Izrael. Mały, ale wariat

Wyborcza.plIzrael. Mały, ale wariat

Paweł Smoleński


Żołnierz izraelski podczas ćwiczeń na Wzgórzach Golan, 13 września 2016 r.Żołnierz izraelski podczas ćwiczeń na Wzgórzach Golan, 13 września 2016 r. (FOT. ARIEL SCHALIT / AP)

CaHaL to jedyne wojsko świata, które samo wyciąga się za włosy z bagna, a rekruta uczy, że czasem trzeba odmówić wykonania rozkazu.

Lot nr 139 z Tel Awiwu do Paryża ma międzylądowanie w Atenach. Na pokład airbusa A300 Air France wsiada kilku pasażerów: dwójka Niemców w pierwszej klasie i dwóch Arabów w ekonomicznej. Chwilę po starcie wyciągają broń.

Po kilkugodzinnym postoju w Bengazi w Libii airbus leci do Entebbe w Ugandzie. Staje na pasie z dala od terminalu. Do czwórki terrorystów z Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny i niemieckich Komórek Rewolucyjnych dołącza kilku kolejnych. Dzielą pasażerów na Żydów i nie-Żydów, u co starszych ożywiając wspomnienie Holocaustu; wyjątkowo podle zachowują się niemieccy rewolucjoniści. Stawiają żądania: Izrael ma zwolnić więzionych palestyńskich bojowników.

Porywaczom sprzyja Idi Amin, obrażony na Izrael, choćby za odmowę sprzedaży wojskowych odrzutowców. Dyktator Ugandy wysyła do Somalii prywatny samolot po kolejnych terrorystów, a zakładników pilnują ugandyjscy żołnierze.

Izrael jest zaszokowany, wściekły oraz bezradny. Na pokładzie airbusa jest prawie 250 pasażerów i 12 osób załogi. Na kryzysowych naradach padają różne pomysły, łącznie z atakiem jachtowym przez Jezioro Wiktorii lub błyskawicznym podbojem całej Ugandy. Lecz niebawem pojawia się plan. Tak precyzyjny i brawurowy, że jego autorów rodacy nazwali “Radą Fantastów”.

Z Izraela startują “nosorożce”, wojskowe herculesy C-130E, oraz dwa boeingi. Muszą tak manewrować, by nie wykryły ich arabskie radary. Herculesami lecą spadochroniarze brygady Golani, komandosi jednostki specjalnej Sajjeret Matkal, sprzęt wojskowy, ale też limuzyna, świeżo pomalowana na czarno. Takim mercedesem jeździ Idi Amin, który lada chwila ma powrócić z zagranicznej podróży.

Z brzucha lądującego herculesa pierwszy wyjeżdża mercedes. To kilkadziesiąt bezcennych sekund zaskoczenia. Cały rajd trwa trzy minuty. Ginie dwóch zakładników, sześciu terrorystów, 45 żołnierzy ugandyjskich i dowódca akcji, brat dzisiejszego premiera, Joni Netanjahu (Bibi, również żołnierz Sajjeret Matkal, cztery lata wcześniej odbijał samolot linii Sabena na lotnisku w Lod).

– To była emblematyczna akcja – opowiada Michael Bar-Zohar, żołnierz wojny Jom Kippur, dziennikarz, polityk i doradca polityków, współautor książki “Nie ma zadań niewykonalnych”. – Kryła się za nią filozofia naszego wojska: jesteśmy małym krajem otoczonym morzem nieprzyjaznych sąsiadów, więc armia, choć w sumie niewielka, musi być skuteczna, umieć walczyć zarówno w polu, jak i z atakującymi nas na całym świecie terrorystami. Musi działać wbrew szablonom i mieć żołnierzy, którzy podejmą się niemożliwego.

Entebbe to niejedyna “niemożliwa akcja”, która okazała się możliwa. Dość wspomnieć atak na ufortyfikowaną Zieloną Wyspę, kiedy płynący pod wodą komandosi zniszczyli egipskie radary, co pomogło Izraelowi wyjść obronną ręką z tak zwanej wojny na wyczerpanie. Albo bejrucki szturm na liderów Czarnego Września, palestyńskiego komanda odpowiedzialnego między innymi za masakrę izraelskich sportowców na igrzyskach w Monachium. Kilkunastu komandosów – niektórzy przebrani za kobiety – dostało się do apartamentowca w pobliżu portu i zastrzeliło trzech przywódców terrorystów.

– Znów rozważano kilka wariantów, łącznie z frontalnym atakiem kilkuset żołnierzy – opowiada Bar-Zohar. – Wówczas Ehud Barak, późniejszy premier, powiedział: “Zrobię to z kilkunastoma moimi chłopakami. Po co ryzykować wojnę? Po co mają ginąć cywile?”.

Ten ostatni argument jest kluczowy. Wojsko, które nie myśli o cywilach, nie tylko o własnych, nigdy nie będzie skuteczne.
Operacja “Gniew Boga”. Dowodził nią przebrany za kobietę późniejszy premier Izraela

***

Jest rok 1956, Egipt nacjonalizuje Kanał Sueski. Francja i Wielka Brytania szykują inwazję, żeby zachować kontrolę nad tym kluczowym łącznikiem mórz Czerwonego i Śródziemnego. Izrael angażuje się po uszy po stronie aliantów i boi się, że arabska mniejszość może sprawiać kłopoty. Ogłasza, że w arabskich wioskach i miasteczkach na terytorium Izraela – Zachodni Brzeg był wówczas częścią Jordanii – obowiązuje zakaz opuszczania domów. Ale jeszcze nie ma komórek i internetu, więc nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Grupa arabskich rolników akurat wraca z pól. Natykają się na oddział straży granicznej. Ginie 48 osób, w większości dzieci.

Niebawem żołnierze i dowódcy trafią pod sąd. Zostaną skazani na wiele lat więzienia (wyjdą sporo wcześniej), lecz najważniejsze w sprawie jest przemówienie sędziego Benjamina Halevy. Później skaże na śmierć księgowego Holocaustu Adolfa Eichmanna, ale teraz mówi nie jak prawnik, lecz jak poeta: o “czarnej fladze”, którą musi zobaczyć każdy żołnierz, kiedy każą mu wykonać zbrodniczy rozkaz. Żołnierz – dowodzi sędzia – ma obowiązek odmowy wykonania polecenia, gdy jest niemoralne.

Od tego czasu każdy rekrut musi wysłuchać wykładu o werdykcie sędziego Halevy. Masakra w Kfar Kasim to obowiązkowy punkt szkolnej nauki. Najwięksi politycy Izraela chylili głowę przed memoriałem ofiar.

– To jedyna armia świata – mówi Bar-Zohar – która instruuje, że trzeba odmówić wykonania rozkazu, jeśli jest niezgodny z sumieniem.
Ponad połowa Izraelek między 18. a 20. rokiem życia idzie do wojska. Z tego obowiązku zwalnia ciąża, małżeństwo, posiadanie dzieci i religia

***

Tyle że izraelscy żołnierze także później dopuszczali się czynów niegodnych. Znaczy to tylko, że sumienie wojska zależy nie tyle od edukacji, ile od wojny po prostu.

Bar-Zohar opisuje wojnę libańską z perspektywy szturmu na Beaufort, twierdzę trzymającą w szachu południowy Liban i Galileę już od XII wieku. Opowiada o nocnej i znów niemożliwej akcji komandosów przeciwko znakomicie ufortyfikowanym, liczniejszym Arabom, bo taki jest temat jego książki. Lecz przecież tamten czas naznaczył nie brawurowy atak, ale masakra palestyńskich cywilów w obozach Szabra i Szatila. Masakrowali arabscy chrześcijanie, ale na oczach bezczynnej izraelskiej armii.
Zresztą wielu kombatantów wojny libańskiej twierdzi, że szturm na Beaufort był bez sensu; wystarczyło otoczyć fortyfikacje i po prostu czekać na kapitulację. Dzień po wszystkim do ruin przybył premier Menachem Begin i oznajmił, że w akcji nie zginął i nie został ranny ani jeden izraelski żołnierz. Nie dość, że minął się z prawdą, to jeszcze zapytał: “Czy oni [Palestyńczycy] mieli karabiny maszynowe?”, czym wywołał wściekłość opinii publicznej.

Albo wymyślona podczas drugiej intifady w Nablusie i stosowana podczas trzech operacji w Gazie taktyka “chodzenia przez ściany”. Wojsko uznało, że podczas walk w mieście największym wrogiem żołnierzy jest ulica, dlatego nie pchało się w ciasne zaułki, lecz zdobywało dom po domu, przechodząc przez rozbijane ściany. W ten sposób ocalono życie wielu Izraelczykom, ale narażano cywilów, za którymi kryli się Palestyńczycy.

– “Chodzenie przez ściany” ma ścisłe procedury redukujące możliwości narażania cywilów – opowiadał mi Jehuda Szaul, kombatant II intifady i działacz organizacji pokojowej Przełamać Ciszę. – Ale skoro głównym zadaniem tej techniki, wbijanym wojsku do głowy częściej niż opowieść o “czarnej fladze”, jest ochrona swoich, nagina się je w czasie walki.
Izrael: Mord spowszedniał

***

Mimo że izraelskie wojsko jest najlepsze na świecie, Bar-Zohar pisze: “Stało się jasne, że regularna armia, wyćwiczona do ścierania się z innymi regularnymi armiami, nie jest przygotowana do walki z organizacjami terrorystycznymi, zakorzenionymi w miastach, wśród ludności cywilnej. Wszystkie izraelskie operacje przeciwko takim organizacjom – operacja Litani w Libanie, obie wojny libańskie, Grona Gniewu przeciwko Hezbollahowi, trzy wielkie operacje w Gazie – zakończyły się bez rozstrzygającego rezultatu. W przyszłości siły obronne Izraela muszą stworzyć nowe, kreatywne metody zwalczania takich organizacji terrorystycznych jak Hamas, Hezbollah, tzw. Państwo Islamskie, w ramach których szczególną wagę będzie się przywiązywać do oszczędzania, na ile to możliwe, ludności cywilnej”.

Jehuda Szaul bardziej zwraca uwagę na nadużycia, których dopuszcza się wojsko, wynikające z licznych wojen, niekoniecznie zawinionych przez Izrael, i półwiecznej okupacji terytoriów palestyńskich.

Ale Bar-Zohar i Szaul tylko pozornie stoją po dwóch stronach barykady. Idzie im o to samo: o bezpieczny Izrael. Może różnica zdań wynika z konfliktu pokoleń. Dla generacji Zohara, rocznik 1938, armia to byt szczególny, gdyż od niej zależało i ciągle zależy fizyczne istnienie Izraela. Z kolei dla części pokolenia czterdziestolatków w rodzaju Jehudy wojsko podlega takiemu samemu osądowi jak wszystkie inne części składowe państwa. Pierwszy powiada więc, że szklanka jest do połowy pełna. Drugi, że co najmniej do połowy pusta.

Taki spór będzie trwać, póki skutecznych metod rozwiązania izraelsko-arabskiego konfliktu nie wypracuje polityka. Na co w ogóle się nie zanosi.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com