Palestinian girl’s hate speech: “The Jews killed Arafat”
palwatch
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Palestinian girl’s hate speech: “The Jews killed Arafat” palwatch
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Historia – Żydowski Instytut HistorycznyGłówna Biblioteka Judaistyczna i Instytut Nauk Judaistycznych

Żydowski Instytut Historyczny jest rzadkim w Warszawie przykładem instytucji, która może się pochwalić swoim genius loci, “duchem miejsca”, ponieważ ma szczęście mieścić się w gmachu o własnych tradycjach historycznych.
Przed wojną gmach był siedzibą Głównej Biblioteki Judaistycznej oraz Instytutu Nauk Judaistycznych. Ten ostatni, otwarty 19 lutego 1928 r., stał się pierwszym żydowskim ośrodkiem naukowym i edukacyjnym w Europie uwzględniającym obok nauk teologicznych także nauki świeckie. W nowoczesnej placówce kształcono rabinów, kaznodziejów, nauczycieli religii mojżeszowej w szkołach publicznych i prywatnych, ale także pracowników gmin i żydowskich organizacji publicznych.Gmach Głównej Biblioteki Judaistycznej zbudowano w sąsiedztwie Wielkiej Synagogi na Tłomackiem. Autorem projektu budynku Biblioteki, wzniesionego w latach 1928–1936, był Edward Zachariasz Eber. Budynek harmonijnie nawiązywał do bryły Wielkiej Synagogi, a powstały w ten sposób kompleks architektoniczny tworzył prawdziwą ozdobę stolicy. Projektantem powstałej w latach 1876–1878 synagogi był Leander Marconi.
W czasie wojny nasz budynek był jednym z centrów życia społecznego warszawskiego getta. Zbiory Biblioteki liczyły wówczas około 30 tys. tomów. W grudniu 1939 zostały wywiezione przez Niemców. Większość książek zaginęła bezpowrotnie. Po utworzeniu getta warszawskiego, budynek Biblioteki znalazł się w jego granicach. Miała tu swoją siedzibę Żydowska Samopomoc Społeczna, jedyna żydowska organizacja, na której działalność wyraziły zgodę niemieckie władze okupacyjne.
Gmach Głównej Biblioteki Judaistycznej i Wielka Synagoga na Tłomackiem

Od 16 listopada 1940 do marca 1942 r. budynek Biblioteki znajdował się w obrębie getta. To tutaj odbywały się akademie literackie, spektakle teatralne spotkania dla dzieci oraz koncerty symfoniczne. Miały tu miejsce również zakonspirowane spotkania grupy Oneg Szabat (hebr.: Radość Sobotnia), która pod kierownictwem Emanuela Ringelbluma gromadziła wszechstronną dokumentację życia i zagłady Żydów w Polsce w okresie II wojny światowej.
16 maja 1943 roku, na znak zduszenia oporu w getcie warszawskim, SS-Brigadeführer und Generalmajor der Polizei Jürgen Stroop polecił wysadzenie w powietrze Wielkiej Synagogi i podpalenie gmachu Biblioteki. Dokonał w ten sposób symbolicznego aktu,,ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” w Warszawie. Ślady pożaru do tej pory są widoczne na posadzce głównego hallu Instytutu.
Ruiny Wielkiej Synagogi wysadzonej 16 maja 1943 roku na rozkaz Jürgena Stroopa

Wypalony budynek nowe władze Warszawy przydzieliły Centralnemu Komitetowi Żydów w Polsce, który po gruntownej odbudowie, sfinansowanej przez Joint (amerykańską żydowską organizację dobroczynną), ulokował tu swoją Centralną Żydowską Komisję Historyczną. Ta zajęła się ratowaniem pamięci o Żydach polskich, w tym zbieraniem w gmachu ocalałych resztek ich spuścizny kulturalnej: książek, archiwaliów, kultowych judaików, obrazów, rzeźb, etc.
W 1947 r. Komisja przekształciła się w Żydowski Instytut Historyczny, który mieści się w gmachu na Tłomackiem 5 do dnia dzisiejszego. Najcenniejszym spośród zbiorów Instytutu jest Archiwum Ringelbluma, odnalezione w gruzach warszawskiego getta w 1946 i 1950 roku.
Gmach dawnej Biblioteki jest znakiem wielowymiarowego życia duchowego i umysłowego Żydów przed wojną, duchowego oporu w czasie wojny, świadkiem śmierci społeczności i prób jej odrodzenia po 1945 roku. Teraz służy zachowaniu, odtwarzaniu i upowszechnianiu dziedzictwa Żydów polskich i pamięci o nich.
Wielka Synagoga na Tłomackiem / P. Boczkowski
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Yossi Kuperwasser: Nożownicy Abbasa [wywiad] Katarzyna Andersz
An Israeli police officer and reporters take cover during a rocket attack in the southern town of Sderot on December 30, 2008. / REUTERS/Nikola Solic (ISRAEL)

W porównaniu z poprzednim rokiem, kiedy ostrzał rakietowy z Gazy co chwilę przerywał spokój Izraelczyków, rok 2015 wydawał się niemal sielankowy. Od rakiet, wystrzeliwanych zresztą z o wiele mniejszą częstotliwością, nie został ranny żaden Izraelczyk. Jednak żydowski Nowy Rok przyniósł nową falę i formę terroryzmu. 13 września, w Rosz ha-Szana, zginął mieszkaniec Jerozolimy, którego auto zostało obrzucone kamieniami. Atak wydawał się być odosobnionym incydentem do czasu, kiedy kolejno 1 i 3 października w strzelaninie na drodze w Samarii i w atakach nożowników na Starym Mieście w Jerozolimie zginęło czterech Izraelczyków. Od tego momentu niemal codziennie na terenie całego kraju mają miejsce ataki, których bilans (według danych izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych) wyniósł do tej pory 22 ofiary śmiertelne i ponad 200 rannych.

Yossi Kuperwasser – generał izraelskiego wywiadu wojskowego, były dyrektor generalny Ministerstwa Spraw Strategicznych
Kiedy i jak zaczęły się ataki terrorystyczne, których doświadczają ostatnio Izraelczycy?
Yossi Kuperwasser: Pierwsze ataki, w których zostało rannych kilkoro Izraelczyków, miały miejsce pod koniec września. Na samym początku października zastrzelone zostało młode małżeństwo. Samochód, w którym znajdowała się jeszcze czwórka ich dzieci, został zaatakowany z broni palnej na drodze koło Nablusu w Samarii. Potem ataki lub próby ataku – z użyciem noży, broni, samochodów taranujących przechodniów – powtarzały się niemal codziennie. Impulsem do ich przeprowadzenia miała być plotka, rozpowszechniana przez Ruch Islamski w Izraelu, o tym, że nasz rząd chce zmienić status Wzgórza Świątynnego. To właśnie Ruch Islamski nawołuje Palestyńczyków do tak zwanego „masowego oporu” (popular restistance), co w terminologii przez nich używanej oznacza ataki terrorystyczne bez użycia broni palnej.
Jest to, jak rozumiem, plotka zupełnie bez podstaw? Zmiana status quo Wzgórza Świątynnego nie była w ostatnim czasie tematem poddawanym pod dyskusję przez izraelski rząd lub opinię publiczną?
Izrael nie ma zamiaru zmieniać status quo z 1967 roku. To fałszywe oskarżenie, które od wielu lat regularnie rozpowszechnia Raed Salah, lider Ruchu Islamskiego w Izraelu, i Abu Mazen (Muhamed Abbas). Obaj chcą zdobyć poparcie społeczeństwa palestyńskiego i zmotywować Palestyńczyków do przeprowadzania ataków, dlatego potrzebują rozdmuchiwać takie pogłoski. W tym roku, żeby sprowokować falę ataków, też posłużyli się tym argumentem. Teraz już tego nie robią, bo stał się bezpodstawny. Izrael i Jordania, przy wsparciu Sekretarza Stanu USA Johna Kerrego, zawarli porozumienie w sprawie statusu Wzgórza Świątynnego.
Zostało jasno powiedziane, że Izrael nie ma żadnych intencji go zmieniać. To Palestyńczycy sami sobie szkodzą, sprzeciwiając się na przykład temu, żeby zainstalować tam monitoring, co Izrael wielokrotnie proponował. Boją się, że wtedy ludzie zobaczą, kto jest odpowiedzialny za zamieszki.
Sytuacja została więc wyjaśniona, a ataki na Izraelczyków trwają dalej.
Z punktu widzenia Palestyńczyków chodzi o zabicie Żydów. Ale zamachy mają też podłoże polityczne, służą temu, żeby przywrócić kwestię palestyńską z powrotem pod dyskusję na forum międzynarodowym. Palestyńczycy są sfrustrowani, bo marginalizuje się ich postulaty. W Europie pojawiły się ważniejsze kwestie, na przykład rosnący w siłę radykalny islam. Kiedyś wydawało się, że rozwiązanie kwestii palestyńskiej spowoduje, że Bliski Wschód odzyska stabilność. Dziś wszyscy wiedzą już, że to nie wystarczy, że problem polega przede wszystkim na walce radykalistów z ruchami umiarkowanymi czy liberalnymi. Palestyńczycy dążą więc do tego, żeby stać się głównym tematem w mediach i temu ta fala terroru ma służyć.
Będą chcieli podtrzymać dotychczasową strategię, czy zdecydują się na jeszcze bardziej efektowne metody, np. zamachy bombowe?
Ataki z użyciem noży czy samochodów do tej pory pozbawiły życia 22 Izraelczyków. To bardzo dużo i terroryści zdają sobie z tego sprawę. Nie sądzę więc, żeby Abu Mazen chciał zmiany strategii. Jest zadowolony z efektów i pochwala te napaści. W podobnym czasie – w okresie około dwóch miesięcy – w 2014 roku, podczas ostrzału ze strony Gazy, po stronie Izraela od rakiet zostało zabitych tylko 6 cywilów (nie liczę żołnierzy, którzy zginęli podczas lądowej operacji „Ochronny Brzeg” wewnątrz Gazy). Paradoksalnie łatwiej jest nam zapobiegać większym atakom – rakietowym czy bombowym.
Wydaje się, że Izrael jest bezsilny w walce z tego rodzaju terroryzmem.
Nie jest bezradny, ale na pewno stworzenie strategii odpierania tych napaści zajmie trochę czasu. Nikła jest tu rola wywiadu, bo ataki nie wymagają przygotowania – każdy w każdej chwili może wziąć nóż i podjąć działanie. Jeśli już dojdzie do tego rodzaju agresji, staramy się reagować szybko i minimalizować liczbę ofiar. Rozmieszczamy też policję i wojsko w strategicznych miejscach, sprawdzamy auta w punktach kontrolnych na granicy między Izraelem a Autonomią Palestyńską. Chcemy też, aby przeprowadzenie napaści spotykało się z ciężkimi konsekwencjami dla rodziny terrorysty, na przykład odebraniem pozwolenia na pracę w Izraelu. Nie wierzymy w to, że bliscy nie wiedzą o planach zamachowców. Może wizja potencjalnych konsekwencji będzie w stanie spowodować, że rodzina odwiedzie kogoś od jego pomysłu albo sami terroryści odstąpią od swoich planów, bo będą bali się o przyszłość swoich rodzin.
Jaka reakcja ze strony władz Autonomii Palestyńskiej spotyka terrorystów?
Władze popierają te ataki.
Media prezentują jednak terrorystów jako osoby działające w samotności, nie będące związane z żadną organizacją czy inspirowane przez polityków.
Nikt otwarcie nie nakłania do zabijania Żydów, ale władze rozpowszechniają ideę „masowego oporu”, która w praktyce nawołuje do przeprowadzania ataków. Rząd pomaga finansowo terrorystom trafiającym do więzienia, a także rodzinom tych, którzy zostają zabici.
Skąd ma na to pieniądze?
Od krajów europejskich! Oni dają je na pomoc Palestyńczykom, a władza wykorzystuje je w ten sposób. To duże sumy, około 6% budżetu. Opłaca się więc przeprowadzić zamach, bo są za to dobre pieniądze – albo dla ciebie, jeśli przeżyjesz, albo dla twojej rodziny, jeśli zginiesz.
Jaka jest teraz atmosfera w Izraelu?
Życie toczy się normalnie, chociaż ataki zdarzają się prawie codziennie i to już w prawie każdym mieście w Izraelu. Ludzie na pewno stali się bardziej ostrożni i czujni. Są tą sytuacją zmęczeni, boją się o swoje dzieci. Mają też świadomość, że takie rzeczy dzieją się nie tylko w Izraelu, ale że jest to część wojny przeciwko całej zachodniej kulturze, tak jak pokazały to ataki w Brukseli czy Paryżu. Nie jesteśmy jedynym krajem, który musi zmierzyć się z radykalnym islamem.
Ale póki co nikt nie nazywa tego, co dzieje się teraz w Izraelu, trzecią intifadą?
Nawet sami Palestyńczycy nie nazywają tego intifadą. Nazwa nie ma znaczenia, ważne, że Żydzi giną tylko dlatego, że są Żydami. ∎
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Turcja i Izrael: niepewny uścisk dłoniBurak Bekdil Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
Statek turecki Mavi Marmara, który brał udział w próbie przełamania
izraelskiej blokady morskiej Gazy w 2010 r. przez “Flotyllę do Gazy”
(Zdjęcie: “Free Gaza movement”/Flickr)
To nie są opowieści sprzed pół wieku; są zaledwie z ostatniego półtora roku: turecko-kurdyjska gwiazda popu napisała na koncie Twittera: „Niech Bóg błogosławi Hitlera. Zrobił mniej niż powinien był zrobić Żydom”. Burmistrz Ankary odpowiedział: “Przyklaskuję ci!” Setki gniewnych Turków, rzucających kamieniami, próbowało wedrzeć się do izraelskich misji dyplomatycznych w Ankarze i Stambule. Burmistrz Ankary powiedział: “Zdobędziemy konsulat tych nikczemnych morderców”. Za masakrę w “Charlie Hebdo” w Paryżu winił izraelski Mossad. Islamscy publicyści z kręgów rządowych proponowali narzucenie “podatku od bogactwa” na Żydów tureckich (którzy są obywatelami tureckimi). Gubernator groził wstrzymaniem prac restauracyjnych w synagodze. Natomiast wiarygodna grupa badawcza z uniwersytetu Kadir Has w Stambule odkryław sondażu, że Turcy uważają Izrael za największe zagrożenie dla Turcji.
W takiej sytuacji dyplomaci izraelscy i tureccy prowadzą negocjacje o historycznej umowie, która, w teorii, ma zakończyć wrogość Turcji wobec państwa żydowskiego i znormalizować więzi dyplomatyczne między Ankarą a Jerozolimą.
W 2010 r. flotylla turecka, z Mavi Marmara z setką dżihadystów i antyizraelskich “intelektualistów” na czele, popłynęła ku wybrzeżom Gazy w celu złamania izraelskiej blokady morskiej tej enklawy rządzonej przez Hamas. Blokada Izraela ma na celu niedopuszczenie do szmuglowania do Gazy broni takiej jak rakiety. Aby zatrzymać flotyllę, komandosi morscy Izraelskich Sił Obronnych weszli na pokład i podczas starć zabili dziewięć osób.
Od czasu tego incydentu islamistyczni przywódcy Turcji przysięgli izolować Izrael na arenie międzynarodowej i ograniczyli stosunki dyplomatyczne z Jerozolimą. Postawili trzy warunki zanim jakakolwiek normalizacja będzie mogła mieć miejsce: przeproszenie przez Izrael, zadośćuczynienie dla rodzin ofiar i usunięcie blokady morskiej Gazy.
Po interwencji prezydenta Baracka Obamy premier Izraela, Benjamin Netanjahu, przeprosił w 2013 r. za „każdy błąd, który doprowadził do utraty życia”. Dwa pozostałe warunki Turcji pozostają niespełnione. Dyplomatyczne zespoły z Ankary i Jerozolimy pracują jednak nad umową. Istnieją dobre przyczyny, dla których umowa może lub nie może dojść do skutku.
Ponieważ najbliższe wybory w Turcji odbędą się dopiero za cztery lata, ani prezydent turecki Recep Tayyip Erdogan, ani jego premier Ahmet Davutoglu nie mają powodu, by nadal kultywować antysemityzm na wiecach wyborczych w celu zdobycia głosów konserwatywnych mas, które są głęboko wrogie wobec Izraela i Żydów. To są dni, kiedy przywódcy Turcji nie muszą powtarzać swojej zwykłej retoryki antyizraelskiej.
Jest inny powód związany z punktem czasowym, który powoduje, że ta umowa jest osiągalna. Po przysiędze, że Turcja będzie izolowała Izrael, sama stała się najbardziej izolowanym krajem w regionie, szczególnie po niedawnym kryzysie w stosunkach z Rosją, po tym jak dwa tureckie myśliwce F-16 zestrzeliły samolot rosyjski SU-24 przy granicy Turcji z Syrią 24 listopada.
Turcja nie ma stosunków dyplomatycznych z Cyprem i z Armenią. Ma obniżoną rangę stosunków dyplomatycznych z Izraelem i z Egiptem. Przeciwstawiają się jej zdominowany przez szyitów reżim w Iranie i zdominowany przez sunnitów reżim w Iraku. Na domiar złego, wściekły Władimir Putin, prezydent Rosji, codziennie przeklina i grozi ukaraniem Turcji. Turcja kupuje ponad połowę gazu i 10% ropy naftowej od Rosji.
Dlatego trzecim bodźcem może być wzajemnie korzystna przyszła umowa, według której Turcja będzie kupowała gaz od Izraela. Jeśli te dwa kraje wybudują podziemny gazociąg, Turcja może zrekompensować potencjalną utratę rosyjskich dostaw gazu. Dla Izraela rurociąg do Turcji byłby komercyjnie najlepszą trasą eksportu gazu do Turcji i innych potencjalnych klientów poza Turcją.
Turecko-izraelski uścisk dłoni byłby także muzyką dla uszu Waszyngtonu. Głęboka wrogość i sporadyczne napięcia między jego dwoma sojusznikami na Bliskim Wschodzie zawsze wytrącają z równowagi administrację amerykańską.
Na drodze do umowy są jednak problemy. Drugi warunek Turcji dla normalizacji – zadośćuczynienie – nie jest trudny do spełnienia. Ale trzeci warunek, że Izrael ma usunąć blokadę morską Gazy – i ryzykować szmuglowanie broni dla Hamasu (lub innych grup terrorystycznych) może być niebezpiecznym posunięciem dla Izraela.
Byłoby naprawdę kłopotliwe, gdyby wynikiem normalizacji stosunków Turcji z Izraelem były nowe dostawy broni do Gazy i rakiety na niebie izraelskim – a jedynym osiągnięciem tymczasowy pokój z islamistami Turcji, którzy nigdy nie ukrywają swojego pokrewieństwa ideologicznego z Hamasem.
Jeśli Netanjahu zdecyduje się na podjęcie ryzyka i zgodzi na umowę, musi zapewnić, że choć blokada morska Gazy zostanie złagodzona, nie narazi to Izraela na nowe akty terroru.
Innym zagrożeniem jest potencjalny efekt domina, jaki może spowodować umowa. Jest pewne, że tureccy islamiści będą przedstawiać każda umowę jako sukces – że byli w stanie „rzucić Izrael na kolana”. Takie słowa, przekazywane systematycznie przez machinę propagandową, mogą stanowić niebezpieczny precedens i potencjalnie zachęcić islamistów arabskich do rozważenia bardziej stanowczej polityki wobec Izraela.
Przyszli ambasadorowie turecki i izraelski będą zawsze musieli mieć spakowane walizki, gotowi do powrotu do swoich stolic przy pierwszym sporze – który może być wywołany reakcją izraelską na terroryzm arabski lub czymkolwiek, co spowoduje, że Erdogan znowu zawyje przed kamerami telewizyjnymi: “Nasi palestyńscy bracia… Ci morderczy Żydzi znowu… Wracajcie do granic sprzed 1967 r. lub ponoście konsekwencje!”
Problem Netanjahu polega na tym, że w najmniejszym stopniu nie ufa Erdoganowi. Ma rację, że nie ufa Erdoganowi. Jak jednak uścisnąć rękę człowieka, o którym wiesz, że nienawidzi cię z powodów ideologicznych i pragnie, byś wpadł w tarapaty przy najbliższej sposobności?

Burak Bekdil
Popularny publicysta wychodzącej w języku angielskim opozycyjnej gazety tureckiej “Hurriyet Daily News”.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Palestyńczycy: Uratujcie nas przed poczciwymi ludźmi Zachodu!Bassam Tawil Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
Co można zrobić z tymi wszystkimi Amerykanami i Europejczykami? Nieustannie wydają się marzyć o dialogu między Izraelczykami i Palestyńczykami, który zakończy się porozumieniem pokojowym, niemniej wszyscy wydają się świadomi tego, że Palestyńczycy nie zgadzają się na najmniejsze nawet żądania Izraela: zaprzestanie podżegania (uzgodnione nawet w umowach w Oslo – i nie wymagające żadnego finansowania!) oraz uznania Izraela jako państwa żydowskiego. Wielu ludzi na całym świecie widzi Izrael jako kolejne państwo arabskie.
Choć trudno to przyznać, Żydzi mają swoją rację. Istnieje uzasadniony niepokój, że bez takiego uznania Izraela jako państwa żydowskiego będą dwa państwa palestyńskie: Zachodni Brzeg i arabski Izrael – a właściwie trzy, jeśli doliczymy Gazę.
Amerykanie i Europejczycy wydają się nie rozumieć, że dla narodu żydowskiego żądanie uznania ich państwa musi być warunkiem wstępnym jakichkolwiek dyskusji o Jerozolimie, jak również, że musi ona być oparta na jej historii. Przed 1967 r., kiedy połowa Jerozolimy była w rękach Jordanii – a z której wycofania się Izraela chce społeczność międzynarodowa – około 38 tysięcy starożytnych nagrobków żydowskich mieszkańcy arabscy zabrali z cmentarza na Górze Oliwnej i użyli do budowy latryn[1].
Ci Amerykanie i inni poczciwi ludzie Zachodu naciskają niemniej na Izrael, by działał jak “odpowiedzialny dorosły” i czynił jednostronne gesty dobrej woli. Żądają od Izraela wycofania się z terytoriów okupowanych i zabrania ze sobą żydowskich mieszkańców osiedli na Zachodnim Brzegu. Wydaje się, że zapomnieli, co zdarzyło się niewiele ponad dziesięć lat temu w Strefie Gazy, kiedy Izraelczycy okazali jednostronny gest dobrej woli. Izraelczycy jednostronnie ewakuowali się z każdego metra Gazy w 2005 r., żeby Palestyńczycy mogli tam zbudować Singapur – i zrobili to bez stawiania jakichkolwiek warunków! W odpowiedzi dostali Hamas i dziewięcioletnią wojnę, z ciągłym ostrzałem rakietowym. Jeśli ktokolwiek myśli, że Izraelczycy spróbują tego raz jeszcze, spotka go niespodzianka.
Jako Palestyńczyka cieszy mnie humanitarna postawa, która wzywa silnego, by ustąpił słabszemu; ale uczciwa analiza problemu powoduje, że zastanawiam się, czy ludzie Zachodu w ogóle rozumieją Bliski Wschód. Próbując znaleźć sprawiedliwe rozwiązanie, popełniają wszystkie możliwe błędy. Po pierwsze, żądają od Izraelczyków ustępstw, które podważyłyby bezpieczeństwo tego kraju – a nie żądają od Palestyńczyków choćby takiej wypowiedzi jak: “Izrael ma prawo do istnienia”.
Wydaje się, że ludzie Zachodu chcą zastraszyć Izrael, by poszedł na ustępstwa. Nie pamiętają, że zgodnie z rezolucją 242 Rady Bezpieczeństwa ONZ terytoria będą okupowane do czasu rozwiązania konfliktu. To zaś pozwala na taktykę wyczekiwania: nigdy nie kończysz sporu, terytorium pozostaje okupowane, więc obwiniasz drugą stronę o to, że cię okupuje! Nawet my to widzimy.
Najnowszym żądaniem poczciwych ludzi Zachodu – strasznie niszczycielskim dla sytuacji ekonomicznej Palestyńczyków – jest oznakowywanie towarów z terytoriów okupowanych. Nie wymaga się tego od żadnego innego okupującego narodu: ani od Rosji na Krymie i Ukrainie, ani od Turcji na Cyprze, Pakistanu w Kaszmirze, ani Chin w Tybecie. Jest to unikatowa forma działania Bojkotu, Dywestycji i Sankcji (BDS), przypuszczalnie w celu zmiażdżenia Izraela ekonomicznie.
Ci poczciwi ludzie Zachodu nie dostrzegają, że ich groźby wyłącznie wzmacniają w Izraelu poczucie zagrożenia i powodują rezultat odwrotny od tego, jaki chcieli osiągnąć Europejczycy. Zamiast sprowadzić Izraelczyków i Palestyńczyków do stołu negocjacyjnego, taki ruch w sposób zrozumiały wzmacnia determinację Izraela w obronie własnej. Wywieranie presji na Izraelczyków nie skłoni ich do popełnienia kolektywnego samobójstwa. Zamiast tego wzmacnia nieustępliwość zarówno Izraelczyków, jak Palestyńczyków.
Amerykańska groźba, że Izrael zamieni się w państwo dwunarodowe ma na celu wystraszenie Izraela do tego stopnia, że odstąpi od swoich żywotnych interesów, nie otrzymując w zamian niczego od Palestyńczyków. W rzeczywistości ta groźba wyłącznie wzmacnia determinację Palestyńczyków i powstrzymuje naszych przywódców przed spełnieniem najmniejszego choćby z żądań Izraela. Groźba amerykańska jest przeszkodą dla pokoju.
A przede wszystkim to, czego Zachód wydaje się nie rozumieć, jest cel obecnego podżegania i ataków Autonomii Palestyńskiej (AP), który wypływa z pragnienia zastąpienia Izraela państwem palestyńskim.
Spójrzcie na Autonomie Palestyńską. Na Bliskim Wschodzie wcześniej lub później wszystko, co może zawalić się, zawala się – niezależnie od wysiłków, by to podtrzymać. Izraelczycy, aż zanadto doświadczeni w takich sprawach, w sposób zrozumiały nie zamierzają wiązać swojego losu z obecnym przywódcą AP, Mahmoudem Abbasem. Agonalne rzężenie jego reżimu staje się głośniejsze z tygodnia na tydzień, co z pewnością mogą także zobaczyć ludzie Zachodu. Jeśli więc AP lada moment wyzionie ducha, jak ktokolwiek może nawet pomyśleć o żądaniu od Izraelczyków, by umieścili swoją przyszłość w drżących rękach Abbasa? Czy ludzie Zachodu na poważnie uważają, że Izraelczycy mają zrezygnować ze swojego bezpieczeństwa w zamian za puste obietnice reżimu, który jest o kilka chwiejnych kroków od implozji?
Niestety, Izraelczycy już wiedzą – także w tym wypadku z doświadczeń historycznych – że, przynajmniej jak dotąd, obietnice palestyńskie nie są warte starego buta. Przykładem jest choćby to, że w Oslo Palestyńczycy podpisali porozumienie, w którym zgodzili się na nie używanie terroryzmu dla osiągnięcia celów politycznych.
Mahmud Abbas może zajmować stanowisko prezydenta Palestyny, ale kogo on reprezentuje? Z pewnością nie reprezentuje Palestyńczyków ze Strefy Gazy, Izraela, Jordanii, Libanu, Syrii i każdego innego miejsca, gdzie są Palestyńczycy. Nie reprezentuje nawet Palestyńczyków z własnego Zachodniego Brzegu. Bardzo wielu Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu nie uważa dłużej Abbasa za swojego legalnego reprezentanta. Jego kadencja skończyła się lata temu; obecnie jest jedenasty rok jego czteroletniej kadencji. Mogę obiecać, że sprzedam ci to drzewo oliwne, ale co będzie, jeśli to drzewo nie jest moją własnością? Abbas nie może nikomu niczego wiążąco obiecać.
Palestyńczycy w Gazie także odrzucają legalność rządów Abbasa. Popierają Hamas. Nie tylko to, ale na Zachodnim Brzegu zwolennicy Hamasu stanowią z grubsza biorąc połowę populacji. Ich celem jest zniszczenie Autonomii Palestyńskiej i Mahmouda Abbasa z nią razem.
Izraelczycy uważają zatem palestyńskiego prezydenta za śmiertelnie chorego, który żyje dzięki aparaturze podtrzymującej życie – znanej także jako izraelskie siły bezpieczeństwa, izraelskie wsparcie ekonomiczne i jałmużna Zachodu.
Mimo całkowitej zależności od tej dobroczynności pozycja Abbasa jest tak słaba, że dla zostania przy władzy musi przypochlebiać się swoim przeciwnikom, “frontowi oporu” i islamistycznym organizacjom terrorystycznym w obozie palestyńskim. Twierdzi więc, że chce osiągnąć porozumienie pokojowe z Izraelem i że “ręce palestyńskie wyciągnięte są do pokoju”; równocześnie jednak bez przerwy atakuje Izrael na froncie międzynarodowym, w agendach ONZ i w Międzynarodowym Trybunale Karnym. Tymczasem on sam i jego pachołki podżegają Palestyńczyków do ataków nożowych, przejeżdżania samochodami i strzelania do Izraelczyków, zarazem idealizując, gloryfikując i finansując – pieniędzmi otrzymanymi z Zachodu – terrorystycznych “szahidów” [męczenników] i ich rodziny.
Przynajmniej Hamas i ISIS mówią prawdę. Otwarcie i wielokrotnie oświadczają o swoim zamiarze zniszczenia miejsc “niewiernych”, takich jak Izrael i Rzym – w ten sam sposób, w jaki islam zdobył byłą siedzibę chrześcijaństwa, Konstantynopol. W odróżnieniu od tego Mahmoud Abbas jest jedynie tchórzliwym hipokrytą, któremu udało się omamić świat przez mówienie o pokoju, a równocześnie podżeganie do terroru.
Jeśli terrorystyczna organizacja islamistyczna istotnie przejmie panowanie nad Autonomią Palestyńską, życie będzie znacznie łatwiejsze dla Izraela. Izrael będzie w stanie wyjaśnić światu swoje stanowisko w sprawie bezpieczeństwa i zwalczać terroryzm na terytoriach okupowanych – bez potrzeby negocjacji, ustępstw i błagania Palestyńczyków o uznanie Izraela.
Niektórzy Izraelczycy niepokoją się możliwym upadkiem Mahmouda Abbasa i przejęciem Zachodniego Brzegu przez radykalnych islamistów. Jednak żaden kraj zachodni nie będzie popierał utworzenia emiratu islamskiego na Zachodnim Brzegu. Islamiści zabiją przywódców Autonomii Palestyńskiej tak samo, jak zrobił to Hamas w Gazie w latach 2006-2007. I jak zwykle, tylko Palestyńczycy będą cierpieć.
Ludźmi słusznie przerażonymi myślą o przejęciu Zachodniego Brzegu przez Hamas lub ISIS są Mahmoud Abbas i lojalni mu członkowie Fatahu. Kierownictwo palestyńskie narażone jest na doraźne egzekucje i konfiskaty ich nieuczciwie zdobytych majątków.
Z drugiej strony ludność palestyńska, już niemal całkowicie zradykalizowana, nie wydaje się w najmniejszym stopniu niepokoić perspektywą życia pod władzą reżimu islamistycznego Hamasu lub Państwa Islamskiego. Są muzułmanami: wielu uważa, że będą wtedy czystsi.
Palestyńska odmowa uznania Izraela jako państwa żydowskiego nie jest tylko kwestią semantyki, która może z czasem zmienić się. Jest to głęboko zakorzeniona ideologia, która nigdy nie zmieni się; jest to nieodłączna część wojowniczego, palestyńsko-islamistycznego postrzegania Żydów jako sekty religijnej – nie jako narodu – a więc nie zasługującej na suwerenność, ojczyznę ani narodowość.
Palestyńczycy, podobnie jak inni muzułmanie na całym świecie, wierzą, że każda ziemia raz zdobyta przez islam, staje się częścią wakf, dziedzictwa religijnego islamu, i na wieczność jest własnością islamu. To obejmuje ziemię Palestyny i Izraela i znaczy, że Żydzi nie mają prawa do istnienia na choćby małym jej skrawku.
Nasi przywódcy wiedzą, że uznanie państwa żydowskiego znaczyłoby rezygnację z “prawa do powrotu” uchodźców palestyńskich do państwa Izrael i osiedlenie ich tylko w przyszłym państwie palestyńskim. Po prostu nie mogą się na to zgodzić.
Każdy Palestyńczyk wie w głębi serca, że nie chcemy własnego państwa obok Izraela, ale zamiast Izraela. Palestyńczycy nie zrezygnowali i nie zrezygnują z prawa powrotu; w głębi duszy mają nadzieję, że doprowadzi to do demograficznej likwidacji Izraela i ustanowienia państwa palestyńskiego na jego ruinach.
Żydzi, którzy żyją na Bliskim Wschodzie, rozumieją dynamikę Bliskiego Wschodu i problemy w utrzymaniu niepodległego, demokratycznego państwa w regionie nękanym przez chaos i bratobójcze konflikty. Wiedzą, że każdy, kto mrugnie, uważany jest za słabego i że każde mrugnięcie traktowane jest przez adwersarza jako otwarcie drzwi.
Mimo gróźb z Zachodu Izraelczycy nie wydają się szczególnie wystraszeni. Izrael otworzył olbrzymie nowe rynki na Dalekim Wschodzie i znakomicie mu na nich idzie. Pod względem demograficznym rośnie liczba Żydów między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym.
Czego nie rozumieją nasi przywódcy, których data ważności dawno minęła, to że Izraelczycy zastawili na nas pułapkę: budują swoje plany na bazie naszego nieprzejednania. Naszych przywódców zaś wyłącznie ośmielają fałszywe nadzieje i niedorzeczne oczekiwania, jakie dają im poczciwi ludzie Zachodu.
Może mają dobre intencje, ale uparcie odmawiają zobaczenia, że nasi przywódcy po prostu nie mają woli, odwagi lub możliwości dostarczenia choćby miski z błotem. Mahmoud Abbas i kierownictwo Autonomii Palestyńskiej woli pozostawić sprawy tak jak są niż zostać potępieni jako zdrajcy przez własny lud za siedzenie z Izraelczykami przy stole negocjacyjnym.

Prezydent Autonomii Palestyńskiej, Mahmoud Abbas, jest regularnie fetowany przez poczciwych ludzi Zachodu, takich jak prezydent Francji, François Hollande (po lewej) i najwyżsi dygnitarze Unii Europejskiej, jak Federica Mogherini i Jean-Claude Juncker (po prawej).
Abbas wie – czego najwyraźniej nie wie wielu przywódców w Europie – że bez obecności Izraela na Zachodnim Brzegu Hamas i Państwo Islamskie jutro na placu publicznym dokonaliby egzekucji zarówno jego, jak i jego współpracowników.
Abbas nie chce powrotu do negocjacji z Izraelczykami, ponieważ wie, że nie ma absolutnie niczego do zaoferowania. Jego głównym celem jest teraz narzucenie Izraelowi rozwiązania przy pomocy społeczności międzynarodowej. Rozwiązanie, o które stara się – pełne wycofanie do linii 1967 r. – stanowiłoby zagrożenie egzystencjalne Izraela. Byłoby także tylko kwestią czasu, zanim państwem palestyńskim rządziłby Hamas lub Państwo Islamskie.
Dziękujemy tym poczciwym ludziom Zachodu za ich wszystkie dobre intencje. Przynoszą one jednak cierpienia wszystkim i nie osiągają niczego. Naszym życzenie noworoczne brzmi: prosimy tych poczciwych ludzi Zachodu, by poczciwie już przestali.
[1] Na Górze Oliwnej Arabowie jordańscy usunęli 38 tysięcy kamieni nagrobnych ze starożytnego cmentarza i użyli ich jako kamieni brukowych na drogi oraz jako materiał budowlany w obozach armii jordańskiej, włącznie z użyciem ich do budowania latryn. Kiedy teren został odebrany przez Izrael w 1967 r., znaleziono otwarte groby z porozrzucanymi kośćmi. Część cmentarza zamieniono na parkingi i stację benzynową oraz poprowadzono przez cmentarz asfaltową drogę
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com