KRWAWA LUNA I ŻYDOKOMUNA
PIOTR FORECKI
Maria Mamona jako Julia Brystiger w filmie „Zaćma”
Potrójnie obca – kobieta, Żydówka, komunistka – postać Julii Brystiger doskonale obsługuje polskie fobie i resentymenty.
Przyglądając się historii polskiego antysemityzmu, można bez większego wysiłku zauważyć, że jedną z jego figur konstytuujących jest klisza „żydokomuny” – wzmacniana i uzupełniana, a przede wszystkim na różne sposoby reprodukowana, począwszy od rewolucji 1905 roku do dziś. W efekcie stała się ona społeczną oczywistością, osnową potocznego myślenia o przeszłości, kategorią opisową w dyskursie publicystycznym i naukowym, słowem kluczem w dyskusjach o tzw. stosunkach polsko-żydowskich. Kategoria to tak dobrze przyswojona i zadomowiona, że jako „zrozumiała sama przez się” organizuje myślenie i wyznacza jego struktury.
Figura „żydokomuny” jest niezwykle przydatna kształtowaniu polskiej wspólnoty narodowej. Można wręcz powiedzieć, że spośród wszystkich innych antysemickich konceptów to właśnie ten ma się we współczesnej Polsce najlepiej. Na jego podstawie można bowiem bagatelizować antysemityzm, twierdząc, że był on co najwyżej odpowiedzią na zaangażowanie Żydów w komunizm albo że owo pojęcie w ogóle nie jest adekwatne do opisu wywołanej tym zaangażowaniem zrozumiałej wrogości. „Żydokomuną” można usprawiedliwiać pogromy, powojenne morderstwa oraz inne akty przemocy wobec Żydów ze strony Polaków. Tłumaczyć, że ich ofiarami byli nie Żydzi, lecz komuniści.
Kategoria ta doskonale służy także odciążeniu Polaków z własnego zaangażowania w komunizm i udziału w „narodzinach systemu władzy”. Pozwala traktować jej przedstawicieli jako obcych, co jest zadaniem o tyle ułatwionym, że sam komunizm traktowany jest przecież jako organicznie obcy Polakom. Podczas licznych dyskusji na temat różnych form współudziału Polaków w Zagładzie, pogromów, fali powojennej przemocy wobec Żydów, można się było przekonać, że topos „żydokomuny” służy także ustanawianiu fałszywej symetrii w rozrachunkach z przeszłością. Na jego podstawie sprawcom pogromów z Jedwabnego i Kielc przeciwstawia się bestialskich żydowskich ubeków, torturujących i mordujących polskich patriotów („żołnierzy wyklętych”); przesłuchujących i wydających surowe wyroki żydowskich prokuratorów i sędziów. W taki oto sposób za pomocą kliszy „żydokomuny” od lat obsługuje się te rzekomo bilateralne rachunki krzywd – my wam, wy nam – a co za tym idzie: bagatelizuje antysemityzm i unieważnia problem polskich zbrodni na Żydach.
„Żydokomuną” można usprawiedliwiać pogromy, powojenne morderstwa oraz inne akty przemocy wobec Żydów ze strony Polaków.
Poza samą narracją o krzywdach wyrządzonych polskim patriotom przez żydowskich oprawców to właśnie ich imiona i nazwiska zajmują ważne miejsce w strukturze tego toposu. Trudno zresztą nawet wyobrazić sobie jego treść bez wszystkich emblematycznych dla niego postaci: Jakub Berman, Anatol Fejgin, Roman Romkowski, Stefan Michnik, Helena Wolińska-Brus, Julia Brystiger, Józef Różański. Kolejność przypadkowa, ale lista raczej kompletna, o czym można się przekonać choćby wpisując w internetową przeglądarkę hasło: „żydokomuna”. To właśnie oni od lat pełnią przypisane im role ikon w polskim dyskursie antysemickim.
„POETKA TORTUR”
Spośród tego grona na szczególną uwagę zasługuje Julia Brystiger, a raczej nie tyle ona sama, co jej spowity stereotypami i poddany mitologizacji wizerunek. Bez wątpienia rację ma bowiem Agnieszka Mrozik, która analizując publikacje poświęcone żywotom komunistek, doszła do wniosku, że Julia Brystiger to „jedna z najbardziej zdemonizowanych komunistek w Polsce”. Bestia w spódnicy, „poetka tortur”, gorsza od oprawców w obozach koncentracyjnych, a przede wszystkim „krwawa Luna”. To właśnie na ten przydomek miała zapracować jako dyrektorka Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, słynąc z przypisywanych jej sadystycznych tortur, które miała stosować w trakcie osobiście prowadzonych przesłuchań. Konstrukcję jej wizerunku współtworzą także opowieści o niepohamowanej rozwiązłości seksualnej mierzonej liczbą kochanków, zwłaszcza tych z kręgów elity władzy w Polsce doby stalinizmu. Rys postaci uzupełnia podkreślane za każdym razem żydowskie pochodzenie.
Oddając raz jeszcze głos Agnieszce Mrozik należy z całą mocą odnotować, że w tak skonstruowanym obrazie szefowej V Departamentu „mieszczą się wszystkie możliwe sensy zakodowane w stereotypowych figurach »pięknej Żydówki« i »żydokomunistki«: demoniczność, seksualna występność, zbrodniczość”.
Trudno się dziwić, że jej postać stała się wdzięcznym i powracającym tematem. Nie dlatego, że ciekawi i intryguje – po prostu doskonale obsługuje polskie fobie i resentymenty. Jako szczególna przedstawicielka „żydokomuny” bez wątpienia do tego się nadaje. Potrójnie obca – kobieta, Żydówka, komunistka – na dodatek „krwawa”. Nie ma „krwawego” Józka, Stefana, Anatola czy Jakuba. Jest Julia, a w zasadzie Luna, o której wiele mówi się różnymi tekstami polskiej kultury. To jej w swoich publikacjach poświęcili uwagę Przemysław Słowiński (Boginie zła, 2010), Tadeusz M. Płużański (Bestie, 2011), Marek Łuszczyna (Zimne, 2014) czy Iwona Kienzler (Krwawa Luna i inni, 2016)
Nie ma „krwawego” Józka, Stefana, Anatola czy Jakuba. Jest Julia, a w zasadzie Luna, o której wiele mówi się różnymi tekstami polskiej kultury
Już same te tytuły odsłaniają zawartość treści. Za jedyną jak dotychczas próbę demistyfikacji fantazmatycznej biografii Julii Brystiger można natomiast uznać Krwawą Lunę Patrycji Bukalskiej (2016). Pod koniec roku, w którym książka ta się ukazała, na ekrany polskich kin trafił film Zaćma w reżyserii Ryszarda Bugajskiego w całości poświęcony Brystygierowej. To również ona, obok Heleny Wolińskiej, posłużyła Pawłowi Pawlikowskiemu jako pierwowzór „krwawej Wandy” w nagrodzonej Oscarem Idzie. Zainspirowała także twórców popularnego telewizyjnego serialu Czas honoru, do stworzenia postaci minister Ady Lewińskiej. Uwzględniając film dokumentalny Świat Luny z 1997 roku, można powiedzieć, że o Julii Brystiger opowiedziano Polakom kluczowymi formami sztuki filmowej: od dokumentu, przez fabułę, po serial.
Warto zatem przyjrzeć się bliżej, czego na podstawie wszystkich tych źródeł możemy się na jej temat dowiedzieć, a w istocie: jak bardzo zdemonizowana i uwięziona w fantazmacie wciąż pozostaje.
KRWAWA LUNA I JEJ SZUFLADA
Bez wątpienia fundamentem snutej w Polsce opowieści o Julii Brystiger jest przypisane jej okrucieństwo i sadyzm, którego mieli doświadczać osobiście przez nią przesłuchiwani patrioci: katolicy, działacze polityczni, „żołnierze wyklęci”. Wprawdzie już Stefan Staszewski w rozmowie z Teresą Torańską mówił, że Luna „nie brała udziału w walce ze zbrojnym podziemiem, nie zajmowała się wymuszaniem zeznań czy montowaniem procesów, przydzielano jej zadania wymagające dużej inteligencji, typowo dywersyjnej”.
Jego słowa potwierdza Andrzej Friszke, autor książki Między wojną a więzieniem. Młoda inteligencja katolicka 1945–1953, z której wynika, że nie zajmowała się ona podziemiem poakowskim, nie prowadziła śledztw, nie przesłuchiwała. „Wiem, że opisują ją jako bestię, ale nie mogę tego potwierdzić – nie znalazłem śladu takich spraw ”. Nie znalazł Friszke, nie znalazła również jej biografka Patrycja Bukalska. „Byłam przekonana, że znajdę wiele takich relacji. Szukałam przez półtora roku. Może za krótko. Nie znalazłam – ani w archiwach, ani w ludzkiej pamięci”.
Na nic tu jednak ustalenia badaczy. Fantazmat żyje własnym życiem, siłą społecznego przekonania, mocą nieustannego odtwarzania. „Symbol stalinowskiego terroru”, „słynęła z okrucieństwa”, „prawdziwy postrach żołnierzy niepodległościowego podziemia”, „prawdziwa bestia”, „sadystka”. To tylko wyimki z tego, co na temat Julii Brystiger można usłyszeć w programie Kalendarz historyczny Telewizji Republika .
W przywołanych wcześniej publikacjach nie jest inaczej. Autor książki Boginie zła, czyli kobiety okrutne, żądne władzy i występne tak rozpoczyna swoją o niej opowieść:
„Była jedną z najbardziej okrutnych, a zarazem najbardziej wpływowych osób w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa(…). Słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, którym kazała się rozbierać do naga, a następnie biła ich pejczem po genitaliach i przycinała je szufladą. Jeden z uwięzionych wspominał ją w następujący sposób: »Zbrodnicze monstrum przewyższające okrucieństwem niemieckie dozorczynie obozów koncentracyjnych«”.
W podobnym duchu pisze o Julii Brystiger autor książki Kobiety władzy PRL Sławomir Koper:
„Towarzyszkę Julię nie bez powodu nazywano krwawą Luną, zarzucano jej okrucieństwo i wyrafinowany sadyzm. Jej ulubionymi ofiarami byli młodzi żołnierze Armii Krajowej, których z lubością osobiście torturowała”.
Tyle na samym wstępie poświęconego jej rozdziału. Dalej mowa jest o konkretach:
„Podejrzewano ją wręcz o sadyzm na tle seksualnym, katowała rozebranych więźniów szpicrutą, ze specjalnym uwzględnieniem okolic jąder. Jedną z jej ofiar stał się szef propagandy opozycyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego na województwo olsztyńskie. »(…) maltretowany przez Lunę Szafarzyński stanowił widok przerażający – opisywał Tomasz Grotowicz. – Jądra miał na wysokości kolan. Brystygierowa wsadzała mu przyrodzenie do szuflady i następnie zatrzaskiwała, a także bez opamiętania biła więźnia. Szafarzyński wkrótce zmarł wskutek ogólnego wycieńczenia«. To nie był wyjątek (…)”.
O tym, że pod względem okrucieństwa Julia Brystiger była gorsza od Józefa Różańskiego, zmuszającego więźniów do siedzenia na odwróconym krześle, że był on „tylko odbiciem Krwawej Luny, wcale nie najokrutniejszym przesłuchującym” i tylko za sprawą intelektu Luny oraz „mnóstwa szczęścia” to właśnie jego, a nie jej nazwisko stało się „symbolem katowni UB”, pisze natomiast Marek Łuszczyna. Wydany przez PWN zbiór reportaży Zimne. Polki, które nazwano zbrodniarkami otwiera właśnie ten poświęcony Brystiger i zatytułowany Niewidzialna. Można w nim między innymi przeczytać, że wrogów Polski Ludowej przesłuchuje osobiście i „genitalia uwielbia wyszarpywać zwłaszcza młodym mężczyznom”, z których wielu umrze z wycieńczenia, a ich miejsce spoczynku „będzie nieznane aż do 2012 roku”. Przede wszystkim jednak Łuszczyna nie stroni od plastycznych opisów, odnosząc się także do wspomnianego już przykładu Szafarzyńskiego. Opis jego przesłuchania przeplata rozmową Julii Brystiger z Marią Okońską, aresztowaną, bliską współpracowniczką kardynała Stefana Wyszyńskiego:
„Brystygier patrzy na zegarek. Bardzo przeprasza swoją rozmówczynię, ale musi na chwilę wyjść. Jej przerwa obiadowa, którą poświęciła na spotkanie z Marią, dobiegła końca już kilkanaście minut temu(…). W czasie kiedy Okońska czeka w gabinecie, Brystygier schodzi jedno piętro, skręca w kierunku gabinetu przesłuchań. Sunie wolno korytarzem. Bezpieczniacy pod bronią stają na baczność, strzelają obcasami. Przyzwyczajono się do tego, że pani pułkownik nigdy nie nosi munduru. Zawsze te same ciemne sukienki. Łatwo też zauważyć, czy ma na sobie biżuterię, czy nie. Tym razem nie ma. Nie chce poświęcać tej sprawie zbyt wiele czasu (…). Dlatego teraz, schodząc z przerwy obiadowej jako główny przesłuchujący, skręca do pomieszczenia, w którym czeka na jej powrót Szafarzyński z PSL. Brystygier nie ma zamiaru działać dłużej niż to konieczne. I tak się już przy nim naharowała. Przesłuchiwany siedzi tyłem do drzwi. Kobieta jednym gestem każe zawiązać mu oczy. Ma nie widzieć jej twarzy, tak jak wszyscy inni osobiście przesłuchiwani więźniowie MBP. – Szuflada – mówi cicho do najwyższego rangą mundurowego obecnego w celi”.
Ten wpleciony w narrację wątek zawiązywania przesłuchiwanym oczu jest bardzo znamienny. Skoro bowiem brakuje dowodów na osobisty udział Julii Brystiger w przesłuchaniach oraz stosowanie przez nią drastycznych metod, to można w ten sposób zabezpieczyć tyły bez naruszenia jej demonicznego wizerunku. Powracająca zaś w wielu miejscach opowieść o sadystycznym przesłuchaniu Szafarzyńskiego, z miażdżeniem jąder w szufladzie jako jej makabrycznym leitmotiviem, jest jedyną tak detaliczną i opartą na personaliach. Wstrząsająca i stwarzająca pozory umocowania w faktach, zajmuje szczególne miejsce w czarnej legendzie Julii Brystiger. Jej źródłem stały się wspomnienia innego więzionego działacza PSL, na którego powołał się Tomasz Grotowicz w artykule opublikowanym na łamach „Naszej Polski” 4 sierpnia 1999 roku. Prawdopodobnie to właśnie wówczas historia ta po raz pierwszy ujrzała światło dzienne i zaczęła żyć własnym życiem.
Problem jednak w tym, że jak wskazuje Piotr Zaremba, który w mającej się niebawem ukazać powieści historycznej także poświęca uwagę szefowej V Departamentu, Bolesław Szafarzyński był przesłuchiwany w Olsztynie, a nie w Warszawie przy ulicy Koszykowej. Nie umarł w efekcie brutalnego przesłuchania, choć takiemu faktycznie był poddany, lecz wyszedł na wolność w wyniku amnestii ogłoszonej w 1956 roku. Jego urodzony później syn, do którego dotarł Zaremba, nie potrafił określić „jaką rolę w maltretowaniu ojca odegrała Luna”.
Doskonale wiedzą to jednak autorzy obszernie cytowanych publikacji i inni budowniczy mitu „krwawej Luny”. Przyjmują casus Bolesława Szafarzyńskiego za pewnik, choć sami nigdy tej historii nie zweryfikowali. Nie sprawdzili nawet, jak miał on na imię. Posługują się samym jego nazwiskiem, co zresztą wcale nie dziwi, bo przecież nie o pamięć ofiary tu chodzi, ale o bestialstwo oprawczyni.
Analogicznie do cytatu powszechnie czerpanego z tekstu Tomasza Grotowicza publicznie cyrkuluje również ten zaczerpnięty z książki byłej żołnierki AK Anny Rószkiewicz-Litwinowiczowej. Powołując się na dowódcę Kedywu Warszawskiego Okręgu AK, Józefa Rybickiego, pisała ona: „Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, była zdaje się zboczona na punkcie seksualnym i tu miała pole do popisu”.
Jednakże i w tym przypadku nie wiadomo, skąd ta wiedza, co dokładnie Rybicki powiedział autorce, jakie miał ku temu podstawy i jakie jest „oryginalne pochodzenie przekazu”, na co bodaj jako pierwsza zwraca uwagę Patrycja Bukalska. Być może nawet nigdy niczego takiego nie powiedział. Najważniejsze, że ten skwapliwie przywoływany cytat obsługuje i pozwala reprodukować fantazmat. Na jego mocy przypadek Szafarzyńskiego „to nie był wyjątek”, „przykładów takiego postępowania Julii było jeszcze parę i trudno przypuszczać, że były to tylko wyjątki”, co w rozmaitych publikacjach potwierdzają zawsze bezimienni świadkowie i niewskazane dokumenty.
Sugestywną siłą oddziaływania obrazu potwierdza to także Ryszard Bugajski w Zaćmie. Reżyser skoncentrował w nim uwagę na późniejszym etapie życia Julii Brystiger, kiedy to starsza pani odwiedza ośrodek w Laskach (w filmie: Górki), przechodzi duchową przemianę, cierpi za grzechy przeszłości, zbliża się do katolicyzmu, zabiega o spotkanie z kardynałem Stefanem Wyszyńskim i ostatecznie się z nim spotyka. W retrospekcjach z przeszłości Bugajski w pełni jednak powiela kreowany latami wizerunek Brystiger jako sadystycznej „żydokomunistki”. Pokazuje bezwzględną i okrutną oprawczynię, która w kazamatach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego osobiście przesłuchuje i torturuje młodych mężczyzn. Czerpie z tego perwersyjną przyjemność, a jej sadyzm nie pozostawia żadnych wątpliwości. Bestia gości na ekranie i przeraża widownię.
We własnych wspomnieniach Brystiger powraca zwłaszcza postać torturowanego przez nią chłopaka z podziemia, który wraz z biegiem filmu, a zarazem coraz bardziej onirycznymi reminiscencjami z przeszłości, staje się alegorią Jezusa Chrystusa. Tak zresztą sam się swojej oprawczyni przedstawia, a w pewnym momencie drewniana figura Chrystusa w kaplicy w Górkach zyskuje jego twarz. Ofiara „krwawej Luny”, „żołnierz wyklęty”, Jezus Chrystus, król Polski ostatecznie umiera. Ona zaś ma jego krew na rękach. U Bugajskiego zatem Żydzi kolejny raz mordują Chrystusa, a w istocie to „żydokomuna” morduje Polaków. Zaktualizowane antysemickie klisze poddane zostają reprodukcji i wzmocnieniu – „Krew jego na nas i na dzieci nasze”.
U Bugajskiego zatem Żydzi kolejny raz mordują Chrystusa, a w istocie to „żydokomuna” morduje Polaków.
Najwyraźniej jednak dla reżysera to nie żaden ponury fantazmat, bo jak powiedział w jednym z wywiadów: „najważniejsze fakty, które dotyczą Julii Brystygierowej, się zgadzają. Reszta jest oparta na poszlakach, hipotezach, ale dość solidnych”. Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy Bugajski gra „żydokomuną”. Już w Generale Nilu jest przecież scena, w której podczas posiedzenia Sądu Najwyższego jedna z uczestniczek wypowiada znamienne słowa: „Wszyscy jesteśmy Polakami, choć większość z nas pochodzenia żydowskiego”. To dzięki niej i Bugajskiemu Polacy mogli zobaczyć na ekranie, kto mordował polskich patriotów. Zyskali również sposobność, by kolejny raz utwierdzić się w przekonaniu, że w stalinowskim aparacie represji zasiadały jakieś obce, „niepolskie” siły, a konkretnie Żydzi.
czytaj dalej tu: KRWAWA LUNA I ŻYDOKOMUNA
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com