Archive | August 2016

Recenzja książki Timoty’ego Snydera pt. Czarna ziemia pióra Jana Grabowskiego

Recenzja książki Timoty’ego Snydera pt. Czarna ziemia pióra Jana Grabowskiego

Jan Grabowski


Udostępniamy recenzję szeroko dyskutowanej książki Timoty’ego Snydera pt. Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie pióra prof. Jana Grabowskiego, opublikowaną w ostatnim numerze rocznika “Zagłada Żydów. Studia i Materiały”


Timothy Snyder, Black Earth: The Holocaust as History and Warning, New York: Tim Duggan Books, 2015, 480 s. (wyd. polskie: Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie, tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Kraków: Znak, 2015, 448 s.)

Timothy Snyder, profesor historii na Yale University, jest autorem dobrze znanym polskiemu czytelnikowi1. Jego praca Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem, wydana cztery lata temu2, spotkała się z życzliwym przyjęciem zarówno odbiorców, jak i czynników państwowych, i doczekała się wielu wyróżnień, w tym Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego za najlepszą książkę historyczną (2012 r.). Snyder ma lekkie pióro, pisze wartką prozą, która wciąga czytelników, nawet tych niespecjalnie zainteresowanych historią. Ponadto Skrwawione ziemie stanowiły popis erudycyjny, oparty na świetnej znajomości literatury przedmiotu powstałej w co najmniej pięciu językach europejskich. Z kolei wśród specjalistów, a zwłaszcza wśród badaczy historii Szoa, książka ta wywołała mniejszy entuzjazm i wzbudziła mieszane uczucia. Snyderowi zarzucano uproszczenia i błędy, które trudno było pominąć milczeniem. Najważniejsze z zastrzeżeń dotyczyło prawie zupełnego zanegowania roli ideologii antysemickiej jako czynnika sprawczego Zagłady. Autora oskarżono również o relatywizację Holokaustu, zacieranie wyjątkowości hitlerowskiego projektu eksterminacyjnego, jego rozmycie w morzu cierpienia innych narodów zamieszkujących niefortunne „skrwawione ziemie”.

Najnowszą książkę Timothy’ego Snydera pt. Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie można śmiało traktować jako rozwinięcie i kontynuację niektórych wątków poruszanych w Skrwawionych ziemiach. Przede wszystkim autor zajmuje się analizą tych samych terenów, ciężar narracji spoczywa bowiem na „skrwawionych ziemiach” – na Polsce, krajach bałtyckich, Ukrainie, Białorusi i na rubieżach Związku Sowieckiego. I tym razem geografia determinuje los ludzki: mieszkańcy opisywanych obszarów giną wraz z państwami, które mogłyby im zaofiarować jakąś, choćby niewielką, dozę bezpieczeństwa. Wątek „zniszczonych państw” jest zresztą tak zasadniczy dla toku narracji, że przyjdzie nam zająć się nim bardziej szczegółowo.

W odróżnieniu od znanych prac o charakterze syntetycznym dotyczących Holokaustu (takich jak monumentalne dzieła Raula Hilberga, Christopera Browninga, Saula Friedländera czy też książki Petera Longericha i Martina Gilberta) publikacja amerykańskiego historyka jest w zasadzie rozległym esejem historycznym i na próżno szukać w nim wyczerpującego omówienia całej tematyki Zagłady. Snyder zaczyna swój wywód od dość skróconej prezentacji światopoglądu Hitlera, jego obsesji na punkcie światowego spisku żydowskiego oraz od wypływającej stąd konieczności zapewnienia Niemcom, rasie panów, odpowiedniej „przestrzeni życiowej”. Walka o położony na Wschodzie Lebensraum miała się odbyć – jak sądził Hitler – w starciu ze światowym żydostwem oraz jego sługami, przede wszystkim ze Związkiem Sowieckim. Kolejne rozdziały poświęcone są „sprawie żydowskiej” jako jednemu z ważniejszych elementów przedwojennej polityki międzynarodowej, ze szczególnym uwzględnieniem aktywności polskiego MSZ na tym odcinku. Najważniejsza – i najbardziej spójna – część książki dotyczy hitlerowskiej doktryny „niszczenia państw” jako niezbędnego środka ułatwiającego osiągnięcie celu, którym było zdobycie hegemonii rasy germańskiej na scenie europejskiej, ewentualnie – światowej. Opis unicestwiania państw Snyder zaczyna od Austrii, kontynuując przez Czechosłowację, aż po Polskę oraz – po inwazji na Związek Sowiecki – resztę słowiańskiego Wschodu i kraje bałtyckie. Destrukcji państw towarzyszyło – wywodzi autor – wyniszczanie Żydów, a stopień skuteczności niemieckich działań eksterminacyjnych był wprost proporcjonalny do stopnia zburzenia miejscowych struktur państwowych. W tym kontekście szczególny akcent Snyder kładzie na tereny, które nazywa „strefą podwójnej okupacji” lub też „podwójnej destrukcji państwa”, czyli wschodnie rubieże RP oraz kraje bałtyckie, których państwowość wpierw padła ofiarą sowieckiej agresji, a latem 1941 r. – hitlerowskiej. Na tych obszarach byli komuniści oraz byli funkcjonariusze sowieckiego aparatu represji ochoczo włączyli się w niemiecki projekt Zagłady, gdyż w ten sposób „Żydów poświęcono w imię świętego kłamstwa o zbiorowej niewinności reszty” (s. 243). Innymi słowy: to nie miejscowi Białorusini, Polacy, Ukraińcy czy Litwini mieli współpracować z Sowietami w latach 1939–1941, lecz Żydzi. Zagłada ludności żydowskiej miała wobec tego wielorakie znaczenie i uniwersalne zastosowania: uwalniała wspólnoty lokalne od zarzutów o kolaborację, zezwalała na wkupienie się w łaski nowego okupanta oraz, rzecz niebagatelna, przypieczętowywała finalność rabunku własności żydowskiej. Wprowadzenie wyrażenia „podwójna destrukcja państwa” pozwala autorowi na dokładne omówienie szerszej tematyki wymordowania Żydów przez Einsatzkomanda, policję oraz ich miejscowych pomocników. Temat ten, znany dziś w historiografii zachodniej pod nazwą „Holokaust od kuli” (Holocaust by bullets), wprowadził na dobre do obiegu ks. Patrick Desbois, na którego zresztą – rzecz dziwna – Snyder się nigdzie nie powołuje. Jak podkreśla wielokrotnie autor, masowe rozstrzeliwania Żydów na tyłach frontu wschodniego pochłonęły ponad milion ofiar, dokonywały się w sposób publiczny, jawny, wciągając w orbitę polityki eksterminacyjnej setki tysięcy niemieckich żołnierzy (i ich rodziny), w pełni świadomych skali i przebiegu mordów. Książkę kończą rozważania poświęcone różnym strategiom, przyczynom i powodom ratowania i nieratowania Żydów zarówno w wymiarze instytucjonalnym, jak i indywidualnym. Całość zamyka zakończenie zatytułowane „Nasz świat”, w którym historyk usiłuje odpowiedzieć na pytania dotyczące lekcji płynących z Holokaustu dla dzisiejszego świata.

Monokauzalność w wyjaśnianiu przyczyn Zagłady

Krytyczne omówienie Czarnej ziemi należy zacząć od samego wprowadzenia, poświęconego światopoglądowi Hitlera lub raczej – miejscu Żydów w jego światopoglądzie. W odpowiedzi, jak można przypuszczać, na zarzuty stawiane wcześniej Skrwawionym ziemiom nowa książka Snydera rozpoczyna się właśnie od obszernego omówienia antyżydowskich obsesji Führera. Wywód amerykańskiego historyka o podstawowej i zasadniczej roli „żydowskiego zagrożenia” w ideologicznym Weltanschauung Hitlera najlepiej podsumowuje tytuł artykułu (również niecytowanego) Miltona Himmelfarba sprzed ponad trzydziestu lat: No Hitler, no Holocaust („Bez Hitlera nie ma Zagłady”). Szkoda jedynie, że kwestie motywacji ideologicznych, otwierające wywód Snydera, w dalszej części książki zdecydowanie schodzą na plan dalszy, ustępując miejsca „destrukcji państwa”.

Książki Tymothy’ego Snydera cieszą się w świecie dużym powodzeniem. Jedną z przyczyn ich popularności jest bez wątpienia świetne pióro autora. Innym źródłem jego sukcesu jest prostota argumentacji, wręczająca nawet słabo zorientowanym w historii odbiorcom uniwersalny klucz, za pomocą którego można wyjaśnić bardzo skomplikowane procesy i zagadnienia. Owym kluczem Czarnej ziemi jest wcześniej wspomniana „destrukcja państw”. Polskich czytelników (nie mówiąc już o polskich historykach) nie trzeba przekonywać, że terror niemiecki na Wschodzie był nieporównywalny z przemocą stosowaną przez Niemców na zachodzie kontynentu. Powiedzmy więcej: większość z nich zdaje sobie sprawę z tego, że podczas wojny wiele państw europejskich znalazło się pod niemiecką okupacją, ze wszelkimi tego konsekwencjami. Jednak to właśnie tę dość oczywistą tezę, ukrytą w tym wypadku pod nazwą „destrukcji państwa”, autor Czarnej ziemi udowadnia na kilkuset stronach swojej książki. Leitmotiv pracy streścić można w kilku słowach: jest państwo – są Żydzi; nie ma państwa – nie ma Żydów”. Tam, gdzie Niemcom udało się zniszczyć struktury państwowe, los Żydów był bez porównania gorszy niż ich współwyznawców w krajach nadal zachowujących zręby własnej państwowości – pisze Snyder. Warto dosłownie zacytować autora: „W całej Europie, choć w różnych miejscach w różnym stopniu, okupacja niemiecka niszczyła instytucje, które idee wzajemności czyniły wiarygodnymi. Tam, gdzie Niemcy unicestwili konwencjonalne państwa lub zrównali z ziemią sowieckie instytucje, które niedawno zniszczyły te państwa, otwierała się otchłań, a rasizm i polityka wszystko inne ściągały w nicość” (s. 413).

Wyrażenie „destrukcja państwa” (state destruction) powraca w tekście Syndera z męczącą częstotliwością; tak jakby historyk chciał się upewnić, że nawet najmniej spostrzegawczy odbiorca zdoła zrozumieć przesłanie książki. Zdarzają się strony, na których – odmieniane w rozmaitych przypadkach – sformułowanie to powraca po cztery, pięć razy! Jak zauważył Witold Gombrowicz: „Coś, co warto jest powiedzieć raz, warto powtórzyć”. Trudno jednak przypuszczać, że pojęcie destrukcji państwa warto jest powtarzać kilkaset razy – o czym przekonać się może każdy czytelnik Czarnej ziemi. Zamiast tego można po prostu powiedzieć, nie odkrywając przy tym niczego nowego, że Niemcy tam, gdzie tylko mogli sobie na to pozwolić, wprowadzali system rządów oparty na nieznanym w dziejach terrorze. A mogli zrobić to na tych obszarach Europy, na których nie musieli się liczyć w najmniejszym stopniu z miejscową i światową opinią publiczną, na terenach zamieszkanych przez ludność najmniej – z hitlerowskiego punktu widzenia – wartościową rasowo. Innymi słowy: u nas i u naszych sąsiadów. Dla amerykańskiego historyka takie wyjaśnienie nie jest jednak wystarczające, stąd też pojawia się koncepcja „destrukcji państwa”, mająca stanowić uniwersalny klucz do zrozumienia przyczyn zagłady Żydów oraz fundament wspierający całą narrację.

Biorąc pod uwagę wszechobecność tego pojęcia, trudno się dziwić, że jest ono stosowane przez Snydera zarówno do odpowiedzi na pytanie, dlaczego doszło do całkowitej eksterminacji ludności żydowskiej w Estonii (1941 r.), jak i wyjaśnienia faktu, że próba przeprowadzenia zagłady Żydów w Danii (1943 r.) spaliła na panewce. To samo założenie („częściowa destrukcja holenderskiej państwowości”) ma tłumaczyć niezwykle wysoki – jak na zachodnią Europę – procent zgładzonych holenderskich Żydów. Zagadnienie to jest obecnie gorąco dyskutowane w Holandii, ale przyczyny i tezy wysuwane przez tamtejszych historyków, takich jak Bart van der Boom, Pim Griffioen, Christina Morina czy Remco Ensel, są o wiele bardziej zniuansowane niż wynikałoby to z lektury Czarnej ziemi. Hipotezę o wpływie destrukcji państwowości na (nie)przetrwanie Żydów Snyder testuje tam, gdzie może ona mieć zastosowanie, oraz tam, gdzie zastosowania takiego raczej nie ma. W przypadku Żydówek uciekających z Polski na aryjskich papierach na roboty do Niemiec autor stwierdza: „fakt, że nazistowskie Niemcy były państwem, przyciągał tam Żydówki ze wschodu” (s. 334)”. Jak dobrze wiedzą ocalali oraz historycy przedmiotu, tym, co przyciągało polskie Żydówki do Niemiec nie była przecież antycypowana opieka państwa niemieckiego, lecz ucieczka od „aryjskich” współobywateli, dla których rozpoznanie (i zadenuncjowanie) Żyda było najprostszą z rzeczy.

„Destrukcja państw”, jak pisze Snyder, rozbudowując kluczowy element swojej argumentacji, była czymś bez precedensu. Stanowiła krok niezwykle radykalny – zaznacza amerykański historyk. Nie jest do końca jasne, dlaczego i w jakim stopniu „niszczenie państwa” przez hitlerowców miało modyfikować postawy ludzkie. Zamiast dość abstrakcyjnej koncepcji „destrukcji państwa” o ileż prościej – i słuszniej – jest odwołać się do natężenia polityki terroru. Przecież Generalna Gubernia, to nie były, jak zdaje się sugerować Snyder, „Dzikie Pola”. W ciągu 1943 r. (a już szczególnie w roku 1944) sytuacja na jej terenie ewoluowała w kierunku anarchii, ale latem i na jesieni 1942 r., gdy Niemcy opróżniali getta i wywozili milion polskich Żydów do obozów śmierci, Generalna Gubernia nie była jeszcze pogrążona w chaosie. Mimo terroru i gwałtów robotnicy pracowali w fabrykach, lekarze przyjmowali pacjentów, zbierano podatki, płacono czynsze, policja regulowała ruch na skrzyżowaniach, sądy sądziły podsądnych, dość regularnie odstawiano kontyngenty, a kina pękały w szwach. W jakim stopniu „destrukcja państwa” wpłynąć miała na los ludności żydowskiej? Przecież zapędzenie Żydów do gett, ich powolne konanie i ostateczna wywózka dokonywały się przy wydatnej pomocy tysięcy granatowych policjantów, strażaków, junaków z Baudienstu oraz setek tysięcy mniej lub bardziej aktywnych „gapiów”. Natomiast nastawienie polskiego społeczeństwa do przebywających poza gettami Żydów było, powiedzmy oględnie, niechętne. Nie chodzi tu więc o dość abstrakcyjną „destrukcję państwa”, lecz o terror podniesiony do rangi naczelnego, podstawowego narzędzia polityki wewnętrznej, terror i powszechność przemocy, które w sposób jednoznaczny ułatwiały włączenie się pewnych segmentów miejscowych wspólnot w proces wyniszczenia Żydów.

Rozważając właśnie tę kwestię, Snyder twierdzi, że ludność zamieszkująca zonę „podwójnej destrukcji państwa” przyłączyła się do procesu eksterminacji swoich byłych żydowskich współobywateli o wiele bardziej ochoczo niż ludność polska na zachodzie: „W okupowanym ZSRR Żydów zaczęto zabijać od razu po kontakcie z wojskami niemieckimi. W okupowanej Polsce Holokaust rozpoczął się ponad dwa lata po inwazji niemieckiej i w znacznej części odbywał się w izolacji od miejscowej ludności” (s. 204). Amerykański historyk jest w błędzie: opis Zagłady w Generalnej Guberni nie powinien ograniczać się wyłącznie do analizy doświadczenia żydowskiego losu z kilku gett odciętych murem, takich jak Warszawa czy Kraków – choć nawet i w tych wypadkach nie było mowy o całkowitej izolacji. Ogromna większość polskich Żydów żyła w gettach otwartych bądź pół-otwartych, gdzie fizyczne oddzielenie od strony aryjskiej (drewniane płoty, drut kolczasty) było czynnikiem o wiele mniej istotnym od izolacji psychologicznej od zewnętrznego świata. Trzeba także pamiętać, że setki tysięcy polskich Żydów uniknęły zamknięcia w gettach; znaleźli się oni w dzielnicach zamkniętych dopiero wiosną i latem 1942 r., w przededniu deportacji do obozów zagłady. O izolacji tych Żydów nie było więc mowy. Co bardziej istotne, wywózki polskich Żydów, czyli tzw. akcje likwidacyjne (Aktionen), przeprowadzane według jednakowego scenariusza w setkach polskich miejscowości, stały się publicznym spektaklem, oglądanym przez miliony Polaków. Akcje stanowiące orgię przemocy, w trakcie których ulice miast i miasteczek dosłownie spłynęły krwią, odbyły się przy aktywnym współudziale wielu Polaków, przyczyniających się na różne sposoby do śmierci swoich żydowskich sąsiadów. Tysiące „gapiów” towarzyszyły pędzonym do pociągów Żydom w ostatniej drodze, tysiące innych wzięły udział w przeszukiwaniach dopiero co opróżnionych gett, rabując żydowskie mienie i wyciągając z bunkrów i schowków ukrywających się Żydów. A obok tych obserwatorów w proces eksterminacji w sposób bardziej zorganizowany włączyli się granatowi policjanci, strażacy i junacy z Baudienstu. Nawet zupełnie powierzchowna lektura relacji żydowskich z Tarnowa, Działoszyc, Miechowa, Dąbrowy, Szczebrzeszyna, Węgrowa, Stoczka, Sokołowa, Siedlec i mnóstwa innych miejscowości, których nie sposób tu wyliczyć, dostarcza przekonujących i niepodważalnych dowodów na to, że Zagłada w Polsce nie była „odizolowana od miejscowej ludności” – jak sugeruje Snyder.

„Podwójna okupacja”

Drugim kluczem interpretacyjnym Czarnej ziemi jest wspomniany wcześniej koncept „podwójnej okupacji”. Według autora to właśnie na tych terenach szczególna rola w mordowaniu Żydów miała przypaść elementom miejscowym, członkom różnorakich milicji, rekrutującym się spośród byłych sowieckich kolaborantów. Zrzucając winę na Żydów (i ich mordując), zacierali oni ślady i oczyszczali się z zarzutów o wcześniejszą współpracę z komunistami. Autor ma tu niewątpliwie sporo racji: tego rodzaju mechanizm rzeczywiście funkcjonował (jak widać to choćby na przykładzie niektórych sprawców zbrodni w Jedwabnem), nie należy tego jednak niepotrzebnie uogólniać i absolutyzować. Milicjanci i policjanci służą po prostu kolejnym władzom, taka już jest natura tej profesji, a na ich usługi było, jest i będzie zapotrzebowanie w każdym systemie. Nic więc dziwnego, że pewna liczba litewskich czy też łotewskich przedwojennych funkcjonariuszy policji służyła wpierw w organach ścigania niepodległej Litwy czy Łotwy, potem pomagała Sowietom, a następnie ochoczo podjęła współpracę z Niemcami. Czy był to jednak trend ogólny, jak twierdzi Snyder, po raz kolejny odwołując się do fenomenu „podwójnej destrukcji państwa”? Na obecnym etapie badań trudno jest na to pytanie odpowiedzieć, a prace Martina Deana, Sauliusa Suziedelisa czy Christopha Dieckmanna nie zezwalają na wyciągnięcie tak daleko idących wniosków. Nawet pobieżny zaś przegląd zgłoszeń kandydatów z terenów wschodnich do Schutzmannschaftbatalionów zdaje się wskazywać na coś wręcz przeciwnego: większość ochotników to młodzi i bardzo młodzi synowie chłopscy, bez „zaszłości”, szukający jakiegoś zajęcia będącego ucieczką przed nędzą. Poza tym na koniec sam autor przyznaje, że bez względu na to, czy dany obszar można zaliczyć do pojedynczej, czy też podwójnej „destrukcji państwa”, los miejscowych Żydów i tak był ten sam: ginęli prawie wszyscy.

Snyder w sposób zdecydowany wypowiada się na temat „paradoksu Auschwitz” – zjawiska polegającego na tym, że upamiętnianie Oświęcimia odbywa się – jak twierdzi historyk – kosztem prawdy historycznej o Zagładzie. Trzeba przy tym pamiętać, że autor przede wszystkim zwraca się do czytelników zachodnich, anglojęzycznych, dla których Auschwitz istotnie jest jednym z niewielu, jeżeli nie jedynym, punktem odniesienia w rozważaniach o Szoa. Warto tu zacytować fragment jego wywodu: „Auschwitz stało się [!] też standardowym skrótowym określeniem Holocaustu, ponieważ spojrzenie nań z mitycznej i redukcjonistycznej perspektywy pozwala oddzielić masowy mord na Żydach od ludzkich wyborów oraz działań. Ograniczając w ten sposób postrzeganie tej zagłady, można ją odizolować od większości nacji, które dotknęła, a także od krajobrazów, które odmieniła” (s. 276). Trudno się w tym miejscu ze Snyderem nie zgodzić. Mit Auschwitz rzeczywiście stał się słowem kluczem zakorzenionym w powszechnej świadomości, prowadzącym do niebezpiecznych uproszczeń i zezwalającym wielu na łatwe „oswojenie” tematu. O ile można pojąć, dlaczego obóz w Oświęcimiu, jego rola oraz miejsce w hitlerowskim schemacie Zagłady zostały przez Snydera opisane skrótowo, o tyle prawie zupełne pominięcie w książce obozów akcji „Reinhardt” jest trudne do zrozumienia i jeszcze trudniejsze do zaakceptowania. Ośrodki zagłady w Bełżcu, Majdanku, Sobiborze i Treblince – gdzie wymordowano około 1 500 000 Żydów – w książce Snydera na dobrą sprawę nie pojawiają się w ogóle. Na próżno by szukać w Czarnej ziemi informacji o Treblince, miejscu śmierci prawie miliona Żydów (w tym 300 tys. z Warszawy). Nazwa „Treblinka” pojawia się w tekście co prawda osiem razy, ale są to odniesienia peryferyjne i niemające najmniejszej wagi informacyjnej. Zaledwie dwukrotnie Snyder zahacza o samą historię obozu, poświęcając jej kilka zdań. Czy można, pisząc o Holokauście, pominąć milczeniem ten „niezwykle wydajny pas transmisyjny śmierci” – jak określił Treblinkę w rozmowie z Lanzmannem untersturmführer Franz Suchomel, szef komanda „Goldjuden” odpowiedzialnego za zbieranie kosztowności zabitych? Nawiasem mówiąc, obozy zagłady w Sobiborze i w Bełżcu potraktowane są z jeszcze większą nonszalancją. Czy można opisywać zagładę europejskich Żydów i ledwie wspomnieć o czterech największych (poza Auschwitz-Birkenau) fabrykach śmierci?

Problem ze strukturą

Czarna ziemia jest książką zdającą się szukać – aż do ostatnich stron – własnego rytmu i sensu. Na skutek niejasnej struktury wewnętrznej i braku spójności tekstu nie zawsze są to poszukiwania zwieńczone powodzeniem. Powstają pytania o rolę, jaką odgrywają rozdziały poświęcone np. dyplomacji międzynarodowej w latach przedwojennych („Berlin, Warszawa, Moskwa”). Można odnieść wrażenie, że Snyder przeczytał wiele ciekawych rzeczy, którymi chciałby się z czytelnikami podzielić, nawet jeżeli nie wiążą się one bezpośrednio z omawianą tematyką. Pewne zdziwienie budzi fakt, że omówienie krótkotrwałej i mało w sumie istotnej akcji pomocy dla żydowskich nacjonalistów w latach 1937–1939 prowadzonej przez polskie MSZ zajmuje w książce o Zagładzie kilkakrotnie więcej miejsca niż opis operacji „Reinhardt”. Wspomnianą akcję prowadził Wiktor Tomir Drymmer, éminence grise u boku Becka oraz szef kadr w MSZ. Celem działań wspierających Irgun było utworzenie w Palestynie państwa żydowskiego, w wyniku czego doszłoby do upragnionej przez Drymmera i jego współpracowników masowej emigracji Żydów z Polski. Nawiasem mówiąc, o Drymmerze (którego działalność jest świetnie znana i była przez polskich historyków wielokrotnie opisywana) Snyder wspomina dziewięciokrotnie, poświęcając mu nieco więcej miejsca niż Treblince. Mogę jedynie dodać, że Wiktor Tomir Drymmer po wojnie osiadł w Kanadzie, gdzie zajmował się stolarką, na którym to polu odniósł większe sukcesy niż w dyplomacji.

Podobne zastrzeżenia dotyczące struktury i spójności tekstu pojawiają się w trakcie lektury końcowych rozdziałów książki, przedstawiających różne formy, uwarunkowania i przyczyny ratowania Żydów. W tym przypadku Snyder ucieka się do przywołania całego szeregu żydowskich świadectw z zespołu 301 z ŻIH oraz wywiadów z ocalałymi z zasobów USHMM i YIVO. Stanowią one lekturę niezwykle ciekawą, gdyż historie ocalałych są pasjonujące i – jak wiedzą badacze Holokaustu – można je zaliczyć do najbardziej wzruszających dokumentów epoki. Jest z czego wybierać, gdyż w samym ŻIH tych tzw. wczesnych relacji żydowskich jest ponad siedem tysięcy. Nie do końca jednak wiadomo, czym kierował się autor Czarnej ziemi, dobierając takie, a nie inne akta. Mimo często występujących odwołań do „destrukcji państwa” u czytelnika pojawia się uzasadnione podejrzenie, że zarówno Drymmer, jak i relacje z zespołu 301 z ŻIH trafiły na karty recenzowanej pracy przez przypadek.

polecił:
Leon Rozenbaum
Ostatni rozdział pt. „Nasz świat” ma charakter ostrzegawczo-profetyczny, a autor przybiera w nim ton niepozbawiony patosu. Według Snydera hitlerowska wizja świata zakładała konieczność wymordowania Żydów w celu zapewnienia
„wyższej rasie” właściwych warunków rozwoju, a już najbardziej – zagwarantowania Niemcom dostępu do odpowiednich zasobów żywności i dalszego rozwoju potencjału gospodarczego. Teraz – pisze historyk – stoimy w obliczu podobnych wyzwań: „Oczekiwany w tym stuleciu wzrost średniej światowej temperatury o 4 stopnie Celsjusza odmieni życie ludzkie na znacznej części globu. Problem pogarsza nieprzewidywalność zmian klimatu – przekonuje Snyder. – Jeżeli znikną pokrywy lodowe, woda morska będzie pochłaniać promienie słoneczne zamiast je odbijać”. W obliczu nadchodzącej katastrofy klimatycznej, sugeruje autor, powinniśmy pamiętać o Hitlerze i o naukach płynących z Zagłady. Być może już niedługo „doświadczenie niespotykanych dotąd burz lub nieustającej suszy nadwątli oczekiwania co do bezpieczeństwa podstawowych zasobów, przez co polityka w stylu hitlerowskim znajdzie szerszy oddźwięk” (s. 421).

Michael Marrus, jeden z najwybitniejszych badaczy Zagłady, w swojej książce zatytułowanej Holokaust. Historiograϔia (The Holocaust in History) pisał: „Historycy studiują rewolucję, a nie rewolucje; wojnę, a nie wojowanie; Holocaust, a nie ludobójstwo. Naturalnie, mają też swoje zdanie o tym drugim, ale na ogół nie zarabiają na chleb, głosząc uogólniające poglądy, i śmiem twierdzić, że nie są one najbardziej wartościowym elementem ich pracy naukowej”3. Nie chodzi tu oczywiście o jakiekolwiek wnioski uogólniające (które nieuchronnie stanowią zwieńczenie pracy historyka), lecz o uogólnienia mające bardzo luźny związek z przedmiotem naszych studiów. Można wobec tego jedynie żałować, że Timothy Snyder nie wziął sobie do serca mądrej rady Marrusa.


1 W związku z tym, że polskie tłumaczenie ukazało się dopiero w końcu października, autor recenzji odwołuje się do wydania oryginalnego, natomiast cytaty udało się uzgodnić z polskim przekładem – przyp. red.
2 Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem, tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Warszawa: Świat Książki, 2011.
3 Michael R. Marrus, Holocaust. Historiograϔia, tłum. Agata Tomaszewska, Warszawa: Wiedza Powszechna, 1993, s. 35.

Źródło: Zagłada Żydów. Studia i Materiały, vol. 11, R. 2015, ss. 726-733


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Cały naród ratuje swoich Żydów

Cały naród ratuje swoich Żydów

Jacek Leociak



Dumni dumą słuszną swą jesteśmy, dumę naszą światu dumnie pokazujemy i pokazywać będziemy, żeby świat pojął wreszcie…

Któż w Warszawie końca XIX wieku nie znał kawiarni „Udziałowa”, mieszczącej się w kamienicy na rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich. Modny wówczas kefir czy kumys pili tam Stefan Żeromski, Bolesław Leśmian, Władysław Reymont, Kazimierz Przerwa-Tetmajer. W latach 30. XX wieku był tu nie mniej sławny „Café Club”, w czasie okupacji lokal Nur für Deutsche, dwukrotnie obrzucony granatami przez bojowców Gwardii Ludowej. Po wojnie na miejsce zburzonej kamienicy powstał gmach, socrealistyczny w formie, narodowy w treści – siedziba Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy. Któż nie zna słynnego na całą Polskę napisu, umieszczonego na jego elewacji: „CAŁY NARÓD BVDVJE SWOJĄ STOLICĘ”.

Wydaje się, że otwarciu w Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów Podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów towarzyszył podobny entuzjazm, jak w bohaterskich latach odbudowy. Sprecyzujmy: zmasowana akcja propagandowa była wtedy odgórnie przygotowana przez jeden ośrodek, ale entuzjazm był najczęściej autentyczny. A jak jest teraz? Chciałbym dorzucić swoje trzy grosze do tej dyskusji.

Grosz pierwszy – nic nowego

Mało jest dyskursów publicznych tak zrytualizowanych i spetryfikowanych, tak zakrzepłych w kanonicznych formułach i niezmiennej retoryce, przybierających formy narodowo-patriotycznej liturgii – jak dyskurs o pomocy Żydom. W mocy pozostają moje rozpoznania, które sformułowałem w książce Ratowanie. Opowieści Polaków i Żydów (2010). Polskiemu dyskursowi o pomocy wciąż zagrażają trzy demony: demon rywalizacji (na martyrologię, na bezinteresowność, na szlachetność); demon statystyki (im więcej Sprawiedliwych, tym lepiej); demon trywializacji (podkreślana masowość pomocy podważa heroiczność czynu). Przedzierałem się przez teksty prasowe, komentarze i przemówienia okolicznościowe przedstawicieli władz najwyższych z Panem Prezydentem na czele z rosnącym znużeniem i poczuciem déjà vu.

Znam tę melodię od urodzenia. Chwała i sława. I ten blask heroicznego męczeństwa, który spływa na nas wszystkich i nas Polaków oświetla, ogrzewa, syci i dumą napełnia.

Pan Prezydent Andrzej Duda zapewnił w swym wystąpieniu na otwarciu muzeum, że możemy być dumni. „To wielkie miejsce dla Rzeczypospolitej Polskiej, bo tu jak w soczewce skupia się to, co jest jedną z przyczyn, że my jako Polacy możemy czuć się godnie”. Pan Prezydent z empatią mówił o tragedii rodziny Ulmów, ale przecież mówił to ten sam człowiek, który w kampanii prezydenckiej w zeszłym roku cynicznie zagrał kartą pogromu w Jedwabnem dla czysto politycznych celów. Pan Prezydent przyzwyczaił nas do tego, że potrafi mówić pięknie, gładko i z przejęciem, jeśli tylko służy to „dobru narodu”. Żydzi, Polacy, Holokaust stają się w tych mowach narzędziami do realizowania interesów władzy.

Niezmienne pozostało, praktykowane obowiązkowo i od zawsze, ogałacanie czynów Sprawiedliwych z historycznego kontekstu. Jednostronność prowadząca do deformacji, manipulacji, w ostatecznym rachunku – do historycznego fałszu. I agresywne eliminowanie wszelkich głosów spoza anielskiego chóru narodowej chwały. I oskarżenia o antypolską zmowę ze zdradą włącznie. „My tu chwałę swoją celebrujemy, a wy nam pokazujecie jakieś zagrzebane w lasku trupy zabitych Żydów, jakieś pożydowskie złoto, jakieś pierzyny, talerze, ubrania… Dumni dumą słuszną swą jesteśmy, dumę naszą światu dumnie pokazujemy i pokazywać będziemy, żeby świat pojął wreszcie, jak to było z tymi Żydami naprawdę. Pojął i nami się zachwycił”.

W dwudziestą rocznicę powstania w getcie warszawskim tow. Mieczysław Moczar mówił:

Jako naród, jako społeczność mamy prawo chlubić się tą kartą naszej historii. Mamy prawo być dumni z tego, że walka nasza miała głęboką internacjonalistyczną treść. Z towarzyszami żydowskimi znajdowaliśmy się w jednym szeregu, złączeni wspólnym losem, wspólnym dążeniem i wspólnym celem.

Zauważam tylko jedną różnicę w stosunku do tego kanonu. Zabrakło dziś retorycznego chwytu, używanego w Peerelu, szczególnie w Marcu 1968, który eksponował typowo żydowską niewdzięczność uratowanych. Można go było spotykać zarówno w relacjach składanych przez Polaków o ratowaniu Żydów (wiele ich spoczywa w Archiwum ŻIH pod sygnaturą 301), jak i w ówczesnej prasie. Mieliśmy tu kilka wariantów: „Zawiedliśmy się na was, Żydzi!”, „Dlaczego ocaleni przez nas Żydzi teraz milczą?”. Był także motyw ocalonego kąsającego rękę, która go ocaliła. Ten motyw zniknął, przynajmniej ja go nie zauważyłem.

Grosz drugi – liczby

Tysiące, tysiące Sprawiedliwych, setki tysięcy wspierających, milion ratujących… Jeden wielki polsko-żydowski front wspólnej walki. Nie ma jednostek – są masy. Nie ma indywidualnego bohaterstwa – jest zbiorowy heroizm. Mówimy: Sprawiedliwi, a w domyśle – cały Naród. Nie przypadkowo przypominają się tu hasła romantycznej epoki stalinowskiej: wykute w kamieniu zdanie „Cały naród buduje swoją stolicę” czy słynna pieśń Feliksa Rybickiego: „Rozkwita kraj, / rozkwita w krąg / i dni wiosenne biegną. / Tysiące rąk, / miliony rąk, / a serce bije jedno”. Sprawiedliwi w tym obłędnym wyścigu „kto więcej“ (mamy najwięcej drzewek w Yad Vashem), sprowadzani są do roli swoistych przodowników pracy, którzy wykonali kilkaset, ba – kilka tysięcy procent normy. Słychać zachwyty, że dużo, że bardzo dużo, tak dużo, że nawet więcej niż nam się wydaje. Z ust prof. Żaryna, senatora Rzeczpospolitej, niejednokrotnie padało słowo milion. Milion Sprawiedliwych.

I niewypowiedziana wprost, ale wyczuwalna sugestia, że nas Polaków skrzywdzono tymi marnymi sześcioma tysiącami sześćset dwudziestoma drzewkami rosnącymi w Yad Vashem.

Grosz trzeci – chrześcijańska miłość bliźniego

Niezmienne od lat trwa podkreślanie bezinteresowności pomocy niesionej Żydom przez Polaków. Pomoc i bezinteresowność staja się nieomal synonimami. Tak jakby pieniądz był w tego typu relacjach polsko-żydowskich czymś wstydliwym, nie na miejscu. Pieniądz, który jest przecież jednym z fundamentów wizerunku Żyda ukształtowanego jeszcze w średniowieczu i aktualnego do dziś, zostaje z historii o pomocy praktycznie wyeliminowany. Tak jakby ratujący i ratowani poruszali się w jakimś wyidealizowanym świecie okupacyjnym, w którym nie trzeba jeść, więc nie trzeba kupować jedzenia na czarnym rynku, w którym nie płaci się za mieszkanie, za aryjskie papiery… Bohater powieści Janusza Korczaka Bankructwo małego Dżeka marzył o świecie bez pieniędzy. I zbankrutował.

Dziś, do klasycznego motywu bezinteresowności, dochodzi inny, obecny również dawniej, ale nigdy aż tak nie eksponowany. Spośród motywacji, jakimi kierowali się Polacy pomagający Żydom, na plan pierwszy wysuwa się chrześcijańska miłość bliźniego. Motywacje natury religijnej chyba nigdy jeszcze nie były tak podkreślane, jak obecnie. Pan Prezydent mówił w Markowej o Sprawiedliwych, że byli „ludźmi miłosiernymi, wsłuchanymi w naukę, jaką wszystkim nam głosi religia chrześcijańska: naukę miłości bliźniego.”

Zatarciu, przesłonięciu uległy – eksponowane w dyskursie peerelowskim – motywacje laickie, humanitarne, ogólnoludzkie, wypływające z nakazów etyki świeckiej. Można rzec: katolicyzacja życia społecznego postępuje, wkracza też do przekazów o najnowszej historii.

Trudno się już obyć bez odmienianych przez wszystkie przypadki wartości chrześcijańskich, coraz trudniej zachować świeckość, uchylić się od konfesyjnego zawłaszczenia w mówieniu o historii. Wśród Sprawiedliwych, hołubionych dziś przez idące ręka w rękę władze i Kościół katolicki, wielu do Kościoła nie należało, byli liberalnymi inteligentami, wolnomyślicielami, socjalistami, komunistami.

Antoni Macierewicz oznajmił w Telewizji Trwam, że

Morderstwo 9-osobowej rodziny [Ulmów] – w tym matki w błogosławionym stanie, jest symbolem polskiego człowieczeństwa, polskiej wielkiej miłości do bliźniego i gotowości poświęcenia się do ostatniej kropli krwi w sytuacji zagrożenia samego siebie.

Zdanie to tylko pozornie jest bez sensu. Okrutne morderstwo ma być „symbolem polskiego człowieczeństwa”, „polskiej miłości bliźniego”? Tak! Wsłuchajmy się uważnie w głos Macierewicza. Chrześcijaństwo zostało tu ostatecznie znacjonalizowane. Katolicyzm okazał się emanacją najzdrowszych sił narodu. Jak niegdyś Partia. Nie ma już zwykłej miłości bliźniego, nie ma po prostu człowieczeństwa. Jest polska miłość bliźniego i polskie człowieczeństwo.

W ten sposób dyskurs wokół muzeum w Markowej zaprowadził nas do samego centrum nowej polskiej tożsamości.


Jacek Leociak – historyk literatury, prof. dr hab., Pracownia Poetyki Teoretycznej Instytutu Badań Literackich PAN, kierownik Zespołu Badań nad Literatura Zagłady IBL PAN, Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Genealogical Resource for Soviet Jewish Families Assisted by JDC in Vienna and Rome

Genealogical Resource for Soviet Jewish Families Assisted by JDC in Vienna and Rome

The JDC Archives is pleased to announce that information regarding over 3,000 Polish and Soviet Jewish families assisted by JDC in Vienna and Rome in the years 1969-1975 has been added to the JDC Archives Names Index. This genealogical resource is now available online. Polish and Soviet Jewish refugees who were assisted by JDC in 1969-1975 and their descendants can search the Names Index at http://archives.jdc.org/archives-search.

During these years, Jews leaving Poland and the Soviet Union were assisted by JDC in Vienna and Rome where they awaited processing for immigration to the United States and other countries including Canada, Australia, and New Zealand. As the agency that historically provided care and maintenance for Jews in transit, JDC developed programs to assist the transmigrants – Jewish refugees in transit to other countries – who faced a waiting period of months for their papers to be processed and were not eligible for work permits. These programs included medical care and social counseling; English classes; ORT-organized children’s classes; youth centers; religious activities, which for some of the transmigrants was their first experience of Jewish life; and provision of housing, food, and clothing. JDC’s caseload fluctuated in response to political developments in Eastern Europe and elsewhere.

The Jerusalem Archives of JDC holds tens of thousands of transmigrant case files, which constitute a rich genealogical resource for thousands of families. Over the last five years, volunteers working in JDC’s Jerusalem Archives have reviewed the first batch of 3,000 case files and drawn information to add to JDC’s names databank. Additional records will be added periodically. Generally, each record documents the family unit – a typical file contains details of four family members. The data from the files that has been indexed includes names of family members, location and date of birth, marital status, occupation, destination, and the dates of arrival and departure from Vienna and/or Rome.

Portion of a search result displaying data indexed from the
Transmigrant files.Sample search for transmigrants assisted by JDC.

Among those documented in the records are several well-known artists and musicians. Noted artist Igor Galanin arrived in Rome from the Soviet Union in 1972 with an exit visa to Israel. He was accompanied by his wife, two children, and his mother. While in Rome, he exhibited his work, as evidenced by a program from the exhibit opening found in his case file. He left for the United States within a few weeks of the exhibit’s closing.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Małorolny agent wpływu

Małorolny agent wpływu

Andrzej Koraszewski


Mój wydawca, czyli Dariusz Jamrozowicz, dyrektor wydawnictwa „Błękitna kropka”.

Mój wydawca, czyli Dariusz Jamrozowicz, dyrektor wydawnictwa „Błękitna kropka”.

Dowiedziałem się z Internetu, że jestem izraelskim agentem wpływu. Ucieszyłem się, bo jestem posiadaczem pięciu hektarów ziemi, czyli podpadam pod kategorię małorolnych, a o małorolnych agentach wpływu jeszcze nie słyszałem. Niedawno starłem się z przyjacielem w sprawie, o którą ścieram się często z nieprzyjaciółmi, czyli o prawo państwa Izrael do obrony życia mieszkańców państwa Izrael. Teoretycznie ścieraliśmy się o proporcjonalność, czyli mój przyjaciel poświęcił się refleksji nad fundamentalnym pytaniem, dlaczego podczas zbrojnych starć ginie więcej mieszkańców Gazy niż mieszkańców Izraela?

Ta bijąca w oczy niesprawiedliwość może być spowodowana faktem, że jest to starcie cywilizacji śmierci z cywilizacją życia. Oczywiście i cywilizacja życia, i cywilizacja śmierci są tu definiowane w sposób rażąco odmienny niż w literaturze katolickiej, ale też w tym przypadku odnoszą się z jednej strony do islamu, a z drugiej do niewiernych osadników, głównie wyznania mojżeszowego, na ziemiach wyzwolonych spod tureckiego jarzma.

Osadnicy to zbiegowie z wszystkich możliwych krajów Europy, obu Ameryk, Azji i Afryki, a nawet Australii, którzy nie okazując wdzięczności, porzucili gościnne kraje (gdzie często mieszkali od setek a nawet tysięcy lat) i wtargnęli na muzułmańskie ziemie pod pretekstem przyzwolenia społeczności międzynarodowej i wykupu ziem od ich tureckich i arabskich właścicieli oraz (ku zgorszeniu byłych gospodarzy) przywołując argument, że jest to ziemia, z której ich niegdyś przemocą wygnano.

Fanatyczna odmiana wiary muzułmańskiej może być zasadnie nazywana „cywilizacją śmierci” gdyż głosi hasło: „wy kochacie życie, my kochamy śmierć”. To hasło, zdaniem niektórych analityków, może być pewną przeszkodą na drodze do reform ekonomicznych i społecznych, jak również do pokoju z niemuzułmańskimi sąsiadami, a osobliwie z Żydami, którzy zgodnie z koranicznymi dogmatami uznawani są za niemuzułmanów do szóstej potęgi.

Mówienie o kulturze izraelskiej, że jest „cywilizacją życia”, też wymaga pewnego uściślenia, jako że uciekając z krajów, które ich z taką życzliwością gościły, Żydzi postanowili przejąć sprawy w swoje ręce i bronić swojego życia samodzielnie, zamiast polegać na gwarancjach ochrony ich życia, czy to jako dhimmi w krajach islamu, czy to jako napiętnowani niewierni (zabójcy boga, truciciele studni, mordercy dzieci i ludzie paskudni pod każdym innym względem) w krajach chrześcijańskich. Ta cywilizacja życia ma hasło „chcemy żyć i zrobimy co w naszej mocy, żeby nam w tym nie przeszkadzano”. Tak rozumiana „cywilizacja życia” sprzyja wszelkiego rodzaju start-upom, co jest nową nazwą zachowań związanych z przekonaniem, że poleganie na zaradności i pomysłowości może bardziej ułatwiać życie niż ustawiczne poszukiwanie winnego i dążenie do zabicia go w oczekiwaniu, że dobry Bóg wynagrodzi nasze dzieło na ziemskim padole, zamieniając wszystkie nasze nieszczęścia w pasmo sukcesów, co będzie niewartym wspomnienia szczegółem w obliczu nagrody, jaką Stwórca szykuje dla nas po śmierci, a której absolutnym ukoronowaniem będzie możliwość wiecznego spółkowania z dziewicami, amen.

Sam się nawet zastanawiałem jak właściwie zostałem małorolnym agentem wpływu, ale wojujący z pojęciem wolnej woli (inny) przyjaciel przekonał mnie, że chociaż zgadzamy się, że żadnej opatrzności nie ma i nigdy nie było, to jednak wszystko jest zdeterminowane. Wolnej woli nie ma w nas ani za grosz i w tym co robimy w gruncie rzeczy nie ma ani naszej zasługi, ani naszej winy. Będąc nieskończenie dumny z mojej niezmierzonej pokory trochę się tym zmartwiłem, ale jako stoik pogodziłem się z losem i przestałem się doszukiwać.

Z jakiegoś powodu jestem jednak zdeterminowany, żeby czasem otworzyć usta, a dokładniej zabrać głos na piśmie, bo odczuwam taką potrzebę. Kiedy słyszę, że Rosenkranz zgwałcił sąsiadkę i udusił jej troje dzieci, próbuję ustalić, co w tej sprawie wiadomo i kiedy moje wysiłki nie przynoszą zadawalających rezultatów, zgłaszam zdanie odrębne, informując, że w świetle braku dowodów na niecne zachowania Rosenkranza, do chwili otrzymania takich dowodów będę uważał, że te twierdzenia to raczej pomówienie. Okazuje się, że jest to klasyczne zachowanie agenta wpływu, a standardowa odpowiedź brzmi: „Chcesz pan powiedzieć, że Rosenkranz nie ma żadnych wad?”

Wstyd się przyznać, ale my się z Rosenkranzem w zasadzie nie znamy i posiadam ograniczoną znajomość wad Rosenkranza, co w żaden sposób nie wyklucza tego, że on takowe posiada. Moje zainteresowanie ogranicza się do głoszących informację, że Rosenkranz zgwałcił sąsiadkę i udusił jej troje dzieci. Mam potrzebę dowiedzenia się, dlaczego oni są tak silnie zdeterminowani, żeby przekazywać światu wiadomość cokolwiek niepotwierdzoną.

I za to panu płacą? – dziwi się inny człowiek również podejrzewający, że jestem małorolnym agentem wpływu, chociaż ujmuje to inaczej. Jeśli mój przyjaciel (ten od braku wolnej woli) ma rację, to oni nie są temu winni, bo są tak zdeterminowani przez niezliczoną ilość przypadkowych zdarzeń, które tak właśnie, a nie inaczej ukształtowały ich umysły.

Zirytowany trochę ich determinacją ignorowania faktów (lub ich braku) byłem tak zdeterminowany, że w końcu napisałem książkę, pod tytułem Wszystkie winy Izraela, w której próbowałem powiedzieć, że obwinianie Izraela za grzechy, których nie popełnił, może być konsekwencją długiego przyzwyczajenia (lub jak kto woli uwarunkowanej kulturowo determinacji). Natychmiast dowiedziałem się, że napisałem książkę, w której bezpodstawnie sugeruję, jakoby Izrael był bez winy. Była to jednak marginalna recenzja marginalnego recenzenta. A ja, jako małorolny agent wpływu oczekiwałem więcej. Poszukując dalszych recenzji na czwartej stronie informacji o tym, gdzie moją książkę można kupić, dotarłem do informacji o „wszystkich winach Izraela” i natychmiast zamówiłem jedno. Przysłali przez kuriera białe, chociaż ja wolę czerwone, ale (jako że nikt nie jest doskonały) musiałem coś pomylić. Wypiwszy wszystkie wino z butelki zapadłem w zadumę, a jest o czym myśleć. (Wino okazało się być nie z ziem okupowanych, a z centralnego Izraela, co niczego nie zmienia. bo jak donosi korespondentka Polskiej Agencji Prasowej, Ala Qandil, “Palestyna musi być wolna, cała Palestyna” i wszyscy, nie tylko w PAP-ie, wiemy, co znaczy wolna i co znaczy cała.)

Jako małorolny agent wpływu wpływam za mało, a chciałbym odrobinę więcej. Zapyta ktoś – dlaczego – jeśli mi nawet za to nie płacą? I tu powraca sprawa determinacji lub jak kto woli zdeterminowania przez zdarzenia uświadomione i nieuświadomione. Z uświadomionych, to pamiętam jak babka koło dziesiątego roku życia zwróciła się do mnie gniewnie, żebym zdjął w domu czapkę, bo nie jestem Żydem, a ojciec upomniał ją jeszcze gniewniej z nieznanego mi wówczas powodu. Ten powód docierał do mnie powoli i okazał się rozróżnieniem między prowadzącym do humanizmu patriotyzmem, a prowadzącym do morderczego zbydlęcenia nacjonalizmem. Determinowali mnie do rozpoznawania tych dwóch różnych zjawisk rodzice, a potem nauczyciele, wśród których była pani Baranowska, opowiadająca w szkole o pogromie w Kielcach, pan Dulczewski, opowiadający o przedwojennym antysemityzmie, „Po prostu”, które było w domu od pierwszego numeru, na studiach Kotarbiński (osobiście i jako legenda), a potem to już się sam z jakiegoś powodu coraz gorzej determinowałem, coraz silniej podejrzewając, że opowiadanie o gwałcie i mordach Rosenkranza może być szkodliwe dla zdrowia psychicznego opowiadającego, zaraźliwe i zabójcze jako zjawisko społeczne.

Pisząc o wszystkich winach Izraela, nie pisałem o Izraelu, ale raczej o sąsiadach bliższych i dalszych, o nas, nieŻydach, cierpiących z powodu nawrotów uporczywych teorii spiskowych na temat Rosenkranza i jego win, powodujących nasze wszystkie nieszczęścia. Spotykając hasło Die Juden sind unser Unglück wypowiadane w moim ojczystym języku reaguję odruchowo, niezależnie czy widzę je w prorządowej „Do Rzeczy”, czy w innej niedorzeczy.

Tak to zostałem małorolnym agentem wpływu, zmartwionym, że wpływam cokolwiek za mało. Moją książkę czytało wielu znakomitych znawców, tych podzielających fatalną opinię o Rosentkanzu i tych, którzy tylko martwią się zakłóconymi proporcjami, bo odczuwają głębokie współczucie dla Palestyńczyków, ale chyba tylko tych, którzy zajmują się zabijaniem Żydów, bo tych, którzy wykazują zainteresowanie cywilizacją życia, wydają się być zdeterminowani omijać szerokim łukiem.

Wpadł do Dobrzynia mój wydawca (patrz zdjęcie na początku tekstu) troszkę zmartwiony, że z tą sprzedażą nie idzie najlepiej i że recenzenci nie piszą ani dobrze, ani źle, a jego zdaniem powinni.

Ja się z nim nawet zgadzam, ale nie mam na to wpływu, a mnie samemu własnej książki polecać nie wypada, bo ludzie pomyślą, że chcę na nich wpływać, a to nawet jeśli jest prawdą, to w żadnym razie nie należy tego ujawniać. Żaden agent wpływu do takich ambicji nie przyznaje się, a już małorolny to w ogóle.

P. S. Gdyby Państwo mimo wszystko przypadkiem byli zainteresowani, to chciałbym dodać, że zakup w wydawnictwie „Błękitna kropka” jest dla wydawnictwa bardziej korzystny niż inne, co może mieć pewien wpływ na dalsze wpływanie. A gdyby ktoś kupił i przeczytał, to może zostać agentem wpływu agenta wpływu i przekazywać swoje opinie ustnie lub pisemnie (to drugie preferowane), bo na zawodowych recenzentów spraw bliskowschodnich nie ma co dłużej czekać.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


“Nie będzie mnie Żydówka obsługiwać” List do Redakcji, 11 sierpnia 2016

Forum Żydów Polskich“Nie będzie mnie Żydówka obsługiwać” List do Redakcji, 11 sierpnia 2016

Marta Brzezińska, Łódź


Witam, na początku zaznaczę, że wiadomość ta będzie długa ale chcę nakreślić dokładnie całą sprawę.

Jestem od niedawna pracownikiem placówki jednego z największych banków w Polsce, to co mnie dzisiaj spotkało przekroczyło wszelkie granice mojej wyobraźni. Pozwolę sobie wszystko dokładnie opisać a było to tak…

Interesuję się od dawna kulturą żydowską, jakiś czas temu kupiłam sobie naszyjnik z małym symbolem gwiazdy Dawida – abstrahując od mojej sympatii do kultury żydowskiej po prostu podoba mi się wizualnie. Nosiłam go jakiś czas ale potem zamieniłam go na inny. Dziś rano ponownie go przypadkowo zobaczyłam na swojej szafce i postanowiłam ponownie założyć i udałam się do pracy obsługiwać klientów banku.

Wchodzi do banku klient, wstaje i go witam. Mężczyzna w średnim wieku. Patrzy się na mnie, nawet nie powiedział dzień dobry tylko od razu zaczął tonem pełnym pogardy: Co Pani ma na szyi?! Proszę to zdjąć, zdejmij to natychmiast! Ja (w głębokim szoku): Słucham? Niczego nie zdejmę. “Klient”: Pracuje Pani w banku! To nie jest miejsce na afiszowanie swojej religijności! Ja: Gwiazda Dawida nie jest wyłącznie symbolem religijnym to również … (nie miałam możliwości dokończenia bo “klient” mi przerwał) “Klient”: Składam na Panią skargę! Żeby takie coś nosić. Nazwisko?! Ja : Marta Brzezińska, oczywiście ma Pan prawo złożyć skargę jeśli Pan chce. Czy jeśli nosiłabym mały krzyżyk lub Matkę Boską zareagował by Pan tak samo? “Klient” – Proszę założyć i zdjąć to coś, co teraz Pani ma, to się Pani przekona. NIE BĘDZIE MNIE ŻYDÓWKA OBSŁUGIWAĆ, niech obsłuży mnie koleżanka obok. Ja: Nie ma takiej możliwości ponieważ dziś jestem jedyną osobą obsługującą operacje kasowe. “Klient” ; Dobrze, złożę jeszcze dziś skargę.

Klient usiadł i o to kolejny szok – wyciąga komórkę i zabiera się do robienia mi zdjęć.

Ja: Co Pan robi?? Nie życzę sobie, żeby Pani robił mi zdjęcia, jeśli będzie Pan kontynuował to wyproszę Pana z placówki. “Klient”: Nie robię zdjęć Pani tylko naszyjnikowi z gwiazdą. Ja : Nie życzę sobie, a jak ja bym robiła zdjęcia znaczkowi na Pana koszuli np.? “Klient”: Proszę bardzo. Ja: Ja czegoś takiego nie zrobię, trzeba mieć trochę kultury osobistej. Jeśli dalej będzie robił Pan zdjęcia nie obsłużę Pana. “Klient”: Dobrze, składam dziś skargę do banku, zobaczy Pani.

Przestał robić zdjęcia, przeszliśmy do operacji bankowych. Podczas gdy wykonywałam dyspozycje na rachunku “klient” był spokojny i normalnym tonem odpowiadał na pytania dotyczących robionych przeze mnie dyspozycji, cały czas grzebał coś w telefonie. Przeszło mi nawet przez myśl, że zdał sobie sprawę, że jego zachowanie przekroczyło wszelkie granice… Podeszłam do koleżanki aby poradzić się jej odnośnie wykonywanej operacji na rachunku i w tym czasie “klient” albo zadzwonił albo odebrał telefon ostentacyjnie i głośno mówiąc “No nie uwierzysz, w banku jestem i jakaś Żydówka tu jest i mnie obsługuje…no tak… oczywiście składam dziś skargę…”

Wróciłam do stanowiska, po wykonaniu wszystkich dyspozycji “klient” wyszedł bez słowa. Cała “akcja” trwała ok 30 minut. Zacznijmy od tego, że nie jestem Żydówką, taki wisiorek mógłby mieć oczywiście każdy kto np. odwiedził Izrael i kupił go sobie w ramach pamiątki. Nie jestem z natury histeryczką i nie jest łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, ale po tym zdarzeniu, długo nie mogłam dojść do siebie…poczułam się autentycznie jak Żyd na początku lat czterdziestych ubiegłego stulecia, nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką agresją, chamstwem i nietolerancją. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to nie był jakiś 20 latek z łysą głową ani staruszek uprzedzony do Żydów tylko dorosły, wykształcony mężczyzna. Przysięgam, że nie zostawię tego. Jestem raczej laikiem w sprawach karnych, ale ten człowiek powinien ponieść konsekwencję swojego skandalicznego, nienawistnego zachowania. Oczywiście mam wgląd w jego dane, ale nie mogę ich wykorzystać wedle swojego uznania bo obowiązuje mnie tajemnica bankowa. Nie wiem od czego zacząć, gdzie to zgłosić, jeśli ktoś mógłby dać mi jakieś wskazówki byłabym bardzo wdzięczna. Znalazłam dwa paragrafy, które opisują wydarzenie ale nie wiem czy i jak powinnam to zgłosić do prokuratury. Ta sprawa jest tak skandaliczna, że chciałabym, żeby zainteresowały się tym media i liczę również na jakieś wsparcie ze strony środowisk żydowskich w Polsce. Będę wdzięczna za każdą wskazówkę.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com