiad z Yehezkelem dowodzi, że nasze społeczeństwo kontynuuje swój marsz na drodze do coraz głębszego ekstremizmu, rasizmu i nazizmu.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


6 Bad Habits the Jewish Left Should Avoid in 2016

6 Bad Habits the Jewish Left Should Avoid in 2016

Dahlia Scheindlin


For the Israeli left, 2015 was a terrible year. We lost elections again. Attacks on civil society and on minorities are multiplying. Political violence is escalating, and a political resolution to the Israeli-Palestinian conflict seems unimaginable. There is a Hebrew quip among the left that if we fail to replace the leaders, “we need to replace the people,” the electorate. That’s one approach. Another is to ask what that left has been doing wrong.

But paradoxically, self-criticism on the left is usually directed at the country, and only rarely directed at itself. From my perspective within left-wing politics, civil society and journalism, I have witnessed certain tendencies that I believe are morally and intellectually wrong — and self-defeating to boot.

Of course they do not characterize all left-leaning individuals all the time. But those who are committed to the same general set of goals should consider these things. And if you agree that they are wrong, in 2016 avoid them. Don’t:

1) Police language, thought or action.

There is a difference between advocating or persuading and forcing or controlling. This is my personal critique of some anti-normalization activity, which opposes Israeli-Palestinian cooperation because it supposedly does not advance an end to the occupation. There have been too many cases where threats and pressure are used to prevent such cooperation. In one 2015 example, an event around an initiative to end the occupation and advance open-border political resolution to the conflict was nearly canceled, and ultimately forced to move from the Palestinian town of Beit Jala, because Palestinian activists pressured and intimidated the Palestinian owners of the venue.

Left-wing principles hold that all individuals have the capacity to comprehend rational argument — and the right to act as they choose. If a person isn’t convinced about anti-normalization principles, maybe the argument just doesn’t hold up. Let the right traffic in thought control. If the left gets used to such methods, it won’t succeed in running a society if it finally gets the chance.

2) Generalize about groups we don’t like.

We reject racism and chauvinism, so stereotyping those we disagree with is simple hypocrisy. In Israel, left-wingers sometimes generalize terribly about religious people, the ultra-Orthodox, settlers, Russian immigrants, Mizrahim and probably others. Of course these groups are not monolithic. Not only is stereotyping arrogant, it also drives people away. It leaves us unable to identify potential allies, or to support the brave individuals bucking trends in their own communities. At a Jerusalem peace demonstration last October, I saw young religious women marching passionately against racism and for democracy. I know settlers who oppose the occupation. We should be expanding our ranks, not shutting these people out. Generalizing positively is no better. Making Palestinians into permanent victims or saints, excusing or ignoring bona fide terrorists, is dehumanizing to Palestinians and counterproductive for the left. That is related to the next problem.

3) Dismiss information we don’t like.

The left demands freedom of information; we can’t ignore what doesn’t suit us. The urgent need to counterbalance the mainstream Jewish bias in favor of Israel drives us to hammer home themes of occupation and Palestinian suffering. But downplaying Palestinian attacks on civilians, or incitement such as Hamas blessing the New Year’s Day shooting attack in Tel Aviv, is simply shutting out the truth. It is painful to acknowledge incitement, for example, because of Benjamin Netanyahu’s obsessive manipulation of this theme. But only when we acknowledge it will our analyses and arguments make sense. It won’t weaken our case; instead, it will rob opponents of easy victories.

4) Wax utopian.

There is no perfect solution to human violence and conflict. The right exploits every rocket or stabbing as an excuse to maintain the status quo, and we should be exposing that as fraud. But if the left oversells what a negotiated political resolution can achieve, the right can more easily tear it down. This is my conclusion from observing the collapse of the Oslo process following suicide bombings in the 1990s. Instead of promising “peace equals security,” which nobody can promise, the left can argue that inevitable incidental violence following a peace agreement will be more easily contained. “Final status” for each side means that such incidents no longer represent an existential threat to the state.

5) Always be right.

The right can be absolutist; the left should leave room for error. We can handle it, because we deal in dissent. “There’s a mighty judgment coming — but I might be wrong” is one of Leonard Cohen’s best lines. Humility is a true alternative to the models of power on the right.

6) Be cold or preachy.

The left is often accused of being rational and removed, lacking soul and therefore appeal. Perhaps that’s why the “economic benefits of peace” argument hasn’t much worked. Yet when the left does get emotional, it is often through moralizing and sometimes with exaggerated outrage. The right’s equation of emotion plus pride is effective; feeling plus preaching is a huge turn-off.

Can’t the left express the thrill of universalism and diversity, or the beauty of recognizing equal value of human life? Those emotions include compassion, confidence without insecurity, humility over hubris but without groveling, caring for our community without nationalism. Some left-wingers seem to distance themselves from anything positive about Israel, as if it taints their task of exposing what’s wrong. But appreciating, even loving, our own community and identity is not a weakness — it’s genuine and it’s human. It’s probably also good for the cause. The great American folk-and-protest singers Phil Ochs and Pete Seeger sang love songs to America even as they called out its injustices. “Here is a land full of power and glory, beauty that words cannot recall,” Ochs sang. “Yet she’s only as rich as the poorest of her poor. Only as free as the padlocked prison door. Only as strong as our love for this land….”

I think on this point, the question for the left boils down to whether or not we believe there is something worth saving in Israel. For my part, I will say: with some profound and probably painful changes, absolutely.

It may seem a strange time to do soul-searching on the left: 2015 ended with the terrifying Im Tirtzu video inciting against human rights workers; the advance of a bill designed to intimidate left-wing nongovernmental organizations; a wedding video showing religious extremists stabbing photos of the Palestinian baby burned to death, and Netanyahu continuing his stream of incitement against the Arab population of Israel, even blaming the whole community for the attack in Tel Aviv. Maybe this article sounds like victim blaming.

My response is that there has never been a more important time for the left to be effective, to be a home for everyone who is disgusted by these things, even if we don’t agree on every point. We can’t afford to lose one person to hubris — or to simple mistakes.


Dahlia Scheindlin is a public opinion expert and political consultant, and a regular writer at +972 Magazine. She holds a doctorate in political science and lives in Tel Aviv.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Żydzi, Palestyńczycy i różnica między nimi

Forum Żydów PolskichŻydzi, Palestyńczycy i różnica między nimi

Michael Freund Tłum. MAB


protesters
Left – wing protesters hold placards during a demonstration in Tel Aviv Photo By: REUTERS

Raz na jakiś czas w wiadomościach pojawia się informacja zawierająca samo sedno danego wydarzenia i relacjonująca materię tak fundamentalną, że wystarczy się z nią zapoznać, by zyskać całą niezbędną wiedzę na dany temat. Taką wiadomością były opublikowane w zeszłym miesiącu przez Palestyńskie Centrum Polityki i Badania Opinii wyniki sondażu przeprowadzonego wśród Palestyńczyków w Judei, Samarii i Gazie.

Raport z sondażu, z którym powinien zapoznać się każdy, kto uważa się za osobę dysponującą wiarygodnymi informacjami na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego, ukazuje bezdenną otchłań moralną dzielącą obie strony konfliktu. Nie pozostawia także żadnych wątpliwości, że konflikt, w który zaangażowany jest Izrael, jest ni mniej ni więcej tylko starciem sił dobra z siłami zła.

Sondaż, przeprowadzony przez dr Khalila Szihakiego na losowo wybranej grupie 1270 dorosłych Palestyńczyków, zdecydowanie przekreśla tezę, że jedynie niewielki procent naszych przeciwników popiera stosowanie przemocy i terroryzmu wobec niewinnych cywili. Liczby mówią same za siebie: aż 67 procent Palestyńczyków – dwie trzecie! – popiera ataki na Izraelczyków z użyciem noży.

Zastanówmy się nad tym przez chwilę. Z raportu wynika, że zdecydowana większość Palestyńczyków nie widzi absolutnie niczego złego w akcie użycia noża przeciwko innej istocie ludzkiej, o ile istota ta jest izraelskim Żydem, lub Żydówką. To nie akt moralnego tchórzostwa, to kolektywna deprawacja.

Oczywiście każde społeczeństwo ma swoich wyrzutków, którzy oddają się niemoralnym i destruktywnym działaniom. Jeśli jednak niemoralność staje się normą a prześladowanie niewinnych uważane jest za działanie społecznie akceptowalne, to jak moglibyśmy myśleć o życiu w pokoju ze społecznością wyznającą takie zasady?

Z raportu wynika również, że 60% Palestyńczyków popiera podjęcie zbrojnej intifady a 66% wierzy, że powstanie „posłużyłoby narodowej sprawie Palestyńczyków”.

Powyższe dane wskazują, w jak ogromnym stopniu rzeź i rozlew krwi stanowią w opinii społeczności palestyńskiej usankcjonowane narzędzia politycznej ekspresji.

Wśród Izraelczyków, szczególnie na lewicy, znajdują się tacy, którzy próbują szukać wytłumaczenia wyników sondaży twierdząc, że te ostatnie stanowią jedynie wyraz rosnącej frustracji części Palestyńczyków wobec porażki procesu pokojowego.

To jednak jedynie marne tłumaczenia oparte na błędnym rozumowaniu. W końcu, od kiedy czyjaś osobista, czy polityczna frustracja usprawiedliwia stosowanie przemocy? W obliczu burzy oskarżeń, jaka rozpętała się wobec Izraelczyków oskarżonych o spowodowanie śmierci palestyńskiej rodziny w Dumie za pomocą ładunku zapalającego, to pytanie nabiera dodatkowego znaczenia.

Jak bowiem by nie byli sfrustrowani polityką Izraela sprawcy ataku w Dumie, żaden izraelski przywódca ani większość opinii publicznej z pewnością nie próbowaliby racjonalizować ich działań, ani podejmować prób usprawiedliwienia ich tym, że sprawcami kierowało „poczucie irytacji”.

Po co zatem wymyślać powody, by „wytłumaczyć”, czy „zrozumieć” motywy kierujące Palestyńczykami, którzy odwołują się do przemocy? Faktem jest, ze w Izraelu istnieje szerokie spektrum organizacji, z których część domaga się zajęcia Judei, Samarii i Gazy, a znów inne żądają oddania tych terytoriów Arabom. Wśród Palestyńczyków nie znajdziemy jednak podobnej różnorodności.

Kiedy ostatnio sprawdzałem, nikt nie założył jeszcze stowarzyszeń „Przyjaciele Izraela w Gazie”, czy „Palestyńczycy dla Pokoju i Osadnictwa”. Podczas, gdy w Izraelu działa aktywna, liczna i dobrze słyszalna lewica, po stronie palestyńskiej nie ma odpowiadających jej organizacji dążących do porozumienia. Gdyby społeczeństwo palestyńskie, jak twierdzą niektórzy, rzeczywiście chciało pokoju, jego scena polityczna wyglądałaby zupełnie inaczej.

Kiedy ostatnio słyszeliście o palestyńskich organizacjach pomocowych oferujących wsparcie izraelskim ofiarom terroryzmu? Czy kiedykolwiek palestyńskie organizacje praw człowieka wywierały nacisk na władze, by te ustąpiły Izraelowi? Ilu palestyńskich duchownych wydało decyzje zakazujące ataków samobójczych? Wszyscy znamy odpowiedzi na te pytania.

Powszechne poparcie dla przemocy wśród Palestyńczyków i brak podobnego trendu w Izraelu nie jest przypadkiem. To świadectwo, wiele mówiące o naszych dwóch społecznościach, ich celach i wyznawanych przez nie wartościach.

W społeczeństwie Izraela także przytrafiają się zgniłe jabłka, ale w przypadku Palestyńczyków sondaże wskazują, że na straty należy spisać większość sadu. Na tym właśnie polega przytłaczająca dysproporcja moralna pomiędzy naszymi społecznościami.

Orginalny artykul Opinje/jpost.com/


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Sweden’s Foreign Minister Misunderstands International Law

Bloomberg ViewSweden’s Foreign Minister Misunderstands International Law

Noah Feldman


Now unwelcome in Israel./ Photographer: Timothy A. Clary/AFP/Getty Images
 <p>Now unwelcome in Israel.</p> <p> Photographer: Timothy A. Clary/AFP/Getty Images

One of Europe’s most liberal countries has joined the likes of Iran and Turkey in drawing the ire of Israel. Israel has officially let it be known that Swedish Foreign Minister Margot Wallström isn’t welcome in the country because of comments she made in December warning that Israel might be committing “extrajudicial executions” in connection with stabbing attempts by Palestinians against Israeli citizens.

Wallström defended herself in Sweden’s parliament this week, insisting that she “was making an argument based on principles of international law.” Her critics say she’s apologizing for terrorism and hiding behind the law.

This is more than the usual international diplomatic incident. Wallström’s response poses core questions about the nature and uses of international law itself: to what extent can it be applied to instantaneous events that take place in the course of policing? As a teacher of international law, I find Wallström’s interpretation at best confused, and at worst outright mistaken.

There are at least three distinct problems with her argument. First is the question of whether international law applies to the use of lethal force by police as part of an arrest.

States are indeed bound not to kill their citizens extrajudicially. That’s why, for example, a state-run death squad would count as an international legal violation.

But it’s not at all clear that use of force by police in the course of capturing someone committing a crime is included in the international legal prohibition. Put another way, on Wallström’s theory, the killing of Michael Brown in Ferguson, Missouri, wouldn’t simply be an issue for the state courts or the U.S. courts. It would be an issue for international criminal investigation. The same would be true for every case in the world where police used deadly force when attempting an arrest.

That would include the use of lethal force by police in Trollhättan, Sweden, against a man who killed three people at a school in October. He was armed with a sword, and police killed him with firearms. Yet Wallström has not, to my knowledge, called for an international criminal investigation of the response.

Assume, however, for the sake of argument that international law does apply to police use of lethal force.

That raises a second, substantially more serious problem with Wallström’s analysis: She has confused two areas of international law, mistaking the rules governing war with those governing domestic arrest.

Before the Swedish parliament, Wallström referred to “the right of self-defense and the importance of the principles of proportionality and distinction.” Proportionality and distinction belong to the body of international law governing the use of military force in wartime against combatants.

But these principles don’t apply to domestic police arrests of civilians committing violence, like the stabbers in Israel or the Trollhättan attacker.

According to Philip Alston, a former colleague of mine at New York University School of Law who has served as a special rapporteur on extrajudicial killings for the United Nations, the legal standard is that police “may only use intentional lethal force when it is clear an individual is about to kill someone and cannot be detained by other means.”

Notice that proportionality and distinction aren’t relevant here. This is especially important because Wallström went out of her way to emphasize that “21 Israelis and 100 Palestinians were killed in connection with knife attacks, acts of violence, demonstrations and clashes.” The numbers are legally irrelevant.

That also makes moral sense. Police making arrests aren’t morally or legally obligated to allow innocent people to die in order to balance the number of deaths of criminal attackers. Effective police are supposed to save the innocent and subdue the attackers, by lethal means if necessary.

Proportionality and distinction are relevant to military targeting where innocent civilians may be killed. But the only people being killed by police in an arrest are supposed to be criminals who must be stopped from committing murder.

Wallström’s legal error is thus also a moral error, reflected in her statement that Israelis and Palestinians “were killed in connection with knife attacks.” The Israelis in question were killed by Palestinians wielding knives. In so far as it’s possible to determine, the Palestinians in question were killed after they wielded the knives, attacking Israelis. There’s a crucial moral difference between the two kinds of “connection” to the knife attacks.

The third legal problem with Wallström’s analysis is that there have been no credible reports, to my knowledge, that Israeli police haven’t followed international use-of-force standards.

Under Israeli law, lethal force in an arrest must be an unavoidable necessity to prevent the frustration of the arrest, and the crime in progress must pose the threat of physical harm or death. In the words of the Israeli Supreme Court, “there must be a reasonable relationship between the degree of danger and the degree of force applied.”

This legal standard, which matches the international standard, appears to have been followed. No watchdog organization has provided evidence that Israeli police have been deviating from it.

In one instance in October, Israeli bystanders to a stabbing — not police — lynched an Eritrean national who was mistaken for a terrorist after the attack. Such spontaneous killings by civilians are (naturally) prohibited by Israeli domestic law. Indeed, on Wednesday, Israeli authorities filed criminal charges against four people for the beating.

To be clear, Wallström cannot have been referring to that attack. Legally speaking, international law regulates states and state actors, not individuals. Repugnant though it was, the lynching isn’t a proper subject for international law because it wasn’t committed by the state or under its auspices or approval.

Wallström is a moralist foreign minister who claims to respect international law. If that’s the case, she should get the law right. Serious mistakes of law can lead to serious mistakes of moral judgment, not just diplomatic troubles.

This column does not necessarily reflect the opinion of the editorial board or Bloomberg LP and its owners.


To contact the author of this story:

Noah Feldman at nfeldman7@bloomberg.net

To contact the editor responsible for this story:
Stacey Shick at sshick@bloomberg.net


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com