Defiance-Bielski Brothers Part1
ShhaMeH
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Defiance-Bielski Brothers Part1ShhaMeH
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Tajemnice Stanisława Lema. Co o przeszłości genialnego pisarza mówią jego książki? Wojciech Orliński
Stanisław Lem (fot. Adam Golec / Agencja Gazeta)
O swoich okupacyjnych losach uparcie milczał, ale w “Edenie”, “Powrocie z gwiazd”, “Głosie Pana” czy nawet w “Solaris” i “Niezwyciężonym” zaszyfrował straszne wspomnienia.
Wydawało się, że jego biografia nie skrywa zagadek. Udzielił dwóch wywiadów rzek, napisał książkę autobiograficzną, wyszło kilka tomów jego korespondencji oraz wspomnienia Tomasza Lema, jego syna; do tego dochodzą inne wywiady i teksty wspomnieniowe.
Tymczasem sam wielokrotnie się przekonywałem o tym, że opisane w tych wspomnieniach fakty nie zgadzają się nawet na najprostszym, chronologicznym poziomie. Banalny przykład to data powojennej repatriacji Lemów do Krakowa. W wielu miejscach jest to rok 1946, Lem rzeczywiście to sugerował, choć po bliższym zbadaniu tej kwestii widać, że jego wypowiedzi były wieloznaczne.
Agnieszka Gajewska dotarła do wielu nieznanych dotąd dokumentów pozwalających na rozstrzygnięcie takich kwestii. Ustaliła dokładną datę repatriacji: 17 lipca 1945 r. Odtworzyła też drzewo genealogiczne rodziców pisarza, tym samym wujkowie i ciotki, wspominani przez Lema, nagle zyskali imiona i dokładne daty narodzin i zgonu. Datę zgonu dopełnia zwykle 1941 albo 1942 rok. I tutaj dochodzimy do prawdziwej przyczyny, dla której Lem o swojej młodości opowiadał tak nieprecyzyjnie: nie chciał mówić publicznie o swoim żydowskim pochodzeniu, a więc w konsekwencji także o męczeńskiej śmierci jego rodziny w czasie Holocaustu. Z autobiograficznych tekstów można wywnioskować, że wychowywany był po katolicku i dopiero podczas wojny uświadomiono mu, że jest Żydem. I znowu – trochę to prawda, a trochę nieprawda.
Samuel Lem i Sabina z domu Wolner, rodzice pisarza, uważali się za Polaków pochodzenia żydowskiego. Wzięli ślub w synagodze i uczestniczyli w życiu żydowskiej społeczności Lwowa. Samuel należał także wraz ze swoim bratem Fryderykiem do towarzystwa wspierania młodzieży żydowskiej w zdobywaniu wyższego wykształcenia (tzw. Towarzystwa Rygoryzantów).
Stanisław Lem w polskim gimnazjum uczestniczył w zajęciach z religii mojżeszowej. Na maturze dostał z niej taką samą ocenę jak ze wszystkich innych przedmiotów: bardzo dobrą. Wszystkie te fakty Gajewska ustaliła na podstawie dokumentów wyszperanych w lwowskich i krakowskich archiwach – odpisu świadectwa dojrzałości Lema, życiorysu jego ojca dołączonego do podania o pracę, archiwów lwowskiej gminy żydowskiej itd.
Lem wiedział więc, że coś go łączy z tymi krewnymi i przyjaciółmi ojca, którzy opowiadali się za syjonizmem i przeciwko asymilacji. Ale nie musi to być sprzeczne z tym, że uważał się za Polaka.
Sformułowania typu “Polak wyznania buddyjskiego” czy “Polak wyznania protestanckiego” nie budzą w nas sprzeciwu. Dlaczego mamy taki problem z “Polakiem wyznania mojżeszowego”? Gajewska swoją książką dotyka kapitalnego, szerszego problemu: braku dobrej narracji na temat dwudziestowiecznych losów polskich zasymilowanych Żydów. Na hasło “Żydzi na kresach II Rzeczypospolitej” przywołujemy zwykle te same klisze skojarzeń – trochę “Skrzypka na dachu”, trochę Lejzorka Rojtszwańca. Jacyś dziwnie ubrani ludzie posługujący się niezrozumiałym językiem, których egzotyczny, niepojęty świat przepadł podczas wojny.
Za mało polscy dla jednych, dla drugich za bardzo
A przecież nawet wśród ofiar Holocaustu tacy Żydzi stanowili mniejszość. Większość to byli ludzie dokładnie tacy sami jak Polacy wyznania rzymskokatolickiego. I dopiero terror obu okupantów, przede wszystkim Hitlera, ale i Stalin nie był tu bez winy, sztucznie wyodrębnił, zdehumanizował i wyciął ze wspólnej pamięci tę grupę.
Szczególnie jest to przykre w przypadku Lwowa. Polska pamięć o tym mieście rozpięta jest między dwiema skrajnościami. Jedną jest wizja przedwojennego Lwowa jako miasta przede wszystkim polskiego, w którym ewentualne mniejszości pojawiały się gdzieś na drugim planie. Drugą i równie fałszywą skrajnością jest mit Austria felix – o wielokulturowym raju, w którym przedstawiciele najrozmaitszych narodów żyli szczęśliwie pod sprawiedliwym panowaniem Habsburgów, a potem w II Rzeczpospolitej. Nie było to oczywiście takie piekło, jakie zgotowali we Lwowie Stalin i Hitler, ale nie był to także raj, raczej czyściec pełen nieustających konfliktów. W obu tych fałszywych wizjach nie ma miejsca dla Lema i jego rodziców. Do tej pierwszej byli za mało polscy, do tej drugiej za bardzo, ani to Orlęta Lwowskie, ani Tewje Mleczarz.
Historia zasymilowanych Żydów na Kresach pozostała właściwie do dzisiaj nieopowiedziana. Jak celnie zauważył prof. Bartoszewski, gdyby Lem zapełnił tę lukę i opowiedział historię swojej rodziny konwencjonalną prozą, miałby Nobla w kieszeni.
Stanisław Lem w swojej pracowni. Kraków, 1993 r. (Fot. Wojciech Druszcz / AG)
Powody, dla których tego nie zrobił, są niestety oczywiste. Lem w swoim życiu (1921-2006) miał wiele okazji do zaobserwowania, że w Polsce pytanie o czyjeś żydowskie pochodzenie rzadko zadawane jest bona fide. W jego długim życiu to pytanie zadawali przedwojenni narodowcy, okupacyjni szmalcownicy, peerelowscy moczarowcy, a w wolnej Polsce znów narodowcy (w 2002 r. LPR zaatakowała go za “promowanie cywilizacji śmierci”).
Nie znaczy to jednak, że tego w ogóle nie opowiedział. Jeśli odtworzymy okupacyjne dzieje Lema tak drobiazgowo jak Agnieszka Gajewska, możemy zauważyć, jak wiele w jego powieściach jest zaszyfrowanych wątków autobiograficznych. I nie chodzi tu tylko o realistyczny opis wojny w “Szpitalu Przemienienia” i jego kontynuacji “Wśród umarłych”, którą Lem zabronił potem wznawiać, ale także o powieści pozornie czysto fantastyczne, jak “Eden”, “Powrót z gwiazd”, “Głos Pana” czy nawet “Solaris”. W “Głosie Pana” pojawia się np. przedziwna retrospekcja profesora Rappaporta, który cudem uchodzi życiem z jakiejś masakry w ruinach płonącego więzienia w nienazwanym mieście Europy Wschodniej. Dziś wiadomo, że to był tzw. pogrom więzienny urządzony we Lwowie 1 lipca 1941 r. tuż po wkroczeniu wojsk niemieckich. Wycofujący się Rosjanie wymordowali więźniów politycznych w lwowskich więzieniach, takich jak Brygidki położone tuż przy kamienicy Lemów. Ukraińscy nacjonaliści liczyli na przychylność nowego okupanta i chcieli się mu przypodobać, zorganizowali więc “spontaniczny” pogrom Żydów. Prosto z ulicy zgarniano ludzi, których bojówkarze z jakiegoś powodu uznali za Żydów. Wśród nich – Stanisława Lema.
rekomendował
Leon Rozenbaum
Ofiary pogromu poddawano pośpiesznej selekcji. Część zabijano od razu drągami, rozbryzgi krwi sięgały drugiego piętra. Młodych zapędzono do wynoszenia zwłok z lochów. Wieczorem Niemcy nagle przerwali egzekucję. Nielicznych ocalonych puszczono wolno. Wśród nich – Lema. Nigdy o tym doświadczeniu nie napisał wprost, ale w “Edenie” i w “ba” mamy makabryczne opisy wynoszenia częściowo rozłożonych zwłok ze statku kosmicznego. W “Edenie” – opis obozu zagłady na innej planecie przypominający tzw. obóz janowski we Lwowie, a w “Niezwyciężonym” ofiary ataku nanorobotów, które – jeśli pominąć fantastycznonaukowe didaskalia – zachowują się jak więźniowie obozu zagłady w ostatnich chwilach życia.
Głównym bohaterem “Powrotu z gwiazd” jest Hal Bregg, astronauta, który ma biologicznie 39 lat, a Ziemię opuścił, gdy miał ich 18. Jest to odpowiednio wiek Lema piszącego tę powieść i Lema obserwującego upadek polskiego Lwowa. Za sprawą einsteinowskiej dylatacji czasu, gdy Bregg badał odległe gwiazdy, na Ziemi minęło półtora stulecia. Nie rozumie więc społeczeństwa, które zastał – a społeczeństwo nie rozumie jego i traumatycznych wspomnień z kosmosu, które są alegorią wspomnień samego Lema z okupacji. Lekarz, do którego Bregg się zgłasza ze swoimi problemami psychologicznymi – będący, jak zauważa Gajewska, sobowtórem Samuela Lema – mówi mu, żeby zachował te wspomnienia dla siebie. Opowiadając o nich współczesnym ludziom, tylko pogłębi swoją izolację.
To głównie wspomnienia o śmierci innych astronautów. Dzielą się na trzy rodzaje. Z jednymi po prostu urwała się łączność. Inni ginęli na jego oczach. Najgorsze są wspomnienia tych, którzy, zanim zginęli, błagali o pomoc, a Bregg nie mógł nic dla nich zrobić.
Podobnie było z krewnymi i przyjaciółmi Lema. Od jednych po prostu przestawały przychodzić wiadomości, tak jak od brata jego matki Marka Wolnera. Zginął on prawdopodobnie w kolejnym pogromie, tzw. petlurowskim, 26 lipca 1941 r., ale to są ustalenia współczesnych historyków. Matka Lema do końca życia miała nadzieję, że brat się gdzieś odnajdzie. Lem wspominał, że jej uporczywe wracanie do tego tematu sprawiało mu przykrość. On sam błędnie przypuszczał, że wuj zginął 2 lipca tego roku w tzw. rzezi profesorów.
Niektórzy ginęli na jego oczach. Jeszcze inni prosili go o pomoc, ale Lem – tak jak Hal Bregg – nie mógł narażać siebie i swoich rodziców, dla których był jedyną szansą na ocalenie. Jako blondyn z “aryjskim wyglądem” mógł w miarę bezpiecznie chodzić po ulicach z fałszywymi papierami.
Kiedy Tomasz Fiałkowski poruszył okupacyjną tematykę, rozmawiając z pisarzem przy okazji wywiadu rzeki “Świat na krawędzi”, został poproszony, by więcej o to nie pytać. Lem powiedział, że poruszanie tych kwestii przypłaca bezsennymi nocami. Stanisław Bereś z kolei wspomina, że pracując z nim nad wywiadem rzeką “Tako rzecze Lem”, zbywany był wymijającymi anegdotkami, a gdy próbował rozmówcę docisnąć – ten demonstracyjnie zdejmował aparat słuchowy (pisarz miał problemy ze słuchem, od kiedy w 1944 r. eksplodował blisko niego pocisk artyleryjski).
Na szczęście Lem zaszyfrował swoje wspomnienia w książkach, a Agnieszka Gajewska odnalazła klucz do tego szyfru. Dla miłośników “Solaris” jej książka to lektura obowiązkowa. Powinni ją poznać także ci wszyscy, którzy dostrzegają lukę w narracji o losie zasymilowanych Żydów na Kresach. To jest część polskiej historii.
Agnieszka Gajewska
“Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema”
Wydawnictwo Naukowe UAM
Poznań
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
The Arabs’ Historic Mistakes in Their Interactions with Israelby Fred Maroun
This is part one of a two-part series. The second part will examine what we Arabs can do differently today.
In the current state of the relationship between the Arab world and Israel, we see a patchwork of hostility, tense peace, limited cooperation, calm, and violence. We Arabs managed our relationship with Israel atrociously, but the worst of all is the ongoing situation of the Palestinians.
The Original Mistake
Our first mistake lasted centuries, and occurred well before Israel’s declaration of independence in May 1948. It consisted of not recognizing Jews as equals.
As documented by a leading American scholar of Jewish history in the Muslim world, Mark R. Cohen, during that era, “Jews shared with other non-Muslims the status of dhimmis [non-Muslims who have to pay protection money and follow separate debasing laws to be tolerated in Muslim-controlled areas] … New houses of worship were not to be built and old ones could not be repaired. They were to act humbly in the presence of Muslims. In their liturgical practice they had to honor the preeminence of Islam. They were further required to differentiate themselves from Muslims by their clothing and by eschewing symbols of honor. Other restrictions excluded them from positions of authority in Muslim government”.
On March 1, 1944, while the Nazis were massacring six million Jews, and well before Israel declared independence, Haj Amin al-Husseini, then Grand Mufti of Jerusalem, declared on Radio Berlin, “Arabs, rise as one man and fight for your sacred rights. Kill the Jews wherever you find them. This pleases God, history, and religion. This saves your honor. God is with you.”
If we had not made this mistake, we might have benefited in two ways.
Jews would likely have remained in the Muslim Middle East in greater numbers, and they would have advanced the Middle Eastern civilization rather than the civilizations of the places to which they fled, most notably Europe and later the United States.
Secondly, if Jews felt secure and accepted in the Middle East among Arabs, they may not have felt the need to create an independent state, which would have saved us from our subsequent mistakes.
The Worst Mistake
Our second and worst…..
Read more… The Arabs’ Historic Mistakes…..
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Gloryfikowanie palestyńskich dzieci-żołnierzy
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com
Mieszkańcy Jedwabnego wolą nie pamiętać. Rocznicowe uroczystości bez prezydenta i pani premier Joanna Gierak-Onoszko
Czas ogłosić cud niepamięci. Domagamy się uznania naszych krzywd – ale krzywd zadanych polską ręką pamiętać nie chcemy.
Trzeba odkłamać Jedwabne – mówią mieszkańcy gminy. 75 lat po pogromie zbierają podpisy pod obywatelską inicjatywą ustawodawczą: trzeba zobligować rząd do ekshumacji i sformułowania jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co naprawdę wydarzyło się tam w lipcu 1941 r. W oficjalną narrację o Polakach palących żywcem swoich żydowskich sąsiadów uwierzyć nie chcą.
Wydawać się może, że nie chcą też pamiętać. W oficjalnym serwisie gminy Jedwabne historia urywa się na 1941 r. Jedwabne woli budować markę wokół innej opowieści: „największym naszym atutem turystycznym jest lokalizacja Biebrzańskiego Parku Narodowego”. Dalej – o raju dla ornitologów, spływach kajakowych i agroturystyce. O spalonej stodole – nic.
Może codzienność zostawiają żywym, ale godzą się pamiętać o swoich umarłych gdzie indziej? W zakładce o historii – tylko ewidencja cmentarzy wojennych w gminie. O dniu, który sprawił, że o Jedwabnem usłyszał cały świat – cisza. Jeszcze dopisek: „Miejscową ludność cechował szczególnie silny patriotyzm”. Dziś dzieci uczą się tu w gimnazjum im. Jana Pawła II, liceum im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
To może zabytki? Tu wzmianki m.in. o murze plebanii i punkcie krajobrazowym, z którego „można podziwiać piękno doliny biebrzańskiej”; nazywa się on Betlejem. Na końcu strony jedno zdanie: „10 lipca 2001 roku w Jedwabnem odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika upamiętniającego mord dokonany na Żydach w 1941 roku (…)”. Kto tych Żydów mordował? Skąd przyszedł? Czy znał sąsiada, którego żywcem palił? Ile dzieci zostało na zawsze w stodole? Jak wtedy pachniało w miasteczku, gdy dym niósł się między domy?
O tym Jedwabne pamiętać nie chce.
Jest jeszcze zdjęcie. Dodane jako ostatnie, zrobione tak, że w rogu widać kawałek monumentu przykrytego nie kwiatami, ale – jak każe żydowska tradycja – kamykami, znakami pamięci. Ale ani tablicy przypominającej spalone drzwi stodoły ani inskrypcji zobaczyć się nie da. Napis mówi: „Pamięci Żydów z Jedwabnego i okolic, mężczyzn, kobiet, dzieci, współgospodarzy tej ziemi, zamordowanych, żywcem spalonych w tym miejscu 10 lipca 1941 roku. Jedwabne 10 lipca 2001 roku”. Odwiedzający Jedwabne w internecie tego się nie dowiedzą. Na pierwszym planie – rozłożyste cisy.
Jedwabne konsekwentnie wybiera nie pamiętać – w kalendarium wydarzeń kulturalnych święcenie motocykli. To żydowska gmina wyznaniowa zorganizowała rocznicową uroczystość. Jak zaznaczył PAP, „nie brała w niej udziału lokalna społeczność Jedwabnego”. Przyszło kilkaset osób, wśród nich naczelny rabin Polski Michael Schudrich, wiceambasador Izraela w Polsce Ruth Cohen-Dar, Instytutu Pamięci Narodowej, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Żydowskiego Instytutu Historycznego, wojewody podlaskiego, Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Jak zwykle pojawił się ks. Wojciech Lemański. Zabrakło wysokich rangą przedstawicieli kancelarii prezydenta RP Andrzeja Dudy i premier Beaty Szydło. Inaczej niż kiedyś prezydenci Kwaśniewski i Komorowski, obecne władze nie uznały za stosowne się tu pojawić. Premier Szydło klęczała wówczas na Jasnej Górze, podczas mszy kończącej pielgrzymkę słuchaczy Radia Maryja.
Odmówiono kadisz. Anna Chipczyńska, przewodnicząca żydowskiej gminy wyznaniowej, powiedziała pod pomnikiem, że jest to „ziemia nieszczęśliwa i ziemia straszna, gdzie cierpienia, krzyki ból, do tej pory rezonują, do tej pory są słyszalne”.
Jednak słowa modlitwy: „… odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, by odbić się echem, musiałyby o coś uderzyć, do czegoś dotrzeć.
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com