Archive | August 2023

O dalekim Izraelu raz jeszcze

Izraelskie bojowniczki o demokrację.



O dalekim Izraelu raz jeszcze
Andrzej Koraszewski

Czytelnik Yossi zadaje pytania. Mieszka w Izraelu, więc pisze o sprawach mu bliskich. Pyta się, czy zgadzam się, że człowiek przeciwko, któremu toczy się śledztwo nie może być głową kraju? Proces Netanjahu trwa od siedmiu lat nie dotarto jeszcze do przesłuchań pierwszych świadków obrony, a większość przesłuchiwanych dotąd świadków oskarżenia przekwalifikowano na „wrogich świadków”. W odróżnieniu od tego czytelnika mieszkam w Polsce i patrzę na ten proces przez lornetkę postronnego obserwatora.

Kilka lat temu znany polski wydawca zadał mi podobne pytanie, na które odpowiedziałem starą maksymą, „niewinny jak długo wina nie zostanie udowodniona”. Oparte na prasowych wyrokach domniemanie winy wskazuje na brak dystansu i potrzebę potępienia bez dowodów. Mój znajomy zgodził się ze mną, iż faktycznie może lepiej poczekać do zakończenia procesu, które nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Można odpowiedzieć pytaniem na pytanie, czy mój polemista zgadza się, że  oskarżenia premiera Netanjahu (w których nieustająca kampania medialna dominuje nad prezentacją solidnych dowodów winy), noszą znamiona próby usunięcia przeciwnika politycznego, którego nie daje się pokonać przy urnach wyborczych?                  

Nie mam uprawnień do występowania w roli sędziego, więc nie mam powodu do orzekania winny czy niewinny. Istnieją wszelako powody, do podejrzliwego traktowania żądań usunięcia polityka z areny politycznej na podstawie oskarżeń, których przez lata nie daje się udowodnić.    

W kolejnym pytaniu czytelnik Yossi, twierdzi, że w przypadku premiera Olmerta były podobne naciski. Nie wiem, czy kpi, czy o drogę pyta, ale możemy to podobieństwo zmierzyć przy pomocy prostego testu – ile było artykułów na temat Ehuda Olmerta przed i podczas procesu w „New York Times” i w innych czołowych mediach zachodnich? Jak długo trwał proces i czy sąd miał trudności z ustaleniem winy?

W kolejnym pytaniu pyta mnie Yossi, czy mógłbym wymienić tych ‘radzieckich’ prawników i dodać co ‘radzieckiego’ zrobili’?  

Spróbujmy to pytanie przeformułować, żeby nawiązywało do mojej wypowiedzi.  Dlaczego reforma Aharona Baraka nosiła znamiona radzieckiej perwersji prawnej?

Trójpodział władzy zakłada klarowny podział kompetencji i wzajemną kontrolę. Polska w XVIII wieku zniknęła z mapy głównie z powodu całkowitego paraliżu władzy ustawodawczej. Instytucja „liberum veto” pozwalała zablokować każdą ustawę, czy to z powodu przekupstwa dowolnego posła, czy z powodu czyjejś fanaberii. Nie było szans na unowocześnienie armii, na reformy społeczne, na reformy gospodarcze. Demokracja szlachecka była pełna i doskonała, państwo przestało istnieć.

Radziecki model „socjalistycznej demokracji” był nieco inny. Tu widzieliśmy całkowitą dominację władzy wykonawczej nad władzą ustawodawczą i sądowniczą, ale ta władza znajdowała się w rękach Komitetu Centralnego Partii, rząd, parlament i sądy były zaledwie narzędziem, przy każdej instytucji działał sekretarz partii, który miał ostatnie słowo.

Izraelska rewolucja sądownicza ustanawiała niezależność od rządu tzw. dorady rządu, który równocześnie sprawuje funkcję prokuratora generalnego oraz system doradców (ministerstw), którzy są ”niezależni” i mogą zablokować każdą decyzję władzy wykonawczej i to bez konieczności wskazania konkretnej podstawy prawnej.

W demokracji republikańskiej (a więc nie opartej wyłącznie na zwykłej większości), radcy prawni premiera i ministerstw mają pilnować zgodności decyzji podejmowanych przez polityków z obowiązującym prawem, zaś trybunały konstytucyjne mają nadzorować zgodność proponowanych i uchwalanych przez władzę ustawodawczą zmian prawnych z przepisami konstytucji. (Sądy Najwyższe korygują błędne lub niejasne interpretacje przepisów prawnych przez sądy niższej instancji.)  

Izrael nie zdołał uchwalić konstytucji w 1948 roku, jej namiastkę stanowią ustawy zasadnicze, które uchwalane były w dość  dziwnym trybie zwykłej większości posłów biorących udział w głosowaniu. W tej sytuacji izraelski Sąd Najwyższy funkcjonuje zarówno jako Sąd Najwyższy, jak i jako Trybunał Konstytucyjny, przy kompletnie zaburzonym systemie zarówno uchwalania, jak i wprowadzania poprawek do ustaw zasadniczych.

Na tym nie kończą się osobliwości izraelskiej sceny politycznej. Izraelska ordynacja wyborcza ma bardzo niski próg dla partii politycznych, co powoduje, że izraelskie rządy składają się z mozaiki partii mniejszych i większych, a wszyscy premierzy są nieustannie szantażowani przez koalicjantów. Żadna partia polityczna nie ma szans na samodzielną większość parlamentarną, koalicje są chwiejne, a utrata jednego czy dwóch posłów z koalicji grozi koniecznością rozpisania nowych wyborów (co oczywiście radykalnie zwiększa siłę szantażu ze strony wchodzących do rządowych koalicji partii kanapowych).

Być może jeszcze ważniejszym kontekstem tych wszystkich osobliwości i zaciekłych sporów jest fakt, że Izrael jest państwem narodu, na którym skupia się nienawiść całego świata, które jest otoczone przez śmiertelnych wrogów, i które nieustannie, od pierwszego dnia swojego istnienia, stoi przed egzystencjalnym zagrożeniem.

To zagrożenie czasem łagodzi, a czasem wzmacnia wewnętrzne podziały. Kiedy wybucha wojna różnice zdań schodzą na drugi plan, kiedy jest względny spokój, wybuchają kłótnie na temat strategii reagowania na wrogość w postaci bezpośredniego terroru, na wrogość sojuszników oferujących swoje mapy drogowe do pokoju, (nieustannie oczekując od Izraela samobójczych ustępstw), na temat wyboru gospodarczego ładu, tak by mieć silną gospodarkę, bez której nie ma mowy o silnej armii.

Te podziały mają swoje tło historyczne. Fundament państwa powstawał w okresie dominacji Partii Pracy (Mapai), która sprawowała władzę w okresie 1948-1977. Również w okresie przedpaństwowym to ugrupowanie decydowało o kształcie budowanych mozolnie instytucji. Dominacja lewicowych sił skłaniała Watykan, wielu polityków brytyjskich i amerykańskich do podejrzeń, że Żydzi zmierzają do stworzenia komunistycznego państwa. Również Stalin przez moment miał nadzieję na stworzenie komunistycznego przyczółka na Bliskim Wschodzie i w efekcie broń docierająca z Czechosłowacji okazała się rozstrzygającym czynnikiem w wojnie o niepodległość. Ani Ben Gurion, ani reszta jego partyjnych towarzyszy nie zamierzali jednak tworzyć komunizmu w Izraelu, ani wchodzić w trwały sojusz z ZSRR. Izraelski socjalizm był bliższy zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji, a jego najbardziej znanym symbolem były kibuce, czyli spółdzielnie, będące jednostkami produkcyjno-obronnymi, które pozwalały na stworzenie podstaw zaopatrzenia w żywność i rozwój osadnictwa. Twierdzenie, że to oni stworzyli Izrael, ma silne podstawy, a opozycja, która miała inną wizję rozwoju, do 1977 roku nie miała szans na zwycięstwo wyborcze.

Blisko trzy dekady nieprzerwanej władzy ujawniały minusy socjalistycznego systemu znane również z innych miejsc na świecie. Etatyzm, nadmierna obecność państwa w gospodarce, konserwatyzm związków zawodowych, brak konkurencyjności. Zmiana preferencji wyborczych społeczeństwa była dla wielu szokiem. Przyznanie, że socjalistyczny model gospodarczy jest dinozaurem, który blokuje dalszy rozwój, wymagało czegoś więcej niż tylko analiz i dyskusji między specjalistami. Wielki kryzys światowej gospodarki związany był z kolejną próbą wymazania Izraela z mapy świata i eksterminacji jego ludności. Po napaści armii arabskich na Izrael w 1973 roku, OPEC zarządził drastyczne ograniczenie wydobycia ropy naftowej, żeby zmusić Amerykę i inne kraje zachodnie do embarga na broń dla Izraela, a tym samym do pogodzenia się z faktem, że Izrael przestanie istnieć.

Niewielu zauważyło, że tzw. kryzys naftowy 1973 roku był zaledwie katalizatorem zjawiska, które wisiało w powietrzu. Przez dziesięciolecia widzieliśmy na Zachodzie rozwój „państwa opiekuńczego” – stały wzrost płac pracowników najemnych, stały wzrost nakładów na opiekę społeczną i bezpłatne świadczenia. Było to możliwe dzięki technologicznej przewadze i rosnącym wpływom z eksportu. Tymczasem okazało się, że kraje, które wcześniej były daleko w tyle nauczyły się produkować towary techniczne równie wysokiej jakości i po niższych cenach. Kiedy nagle ceny energii poszybowały w górę, zachodnia przewaga okazała się iluzją. Margaret Thatcher po raz pierwszy objęła urząd premiera w 1979 roku, a Ronald Reagan w 1981 roku. Menachem Begin został premierem w 1977 roku. Socjaldemokratyczna opcja wyczerpała się, w Izraelu zaczęła się długa seria klęsk Partii Pracy i trudności dostosowania się  do zmienionego świata po długiej serii imponujących sukcesów. Dziś izraelska Partia Pracy ma trudności z przeskoczeniem śmiesznie niskiego progu wyborczego.

Psychologiczny szok lewicy na jej odrzucenie przez wyborców nie jest zjawiskiem ograniczonym do Izraela i nie tylko w Izraelu prowadził do poszukiwania pozaparlamentarnych sposobów odzyskania władzy.  

Podział na lewicę i prawicę jest dziś absurdalny. Tak jak mamy wiele odcieni lewicy, tak mamy wiele odcieni prawicy. W dzisiejszym świecie możemy bez trudu wskazać ludzi deklarujących się jako „lewica” podejmujących trud walki z obłędem rewolucji „przebudzonych”, podobnie na prawicy jest wielu ludzi, dla których konserwatyzm oznacza umiarkowanie, gospodarkę rynkową, zmiany stopniowe, a nie rewolucyjne, którzy przeciwstawiają się prawicowemu fundamentalizmowi. Nie ma tu prostej dychotomii, chociaż wielu próbuje ją na siłę tworzyć.

Państwo prawa w systemie republikańskiej, konstytucyjnej demokracji oznacza m. in. ochronę przed walką o władzę z użyciem przemocy, przed przenoszeniem sporów z parlamentu na ulicę.      

Jak to wszystko ma się do dzisiejszych izraelskich sporów rzekomo o reformę w sądownictwie. (Dlaczego używam tu słowo „rzekomo”? Ponieważ nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby dostrzec, że nie jest to merytoryczny spór o kształt reformy, a poszukiwanie kolejnego pretekstu do siłowego przebudowania sceny politycznej.)

Mój polemista oburza się na określenie, że izraelski Sąd Najwyższy jest po rewolucji sądowniczej Baraka instytucją samoodtwarzającą się. Nie, nie przedstawia obecnej i proponowanej formy nominacji nowych sędziów SN, przekazuje swoje święte oburzenie. W Stanach Zjednoczonych co pewien czas jesteśmy świadkami awantur, kiedy rządzącej władzy udaje się uzupełnić wakat w Sądzie Najwyższym prawnikiem zbliżonym do obozu władzy. Testem izraelskiego Sądu Najwyższego jest zawsze skuteczne weto wobec każdej próby wprowadzenia do SN prawnika spoza ich wewnętrznego kręgu. (Najciekawszym przypadkiem była sprawa nieżyjącej już profesor Ruth Gavizon, doskonałej prawniczki o zdecydowanie lewicowych sympatiach, krytycznie nastawionej do politycznego aktywizmu w sądownictwie.)

W Izraelu ten polityczny aktywizm prowadzi do paraliżu władzy wykonawczej i ustawodawczej, przywrócenie równowagi między różnymi pionami władzy może okazać się kwestią być albo nie być Izraela.

Izraelska opozycja wydaje się być tak gotowa do szukania kompromisu jak Mahmoud Abbas jest gotowy do pokojowych negocjacji, jak pisał niedawno izraelski historyk i dziennikarz, Gadi Taub:

Wiadomości wypełniały spekulacje na temat gotowości bojowej Izraela lub jej braku. W większości media przedstawiły tę kwestię jako opowieść o bohaterskich męczennikach-rezerwistach, zdecydowanych stoczyć „bitwę o demokrację”, zamiast nazywać ją tym, czym ona naprawdę była: bandą oficerów grożących narażeniem bezpieczeństwa Izraela, jeśli większość parlamentarna nie ustąpi wobec ich żądań. Tytuł jednego z artykułów w „Haaretz” brzmiał: W Izraelu trwa wojskowy zamach stanu – i jest on całkowicie uzasadniony.

Istnieje wiele powodów, dla których warto przyglądać się uważnie temu, co dzieje się w Izraelu. Walka o wartości wolnego świata toczy się na wielu frontach, ale stosunek do Izraela i jego walki o przetrwanie aż nazbyt często okazuje się papierkiem lakmusowym ujawniającym hipokryzję różnych bojowników o wolność i demokrację.     


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Australian Government Bows to Far-Left Pressure on Israel

Australian Government Bows to Far-Left Pressure on Israel

Natalie Ecanow and David May


Anti-Israel protestors in Melbourne, Australia, c. 2021. Photo: Matt Hrkac/Wikimedia Commons.

Earlier this month, Australia upended nearly a decade of precedent when the government announced that it will start referring to the West Bank, eastern Jerusalem, and Gaza as “occupied Palestinian territories” rather than “disputed” lands.

The Australian government claims it is “advancing the cause of peace,” but how this move advances peace is not readily apparent. The change simply accepts the Palestinian framing of a key issue at a time when the Palestinian Authority (PA) can barely control the West Bank, let alone negotiate with Israel.

In 2014, Australia’s then-Attorney General George Brandis explained that the government would stop using the term “occupied” because it is mistaken to “describe areas of negotiation in such judgmental language.”

He said that the word is “freighted with pejorative implications which is neither appropriate nor useful.” Instead, the government opted for the term “disputed,” which more accurately describes the legal status of the territories.

Since the end of the British Mandate in 1948, no government has exercised undisputed sovereignty over the West Bank, Gaza, or eastern Jerusalem. Jordan conquered the territories during Israel’s war of independence, but few countries recognized Jordan’s claim. When Israel won control of the lands in the Six-Day War, it did not claim sovereignty. The Palestinians now claim the rights to govern these territories, but according to the Oslo Accords that created the PA, negotiations with Israel must first resolve the land’s status.

Australian policy reflected this until August 8, when Canberra flipped the script. Foreign Minister Penny Wong announced the change, and even described the Gaza Strip as occupied, despite the withdrawal of all Israeli forces and residents in 2005.

Wong represents the Australian Labor Party (ALP), which secured a majority in Australia’s May 2022 elections. Her announcement regarding the territories came less than two weeks before the ALP’s national conference, which began in Brisbane on August 17.

The timing is not coincidental. Reportedly, ALP leaders were at odds with the far left over “two foreign policy matters” in the run-up to the conference: the Israeli-Palestinian conflict, and a nuclear-powered submarine deal that the previous government negotiated with the United States and United Kingdom.

The ALP split the difference. The party reportedly “tor[e] down one of those foreign policy pillars, which is support for Israel, to preserve the other.” A spokesperson for the opposition told the press that the change in policy has “everything to do with managing factional differences” and “nothing to do with advancing a lasting two-state outcome.”

Australia has been an ally of Israel for decades; the two enjoyed particularly close ties under Australia’s previous government. In February 2022, for example, then Prime Minister Scott Morrison rejected an Amnesty International report that wrongly accused Israel of “apartheid.”  Wong herself said the accusation was “not helpful in progressing the meaningful dialogue and negotiation necessary to achieve a just and enduring peace.”

But under ALP rule, Australia’s Israel policy has started to backslide. In October 2022, the government reversed Morrison’s decision to recognize western Jerusalem as the capital of Israel. And this year, Australia signed two joint statements with other Western governments condemning Israeli settlement construction in the West Bank.

Wong insisted last week that the government in Canberra remains a “committed friend of Israel.” She defended the decision to adopt the term “Occupied Palestinian Territories” as a move consistent with United Nations and European Union practice.

Thankfully, ALP has yet to lead Canberra completely off the deep end. Last October, a United Nations Commission of Inquiry (COI) investigating the Israeli-Palestinian conflict “set forth grounds to conclude” that Israel’s presence in the West Bank is “now unlawful under international law.” Two months later, the United Nations General Assembly passed a resolution requesting that the ICJ issue an advisory opinion echoing the COI’s finding. Australia voted against the resolution — justifiably.

Israel’s West Bank presence is the result of a defensive war it won in 1967. Having tried and failed multiple times to negotiate a “land for peace” agreement, the Palestinian leadership has consistently rebuffed Israel’s terms.  The Israelis have thus sustained their presence in these disputed territories.

Facts notwithstanding, the ICJ appears poised to rule against Israel and advise that international law requires Israel’s swift and unilateral withdrawal from the West Bank. A bipartisan group of American lawmakers warned that such an outcome “would almost certainly be used to further the propaganda assault and the Boycott, Divestment, and Sanctions (BDS) movement against Israel while simultaneously undermining the credibility and effectiveness of UN human rights bodies.”

Fifteen judges sit on the ICJ, including one from Australia. And while ICJ judges are independent, their decisions often reflect the priorities of their home countries. The first round of submissions in the ICJ proceedings were due on July 25. Australia did not file, and is thus precluded from direct intervention in the proceedings. But in the wake of its misguided shift in language, the ALP government can still redeem itself. It should make clear that Australia stands by Israel amidst an ongoing delegitimization campaign. A clear public statement in support of Israel would carry weight with the court, and help steer Australia’s policy back in the right direction.


Natalie Ecanow is a research analyst at the Foundation for Defense of Democracies (FDD), where David May is a research manager. FDD is a non-partisan research institute in Washington, DC, focusing on national security and foreign policy. Follow FDD on Twitter @FDD.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel Daily news Full episode- August 23, 2023

Israel Daily news Full episode- August 23, 2023


ILTV Israel News


The security cabinet gathered together to discuss escalating security in the region. Four Arab Israelis were murdered mob style in the northern town of Abu Snan. and an historic soccer signing. Also Chemi Peres and Ilan Greenfield to discuss their extraordinary new book ‘My Israel, And much more

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Najstarszy druk hebrajski w zbiorach ŻIH


Najstarszy druk hebrajski w zbiorach ŻIH

Magdalena Bendowska, Wiktor Sybilski


Z początkami drukarstwa hebrajskiego nierozerwalnie związana jest postać Chajima ben Dawida Szachora (Schwarza). W początkowym okresie rozwoju typografii żydowskiej Szachor był jednym z najważniejszych i najbardziej utalentowanych drukarzy działających w Europie Środkowej. Do niedawna Biblioteka Żydowskiego Instytutu Historycznego nie mogła pochwalić się żadnym drukiem wytłoczonym przez Chajima Szachora – aż nadszedł dzień dokładnego zbadania jednego z druków pozbawionych kart tytułowych. Dzieło to okazało się najstarszym drukiem w zbiorach ŻIH wytłoczonym czcionką hebrajską.
Image00004.pngJaakow ben Aszer, Arbaa Turim, Augsburg: Chajim Szachor, Josef ben Jakar, Icchak ben Chajim, 1540 – fragment karty. Ze zbiorów ŻIH

Z początkami drukarstwa hebrajskiego nierozerwalnie związana jest postać Chajima ben Dawida Szachora (Schwarza). W początkowym okresie rozwoju typografii żydowskiej Szachor był jednym z najważniejszych i najbardziej utalentowanych drukarzy działających w Europie Środkowej. Lista jego zasług jest długa: założył pierwszą oficynę żydowską na Śląsku (w Oleśnicy) i wydał pierwszą książkę hebrajską wytłoczoną na tym terenie, był pierwszym drukarzem żydowskim tłoczącym książki w krajach niemieckich (w Augsburgu, Ichenhausen i Heddernheim), wydał pierwszy w Niemczech żydowski modlitewnik i pierwszą Hagadę (w modlitewniku z 1531 roku), pierwszy zbiór odmawianych w posty modlitw slichot (1536). Spod jego prasy drukarskiej wyszedł ponadto pierwszy w dziejach drukowany hebrajski podręcznik pisania listów (Augsburg 1534) oraz pierwszy drukowany modlitewnik w języku jidysz (Ichenhausen 1544). Jego warsztat mieszczący się w znanej drukarni protestanckiej Silvana Otmara był pierwszym w Augsburgu drukującym wyłącznie książki hebrajskie. Chociaż nie zachowała się żadna książka wydana w Lublinie z jego imieniem w kolofonie, niewątpliwie wywarł on głęboki wpływ na profil wydawniczy i wysoką jakość lubelskich druków hebrajskich. Dał początek słynnemu rodowi drukarskiemu – w oficynie lubelskiej prowadzonej przez jego rodzinę książki żydowskie tłoczono jeszcze półtora wieku po jego śmierci.

Do niedawna Biblioteka Żydowskiego Instytutu Historycznego nie mogła pochwalić się żadnym drukiem wytłoczonym przez Chajima Szachora – aż nadszedł dzień dokładnego zbadania jednego z druków pozbawionych kart tytułowych. Druk ten, w formacie folio, ma zachowany kolofon. Napis głosi: „Chajim bar Dawid b[łogosławionej] p[amięci] drukarz, Josef bar Jakar b[łogosławionej] p[amięci] n[iech Bóg] p[omści] j[ego] k[rew] drukarz, Icchak bar Chajim, oby żył długo i szczęśliwie, drukarz” (il. 1). Chodzi właśnie o Chajima ben Dawida Szachora oraz jego zięcia i syna. Dodatkowo z formuły umieszczonej po imieniu Jakara można wnioskować, że ojciec Josefa został zamordowany lub zginął w obronie wiary. Po raz pierwszy zasłużony drukarz umieścił w kolofonie imiona swojego zięcia i syna w kodeksie Arbaa Turim, który wydał w Augsburgu w 1540 roku i właśnie z tą książką mamy do czynienia. Dzieło to okazało się najstarszym drukiem w zbiorach ŻIH wytłoczonym czcionką hebrajską.

kolofon.png [6.68 MB]
 Jaakow ben Aszer, Arbaa Turim, Augsburg: Chajim Szachor, Josef ben Jakar, Icchak ben Chajim, 1540;  / kolofon. Ze zbiorów ŻIH.

Augsburg (Bawaria) już w okresie średniowiecza stał się jednym z ważniejszych centrów ówczesnej Europy, znaczącym ośrodkiem handlowym i kulturalnym, leżącym na szlaku wiodącym przez Alpy do Norymbergi – , a także wielkim ośrodkiem druku i handlu książką. Prekursorem sztuki druku w mieście był pracujący wcześniej w Strasburgu Ginter Zainer (zm. 1478), który uruchomił oficynę już w 1468 roku. Od początku zamieszczał w swoich drukach ilustracje drzeworytnicze, dzięki niemu Augsburg stał się najstarszym ośrodkiem popularyzacji drzeworytu w ilustracji książkowej. Zainer wydał około 80 książek. Szybko powstawały kolejne warsztaty. W sumie tylko do końca okresu inkunabułów, czyli do końca XV wieku, powstało ich ponad dwadzieścia.

Augsburg był jednym z tych miast niemieckich, gdzie bardzo szybko zaczęto drukować po hebrajsku.Druki takie wydawali jednak nieżydowscy drukarze, z myślą głównie o chrześcijańskich hebraistach zainteresowanych Biblią hebrajską, językiem hebrajskim i jego gramatyką. Dopiero żydowski typograf Chajim Szachor zaczął tłoczyć w Augsburgu wyłącznie książki hebrajskie.

Arbaa turim, Augsburg 1540

W 1540 roku Szachor wydał w Augsburgu kodeks prawa religijnego Jaakowa ben Aszera Arbaa turim (Cztery kolumny) (il. 2A). Było to jedyne dzieło halachiczne, jakie wyszło spod jego prasy drukarskiej. Druk liczył w sumie 312 kart w formacie folio. Jest to w chwili obecnej niezwykle rzadkie wydanie, obejmujące wszystkie cztery części kodeksu w jednym woluminie. Niestety egzemplarz zachowany w ŻIH jest niekompletny, brak dwóch pierwszych części: Orach chajim (Droga życia, 84 karty) i Jore Dea (Nauczyciel mądrości, 70 kart), w tym karty tytułowej i słynnej ilustrowanej karty 7a (il. 2B). Nie ma więc połowy książki. Zachowana została część Ewen ha-ezer (Kamień pomocny, 44 karty) i Choszen ha-miszpat (Tarcza sądu, 112 kart), a także dwie ostatnie karty nieliczbowane, których brakuje w większości zachowanych egzemplarzy. Znajduje się na nich wykaz traktatów talmudycznych cytowanych w tekście oraz pieśń pochwalna na temat książki autorstwa Jaakowa ben Barucha z Tyczyna (karta [2b]).

Arbaa turim IL.jpg [175.97 KB]
Jaakow ben Aszer, Arbaa Turim
Augsburg: Chajim Szachor, Josef ben Jakar, Icchak ben Chajim, 1540;

Karta tytułowa, ze zbiorów Biblioteki Narodowej Izraela
.
IL 2B.jpg [773.22 KB]Jaakow ben Aszer, Arbaa Turim  Augsburg: Chajim Szachor, Josef ben Jakar, Icchak ben Chajim, 1540; /  Ilustrowana karta 7a, ze zbiorów Biblioteki Narodowej Izraela

Na karcie tytułowej Chajim Szachor chwalił swoje wydanie: „Wszystkie poprzednie wydania Turim zawierają błędy i są wadliwe… szczególnie dwie ostatnie części… Wezwałem mojego drogiego zięcia Josefa bar Jakara i powiedziałem mu… Jesteś uczonym, zanurz się w głębinach halachy… musisz rozwiązać te problemy”. Dalej informował, że wydawcy dysponowali egzemplarzem, „który został sprawdzony i poprawiony przez naszego nauczyciela, gaona Awrahama z Pragi, Światło naszego pokolenia i porównaliśmy każdą stronę dwa lub trzy razy”. Faktycznie, wiele błędów poprzednich edycji zostało poprawionych przez Josefa ben Jakara, jednak nie zamieszczono komentarza Awrahama ben Awigdora (zm. 1542), znanego jako Awraham z Pragi, przez dwadzieścia lat pełniącego w Pradze urząd rabina.

Na ostatniej karcie 112a wydrukowano poemat pochwalny na cześć wydanego dzieła autorstwa Eliasza Lewity, który prawdopodobnie był też korektorem tekstu tego wydania. Wiadomo, że od grudnia 1540 r. przebywał w Isny. Zanim tam dotarł, musiał więc przybyć do Augsburga i podjąć współpracę z Szachorem przy wydaniu Arbaa turim. Wprawdzie w przedmowie do Tiszbi (Isny 1541), opisując swoją podróż z Wenecji, Eliasz Lewita nie wspominał o Augsburgu. Pisał, że po drodze uzupełniał jeszcze rękopis Tiszbi, który wkrótce miał być wydrukowany. Szachor musiał nawiązać z nim kontakt jeszcze w czasie swojego pobytu we Włoszech. W każdym razie pozyskał do współpracy uczonego słynnego w całej renesansowej Europie. Na odwrocie tej karty [112b] zamieszczono list Josefa ben Jakara, w którym podana jest data dzienna ukończenia druku: niedziela rosz chodesz adar batraa [30 dnia pierwszego adar 301] czyli niedziela 27 lutego 1541 roku według obowiązującego wówczas kalendarza juliańskiego. Poniżej zamieszczono pieśń pochwalną na rzecz wydrukowanej właśnie książki, również autorstwa Josefa ben Jakara.

Kodeks halachiczny Jaakowa ben Aszera był prawdopodobnie ostatnią książką wydaną przez Szachora w Augsburgu Analiza czcionek wykazała bowiem, że weszły one w posiadanie Eliasza Lewity, który posługiwał się nimi w drukach tłoczonych w Isny. Sytuacja finansowa Szachora musiała być w tym momencie na tyle trudna, że zmuszony został do pozbycia się części materiału typograficznego pozostającego w jego posiadaniu.

Edycja augsburska Arbaa turim dostarcza nam także cennych wiadomości o członkach rodziny Szachorów i wyjaśnia stopień pokrewieństwa między nimi. Z informacji na pierwszej karcie, gdzie Chajim Szachor wprost nazywał Josefa ben Jakara „swoim drogim zięciem” (chatani ha-jakar Josef bar Jakar) wynika, że Josef ożenił się z córką Szachora, Josef ben Jakar i Icchak ben Chajim byli więc szwagrami. Imię córki Szachora (czyli żony Josefa ben Jkara), Ela, podano z kolei na kartach Pięcioksięgu wydanego w Lublinie w 1557 roku. Jaakow ben Baruch z Tyczyna, nazywany szwagrem, musiał być mężem siostry Josefa ben Jakara, której imienia nie znamy.

Drzeworyt Hansa Holbeina młodszego

Karta tytułowa kodeksu była prosta, pozbawiona wszelkich ozdób. Natomiast na karcie 7a, która niestety nie zachowała się w egzemplarzu z kolekcji ŻIH, początek tekstu okala ozdobne obramowanie drzeworytnicze w kształcie bramy, zaprojektowane przez Hansa Holbeina młodszego (1497–1543) (il. 2B). Dolny fragment po lewej stronie przedstawia Boga stwarzającego świat, po prawej – Boga stwarzającego Ewę z żebra śpiącego Adama. Wyżej, po bokach, umieszczone zostały postacie proroków Izajasza i Jeremiasza ze zwojami w rękach, na których widać hebrajskie napisy. Odczytane razem od prawej do lewej dają fragment z Księgi Przysłów 15, 24: „Ścieżka życia prowadzi rozumnego w górę”. U samej góry ryciny po lewej stronie widać Mojżesza trzymającego Tablice Przymierza, a po prawej postacie kilku mężczyzn.

Hans Holbein młodszy (1497–1543), słynny malarz, rysownik i grafik okresu renesansu, urodził się w Augsburgu. Został członkiem gildii malarzy w Bazylei, a następnie nadwornym malarzem Henryka VIII w Londynie. Oprócz portretów, malowideł ściennych, projektów witraży czy wyrobów złotniczych, jego dziełem były także cykle graficzne i rysunki do drzeworytów.

Szachor do ozdoby książki wykorzystał klocek drzeworytniczy z zasobów chrześcijańskiej oficyny Silvana Otmara. Otmar używał go zarówno przed drukiem Arbaa turim, jak i po nim – Prawdopodobnie po raz pierwszy już kilkanaście lat wcześniej, w latach 1527 i 1528, na karcie tytułowej niemieckiego tłumaczenia biblijnych ksiąg prorockich (il. 3A. i3B). Warto zwrócić uwagę na jeden szczegół: na zwojach nakarcie tytułowej Arbaa turim pojawiają się napisy po hebrajsku, ale oryginalnie były to napisy łacińskie, pomagające zidentyfikować postacie proroków. Postać z lewej trzyma zwój z napisem „Iesaia pro.” (prorok Izajasz), a postać z prawej: „Ieremia” (Jeremiasz). Szachor dokonał tej jednej zmiany, ingerując w dzieło Hansa Holbeina.

Druki z oficyny Otmarów z kartą tytułową projektu Hansa Holbeina, którą wykorzystał Szachor w Arbaa turim, Augsburg 1540:

IL 3A.png [1.16 MB]
Alle Propheten, nach Hebraischer sprach verteütschet
tł. Ludwig Haetzer i Hans Denck, Augsburg: S. Otmar, 1527

Google Books
IL 3B.jpg [663.14 KB]
Alle Propheten, nach Hebraischer sprach verteütschet
tł. Ludwig Haetzer i Hans Denck, Augsburg: S. Otmar, 1528

domena publiczna
.
il 3c.jpg [139.09 KB]
Antonius Corvinus, Kurtze und ain feltige Auszlegung der Epistolen und Evangelien
Augsburg: V. Otmar, 1545

Google Books

Tego samego klocka drzeworytniczego używano w drukarni także później, po wykorzystaniu w druku hebrajskim. Odbito go na karcie tytułowej książki duchownego luterańskiego i działacza reformacyjnego Antoniusa Corvinusa (Anton Rabe, 1501–1553) Kurtze und ain feltige Auszlegung der Epistolen und Evangelien, wydanej w Augsburgu w 1545 r., w oficynie prowadzonej już przez syna Silvana – Valentina Otmara (il. 3C). Jedyną różnicą był brak jakichkolwiek napisów na zwojach trzymanych przez proroków Izajasza i Jeremiasza. Poza tym w polu tekstowym do druku części napisów użyto czerwonej farby. Drzeworyt Holbeina, pozyskany przez Silvana Otmara prawdopodobnie w latach 20. XVI wieku, pozostawał w zasobach drukarni przynajmniej około dwadziestu lat, także w okresie, w którym działał jego syn Valentin.

Chajim ben Dawid Szachor w Lublinie

Pierwszy notowany przez bibliografie druk z oficyny lubelskiej niestety nie zachował się do naszych czasów. Był to wytłoczony w 1547 roku modlitewnik Szomrim la-boker ( Strażnicy świtu). I tu dochodzimy do zasadniczego pytania: kto gowydał i czy Chajim Szachor w ogóle dotarł w swojej wędrówce do Lublina? Zdania są podzielone. Niektórzy badacze przypuszczają, że modlitewnik ukazał się już po śmierci Chajima Szachora lub że nie był on zaangażowany w jego druk, inni w nim właśnie widzą wydawcę i drukarza tej pozycji – w domyśle wspólnie z zięciem i synem, gdyż poczynając od Arbaa turim (Augsburg 1540) wszystkie książki tej rodzinnej spółki sygnowane były przez trzech drukarzy.

Pierwsza zachowana książka wydana w Lublinie to machzor (modlitewnik świąteczny) na cały rok według rytu polskiego, wytłoczony w 1551 roku bez karty tytułowej w formacie folio. W kolofonie wydrukowano imiona drukarzy, ale zostało ich tylko dwóch: zięć i syn Chajima Szachora. On sam już nie żył. O śmierci założyciela zasłużonego rodu drukarskiego jednoznacznie świadczy skrót „błogosławionej pamięci” umieszczony po jego imieniu.

Magdalena Bendowska

W tekście wykorzystano fragmenty artykułu: M. Bendowska, Z Pragi do Lublina. Drukarz ksiąg żydowskich Chajim ben Dawid Szachor, „Kwartalnika Historii Żydów” 2021, nr 2 (278), s. 373-436.

Proweniencja

W egzemplarzu z kolekcji ŻIH na ostatniej liczbowanej karcie (112b), pod poematem pochwalnym Josefa ben Jakara na cześć wydanej książki, a przed kolofonem (il. 1), znajduje się odręczny wpis sporządzony kursywą aszkenazyjską. Wpisu tego, informującego o tym, że książka należy do Awrahama Szneura, dokonał Dawid Icchak.

Okazuje się, że postacie te nie są nieznane w badaniach bibliologicznych i proweniencyjnych. Podobne zapiski zauważył już rabin Jehuda Lejb Złotnik (urodzony w Płocku, znany później jako Y. L. Avida; 1887–1962), bibliofil, autor dzieła Cudowny skarb języka żydowskiego. Jak relacjonował w publikacji wydanej z okazji Żydowskiego Festiwalu Książki w Johannesburgu w 1948 roku, badając stare druki przechowywane w „Bibliotece Komitetu Oświaty” (musiało mu chodzić o księgozbiór South African Board of Jewish Education, której był przewodniczącym), natknął się na dwie adnotacje Dawida Icchaka. Umieszczał on swoje uwagi z reguły na końcu druków, co można zauważyć także w egzemplarzach książek oferowanych współcześnie na aukcjach. Pod koniec XVII wieku (najpóźniejszy znany druk z jego adnotacją to Sefer siftej Kohen Mordechaja ha-Kohena wydany w Wandsbek w 1690 roku) Dawid Icchak bar Baruch, z sąsiadującej z Fürth gminy Zirndorf (Bawaria) piastował funkcję mełameda zajmującego się zakupem książek i dbającego o bibliotekę bejt midraszu w Fürth. Utrzymywał ją w swoim domu rabi Awraham ben Szneur Zalman Szlomo. Obydwaj zabiegali o rozwój księgozbioru, w którym znalazły się m.in. szesnastowieczne druki hebrajskie. Awraham ben Szneur Zalman był szwagrem przewodniczącego jesziwy w Fürth, rabiego Issachara Bermana Fraenkla (ok. 1660–1708), autora zbioru kazań Mate Issachar, wydanego w Fürth w 1792 roku w oficynie Icika ben Lejba Buchbindera (egzemplarz tej książki znajduje się w zbiorach ŻIH sygn. H.3487.XVIII). Słynna jesziwa aszkenazyjska założona w XVII wieku w Fürth była finansowana przez rodzinę Fraenklów. Stała się jednym z ważnych europejskich ośrodków studiów talmudycznych. Do jej rozwoju przyczynił się napływ wschodnioeuropejskich rabinów uciekających przed prześladowaniami ze strony kozaków na tereny dotknięte wyludnieniem spowodowanym wojną trzydziestoletnią.

W egzemplarzu ŻIH na pierwszej zachowanej karcie (karcie 1a z trzeciego ciągu paginacji) znajduje się także inny ciekawy zapis własnościowy, wyglądający na starszy od powyższego, sporządzony również kursywą aszkenazyjską przez niejakiego Kalonimosa Kalmana Brodę[1] (być może z Margonina) – miejmy nadzieję, że i tę postać uda się kiedyś zidentyfikować.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Of Judaism, but Not in It

Of Judaism, but Not in It

AVI SHAFRAN


Isidor Isaac Rabi / SCIENCE HISTORY IMAGES/ALAMY
.

A Nobel Prize winning physicist who helped build the atomic bomb had a deep and abiding relationship to his Orthodox Jewish upbringing

On July 16, 1945, J. Robert Oppenheimer stood in the Jornada del Muerto desert in New Mexico, watching a second sunrise—that caused by the detonation of the world’s first nuclear explosion, marking the dawn of the atomic age.

Standing by his side was I.I. Rabi, another Jewish physicist. “It was a vision,” Rabi later said of that explosion. “Then, a few minutes afterward, I had gooseflesh all over me when I realized what this meant for the future of humanity.”

If Oppenheimer was the Jewish father of the bomb, it had a large assortment of Jewish uncles (and at least one aunt, Lise Meitner), including Edward Teller, Leo Szilard, Niels Bohr, Felix Bloch, Hans Bethe, John von Neuman, Rudolf Peierls, Franz Eugene Simon, Hans Halban, Joseph Rotblatt, Stanislav Ulam, Richard Feynman, and Eugene Wigner.

Judaism qua Judaism, however, wasn’t a major part of the lives of most, if not all, of those Jewish scientists. Certainly not of Oppenheimer’s.

But Judaism was central for Rabi, who was a close colleague and friend of Oppenheimer’s, and who was vital to America’s efforts to develop the atomic bomb.

In 1930, Rabi researched the nature of the force binding protons to atomic nuclei. That work eventually led to the creation of molecular-beam magnetic-resonance detection, for which Rabi was awarded the Nobel Prize in physics in 1944. Rabi’s work is what made magnetic resonance imaging, or MRI, the valuable diagnostic test, possible.

During World War II, Rabi served as associate director of the Radiation Laboratory—which became known as the “Rad Lab”—at MIT, where he was one of the first scientists in the U.S. to work on what is known as a cavity magnetron, a device that sends a stream of electrons, guided by a magnetic field, past a series of cavity resonators—small, open cavities in a block of metal. The electrons cause microwaves to oscillate within, much the way air blown through a whistle produces a tone. The microwave-generating device revolutionized radar (and today, rather mundanely, is part of every microwave oven).

The ability to produce shorter, or micro, wavelengths through the use of the cavity magnetron on ships and aircraft resulted in unprecedented accuracy in locating enemy craft over greater distances. The Second World War’s main theater of operations was, in effect, a massive sea and air battlefield that stretched for thousands of miles. Many military historians give the lion’s share of credit for the Allies’ victory on that global battlefield to the greatly enhanced radar system honed by Rabi and others at the Rad Lab.

The other decisive technology of the war was, of course, the atom bomb, two of which devastated the Japanese cities of Hiroshima and Nagasaki.

During the first test bomb’s gestation, Oppenheimer offered Rabi, with whom he had become friendly, the position of deputy director of the Manhattan Project. Rabi turned it down, though he agreed to serve as a consultant for the project and made occasional trips to work at Los Alamos. Rabi was with Oppenheimer for the Trinity test on that historic July morning.

If Oppenheimer was the father of the bomb, it had a large assortment of uncles (and at least one aunt, Lise Meitner), and many, like Oppenheimer, were Jewish.

Oppenheimer was not oblivious to his connection to other members of the Jewish tribe. When news of the mass murder of Jews in Europe reached him, he was deeply shaken, feeling a bond of ethnicity with Hitler’s victims. “I had a continuing, smoldering fury,” he wrote, “about the treatment of Jews in Germany.” And, while teaching at Berkeley just before the creation of the Manhattan Project, he earmarked 3% of his salary to help Jewish scientists escape Nazi Germany.

But, as far as Judaism as a religion was concerned, Oppenheimer’s convictions mirrored those of the Society for Ethical Culture, the Jewish-founded but wholly secular movement in which he was raised. As Elie Wiesel wrote in a review of a play based on American Prometheus, the book that inspired the current popular film: “Despite being a notable Jew, [Oppenheimer] remained at a distance from Yiddishkeit.”

Rabi, however, despite his friendship with Oppenheimer, was a very different sort of Jewish physicist. Though he respected his colleague greatly, Rabi told his biographer, John S. Rigden, that Oppenheimer “was Jewish, but he wished he weren’t, and tried to pretend he wasn’t.” Rabi was saddened by his friend’s apathy toward his Jewishness and saw it as having caused Oppenheimer to have failed to become a fully “integrated personality.”

The contrast between the two men’s attitude toward their Jewishness is evident in how Oppenheimer, as an 18-year-old in 1922, accompanying his English teacher Herbert Smith on a trip to the Southwest, asked to travel as Smith’s brother so he could be introduced as “Robert Smith.”

Rabi, too, as a young man, during the two postdoctoral years he spent in Europe, sought to amend his name, but in the other direction. In Germany, he insisted on being identified as Isidor Isaac Rabi. “I was never sailing under false colors,” he explained about that decision. “This is it. Whatever dealings we have will be on that basis—I know who you are and you’ll know who I am.”

Though proud of his religious heritage, Rabi never dressed or lived as an observant Jew. His appearance and demeanor in every way telegraphed an image of the secular scientist. But his mindset, when it came to Judaism, was considerably more complex.

From left: Robert Oppenheimer, Isidor Rabi, H.M. Mott-Smith, and Wolfgang Pauli at Lake Zurich, Switzerland / AIP EMILIO SEGRÈ VISUAL ARCHIVES, FERMI FILM COLLECTION

Rabi was born in 1898, into an observant Orthodox Jewish family, in Rymanów—what was then part of Austrian-ruled Galicia and is today part of Poland. At his circumcision, he received the name Yisrael Yitzchak. Soon thereafter, his family emigrated to the U.S., settling into a small apartment on Manhattan’s Lower East Side before moving to the Brownsville neighborhood of Brooklyn.

Rabi’s parents fully maintained and cherished their Orthodox Jewish observance, and the family spoke Yiddish exclusively.

As a young boy, though, Yisrael Yitzchak quickly picked up English, and his interest in science led him to the public library and to tinkering with electronics. He was no mere dabbler. His first scientific paper, on the design of a radio condenser, was published in Modern Electrics when he was still in elementary school.

And his scientific explorations were not limited to any one field. When he read about heliocentrism, like many a young person coming to doubt the wisdom of his parents’ life choices, “Izzy”—how he came to be known at school—proudly declared himself an atheist. “It’s all very simple.” he informed his parents. “Who needs God?”

They were disappointed, as might be expected, but tolerant. He was only a boy, after all. And when his bar mitzvah approached, they asked him to prepare a bar mitzvah drasha. This was usually a scholarly discourse on a topic sourced in the Talmud for the guests, who were all religious people like Rabi’s parents. Rabi eventually agreed. And delivered a speech—in Yiddish—about how an electric light works.

“I talked about the carbon filament,” he recalled in his later years, “and then there was something I thought was very clever: getting the [electrical] lead out from the filament.”

Despite his 13-year-old freethinking ways, Rabi, even as a youth, came to mature in his worldview. And to feel the sense of awe that underlies deeply religious minds.

To be sure, he told Rigden, “When you are Orthodox, you say prayers for the new moon … [but] when you have an astronomical explanation, the rising of the moon becomes a sort of non-event.”

And yet, he recounted how, once he “was walking along and looked down the street, which was facing east. The moon was just rising. And it scared the hell out of me! Absolutely scared the hell out of me.” His inexplicable reaction to the grandeur of a moonrise was at odds with cold rationalism.

Many decades after his boyhood, he recalled how intrigued he had been as a youth, even an ostensibly atheist one, by the biblical creation account. “The first verses … were very moving to me as a kid. The whole idea of the Creation—the mystery and the philosophy of it. It sank in on me, and it’s something I still feel.”

“My early upbringing, so struck by God, the maker of the world, this has stayed with me,” he mused. “The idea of God,” he added, “helps you to have a greater feeling for the mystery of modern physics.”

Rabi expressed disdain for physicists who pursue their occupation for fun. “I knew other ways to have fun,” he said, drolly. “Physics has a much deeper emotional quality for me than that.”

Rabi considered physics as something that “transcended religion,” but didn’t replace it. Physics, he explained, “filled me with awe, put me in touch with a sense of original causes. Physics brought me closer to God.”

He recounted that whenever one of his students would come to him with a scientific project, he asked “only one question: ‘Will it bring you nearer to God?’” And, he added, “They always understood what I meant.”

‘My early upbringing, so struck by God, the maker of the world, this has stayed with me.’

After the war, Rabi returned to Columbia University, where he had taught in the 1930s. He became an outspoken critic of the continued development of nuclear weapons, joining with Oppenheimer and Enrico Fermi to oppose the development of the hydrogen bomb, 1,000 times more destructive than the bombs that had fallen on Hiroshima and Nagasaki.

A plan he had put forth to enlist all nations in forswearing development of such a weapon fell flat at the United Nations when the Soviet Union refused to be part of it.

In his final days, Rabi had the bittersweet experience of undergoing an MRI examination, the medical fruit of his prewar research. He was approaching death’s door—through which he passed on Jan. 11, 1988—but could take heart at what he had bequeathed to help save, not take, lives. “I saw myself in that machine,” he exulted. “I never thought my work would come to this.”

Rabi never returned to the Orthodox practice of his family and his youth. And yet, at the same time, he remained somehow conjoined with it. “Nothing in the world can move me as deeply as some of these Orthodox Jewish practices,” he confided.

“People go to Israel, to Williamsburg in Brooklyn, or to those places where Orthodox Jews go … and they pray and shake back and forth. Some people are appalled by it, but to me it is great. These are my people. I could join them, shake back and forth, and feel all right about it.”

He paused then to reassure his biographer that “I’m a scientist, which I firmly believe transcends—doesn’t oppose, but transcends—these particular things. I am of this … there is no question, but I’m not in it, couldn’t be in it. I love it and I respect it, but as a scientist I am at a more universal level … and this comes back to God.”

“Of this but not in it.” An apt capture of the subtle complexity of Rabi’s feelings toward his religious roots. What he realized was the truism that a scientific mindset needn’t preclude a spiritual one, indeed can be based on one. Human lives are lived in color, not black and white.

And so, while J. Robert Oppenheimer may have epitomized the “pure” scientist, his friend Rabi was, psychologically speaking, to borrow a phrase, a man in full.

In a revealing, pithy attestation, Rabi told his biographer: “There’s no question that basically, somewhere way down, I’m an Orthodox Jew […] In fact, to this very day, if you ask for my religion, I say ‘Orthodox Hebrew’—in the sense that the church I’m not attending is that one. If I were to go to church, that’s the one I would go to. That’s the one I failed. It doesn’t mean I’m something else.”


Rabbi Avi Shafran is a columnist for Ami magazine and writes widely in other Jewish and general media. He also serves as Agudath Israel of America’s director of public affairs.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com