Archive | June 2021

Sienkiewicz rasistą? Żaden dawny autor nie zda egzaminu, któremu poddaje go dzisiejsza wrażliwość

Henryk Sienkiewicz (Fot. domena publiczna)


Sienkiewicz rasistą? Żaden dawny autor nie zda egzaminu, któremu poddaje go dzisiejsza wrażliwość

Maciej Janowski


My na pewno nie zdamy egzaminu, jaki urządzą nam nasi potomkowie, liberalni inteligenci w XXII czy XXIII w. Boję się myśleć, za jakich potworów moralnych nas uznają.

* * *

Pod wpływem niedawnej dyskusji o miejscu „W pustyni i w puszczy” w kanonie lektur szkolnych zacząłem się zastanawiać. Czy Henryk Sienkiewicz był rasistą?

Czy „W pustyni i w puszczy” jest książką rasistowską?

Namysł był krótki, bo odpowiedzi są oczywiste: nie był, nie jest.

Uprzedzenia Sienkiewicza były uprzedzeniami jego czasów

Nie chcę tu bronić Sienkiewicza contre coeur, bo nigdy nie byłem jego specjalnym wielbicielem, nawet w dzieciństwie; nie chcę też bronić „W pustyni i w puszczy”, bo nie jest to ostatecznie najwybitniejsze dzieło polskiej literatury. Chodzi mi o pewne podejście do przeszłości, które mnie niepokoi.

Bo przecież jest jasne, że Sienkiewicz wyposażony był w cały zestaw kulturowych uprzedzeń na temat wyższości białego człowieka, europejskiej kultury etc., jakie były typowe dla inteligenta europejskiego jego epoki. Jest również jasne, że nie był rasistą w sensie biologicznym, bo nowoczesny rasizm jest dziełem nauk biologicznych z pierwszych dekad XX w. O tych naukach Sienkiewicz (rocznik 1846) pewnie niewiele wiedział. Uprzedzenia Sienkiewicza były uprzedzeniami jego czasów i robienie mu z tego powodu zarzutów jest bezsensowne.

Zresztą na tle swoich rówieśników nie był on jakimś strasznym nacjonalistycznym szowinistą.

Był raczej głosicielem lekko bezrefleksyjnego, tradycyjnego, polskiego patriotyzmu, do którego niepostrzeżenie wkradały się coraz silniejsze elementy nowoczesnego nacjonalizmu. Jednak do endeckiej ideologii egoizmu narodowego było mu daleko.

Nie jesteśmy mądrzejsi od naszych przodków

Ale ktoś może zapytać: nawet jeśli to wszystko prawda, nawet jeśli Sienkiewicz (czy jakikolwiek inny dawny autor) nie był rasistą w rozumieniu swojej epoki, to co to może nas dzisiaj obchodzić? Przecież chodzi nam o dzisiejszy odbiór jego książek. Być może powinniśmy zwracać uwagę na to, jaki negatywny wpływ mogą mieć dawne książki dzisiaj, a nie na to, jak należy oceniać poglądy autora na tle jego czasów?

Niby racja – ale w tej racji kryje się pułapka. Wrażliwość moralna z epoki na epokę się zmienia (na lepsze czy na gorsze?). Żaden autor piszący choćby kilkadziesiąt lat temu (a co dopiero dawniej) nie zda egzaminu, któremu poddaje go dzisiejsza wrażliwość, choćby był jak na swoją epokę najbardziej nawet otwarty i pozbawiony uprzedzeń. I vice versa: my również nie zdalibyśmy egzaminu z etyki, jakiemu poddaliby nas ludzie z dawnych epok. A już na pewno nie zdamy egzaminu, jaki urządzą nam nasi potomkowie, liberalni inteligenci w XXII czy XXIII w. (boję się myśleć, za jakich potworów moralnych nas uznają). Co robić w takiej sytuacji? Cenzurować lektury? Wybierać z dawnych autorów tylko te fragmenty, które uznajemy za zgodne z naszymi poglądami? Wydaje mi się to niegodne poważnych ludzi, zwłaszcza zwolenników wolności słowa. Można usunąć z list lektur absolutnie wszystko – nie tylko Sienkiewicza – to jednak byłby absurd. Taka postawa, w której poddajemy dawnych autorów bezwzględnej kontroli pod kątem naszych współczesnych poglądów, jest w istocie przejawem niesłychanego zadufania.

To tak, jakbyśmy mówili: patrzcie, o ile mądrzejsi, o ile lepsi moralnie jesteśmy od tych wszystkich dawno zmarłych.

Muszę przyznać, że ja nigdy jakiejkolwiek wyższości umysłowej czy moralnej nad ludźmi dawnych epok nie odczuwałem. Są elementy uprzedzeń etnicznych, genderowych czy innych u Szekspira, Dantego, Homera? Pewnie, że są, i co z tego? Mamy ich nie przekładać, nie wznawiać, nie czytać? Czy naprawdę nie ma u nich niczego poza uprzedzeniami?

Zaproszenie do dyskusji

A można przecież postąpić inaczej. Można czytać dawne teksty z maksymalną życzliwością, szukając w nich przede wszystkim tego, co dziś jeszcze wydaje nam się wartościowe (jest tego wiele, również u Sienkiewicza). A co z fragmentami, które budzą nasz sprzeciw? Mogą się one stać – i tutaj jest miejsce dla dobrego nauczyciela polonisty – zaproszeniem do dyskusji. Dyskusji, której celem ma być nie pognębienie autora i ukazanie naszej wyższości, lecz zrozumienie poglądów człowieka z innej epoki. Nawiasem mówiąc, u Sienkiewicza głównym tematem takiej dyskusji w moim przekonaniu powinno być nie tyle „W pustyni i w puszczy”, ile obraz stosunków polsko-ukraińskich w „Ogniem i mieczem”. Wiem dobrze, że obecna polityka oświatowa nie sprzyja ani ciekawym dyskusjom w szkole, ani dobrym nauczycielom; ale przecież kiedyś się to zmieni.


Maciej Janowski – historyk, zajmuje się dziejami Polski i Europy w XIX w.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


A Place to Call Home

A Place to Call Home

MICHAEL OREN


ACORN TV / Marta Dusseldorp as Sarah Nordmann in a ‘A Place to Call Home’

The Australian series, set in the aftermath of World War II, portrays religious life (and Jews) with bracing sincerity

.

In one of the final scenes of the hit Australian series A Place to Call Home, Sarah Nordmann lights the Sabbath candles. She blesses the wine and the bread and passes them around the table. The moment is extraordinary, not only because Sarah, born Bridgette Adams, is a convert to Judaism, but because all her guests are gentiles. Some of them were formerly anti-Semites. Sarah embraces them and wishes them an ardent “Shabbat shalom.”

Sarah ranks as one of the most complex characters to appear in contemporary television—principled, passionate, long-suffering, and intrepid. Her decision to convert, made after falling in love with a Jewish doctor during the Spanish Civil War, leads to her excommunication from the Catholic Church and subsequent estrangement from her mother. It results in her internment in the Ravensbrück concentration camp and her torture by the Nazis. Yet the most insidious challenge to Sarah’s identity comes after the Holocaust, when a wealthy Australian widower invites her to work as a nurse in his quiet country town. There she must wrestle with almost daily displays of anti-Semitism.

It comes in various stripes, from the “Hitler should have gotten you all” variety to the aristocratic “to be born a Jew is misfortune enough, but to become one is a tragedy.” Jew-hatred is shown to permeate every stratum of Australian society, along with prejudice against gay people, women, and Blacks. Sarah stands up for them all. Though not formally observant, she is fiercely attached to her adopted faith and what she regards as its liberal ideals. She confronts the bigots and, for the most part, defeats them. When chancing on a former Ravensbrück guard, she seeks not closure but vengeance, and after giving birth to a son, insists on having him circumcised. Along the way, Sarah befriends other Jews, many of them Orthodox, all of them noble.

If glowing in its portrayal of Jews and Judaism, A Place to Call Home, which is streaming on Acorn TV, is no less admiring in its treatment of Israel. Sarah is unreservedly proud of the Jewish state, defending it from detractors and yearning to visit at the earliest opportunity. Zionism serves as an inspiration to other liberation movements, she believes, as do several of the series’ protagonists. “Israel … it gives a man hope,” an aboriginal worker observes to her. “Two thousand years for your mob and only 200 years for ours … so maybe there’s light at the end of the tunnel.”

Such a positive portrayal of Jewishness and Israel might be understandable if the makers of A Place to Call Home were themselves committed Jews or evangelical Christians. But writer Bevan Lee, a renowned gay-rights activist, wrote the series not as a tribute to Jews but to the veterans of World War II. Marta Dusseldorp, who plays Sarah, is also a non-Jew. She prepared for the role by watching Claude Lanzmann’s Shoah film, visiting Sydney’s Holocaust Museum and speaking with a convert. “Sarah doesn’t walk around as a victim,” she explained. “Her life is about … being positive and enriching the world.” A search of the producers’ backgrounds reveals no Jewish connections whatsoever.

By contrast, one would be hard-pressed to find an American series in which Jews did not play a significant if not dominant role. And Jewish characters have long been a staple of American television—from the presumed-to-be Jewish stars of Rhoda and Seinfeld to the over-the-top Jews of Curb Your Enthusiasm and The Marvelous Mrs. Maisel. The progression from subtle to flagrant portrayals no doubt reflects the increasing success and security of Jews in the entertainment field, but it also mirrors their own sense of identity. For them, it seems, Judaism is less a source of pride and values than of ethnic quirks, psychological fragility, and angst—less a religion than a syndrome. And it is funny, easily caricatured: an ongoing Jewish joke. Donny’s Bar Mitzvah, a new Amazon Prime comedy, seeks to be “the raunchiest Jewish movie ever made.”

But other series, most graphically Our Boys and Unorthodox, dispense with humor altogether to show a Judaism that is racist, anti-feminist, cruel, and ultimately violent. Israel is painted as heartless at best, and at worst, evil. These themes converge in Messiah, a Netflix production that touches on almost every anti-Semitic trope, from the hideous IDF soldiers who torment a Christ-like figure and his unarmed Palestinian followers to the Israeli security personnel determined to kill him.

Our Boys and Unorthodox were created by Jews, but not Messiah, which was written by an Australian Catholic. This is unusual, for Australia may be one of the few countries in the world capable of producing a program like A Place to Call Home. Free of Europe’s anti-Semitic baggage and without the American Jews who poke fun or take aim at their heritage, Australian producers have no problem in presenting Jews who are steeped in their tradition and committed to their faith. They can still see Israel as a blessing.

That sympathy applies not only to Judaism but to religion in general. An upper crust family saga similar to Dynasty, Downton Abbey, and Dallas, A Place to Call Home is uniquely focused on faith. The Catholics are staunch in their religious convictions as are the members of the Church of England—the “C of E” as they lovingly call it. “What would we do without prayer, whoever our God?” Doris, a Protestant, asks Sarah after the funeral of a common friend. Sarah responds by reciting Psalm 23, in Hebrew, “v’yeshavti bavait Adonai le’orech yamim,” and Doris concludes, “with your son and the Holy Spirit forever and ever.”

Perhaps this is a nod to the period in which the drama takes place, in the early 1950s, when Australians were presumably more observant. But Downton Abbey, set in 1920s England, is effectively desacralized, with its historical adviser having been instructed to “keep religion out of it.” At a time when television priests are more likely to be pedophiles than role models and born-again Christians are invariably fanatics, A Place to Call Home is a paean to piety.

And audiences loved it. Discontinued after a mere two seasons, the series was brought back by popular demand for an additional five. It won every Australian television award—including most outstanding drama series—four times.

“Shabbat shalom,” the guests in that final scene reply to Sarah. She has triumphed over ignorance, hatred, and genocide. But religion, too, has won, and especially Judaism. A Place to Call Home proves that Jews, God, and Israel needn’t be lambasted or lampooned to achieve high ratings. On the contrary, portraying them favorably, even heroically, just may be the secret to a hit.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


‘Unorthodox’ Stars Shira Haas, Amit Rahav Take Home Wins at Independent Spirit Awards

‘Unorthodox’ Stars Shira Haas, Amit Rahav Take Home Wins at Independent Spirit Awards

Shiryn Ghermezian


Shira Haas in “Unorthodox.” Photo: YouTube screenshot.

The two Israeli lead actors of the Netflix mini-series “Unorthodox” both picked up wins at the 36th annual Film Independent Spirt Awards on Thursday.

Shira Haas — who plays an ultra-Orthodox woman fleeing Brooklyn’s Satmar community in the 2020 Netflix drama — won the award for Best Female Performance in a Scripted Series at the virtual ceremony, hosted by “Saturday Night Live” cast member Melissa Villaseñor. Amit Rahav, who stars as Haas’ husband in “Unorthodox,” took home the win for Best Male Performance in a Scripted Series.

Both actors appeared shocked by the win in videos shared on social media. Haas said in her acceptance speech that she was “not expecting” to take home the award, while Rahav wrote in an Instagram post that he is extremely honored by the award and added “Thank you thank you thank you! never going sleep again.”

This is the first year that the Independent Spirit Awards included TV/streaming categories.

Based on Deborah Feldman’s 2012 memoir, “Unorthodox: The Scandalous Rejection of My Hasidic Roots,” the four-episode mini-series circulates around Haas’ character Esty Shapiro, who feels constrained by her strict religious upbringing in Brooklyn and the pressures of marriage, and eventually leaves for Berlin.

Haas has been nominated for an Emmy and a Golden Globe for her performance in the show.

Netflix’s “Immigration Nation,” a documentary series about the migrant crisis in the US that was co-directed and co-produced by Israeli filmmaker Shaul Schwarz, also took home a win, for Best New Non-Scripted or Documentary Series.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Owszem żyję, ale trudno to potwierdzić


Owszem żyję, ale trudno to potwierdzić

Andrzej Koraszewski


Czasem drobne sprawy wydają się symptomatyczne, chociaż zawsze warto pamiętać o naszej odwiecznej skłonności do wyciągania zbyt daleko idących wniosków. Po przejściu na emeryturę osiadłem w małym miasteczku, zakładając, że to jest dobry punkt obserwacyjny dokonujących się w Polsce przemian. Z wielu względów to była bardzo dobra decyzja, znalazłem tu wspaniałych przyjaciół, a i miejsce pokazywało wiele z tego, co trudno dostrzec z Warszawy czy z Poznania. Można powiedzieć, że jest to Polska C, a może nawet D. Miasteczko bez przemysłu, największe miejsca pracy to urząd gminny i dwie szkoły, trochę rzemieślniczych warsztatów, wysokie bezrobocie. Sporo zmian na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Trudno je uporządkować. Osobiście uważam, że największym sukcesem jest to, że nie spotykam już na ulicach dzieci, które wyglądają na niedożywione.

Kiedy przejeżdżasz przez to miasteczko samochodem, nic cię nie będzie kusiło, żeby się zatrzymać. Mamy prawa miejskie od ośmiuset lat (a wcześniej była tu silna twierdza graniczna), ale miasto było wielokrotnie niszczone, zero zabytków, powiedzieć, że architektura jest mało atrakcyjna to raczej understatement. Upadek komunizmu powoli przywracał tu życie. Nie, miasteczko nie rozkwitło, tu mieszkańcy później niż w innych miejscach kupowali samochody (początkowo głównie wraki sprowadzane z Niemiec). Powoli remontowano domy, pojawił się niewielki supermarket i początkowo nikt nie wierzył, że się utrzyma, ale potem wyrósł drugi i trzeci. Jak zmienia się mentalność? Dobre pytanie. Wielu młodych ludzi ucieka od kościoła, mieszkanie młodych ludzi razem bez ślubu przestało najpierw szokować, a potem dziwić, powoli zmienia się stosunek do pracy. Stare rzemiosło znikło, nowe wymaga kwalifikacji, więc to jest już inny świat, gospodarstwa powolutku przejmuje młode pokolenie rolników myślących w kategoriach rynku. Również w urzędach pojawiły się młode twarze, ludzi bardziej życzliwych i bardziej kompetentnych. I tu zaczyna się właściwa opowieść.

BBC Pension Scheme wypłaca mi emeryturę, więc od czasu do czasu, chce się dowiedzieć o moje zdrowie. Dostaję formularz, w którym mam potwierdzić, że jestem i mam się dobrze, a mój podpis na tym formularzu musi być potwierdzony przez inną osobę. Ta inna osoba może być sędzią, lekarzem, policjantem, nauczycielem, pracownikiem banku, poczty albo samorządu. Poprzednim razem po drodze na pocztę wszedłem do komisariatu policji, wyjaśniam sprawę, a pan komendant oburzony, że policja nie jest od tego, żeby poświadczać podpisy. Było widać, że frustruje go bariera językowa, młoda policjantka zainteresowała się, spojrzała na formularz i śmiejąc się, powiedziała, że oczywiście można mój podpis potwierdzić. Sprawy zaszły już jednak zbyt daleko, autorytet komendanta byłby narażony na szwank, więc kategorycznie zabronił. Trochę mnie to zgniewało, trochę ubawiło, dwieście metrów dalej poprosiłem o przysługę lekarza w przychodni. Lekarz nie miał problemu, zdziwiło mnie, że upierał się, żeby koniecznie przybić jeszcze swoją pieczątkę.

Teraz kiedy znów chciano się w Anglii dowiedzieć, czy nadal żyję, wszedłem do lokalnego banku i uroczej, dobrze znanej pracownicy wyjaśniam, w czym sprawa, tłumaczę najważniejsze zdanie: „Potwierdzam, że emeryt okazał mi dowód osobisty i podpisał ten formularz w mojej obecności”. Pracownica banku rozłożyła bezradnie ręce, oświadczając stanowczo, że prawo jej tego zabrania. Próbowałem wyjaśniać, że to nie bank potwierdza, ale ona osobiście, że nie potrzeba tu żadnych pieczątek, że wystarczy jej nazwisko, adres i podpis. Nic nie pomogło.

Wzruszyłem ramionami i pomyślałem, że na poczcie są teraz młode pracownice, które miały angielski w szkole, więc z nimi będzie łatwiej. Młoda dziewczyna pokręciła głową i zawołała kierowniczkę Urzędu Pocztowego, która oznajmiła, że polskie prawo zabrania udzielania takich potwierdzeń. Nie chciałem łazić do przychodni, bo oni mają tam teraz urwanie głowy ze szczepieniami, pomyślałem, że w gminie, w Biurze Ewidencji Ludności nie będą mieli problemu z poświadczeniem, że widzą, jak podpisuję papierek. Myliłem się, była uczennica naszego gimnazjum, którą znałem jeszcze jako nastolatkę, rozłożyła bezradnie ręce i powiedziała, że absolutnie nie może poświadczyć, że mnie widzi na własne oczy, usłużnie zaprowadziła mnie do Wyższej Władzy. Wyższa Władza długo wpatrywała się w zawierający kilka zdań formularz, a ponieważ przypominała do złudzenia Sowę P. z Kubusia Puchatka, więc, mimo że wcześniej powiedziałem, co tam jest, postanowiłem przetłumaczyć cały formularz.

Urzędnik najpierw orzekł, że muszę to notarialnie przetłumaczyć, a potem stwierdził, że absolutnie nie może poświadczyć, że przy nim coś podpisałem. Jego strach, ukrywany za powagą Urzędu i udawaną znajomością nieistniejącego prawa był tak komiczny, że nie mogłem się powstrzymać od wybuchu śmiechu.

Miałem potem wyrzuty sumienia. Musiałem tym śmiechem urazić człowieka, który nie jest przecież winien naszej nieco bizantyjskiej mentalności. Dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie scenę sprzed pół wieku, kiedy w Szwecji sekretarka na uniwersytecie poprosiła mnie, żebym przyniósł poświadczoną kopię mojego polskiego dyplomu. Zapytałem moją nauczycielkę szwedzkiego, kto mi może poświadczyć zgodność kopii z oryginałem, a dziewczyna odpowiedziała mi ze śmiechem, że każdy. Wyjęła mi z ręki mój dyplom, poszła zrobić kopię, napisała u dołu słowo „vidimeras”, podpisała dodając swój numer telefonu i wręczyła mi obydwa dokumenty, chichocząc na widok mojej zaszokowanej twarzy. Nie mogłem zrozumieć jak to tak, bez pieczątki, bez powagi urzędu, bez cienia szacunku dla świętej biurokracji?

Nic dziwnego, że obserwując naszą trwającą transformację, przyglądam się z uwagą, jak zmieniają się relacje na osi państwo-obywatel, urząd-petent, obywatel-obywatel. Zmieniają się, to jest już inny świat. Trudno jednak w trzydzieści lat nadrobić całe stulecia. Być może mój śmiech w pokoju urzędnika był niegrzeczny. Jednak, żeby wyjaśniać samorządowcowi komiczność sytuacji, musiałbym długo opowiadać o tym, jak Jan Zamojski przestawił zwrotnicę na kierunek Kontrreformacja, jak Mickiewicz marzył, żeby jego księgi trafiły pod strzechy w czasach, kiedy mieliśmy w Polsce jednego piśmiennego chłopa na dwa powiaty (w tym samym czasie w Szwecji nie można było wziąć ślubu bez umiejętności czytania i pisania), musiałbym opowiadać, jak długo w innych miejscach uczono się, co znaczy słowo obywatel i jak urzędy powoli zmieniały się z ośrodków władzy w punkty usługowe.

Transformacja przyniosła w Polsce niesamowity dobrobyt, wywołała gniew, że jeszcze nie zarabiamy jak Szwajcarzy, pokazała, że mamy ogromny problem z rozumieniem, co właściwie znaczy demokracja. Nie ma w tym nic dziwnego, żyjemy w kraju, w którym szlacheckie elity wolały raczej utracić ojczyznę niż przyznać obywatelskie prawa chłopom, żyjemy w kraju, którego skromny postęp edukacyjny prowadził do tego, że inteligencja radośnie kultywowała pogardę dla nieoświeconego ludu, żyjemy w kraju, w którym frustracja z powodu zacofania bije się o lepsze z narodową dumą. Mentalności nie da się zmienić tak, jak się zmienia samochód, stan urzędniczy jest nadal stanem, chociaż znacznie mniej butnym niż w przeszłości, częściej wystraszonym, kiedy zderza się z nową sytuacją i uciekającym wówczas gwałtownie w udawaną pewność siebie. Kto wie, może transformacja tego stanu urzędniczego jest jednym z ważniejszych elementów powodzenia dalszej transformacji kraju? A może jesteśmy tylko zbyt niecierpliwi, bo te zmiany zachodzą, tylko są obrzydliwie powolne?

Ostatecznie poprosiłem o pomoc naszego młodego, dobrze wykształconego i nowoczesnego burmistrza, który poprosił wiceburmistrza, żeby to załatwił i udało mi się uzyskać potwierdzenie, że osobiście podpisałem papierek, w którym stwierdzam, że nadal żyję.

Nasz wiceburmistrz nie mógł się jednak przełamać i zdobyć na wpisanie swojego własnego nazwiska i adresu, przywalił nikomu niepotrzebną pieczęć, przydając gminny majestat swojemu świadectwu autentyczności mojego podpisu.

Miałem wrażenie, że jestem uczestnikiem i obserwatorem ciekawego zjawiska. Być może się mylę, być może dorabiam teorię do trochę irytującej, a trochę zabawnej historii z miasteczka, w które wrosłem bez reszty i które uwielbiam. Ostatecznie cała przygoda jest wyłącznie moją winą, mogłem umówić się z zaprzyjaźnioną nauczycielką, lub ze znajomym lekarzem i załatwić to tak, jak się takie sprawy załatwia w Polsce.


Andrzej Koraszewski – Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Szejk Dżarrah i niesymetryczne roszczenia

Demonstracja przeciwko potencjalnej eksmisji lokatorów odmawiających płacenia czynszu w dzielnicy Szejk Dżarrah w 2010 roku


Szejk Dżarrah i niesymetryczne roszczenia

Lyn Julius
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Jeśli wierzyć większości zachodnich mediów, to wszystko zaczęło się od Szejk Dżarrah: dzielnicy w Jerozolimie, która stała się symbolem “niesprawiedliwości” wobec palestyńskich mieszkańców zagrożonych eksmisją. Sprawa została fałszywie przedstawiona jako próba eksmitowania “setek” Palestyńczyków przez żydowskich “osadników”.

W rzeczywistości jest to trwający od wielu lat prywatny spór między żydowskimi właścicielami nieruchomości a arabskimi lokatorami. Lokatorom grozi eksmisja za niepłacenie czynszu.

Lustrzane odbicie sprawy Szejk Dżarrah zdarzyło się niedawno w Iraku. Tam lokator w Bagdadzie, który obawiał się, że jego dom zostanie zburzony, zaapelował do żydowskiego właściciela ziemi, który obecnie mieszka w Kanadzie, by pozwał do sądu dewelopera, który sfałszował akt własności.

Jednak, nawet gdyby wygrali sprawę sądową, żydowscy właściciele nie mogliby żądać swojej własności, ponieważ zostały one znacjonalizowane – Żydom odebrano prawa własności, kiedy zmuszono ich do wyjazdu z kraju.

Podczas gdy dyskusje mogą odbywać się tam, gdzie rządzi Izrael, Jonathan Spyer pisząc w “Jerusalem Post”, pokazuje fundamentalną asymetrię: wszystkie drogi wiodące do restytucji przejętej własności żydowskiej w krajach arabskich są zamknięte. “Siła jest prawem” w dyktaturach, które prześladowały żydowskich obywateli, wyznaczonych na kozły ofiarne jako syjoniści. Dla Żydów sama myśl o ubieganiu się o zwrot ich własności jest uważana za śmiechu wartą.

Żydom wygnanym z krajów arabskich odebrano własność wartą miliardy dolarów. (Nieliczni Żydzi wydaleni z Egiptu po kryzysie sueskim, obywatele brytyjscy i francuscy, otrzymali pewną rekompensatę od Wielkiej Brytanii i Francji, ale olbrzymia większość nie otrzymała niczego.)

Był tylko jeden przykład zwrotu własności jej żydowskim właścicielom, rodzinie Metzger – „zwrócono” Hotel Cecil w Alexandrii. Egipski sąd w 1996 roku wydał wyrok, że hotel ma być zwrócony Albertowi Metzgerowi, ale wyrok nie został wykonany z obawy, że będzie stanowić precedens do zwrotu znacjonalizowanej własności żydowskiej.

Dopiero w 2007 roku egipski rząd zaproponował umowę, według której wyrok zostałby wykonany, ale rząd natychmiast odkupiłby hotel od rodziny Metzger.

Kiedy Ustanowiono Komisję Roszczeń Majątkowych po inwazji Iraku w 2003 roku, by zająć się roszczeniami Irakijczyków, którym odebrano ich własność, początkowy punkt czasowy ustalono na rok 1968, kiedy to reżim Baas przejął władzę. To wykluczyło olbrzymią większość potencjalnych ubiegających się o zwrot majątku – 130 tysięcy Żydów, którzy opuścili kraj w latach 1950-51.

Komisja Roszczeń miała być powołana według warunków umowy pokojowej między Egiptem a Izraelem w 1979 roku. Nigdy jednak jej nie powołano.

Jerozolima jest wyjątkiem. Kiedy miasto dostało się pod izraelską jurysdykcję po 1967 roku, Żydzi wygnani przez Jordańczyków w 1948 roku otrzymali możliwość odzyskania swoich nieruchomości na Starym Mieście i we wschodniej Jerozolimie.

Prawo z 1970 roku umożliwia żydowskim właścicielom żądanie restytucji w sądzie. Jest jednak ważne zastrzeżenie: prawo chroni lokatorów, którzy płacą czynsz. W wypadku Szejk Dżarrah lokatorzy odmówili płacenia czynszu.

W Izrael zaszła częściowa wymiana nieruchomości: żydowscy uchodźcy z krajów arabskich zamieszkali w porzuconych palestyńskich domach i wsiach. I odwrotnie, Palestyńczycy zajęli żydowskie dzielnice, kluby społeczne, szkoły i synagogi w Iraku, Libii, Libanie i Syrii.

Drażliwa kwestia roszczeń majątkowych uchodźców po obu stronach nadal oczekuje na wszechstronne porozumienie pokojowe. Najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem może być rekompensata zamiast restytucji. W świetle ostatnich wydarzeń ta perspektywa wydaje się odległa.


Lyn Julius – Dziennikarka, współzałożycielka brytyjskiego stowarzyszenia HARIF, Żydów pochodzących z Północnej Afryki i krajów Bliskiego Wschodu; stowarzyszenia informującego o liczącej trzy tysiące lat historii Żydów na Bliskim Wschodzie i o losie tej mniejszości wyznaniowej i religijnej w XX wieku. Rodzina Lyn Julius pochodzi z Iraku.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com