Archive | February 2025

Kłamią i wiedzą, że kłamią


Kłamią i wiedzą, że kłamią

Andrzej Koraszewski


Seria tweetów Elona Muska w ubiegłym miesiącu wstrząsnęła Wielką Brytanią. Amerykański multimiliarder napisał o tym, o czy wiedzieli wszyscy. Brytyjskie władze wiedziały o tym od 22 lat. Muzułmańskie gangi, gwałciły setki, jeśli nie tysiące nieletnich dziewcząt. Proceder trwał mimo powtarzających się doniesień. Brytyjski premier, Keir Starmer twierdzi, że to kłamstwo i dezinformacja. Czy szef Partii Pracy może wierzyć w to, co mówi, czy kłamie w żywe oczy, doskonale znając prawdę? Media przekonują, że to Musk jest oszustem, a dowodem  jest to, że broni tego „faszystę i islamofoba” Tommy’ego Robinsona. Problem z tym faszystą i islampfobem, że zaczynał swoją działalność od protestów przeciw radykalizowaniu młodych ludzi przez islamistów, bronił w swoim mieście Żydów przed atakami muzułmanów, a potem (20 lat temu) podniósł alarm w sprawie muzułmańskich gangów pedofilskich.

Czy to postać bez skazy? Nie mam pojęcia. Obraz Robinsona w brytyjskich mediach jest jednoznacznie czarny – chuligan, kibol, kryminalista, islamofob, faszysta. Trzeba długo szukać, żeby dotrzeć do tego, co on sam mówi. Tu jest blisko godzinny wywiad, w którym Robinson prezentuje swoją wersję swojej historii: Tommy Robinson – The Untold Story – YouTube. Czy mówi prawdę  i tylko prawdę? Nie wiem, ale warto poświęcić czas na czytanie komentarzy. Przytoczę tylko kilka:

– Jestem czarną kobietą, mam 49 lat, zawsze czułam, że Tommy Robinson nie jest taki jak go portretują. Dziękuję za ten wywiad, wspaniale, że jest ktoś wystarczająco odważny, żeby przedstawić jego poglądy.

– Jako  czarny mogę powiedzieć, że nic w tym co on mówi nie jest rasistowskie. Nie mówi niczego, co nie jest prawdą.

– Obserwowałam go od czasu kiedy był w EDL. Jako młoda Brytyjka z rasowo mieszanego małżeństwa początkowo nie byłam jego fanką. Walczyłam z moją religią i moją tożsamością od 9/11.. Wiele lat później, kiedy Majid Nawaz pomógł Tommy’emu opuścić EDL… zmieniłam zdanie na jego temat. To prawdziwy bohater klasy robotniczej.

– Jako były muzułmanin patrzę z podziwem na tego człowieka, który mówi prawdę.

– Obserwuje go od samego początku, a traktowanie go pokazało mi jak skorumpowana jest nasza prasa i rząd, cały system. Był traktowany w odrażający sposób.

– Tommy mówi prawdę od lat! Media nienawidzą go, ponieważ informował o wydarzeniach, które oni próbują ukryć. Ogromny szacunek dla tego człowieka!

Te komentarze powtarzają się strona za stroną. Oczywiście są również inne.

Brytyjski premier kłamie w żywe oczy, że sprawą muzułmańskich pedofilskich gangów władze zajmowały się rzetelnie i uczciwie. Dlaczego kłamie? Nie wiem, może zbyt wiele zainwestowano w walkę z „islamofobią”, może wymaga tego jego elektorat, a może święcie wierzy, że chociaż słyszał, to nie był świadomy rozmiarów ukrywania tego procederu przez władze i media.      

Maggie Oliver przez lata ścigała siatkę pedofilów, którzy odurzali i gwałcili dziewczynki już w wieku 12 lat. Jednak gdy jej śledztwo zostało wstrzymane, odeszła z policji i powiedziała światu prawdę.

Magazyn „The Free Press” opublikował ogromny artykuł (niestety za paywall), w którym Maggie Oliver opisuje swoją dwudziestoletnią walkę z ukrywaniem muzułmańskich gangów pedofilskich przez policję, władze lokalne oraz krajowe i przez media.


Maggie Oliver była policjantką w Manchesterze, jako pierwsza odkryła skandal gangów pedofilskich. Uparcie ścigała setki spraw i próbowała przekonać ofiary do zeznań przeciwko swoim oprawcom. Ale władze, które nie chciały wywoływać zamieszania, wielokrotnie jej to uniemożliwiały. Ostatecznie zrezygnowała na znak protestu – czytamy w zapowiedzi tego artykułu.

Autorka pyta tych, którzy dziś zaczynają o tym pisać, gdzie byli przez ostatnie dwadzieścia, czy chociażby dziesięć lat?

„Wszystko zaczęło się od Victorii Agoglia. Urodzona przez samotną matkę, Victoria miała zaledwie 8 lat, kiedy po raz pierwszy trafiła do rodziny zastępczej, wkrótce potem straciła [zastępczą] mamę z powodu raka. Potem dorastała w państwowym domu dziecka w Manchesterze. W 2001 roku, po jej 13. urodzinach, w domu dziecka zaczął pojawiać się mężczyzna po dwudziestce i dawał jej narkotyki. Personel myślał, że jest jej alfonsem i dilerem, i zgłosił sprawę na policję. Ale, co jest niewiarygodne, policja nigdy jego sprawy nie zbadała.”

W kolejnych latach Victoria często znikała i wracała zastraszona, pod wpływem narkotyków lub pijana. Do 2003 roku Victoria znikała setki razy. Kiedy powiedziała, że przemocą wstrzyknięto jej heroinę, personel nawet nie zawiadomił policji. We wrześniu 2003 pięćdziesięcioletni Mohammed Yaqooba dwukrotnie wstrzyknął jej heroinę — co doprowadziło do przedawkowania. Po dwóch dniach w śpiączce zmarła w wieku zaledwie 15 lat.

Maggie Oliver pracowała w policji od siedmiu lat kiedy dowiedziała się o historii Victorii. Jej przełożony Phil Owen, wiedział, że to nie jest odosobniona sprawa, domyślał się, że to samo dzieje się w wielu miejscach w Manchesterze. Zlecił Oliver zbadanie tej sprawy ostrzegając, że „wszyscy ci mężczyźni są pochodzenia azjatyckiego”.  Nie zrozumiała tego ostrzeżenia.

„W zespole było nas troje, a także inspektor detektyw, który prowadził codzienne śledztwa. W ciągu kilku tygodni pracownicy socjalni pomogli nam zidentyfikować grupę około 100 osób dopuszczających się nadużyć, ludzi, którzy potencjalnie gwałcili dziesiątki dzieci dziennie.”

Pierwszą ofiarą gwałtów, którą spotkała, była osiemnastoletnia samotna matka, która zgodziła się wskazać miejsca gdzie była gwałcona. Podczas jazdy samochodem dziewczyna nagle skuliła się i pokazała na zaparkowany samochód, w którym za kierownicą siedział Pakistańczyk. Przerażona zapytała Oliver, czy widziała tego człowieka, który właśnie wysiadał z samochodu? Powiedziała, że to człowiek, który znęcał się nad nią i innymi dziewczynami.

Maggie Oliver zanotowała numer rejestracyjny samochodu Pakistańczyka i po powrocie do komisariatu sprawdziła w rejestrze do kogo ten samochód należy. W chwilę później zadzwonił telefon z zespołu dochodzeniowego z pytaniem dlaczego sprawdzała ten numer. Kiedy wyjaśniła, dowiedziała się, że podejrzany to czynny policjant, że sprawa jest badana i że inni się nią już zajmują.

Oliver uznała to za naturalne, że tym akurat człowiekiem zajmują się ludzie na wyższym szczeblu. Dopiero po latach dowiedziała się, że nic nie robiono, a telefon był w celu odstraszenia jej od zajmowania się tą sprawą.

Pracując dalej dowiadywała się od pracowników socjalnych, że wszystkie krzywdzone dziewczynki miały „opiekunów”, że były przyuczane do narkotyków i alkoholu, że grożono im śmiercią jeśli będą mówić.

Powoli stawało się jasne, że sieć muzułmańskich pedofilów obejmuje cały kraj. „Opiekunami” byli głównie taksówkarze i pracownicy pakistańskich restauracji.

Wiosną 2004 roku zespół Maggie Oliver miał zarejestrowanych ponad stu podejrzanych. Było wiadomo, że gangi z różnych miast współpracują ze sobą i handlują  dziewczętami. Zespół w Manchesterze odkrył czubek góry lodowej. Posiadane przez ten zespół informacje zostały wprowadzone do specjalnej krajowej bazy danych. Nadal nie było reakcji głównej komendy i prokuratury. Policja miała inne priorytety. Jedno było pewne, dowodów nie brakowało.

„Mieliśmy setki stron raportów od pracowników socjalnych, klinik zdrowia seksualnego i personelu domów opieki. Mieliśmy dokładne miejsca nadużyć, numery rejestracyjne samochodów, nazwiska, adresy i zeznania świadków z potwierdzającymi je relacjami. A jednak żaden z 97 podejrzanych, przeciwko którym zebraliśmy dowody, nie został oskarżony o gwałt, a żadna z 26 młodych ofiar nie doczekała się sprawiedliwości. To było tak, jakby cała moja praca życiowa i życie tych dzieci nic nie znaczyły. Tymczasem sprawcy nadużyć wciąż grasowali na wolności, krzywdząc coraz więcej dzieci.”

Jak pisze dalej Maggie Oliver dostęp do specjalnej bazy danych został zamknięty i nie mogła się dostać do zarejestrowanych już danych. „Zostałam przeniesiona do innych spraw, ale Operacja Augusta nie dawała mi spokoju”.

To nie była tylko inercja, to była zmowa. Dla świętego spokoju aresztowano  kilku mężczyzn.

„W 2010 r. policjant z mojego okręgu natknął się na ważny trop: płód z aborcji przechowywany w zamrażarce, w której na komisariacie policji przechowywano dowody rzeczowe.

Ponownie zostałam wciągnięta w tę sprawę. Detektyw-naczelnik Sam Haworth powiedział mi, że płód należał do dziewczyny, która skończyła 13 lat w 2009 roku, kiedy została zgwałcona i zapłodniona przez żonatego pakistańskiego ojca trójki dzieci. Ruby udała się do kliniki zdrowia seksualnego w celu dokonania aborcji, a pracownik tamtejszej kliniki wezwał policję. Kiedy przyjechali policjanci, zabrali płód jako dowód, ale nic z nim nie zrobili. Włożyli go do zamrażarki na rok, aż go znaleziono.”

Oliver pisze o swoim przerażeniu, policja miała w ręku dowód DNA, dane sprawcy, nazwisko i zeznania ofiary. Nie zrobiono nic, a drapieżnik dalej grasował na wolności.

Nakłonienie rodziny Ruby do współpracy nie było łatwe. Jej starsza siostra miała najgorsze doświadczenia z policją. Była aresztowana pod zarzutem nakłaniania innych dzieci do prostytucji. Czy to była zła wola i brak zrozumienia jak te gangi działają, jak manipulują swoimi ofiarami? Wielu oficerów policji uważało, że te krzywdzone dziewczęta, to młodociane prostytutki. Maggie Oliver pisze, że w pewnym momencie jeden ze starszych kolegów powiedział jej, że te ofiary ‘nigdy nie wniosą wkładu w rozwój społeczeństwa’ i że jego zdaniem ‘lepiej byłoby, gdyby utopiono je przy narodzinach’.”

Przełożony dał jej poparcie i zaczęła się Operacja Span.

Siostra Ruby, Amber, była ważnym świadkiem. Uciekła od gangów i mieszkała w schronisku dla bezdomnych matek. Oliver udało się zdobyć jej zaufanie.

Amber została pierwszy raz zgwałcona w pakistańskiej restauracji kiedy miała 15 lat, najpierw kazali jej wypić całą butelkę wódki. Jej siostra Ruby została zgwałcona pierwszy raz jak miała 12 lat. Opisy scen tych zbiorowych gwałtów mrożą krew w żyłach.

Oliver przedstawiała dowody pozwalające na skazanie wielu sprawców na dożywocie. I znów inercja, a raczej zmowa. W sierpniu 2011 roku Maggie Oliver dostaje ostrzeżenie od przełożonego. Ma wykonywać rozkazy, a nie zajmować się skargami. Nie poddawała się. Poprosiła o spotkanie z szefem Policji Wielkiego Manchesteru, ten przekazał jej sprawę koledze, który był szefem jednostki ds. poważnych przestępstw. Dowiedziała się od niego, że decyzje polityczne podejmują wyżsi rangą oficerowie, niezależnie od tego, czy jej się to podoba, czy nie, i że powinna „bardzo uważać na to, co robi z informacjami, które posiada”.

Później wysłał jej e-mail ze słabo zawoalowaną groźbą:

„Poruszyłaś kwestię na naszym spotkaniu w tonie sugerującym, że jeśli nie jesteś zadowolona z wyniku naszej dyskusji, będziesz musiała rozważyć rezygnację i to, co zrobisz ze swoimi informacjami. To budzi moje obawy i chcę przypomnieć ci o twoich obowiązkach jako policjantki, która wchodzi w posiadanie informacji w trakcie wykonywania swoich obowiązków i do czego może wykorzystać te informacje.”

Oliver złożyła oficjalna skargę, w której stwierdziła, że policja winna jest świadomego zaniedbania. Otrzymała odpowiedź, że jest zbyt emocjonalna, że Amber jako główny świadek nie była wiarygodna.

”W tym samym miesiącu odbył się proces. Nie byłam na nim obecna. Nagrane wcześniej zeznania Ruby i dwóch innych dziewcząt zostały przedstawione przeciwko oprawcom w sądzie — w tym mężczyźnie, który zgwałcił Ruby — mimo że mieliśmy dowody przeciwko dziesiątkom innych. A Amber została całkowicie wykluczona z procesu.

Ostatecznie skazano tylko dziewięciu z jedenastu oskarżonych mężczyzn.”

Bezpośrednio po rozprawie komendant policji (ten sam, który nakazywał Oliver potulne wykonywanie rozkazów) opowiadał w telewizji z dumą o wielkim sukcesie policji.

Skazani otrzymali wyroki od 4 do 19 lar więzienia. Z wyjątkiem dwóch wszyscy wrócili na ulice do 2017 roku. Przerażona Ruby zadzwoniła do Maggie Oliver, że w lokalnym sklepie zobaczyła swojego gwałciciela.

„Operacja Span była symbolicznym zwycięstwem — wystarczająco dobrym dla brytyjskiego rządu i policji w Manchesterze, pozwalając im na poklepywanie się po plecach i chwalenie się ‘wynikami’. Ale dla mnie to nie było wystarczające.

To nie było również wystarczająco dobre dla ofiar.

Nie mogłem tego tak zostawić. Musiałem rzucić pracę i zabrać głos.”

Maggie Oliver zrezygnowała z pracy w policji w październiku 2012 roku. W miesiąc  później skontaktowała się z BBC trafiając na zainteresowanego dziennikarza, który skontaktował ją z Sally Chesworth, która uwierzyła w jej historię i namówiła Amber, Ruby i ich matkę do wystąpienia w programie. Oliver bała się, że straci przyjaciół. A nawet tego, że może trafić do więzienia za powiedzenie prawdy. W marcu 2013 roku jej opowieść poszła w eter. Oliver słuchała jej z dala od domu, na wycieczce w Indiach. Zapytany o zdanie szef policji Wielkiego Manchesteru Peter Fahy, powiedział w tym programie, że niektóre ofiary nie były wiarygodnymi świadkami, ponieważ „wyraziły zgodę” na seks ze swoimi oprawcami. W rok później publicznie przyznał, że popełniono błędy, z powodu złego nastawienia funkcjonariuszy i prokuratorów, że „ofiary w tego rodzaju sprawach nie są wiarogodne”.


W 2017 r. ukazał się film dokumentalny oparty na relacjach Maggie Oliver, napisała również książkę Survivors: One Brave Detective’s Battle to Expose the Rochdale Child Abuse Scandal . Władze najwyraźniej miały nadzieję, że sprawa przyschnie i nikt już do niej nie będzie wracał, więc teraz tweety Elona Muska były szokiem.

Tommy Robinson został schowany w więzieniu „za lekceważenie sądu”. Umieszczono go w miejscu gdzie główną klientelą są muzułmańscy przestępcy, którzy podobnie jak sąd, który go skazał, mogą być urażeni lekceważeniem z jego strony.

Brytyjski premier udaje, że wszystko było w porządku, a Elon Musk jest obrzydliwym kłamcą i niebezpiecznym człowiekiem. Wielu podziela jego zdanie, zarówno na brytyjskich wyspach, za oceanem, jak i na naszym podwórku. Przynajmniej w tym przypadku, Elon Musk powiedział tylko, że król jest nagi, a to z różnych względów zabrzmiało głośniej niż setki  innych głosów, które mówiły to wcześniej.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Trump critics want to make America safe for antisemites

Trump critics want to make America safe for antisemites

Jonathan S. Tobin


An executive order to deporting pro-Hamas student visa holders horrifies left-wingers. Would they defend foreigners inciting against other minorities?

.
A tent encampment supporting Hamas and Palestinians in the Gaza Strip on the quad of San Francisco State University, May 3, 2024. Credit: Mariwlqs via Wikimedia Commons.

Left-wingers are great believers in academic freedom but only under certain conditions. And it is those conditions that are defining the debate about President Donald Trump’s Executive Order 13899 on combating antisemitism in the United States. Issued last week amid a blizzard of other orders and Trump policy changes that have left his foes dazed, this one didn’t get the attention his other actions received. It mandates that all federal departments and agencies will review and report to the White House every possible criminal and civil action that they can take against “unlawful antisemitic harassment and violence.”

Rather than content itself with virtue-signaling on the issue and the meaningless platitudes that defined the Biden administration’s “U.S. National Strategy to Counter Antisemitism,” Trump’s order cuts straight to the heart of the matter. It is specifically focused on the most prevalent example of antisemitic harassment and violence in contemporary America: the surge of Jew-hatred and pro-Hamas agitation on college campuses since the massacre of 1,200 men, women and children in southern Israel on Oct. 7, 2023.

As a White House statement put it, the goal is “to protect law and order, quell pro-Hamas vandalism and intimidation, and investigate and punish anti-Jewish racism in leftist, anti-American colleges and universities.” The president is explicit on this point: “The order demands the removal of resident aliens who violate our laws.”

And to show that this administration means business when it comes to applying the full power of the federal government to the problem, the U.S. Department of Justice formed a multi-agency task force to do just that.

Defending pro-Hamas agitation

All of this probably sounds reasonable to most observers, including many who may otherwise detest Trump and lament most of what he is doing to transform the federal government in accordance with his campaign promises. But to the American left, the notion of cracking down on hatred on campuses—and deporting those who have used their student visas as licenses to engage in pro-Hamas agitation that targets Jewish students for intimidation and violence—seems to touch on a sore point. They think it isn’t just wrong but nothing less than tyranny. For them, holding accountable those who have incited and taken a leading part in spreading the epidemic of Jew-hatred that has spilled across the country in the last 16 months is among the most overt signs of what they believe is the onset of Trumpian tyranny.

This goes beyond their knee-jerk opposition to everything the 47th president does. They both deny that left-wing antisemitism is a form of Jew-hatred and believe that anything done to prevent the targeting of Jews obstructs their efforts to demonize Israel and mark out its supporters for isolation is inherently wrong.

According to groups like the American Civil Liberties Union (ACLU), the real problem on campuses since the Oct. 7 attacks on Israel triggered a wave of antisemitic protests is not the free pass administrators gave to most of them. It’s the fact that in some instances, universities and colleges sought to hold those who took part in the pro-Hamas agitation accountable for violating the rules of their schools, which forbid them from holding unauthorized demonstrations, occupying buildings as well as creating hostile atmospheres for Jews.

Keeping campus antisemites safe

That was a sentiment echoed in Slate magazine, which declared the executive order on antisemitism to be a “threat to every American.” The same piece declared that Democrats like former President Joe Biden and Vice President Kamala Harris “failed college students last year.” They did that by being insufficiently supportive of their attacks on Jews and the Jewish state, instead of merely extolling them, as Harris did, “showing exactly what human emotion should be.” In effect, the leaders of the Democrats treated campus antisemites as “very fine people” in the same way that they falsely accused Trump of treating neo-Nazis in Charlottesville, Va., in 2017. But even that wasn’t enough for the left.

The increasingly anti-Israel PEN America, a group supposedly dedicated to defending free speech, declared a crackdown on antisemitism to be a new “McCarthyism.”

The influential left-wing think tank the Center for American Progress accused Trump of “weaponizing antisemitism for political gain.” They said, “It’s clear that Trump’s real goal is to silence opposing voices, whether they be from pro-Palestinian protesters on college campuses or Black Lives Matter marchers.” It’s significant that these two sectors, which have overtly aligned themselves with antisemitic views and actions, are far from models of “peaceful protesters.”

The New York Times’ anti-Zionist columnist Michelle Goldberg claims that Trump’s purpose is to “crush the academia left.” By that, she means it’s an effort to stop federal funding for academics whose goal is to attack America and to mendaciously label Israel as a “settler-colonial” and “apartheid” state. Why should people who promote such inherently antisemitic ideas be supported by a government that is obligated to prohibit prejudice against Jews?

That same disingenuous talking point was echoed in the increasingly anti-Zionist, left-wing Israeli newspaper Haaretz, where one writer lamented that what Trump was doing was creating “an authoritarian army of informers targeting Muslims, foreign students and the left under the guise of combating hate.”

Some of the criticism of Trump is pure gaslighting.

For example, the openly antisemitic Council on American-Islamic Relations (CAIR) which was originally founded as a political front group for fundraisers for Hamas terrorists, told the AP that “the action is discriminatory and wrongly characterizes protesters as ‘pro-jihadist’ or ‘pro-Hamas’” when, of course, the mobs on campuses and in the streets of major cities usually make no pretense of being anything else but that.

Much like the debate about Trump’s 2019 executive order on campus antisemitism, his far more serious approach this time is something of a test for those who comment about it. At that time, his opponents deplored the very idea of classifying Jews as a minority deserving of protection under Title VI of the 1964 Civil Rights Act with some twisting themselves into figurative pretzels to characterize efforts to deter antisemitism as itself antisemitic. Some Jews who took that absurd line proved that their Trump derangement syndrome was far stronger than any revulsion they might feel about Jew-haters.

Advocating for Jewish genocide

But five and a half years later, and after the horror of Oct. 7, it’s now clear that those who oppose efforts to fight antisemitism aren’t just driven off the deep end by Trump’s presence in the White House. They are now also telling us that they think those chanting for the genocide of Jews (“from the river to the sea”) and terrorism (“globalize the intifada”) are the good guys and not vile supporters of the war to wipe the one Jewish state on the planet off the map.

Their stands are the logical conclusions to be drawn from fashionable left-wing ideologies like critical race theory and intersectionality, which falsely label Israel and the Jews as “white” oppressors of people of color, even though the conflict with the Palestinians isn’t about race.

It isn’t about color either, since the majority of Israeli residents come from families of Middle Eastern backgrounds who were forced out of Arab countries. That leads us to understand just how hypocritical those claiming to oppose Trump’s order to defend free speech and academic freedom truly are.

The pro-Hamas left is all in favor of academic freedom when it comes to defending their freedom to indoctrinate students in the new secular religion of neo-Marxist thinking, as well as hatred of Jews under the guise of anti-Zionism. And, as we’ve seen in numerous examples in recent years, when it comes to defending the rights of students and even professors to oppose those toxic ideas, including the woke catechism of diversity, equity and inclusion (DEI), they think academic freedom is not an issue.

Left-wing hypocrisy

Indeed, when conservative law professor Amy Wax was suspended by the University of Pennsylvania for being too candid about her opinions, which were deliberately mischaracterized as “racist,” there was no groundswell of support on the left or in corporate liberal media. On the contrary, left-wingers think it entirely appropriate to silence those who disagree with them about woke ideology.

It is not a coincidence that the Ivy League school is, of course, one of those whose presidents testified before Congress in December 2023 that it depended on the “context” as to whether advocacy for the genocide of Jews would violate administrative rules.

We all know that if any student, professor or member of a college staff advocated for the lynching of African-Americans, Hispanics or any other DEI-approved minority (a category from which Jews are pointedly excluded) or some other openly racist cause, they would be expelled or fired with few questions asked. Speakers deemed “racist”—which, in practice, usually just means critical of woke ideology—are routinely shouted down or disinvited. And if foreigners used their student visas to advocate for attacks on blacks or Hispanics or Asians, there would be no rush to the barricades to decry their being deported.

A definition of academic freedom that only applies to those who hate Jews and Israel makes a mockery of the concept. The same applies to those who are angry about the Trump administration’s acceptance of the International Holocaust Remembrance Alliance (IHRA)’s working definition of antisemitism because it correctly notes that those who wish to deny rights to Jews not denied to anyone else are antisemitic. Anti-Zionism is indistinguishable from antisemitism.

The Biden administration accepted the IHRA definition but did nothing to back it up. Trump is working to correct that mistake.

To their credit, liberal Jewish groups like the Anti-Defamation League and the American Jewish Committee endorsed Trump’s executive order, although both included caveats about not violating anyone’s free speech.

But what’s at stake here is not freedom of speech.

Protecting Jews, not Jew-haters

Anyone can say what they like about the Israeli government and its policies. However, advocacy for terrorism against Jews that results in actions in which they are deliberately targeted for violence crosses the line from speech into discriminatory and illegal conduct. Seeking to target those groups that participate in such actions and to defund institutions that get taxpayer money that are facilitating it is neither tyrannical nor McCarthyism. It’s using the power of the law to protect those who are being attacked for being Jewish.

More to the point, foreign students are only here by permission and as long as they demonstrate good conduct. Deporting Hamas supporters is an appropriate and legal measure that rightly punishes those who take advantage of American generosity while taking part in immoral activities. Would we treat members of the Nazi Party or supporters of any other racist or totalitarian movement any differently? If not, then why the sympathy and the rush to support antisemites and Hamas supporters?

Decent people—whether Republicans or Democrats, conservatives or liberals, Jews or non-Jews—should be applauding the seriousness of Trump’s stand on antisemitism. Those who stand against it may pretend that they are merely defending the right to express an opinion. That is the height of disingenuousness. Opposing Trump’s executive is an effort to make America safe for left-wing and Islamist antisemites and to treat them as especially worthy of the government’s protection, as opposed to the Jews they intend to victimize.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Kanye West Declares ‘I Love Hitler, I’m a Nazi’ as Rapper Condemned for Another Antisemitic Rant on X

Kanye West Declares ‘I Love Hitler, I’m a Nazi’ as Rapper Condemned for Another Antisemitic Rant on X

Shiryn Ghermezian


Singer Ye, formerly known as Kanye West (2nd R), laughs before presenting his Fall/Winter 2015 partnership with Adidas at New York Fashion Week February 12, 2015. Photo: Reuters

Ye, the rapper formerly known as Kanye West, posted another antisemitic rant on X/Twitter early Friday morning, similar to the one he posted on the social media platform in 2022 targeting Jews.

Ye posted a series of antisemitic messages in which he repeatedly praised and expressed love for Nazi leader Adolf Hitler, and went on a rampage about how much he dislikes Jews. He declared “Im a Nazi” and “Im racist, Stereo types exist for a reason and they all be true.” He later added, “I love Hitler now what bi—es” and said, “Me loving Hitler is old news” as well as. “I am God Jesus Hitler Ye Like I told you.”

He claimed Jews are “always gonna steal” and “actually hate White people and use Black people.” He also said some of his best friends are Jewish “and I dont trust any of them.”

“White people do not f—k with ni—as they leave that to the Jews If you think you getting money with a white person its not true that so called white person is actually Jewish Jews hate Whites because of the Germans from World War 2,” he tweeted. He also admitted, “I dont even know  what the f—k anti semetic [sic] means.” He claimed antisemitism is “just some bulls—t Jewish people made up to protect their bulls—t.”

The rapper also criticized Tesla CEO and X owner Elon Musk for stealing his “Nazi swag” after the latter stirred controversy for making a hand gesture at US President Donald Trump’s inauguration rally last month that resembled a Nazi salute. Ye tweeted, “Elon stole my Nazi swag at the inauguration yoooo my guy get your own third rale.”

In October 2022, Ye tweeted about wanting to physically harm Jews. “I’m a bit sleepy tonight but when I wake up I’m going death con 3 On JEWISH PEOPLE,” he wrote in the since-deleted post, referring to the US military’s DEFCON system for rating how alert the armed forces should be at a given moment in the face of a threat. He also tweeted at the time: “The funny thing is I actually can’t be Anti Semitic [sic] because black people are actually Jew also You guys have toyed with me and tried to black ball anyone whoever opposes your agenda.”

Ye lost a number of brand partnerships because of his remarks, including the Adidas and Yeezy collaboration, and his X account was temporarily locked. He later apologized for his antisemitic comments — in Hebrew — and said he “definitely was drinking” when he was posted the antisemitic comments in 2022, specifically Hennessy.

Not long after Ye’s antisemitic rampage in 2022, he praised Hitler in an interview with far-right talk show host Alex Jones and promoted antisemitic conspiracy theories and stereotypes during an interview with then-Fox News host Tucker Carlson.

On Friday, Ye tweeted that he “will not apologize” for his antisemitic remarks this time and insisted that he was sober during his foul-mouthed tirade.

He said: “Aint nobody ramped up either Im calm as ice this is how I really feel how I really felt and how I will always feel … any Jewish person that does business with me needs to know I dont like or trust any Jewish person amd [sic] this is completely sober with no Hennessy [sic].”

“You Jewish ni—as dont run me no more,” he added. “This is a free country and this is my free opinion.” He said in a separate post: “Im never apologizing for my Jewish comments. I can say whatever the f—k I wanna say forever. Where’s my f—king apology for freezing my accounts. Suck my d—k how’s that for an apology.”

“If I lost everything against tonight was worth it I can die after this,” he stated.

The majority of Ye’s antisemitic comments from Friday morning are no longer on X, but it’s unclear if he deleted them or if X removed them from the platform.

US Rep. Ritchie Torres (D-NY) said Ye “should be ostracized for his rabid antisemitism.”

The Campaign Against Antisemitism and the organization StopAntisemitism both called on Musk to delete Ye’s account from X in light of his recent antisemitic tirade.

“Ye has twice as many followers on X as there are Jews on earth. His obsession with us isn’t just deranged — it’s dangerous,” said StopAntisemitism. “Kanye is a deeply troubled man, but also a powerful one. Deplatform him before his violent rhetoric turns into violent action.”

“Once again, Ye has gone on an antisemitic rampage online. It couldn’t be any clearer that he is an unrepentant, proud antisemite,” said a CAA spokesperson. “More people have viewed these posts than there are Jews on the planet. It is obvious that Ye has not learned his lesson the first time, when Adidas ended its partnership with him, following our call to do so. At a time of unprecedented antisemitism, there can be no mistaking this incitement for exactly what it is. We call on Elon Musk to remove him from X.”

StandWithUs encouraged Jews to exhibit pride in their Jewish identity, despite the hateful remarks made by the rapper.

“Once again, Kanye West spewed vile antisemitism on his X account, which reaches millions of people,” StandWithUs said in a statement on X. “This is indicative of how mainstream antisemitism has become. The more hatred and bigotry that Jewish people face, the more important it is for Jews to carry their identity like a badge of honor. To every Jewish person out there: We hope that even in the face of hate, you will celebrate your Jewish identity with pride and love. We Stand With You.”

The Anti-Defamation League condemned Ye’s “egregious display of antisemitism, racism, and misogyny.” It reminded the public that according to ADL research, 30 antisemitic incidents across the US were tied to Ye’s antisemitic comments in 2022. “We condemn this dangerous behavior and need to call it what it is: a flagrant and unequivocal display of hate,” the organization said.

The Combat Antisemitism Movement told Ye, “Your antisemitic rants are as absurd and repulsive this time around as they were back in 2022. We hope you get the help you so clearly need, and fast.”

David Draiman, the Jewish lead singer of the rock band Disturbed, said in a post on X addressed to Ye: “Maybe you should apologize to the world for being a miserable, overhyped, sexist, racist, antisemitic c—t who has nothing better to do than harass #Jews ?”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Michał Sobelman: Babcia była antysemitką. Mówiła, że mój ojciec jest gburem, złym człowiekiem i Mośkiem

Michał Sobelman: Babcia była antysemitką. Mówiła, że mój ojciec jest gburem, złym człowiekiem i Mośkiem

Krystyna Naszkowska


Józef Sobelman (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Z Michałem Józefem Sobelmanem, rzecznikiem ambasady Izraela w Polsce, rozmawia Krystyna Naszkowska.

Strzelałeś?
– Nie do ludzi, nie brałem udziału w bezpośrednich starciach. Pierwsze wspomnienie to z 1969 roku. Toczyła się wojna na wycieńczenie. Po obu stronach Kanału Sueskiego stały dwie armie, izraelska i egipska, i ostrzeliwały się nawzajem. To była dziwna wojna, której w mieście się w ogóle nie odczuwało, ona była tylko na Synaju. We wrześniu 1971 byłem już w wojsku.

Możesz o tym mówić? O pobycie w wojsku?
– Pewnie, że mogę. W wojsku tak naprawdę stałem się Izraelczykiem. Tam zawarłem wspaniałe przyjaźnie, nawet postanowiłem zostać w zawodowej służbie po skończeniu trzyletniej służby zasadniczej. Wycofałem się dopiero wtedy, kiedy chcieli mnie wysłać na kurs do Ameryki. Wyszedłem i w wieku 24 lat zrobiłem maturę, rok później poszedłem na studia. Wojsko to jest nauka życia.

To czego cię nauczyło?
– Jak się żyje z ludźmi, jak można polegać na kimś. Pobyt w wojsku jest jedną z ważniejszych części mojego życia. I w gruncie rzeczy przez to, że byłem tyle lat w wojsku, chciałem z Izraela wyjechać.

Dlaczego?
– Wyszedłem z wojska, ożeniłem się, studiowałem, potem pracowałem, ale ciągle wojsko było przed wszystkim. W Izraelu się mówi, że każdy mężczyzna do pięćdziesiątego któregoś roku życia jest tylko żołnierzem na urlopie.

Ciągle cię wzywali?
– Każdego roku spędzałem mniej więcej 45 dni w wojsku. Raz chyba nawet dwa miesiące.

Na ćwiczeniach?
– Zazwyczaj to jest normalna służba. Byłem na Synaju również w okresie mojej służby rezerwowej. A kiedy Synaj oddaliśmy, byłem nad Morzem Martwym z rakietami, byłem na Wzgórzach Golan.

Miałeś tego dość, bo się obawiałeś o życie czy to ci rozwalało plany życiowe?
– To drugie. Masz pracę, prowadzisz jakiś prywatny interes, planujesz urlop, a tu nagle wszystko musisz rzucić. Jeśli masz jakiś zakład, to ci klientela ucieka przez ten czas, to są wymierne straty materialne. Oczywiście wojsko płaci za ten okres, ale to nie rekompensuje wszystkiego. Dla mnie to oznaczało przerwanie pracy naukowej. A powrót do nauki po niemal sześciu latach, które spędziłem w wojsku, był trudny. I każde wezwanie, każda przerwa dodatkowo mnie dotykały.

Kiedy po raz pierwszy od 1969 roku przyjechałeś do Polski?
– W 1983. Wcześniej próbowałem przyjeżdżać, ale za każdym razem natykałem się na odmowę.

Składałem wniosek i po miesiącu, dwóch przychodziła odpowiedź: „Prośba o przyznanie wizy została załatwiona odmownie, można złożyć odwołanie”. Odwołanie składałem i po kolejnych dwóch miesiącach przychodziła znowu odmowa. Bez wyjaśnień.

W latach 80. pojawiła się możliwość odwiedzenia Polski, ale można było pojechać wyłącznie na zorganizowaną wycieczkę. Z tej wycieczki można się było odłączyć już na lotnisku na Okęciu i dołączyć tuż przed powrotem, też na Okęciu. I ja z takiej możliwości skorzystałem w listopadzie 1983 roku. Byłem w Polsce tydzień.

Dokąd pojechałeś?
– Do Sosnowca oczywiście, ten tydzień spędziłem głównie w Sosnowcu.

Ktoś tam żył z twoich bliskich?
– Nie. Moja mama zmarła w 1960 roku, kiedy miałem siedem lat, jest tam pochowana. Ojciec zmarł w Izraelu w 1983 roku. Właściwie to ja rodziny nigdzie nie mam.

A jak zobaczyłeś Sosnowiec po tylu latach…
– Był taki sam. I to było niesamowite, że był dokładnie taki sam. Te same ulice, ci sami ludzie. Nie mówię o konkretnych ludziach, tylko o typach. Zamieszkałem u koleżanki ze szkoły.

Sosnowiec cię wzruszył?
– Wzruszył mnie, bo mogłem sobie wyobrazić, co by było, gdybym nie wyjeżdżał. Przyjaciele ze szkoły mieli swoje życie, pogadaliśmy przez godzinę, dwie i każdy poszedł w swoją stronę. Nic mnie z nimi nie łączyło. Wtedy uważałem, że na tym przyjeździe w listopadzie 1983 roku zakończyłem swoje związki z Polską.

Ale znowu przyjechałeś.
– Okazja pojawiła się w 1987 roku. Byłem pierwszym Izraelczykiem, który dostał stypendium UNESCO w Polsce, wysłano mnie do Katowic w ramach mojej pracy doktorskiej. Jestem historykiem, pracowałem wtedy na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, w 1986 roku zostały nawiązane pewne relacje, jeszcze nie dyplomatyczne, między Polską a Izraelem. Otworzono wtedy tzw. Biuro Interesów, bo oficjalne stosunki dyplomatyczne zerwane w 1967 roku nawiązano dopiero w lutym 1990.

Dostałem stypendium na rok, przyjechałem w maju 1987, ale wytrzymałem niecałe sześć miesięcy.

Bo?
– Bo wydawało mi się, że Polska nie jest krajem dla mnie. Z jednej strony Warszawa była wówczas fascynująca. Były spotkania opozycyjne, kościół na Żytniej, który był punktem spotkań, rozmów itd. Spotkałem mnóstwo fajnych ludzi. Wysłano mnie do Katowic, mieszkałem tam w akademiku. I w sumie to, co miałem zobaczyć w Katowicach, w moim rodzinnym Sosnowcu, zdążyłem zrobić w ciągu dwóch, trzech miesięcy. Potem przyjechała moja żona, od siedmiu pokoleń Izraelka, niemówiąca po polsku. Polska wydawała nam się krajem bardzo trudnym do życia, do mieszkania. Nadal obowiązywały kartki żywnościowe, czarny rynek, dolary sprzedawane cinkciarzom, łapówki na każdym kroku.

Konfrontacja obrazu, jaki wyniosłem z przeszłości,
z tą rzeczywistością, którą zastałem, wypadła fatalnie.
Pewnie teraz spytasz, dlaczego kolejny raz przyjechałem.

Pytam.
– Pracowałem równolegle w Yad Vashem w Jerozolimie. Przeprowadzałem wywiady z ludźmi, którzy przeżyli Zagładę. Po raz pierwszy zmierzyłem się wtedy z kwestią Zagłady.

To dziwne, ale ja mało z moim ojcem o tym rozmawiałem. Od dawna nie miałem z nim niemal żadnych kontaktów. Nie to, że nie chciałem ich mieć. Po prostu przez pobyt w wojsku moje relacje z ojcem bardzo się rozluźniły. W dodatku on zachorował na alzheimera, powoli tracił świadomość tego, kim jest. I kiedy zmarł, nagle zrozumiałem, jak niewiele wiem o jego życiu. Byłem już historykiem z własnymi publikacjami, a nie przeczytałem żadnej książki dotyczącej Zagłady. Podobnie jak wielu w moim pokoleniu, i w Polsce, i w Izraelu, od tego tematu uciekałem. Pewnego dnia, przeglądając papiery, które ojciec po sobie pozostawił, natknąłem się na jego zdjęcie z kobietą. Byli eleganccy, uśmiechali się. Zdjęcie miało datę: 24 czerwca 1943 rok.

To była twoja matka?
– Nie, to była kobieta, której nie znałem. Zdjęcie było portretowe i zrozumiałem, że to był ktoś bliski dla niego. Przypomniałem sobie wtedy, że ojciec kiedyś mówił o pierwszej żonie. Tak mówił i nie mówił. Uświadomiłem sobie, jak bardzo nie znam jego historii. Nie byłem pewny, ale miałem wrażenie, że getto w Będzinie zostało zlikwidowane w 1943 roku.

Wiedziałeś, że ojciec był w Będzinie?
– Mówił o tym. Najpierw był w Będzinie, potem w Zawierciu. W Izraelu istniało ziomkostwo Żydów zawierciańskich i tam było dwóch mężczyzn, którzy przez całą wojnę byli razem z moim ojcem. Już po jego śmierci spotykałem się z nimi i dużo mi o ojcu opowiedzieli. Okazuje się, o czym wówczas nie wiedziałem, że to getto w Zawierciu, mieście, w którym przed wojną mieszkało około siedmiu tysięcy Żydów, przeżyło zaledwie siedem osób. W sierpniu 1943 roku rozpoczęła się całkowita likwidacja wszystkich gett w Zagłębiu – najpierw w Będzinie i Sosnowcu, najpóźniej w Zawierciu. Te siedem osób przeżyło w mieście, bo pracowały w fabryce Luftwaffe, dla Niemców. I mój ojciec był jednym z nich.

Zmieniłem kierunek moich studiów, zacząłem się zajmować Zagładą, Polską i historią swojej rodziny.

Kiedy wyjeżdżaliśmy z ojcem z Polski w 1969 roku, w gruncie rzeczy nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. Izrael był dla nas mniej więcej takim krajem jak Wietnam.

Gdzieś, coś, daleko?
– Daleko, nieinteresująco. Tam mieszkali jacyś dalecy wujkowie, których w życiu nie widziałem. Przysyłali raz na pięć lat pomarańcze.

Byłeś jedynakiem?
– Tak. Byłem późnym dzieckiem. Kiedy się urodziłem w 1953 roku, ojciec miał 50 lat, był zgorzkniały, miał pretensje do wszystkich.

Cała jego rodzina została wymordowana. Zginęła w Oświęcimiu w sierpniu 1943 roku. Oprócz niego przetrwał tylko jego siostrzeniec, który urodził się w 1924 roku. Mój ojciec w jakiś sposób go adoptował, tak to chyba trzeba nazwać. Był taki krótki okres w Polsce, kiedy ojciec był kapitalistą, miał rozlewnię piwa, wytwórnię wody sodowej. Ja tego nie pamiętam, bo zamknęli ją, zanim się urodziłem. Miał w każdym razie pieniądze i umożliwił temu siostrzeńcowi studia i lepsze życie przez kilka lat.

Z jakiej rodziny pochodził?
– Dziadek, ojciec ojca, był prezesem gminy żydowskiej w Zawierciu, dyrektorem banku. Pierwsza żona mojego ojca, ta, która zginęła w Auschwitz, też pochodziła z bogatej rodziny, jej wujek był jednym z najbogatszych ludzi w Będzinie, miał również prywatną szkołę. Ojciec w niej pracował. Ta szkoła zresztą istnieje po dzień dzisiejszy. Po wojnie ojciec skończył jakieś kursy na inżyniera budownictwa i w tym zawodzie pracował aż do wyjazdu z Polski.

A mama?
– Ojciec mojej matki zmarł młodo przed wojną. Siostra mamy umarła w wieku 22 lat, a mama – 36 lat. Nazywała się z domu Rubik, co wskazuje na żydowskie pochodzenie dziadka. Ale babcia była antysemitką.

Mieszkała z wami?
– To myśmy mieszkali u niej. To był duży dom, dwupiętrowy, nie willa, bardziej kamienica. Po wojnie zamieszkało tam chyba 15 lokatorów. Myśmy zajmowali tylko małe mieszkanie, pokój z kuchnią, bez łazienki, woda była na korytarzu. Tam się urodziłem.

Archiwum Michała Sobelmana, reprodukcja Albert Zawada / Agencja Gazeta

Kiedy byłem małym dzieckiem, rodzice się rozstali. Ojciec się wyprowadził, wynajmował na mieście pokój sublokatorski, ja zostałem z babcią i mamą. Mama codziennie nosiła mu obiady.

Po tym rozwodzie?
– To nie był formalny rozwód. Jeździła tramwajem i w takich bańkach woziła mu te obiady. Potem dostał służbowe mieszkanie, pokój z kuchnią.

Wiesz, dlaczego się rozstali?
– Babcia mówiła, że mój ojciec był gburem, złym człowiekiem i był Mośkiem, a Mośki to sam wiesz. Tak mówiła dziecku, które miało pięć lat.

Mama umarła w 1960, a rok później babcia. Sprowadziłem się do ojca dopiero po śmierci babci, bo nie chciałem mieszkać u niego, kiedy mama zmarła. Miałem osiem lat.

Bo Mosiek?
– Również dlatego. W dużej mierze był dla mnie człowiekiem obcym. Ojciec miał dwóch przyjaciół, jeszcze sprzed wojny, którzy przeżyli getto i Auschwitz, do jednego z nich jeździł do Zawiercia prawie co niedzielę. Jeździłem z nim. Często jeździliśmy również do Oświęcimia.

Bo?
– Traktował Oświęcim jako miejsce śmierci swoich bliskich. To zaledwie 30 kilometrów, ale droga była trudna i skomplikowana. Najpierw jechaliśmy tramwajem, potem pociągiem, potem szliśmy pieszo ze trzy kilometry.

Coś ci opowiadał o obozie?
– Nie. Wiedziałem, że to miejsce jest potwornie dla niego ważne, tym bardziej że jeździliśmy tam we Wszystkich Świętych. Pamiętam, że zazdrościłem kolegom, którzy tego dnia na cmentarzu spotykali dalszą rodzinę, potem szli na wspólny obiad. Myślałem sobie: kurczę, to jest fajny dzień, taki radosny w gruncie rzeczy, płoną te świece i znicze, coś się dzieje. Mnie 1 listopada kojarzy się z ponuractwem.

My też szliśmy na cmentarz, na grób mojej matki, ale to się załatwiało dosłownie w ciągu godziny, a potem od razu biegiem do tramwaju, potem pociągu itd. Myślę, że ojciec miał wyrzuty sumienia, że przeżył, tak to dzisiaj widzę, cała jego rodzina tam zginęła. Myślę też, że podczas tych wyjazdów stał dużo bliżej swojej pierwszej żony niż mojej matki. To było wyczuwalne.

I były takie rozmowy półgębkiem z tymi dwoma jego przyjaciółmi, którzy byli więźniami Auschwitz, jakieś wspominki wojenne. Ale ze mną na ten temat nie rozmawiał. To były czasy, kiedy w Polsce na ten temat za wiele nie mówiono. Myśmy tam kiedyś pojechali ze szkołą podstawową i to była wyprawa „śladami Józefa Cyrankiewicza”, który był ówczesnym Pileckim. Ale głównie mówiło się o ludziach, którzy uciekali z tego obozu, a nie o Żydach, którzy tam masowo ginęli.

Powiedziałeś, że ojciec właściwie nie chciał, żebyś był Żydem.
– Właśnie tak. Mam wrażenie, że będąc już człowiekiem dorosłym, doświadczonym, starym, dużo starszym, niż był w rzeczywistości, wyciągnął z przeszłości jedną lekcję: nie wolno być Żydem w Polsce! Ja chodziłem na przykład na religię. On nigdy nie protestował.

Czyli ty jesteś ochrzczony?
– Tak.

Co się wydarzyło, że wyjechaliście?
– Pamiętam, kiedy wybuchła wojna sześciodniowa w czerwcu 1967 roku – akurat kończyłem podstawówkę i po raz pierwszy w życiu poszedłem na wagary. W Sosnowcu przy Stadionie Ludowym było kąpielisko miejskie, chyba jeszcze sprzed wojny. Staw, wokół mnóstwo piasku. To był 5 albo 6 czerwca, dzień był bardzo upalny. Na tej plaży byli górnicy i jeden z nich miał takie przenośne radio Szarotka. Wokół niego wszyscy się zgromadzili, kilkadziesiąt osób. I słyszałem, jak komentują usłyszane wiadomości, coś takiego: „Ach, Żydki idą na Kair”. Potem pamiętam libacje u mojego ojca, jego koledzy z pracy przychodzili.

Cieszyli się?
– Tak. Ojciec coś mówił o wujku, który mieszka w Tel Awiwie, nie do końca wiedziałem, kto to. Od września poszedłem do liceum. A wiosną 1968 były dla mnie dwa znaczące wydarzenia. Pierwszym, w lutym, był mecz Górnik Zabrze – Manchester United na Stadionie Śląskim, Jan Ciszewski był naszym sąsiadem i komentował ten mecz. A potem 19 marca było przemówienie Gomułki w Sali Kongresowej w Warszawie.

Dlaczego 15-latka poruszyło przemówienie Gomułki?
– Samo przemówienie może nie. Ale parę dni potem zaczęli przychodzić do nas obcy ludzie. Rozmawiali z moim ojcem, co będzie, jak będzie, nagle przechodzili na jidysz. W radiu mówiono o młodzieży bananowej. W szkole były jakieś zebrania dla uczniów starszych klas.

Od kiedy miałeś świadomość, że jesteś Żydem?
– Nigdy nie miałem.

Jako dziecko ciągle słyszałem o wrednych Żydach, którzy są w partii, którzy handlują, przez których nie ma mięsa w sklepach, którzy nas otaczają ze wszystkich stron. Słyszałem, że oni są brzydcy, źle pachną. Był facet, który naprawiał pralki i nazywał się Kramer. Te pralki ciągle się psuły, więc często szedłem do niego o siódmej rano, by go złapać, zanim wyjdzie do pracy. On mówił z charakterystycznym akcentem i zdawało mi się, że cuchnie czosnkiem i cebulą.

Sugestia?
– Ależ oczywiście! Drugi sprzedawał alkohol młodym ludziom. Wiadomo było, że tego robić nie wolno. Mówiło się, że on sprzeda wódkę, bo to Żyd. Taka była atmosfera tamtych dni.

Nagle ten siostrzeniec ojca, czyli mój brat cioteczny, lekarz, postanowił wyjechać z Polski do Australii. Wtedy ojciec uświadomił sobie, że już w Polsce nie ma nikogo. „Jak mnie się coś stanie – mówił do mnie – to kto się tobą zajmie? Ty tu nie masz nikogo”.

Wybrał Izrael. Był człowiekiem starym, schorowanym, a Izrael był jedynym krajem, który gwarantował nam pobyt. Złożyliśmy papiery w listopadzie 1968 roku, dostaliśmy odpowiedź w maju 1969, że w ciągu 45 dni musimy opuścić Polskę. To była dla mnie tragedia. Miałem opuścić jedyne miejsce, które znałem. Kochałem się w jakiejś dziewczynie, miałem przyjaciół. Chciałem wyjechać, żeby zobaczyć świat, ale nie na stałe. A miałem świadomość, że nie wrócę.

Ojca nie wyrzucili z pracy?
– Nie. Przeszedł na emeryturę, dostał nawet jakiś zegarek. Mówił mi, jak w Izraelu jest cudownie, jaka pogoda, jacy ludzie itp. Podejrzewam, że po prostu się bał.

Czego?
– Jak to czego? To było dwadzieścia parę lat po wojnie!

Pogromu?
– Ojciec ciągle gdzieś chodził, przychodzili do nas jego koledzy i rozmawiali. Jeden powiedział: „W Warszawie mówią, że mają założyć obozy koncentracyjne na Mazurach i tych, którzy nie wyjadą, tam chcą zamknąć”.

To się nam dziś może wydawać absurdalne, ale wtedy ludzie się wszystkiego bali. Przychodził do nas milicjant, dzielnicowy, i pytał: „A pan, panie Sobelman, ma rodzinę w tym Izraelu?”.

Ja chodziłem do szkoły, gdzie większość nauczycieli, którzy jeszcze uczyli przed wojną, to byli wyznawcy Piłsudskiego, ale w gruncie rzeczy antysemici. Pamiętam, jak profesor geografii zwracał się do mnie: „No, Józiu – to moje pierwsze imię, którego właściwie nie używam – to co będzie, jak cię do tej Palestyny wyślą?”.

Ja do ostatniej chwili w to nie wierzyłem. I nagle ta informacja, że mamy 45 dni, musimy opuścić mieszkanie i wyjechać. Oczywiście trzeba było mieszkanie odmalować, meble sprzedać, kupić coś na wyjazd. Pieniędzy nie można było wywozić.

Pojechaliśmy pociągiem do Katowic, tam wsiedliśmy do tego, którym Żydzi wyjeżdżali z Warszawy z Dworca Gdańskiego. Do Katowic przyszło się ze mną pożegnać pół mojej klasy, albo i więcej. O szóstej rano następnego dnia dojechaliśmy do Wiednia, tam czekali na nas ludzie z dwóch organizacji żydowskich – Agencji Żydowskiej, która przekonywała, by jechać do Izraela, i Jointu, który namawiał, by jechać do Ameryki.

Na Izrael od razu zdecydowało się razem z nami cztery czy pięć osób. Zawieźli nas busem pod Wiedeń do takiego obozu dla emigrantów w Schönau. Po raz pierwszy widziałem Zachód, był cudowny. Malownicze sklepy, samochody, skutery, ludzie inaczej ubrani, to robiło wrażenie, przykrywało szok po wyjeździe. W Schönau już na dobre szła propaganda, od rana do wieczora puszczali nam filmy propagandowe o wojnie sześciodniowej. Potem zaczęła się nauka języka hebrajskiego.

Archiwum Michała Sobelmana, reprodukcja Albert Zawada / Agencja Gazeta

Ile tam byliście?
– Trzy albo cztery dni. Było badanie lekarskie, podczas którego się wydało, że nie jestem obrzezany. I facet mówi: „No to mamy problem, ale tu jest wielu takich, to się w Izraelu szybko załatwi”. Ja w ogóle nie wiedziałem, o czym on mówi.

W Izraelu wylądowaliśmy chyba o trzeciej nad ranem. W pół godziny wszystkie formalności zostały załatwione. Nagle słyszymy po polsku: „Panie Sobelman, gdzie pan chce mieszkać? Ma pan do wyboru mieszkanie w Nazarecie albo w Akce”.

Ja o Nazarecie słyszałem, bo to Matka Boska, mówię: jedźmy do Nazaretu. A kuzyni ojca, którzy przyjechali na lotnisko i stali za barierką, krzyczeli, by wziąć w Akce, bo to blisko Hajfy, w której mieszkali. I ojciec wybrał Akkę.

Wsadzili nas do taksówki i zawieźli prosto do tego mieszkania, kierowca miał adres. Mieszkanie było nowe, trzypokojowe z balkonem, niedaleko od morza. Nastał świt, zobaczyłem jakichś czarnoskórych kręcących się w galabijach, sutannach, jak mi się wówczas wydawało, pomyślałem, że jesteśmy na pustyni. O ósmej rano przyszedł urzędnik Agencji Żydowskiej, dał nam pieniądze na urządzenie się.

W tym mieszkaniu nic nie było?
– Nic z wyjątkiem dwóch żelaznych łóżek i jakiegoś stolika. A wieczorem pojechaliśmy do Hajfy, gdzie mój ojciec miał tych kuzynów. To było jakieś 20 kilometrów, autobusem godzinę niecałą. Mieszkali w bardzo pięknym miejscu, na górze Karmel. Nowe domy, biały marmur, przepiękne mieszkanie, widać morze. Byłem tam u nich dwa i pół tygodnia, potem wysłano mnie do kibucu.

Pracowałeś w polu, doiłeś krowy?
– Również. To był cudowny okres. Było nas około 40 rówieśników, z czego z Polski dziewięć osób. Byli Włosi, Hindusi, młodzież z Maroka, Turcji, Iranu, grupa z Argentyny, z którą się zaprzyjaźniłem, był chłopak, który przeszedł przez granicę z Syrii itd.

To wszystko byli Żydzi?
– Tak, oczywiście. Pierwsze dni były straszne. Bo nie znasz języka, jesteś w obcym świecie, gdzie ludzie, którzy mówią po polsku, bardzo krytykują Polskę. Ale po pierwszym szoku w ciągu kilku dni poczułem się jak w domu.

A ojciec?
– Załatwił sobie kurs językowy w Jerozolimie i potem zaczął tam pracować. Pracował siedem lat w firmie, która budowała domy dla nowych emigrantów, przyjęli go, mimo że miał już 67 lat. Był tam inspektorem budowlanym.

Dobrze się czuł w Izraelu?
– Nie. Pracę miał, materialnie pewnie było mu lepiej niż w Polsce. Kupił mieszkanie w Jerozolimie, więc mieliśmy przez lata dwa mieszkania, bo cały czas trzymaliśmy to pierwsze w Akce. Ale był potwornie samotny i z tym całym swoim życiem i czasem nie bardzo wiedział, co zrobić.

Czy kiedykolwiek rozmawiałeś z nim o sensie wyjazdu z Polski?
– Nie. Ojciec w Izraelu był jedną żywą raną, chodzącym nieszczęściem, biednym, starym, samotnym człowiekiem, który każdego dnia żałował, że jeszcze żyje. Jemu się wydawało, że w Izraelu zacznie wszystkim opowiadać o swoich przeżyciach wojennych. Ale problem był taki, że nie wszyscy chcieli słuchać.

Jak długo byłeś w kibucu?
– 14 miesięcy. Pracowaliśmy, uczyliśmy się języka, potem matematyki. Matematyki uczył nas student i strasznie się złościł, bo ciągle ktoś się spóźniał na lekcje. Krzyczał na nas: „Co wyście zrobili dla państwa?”. Krzyczał to po hebrajsku, a myśmy już rozumieli, że on ma do nas pretensje, bo on był w wojsku, walczył w jakiejś wojnie i ciągle coś w nim robi jako rezerwa, a my nic, my jesteśmy darmozjadami i jeszcze się spóźniamy na zajęcia.

W jaki sposób stamtąd wyszedłeś?
– To była normalna droga. Nie było mowy, bym poszedł do normalnego liceum, bo tam był inny tryb nauki, trzeba było znać Biblię, język i literaturę hebrajską, angielski, no ja tego nie umiałem. A zanim bym się nauczył, to minąłby kolejny rok. A za rok musiałem iść do wojska.

Ale wojsko proponowało też zdobycie zawodu na poziomie technika. Poszedłem do technikum elektronicznego w Jerozolimie, gdzie w ciągu roku zrobiliśmy wszystko, co inni robią w ciągu trzech lat. Jednak uczyliśmy się wyłącznie matematyki, fizyki, elektroniki, rzeczy, które będą potrzebne w zawodzie. I w ciągu 10 miesięcy, nawet nie roku, stałem się technikiem elektronikiem. Nigdy tego zawodu nie polubiłem, nie miałem do tego zdolności, ale jakoś to skończyłem. Potem była szkoła wojskowa, gdzie był kurs rekrucki i uczyli nas tego, co było potrzebne w armii. Ja skończyłem kurs rakiet typu Hawk. W maju 1972 roku poszedłem na Synaj do bazy wojskowej, do baterii przeciwlotniczej.

A po dziewięciu latach w wojsku zacząłem się znowu uczyć, studiować itd.

Więc co sprawiło, że kolejny, trzeci raz przyjechałeś do Polski?
– Robiąc wywiady dla Yad Vashem, natknąłem się na człowieka, który nazywał się Szymon Frost, był profesorem pedagogiki. Przyjechał ze Stanów Zjednoczonych, pochodził z Będzina. Zaprzyjaźniliśmy się. On miał dobry kontakt z Jointem i Agencją Żydowską. I w 1989 roku Agencja Żydowska zaproponowała mi pracę letnią w charakterze instruktora czy opiekuna grupy młodzieży żydowskiej, która przyjechała z Polski. Miałem ją zapoznać z Izraelem, z tradycją żydowską. A w 1992 roku zaproponowano mi przyjazd do Polski na siedem miesięcy. Miałem tu otworzyć centrum kultury żydowskiej.

Ale po miesiącu mojego pobytu ambasadorem Izraela w Polsce został mój dobry kolega z Jerozolimy Gerszon Zohar. Był ambasadorem do 1997 roku. Zaproponował mi, bym został rzecznikiem prasowym ambasady. To był początek nowych stosunków między Izraelem a Polską. I od tamtej pory jestem. Ty mnie się pytasz, czy wróciłem? Nie, nie wróciłem. Dostałem od prezydenta Kwaśniewskiego na nowo polskie obywatelstwo. Robię mnóstwo rzeczy związanych z językiem hebrajskim, tłumaczę, piszę. W gruncie rzeczy pracuję w Izraelu, a mieszkam w Polsce. Tu również płacę podatki od 15 lat.

Ale nie wróciłem.

To jak cię zwolnią z ambasady i pójdziesz na emeryturę, wrócisz do Izraela?
– Nie wiem.

No to dlaczego mówisz: „Nie wróciłem”?
– Bo wyjechałem w 1969 roku z innej Polski niż ta, w której teraz jestem. Wtedy Polska była krajem zamkniętym, nieliczni z niej wyjeżdżali. Powiem ci anegdotę, która dziś jest trudna do zrozumienia. Otóż mieszkałem w Sosnowcu niedaleko domu partii, na ulicy Czerwonego Zagłębia, która obecnie nazywa się 3 Maja, obok kościoła, dworca kolejowego. Sosnowiec wówczas liczył 150 tysięcy mieszkańców. Potem zaczęli budować Hutę Katowice i podwoili liczbę mieszkańców. Było tam kilku znaczących ludzi. Najbardziej znany był Edward Gierek, który wówczas był pierwszym sekretarzem komitetu wojewódzkiego partii w Katowicach. Była drużyna piłki nożnej, był Kiepura, który – jak się potem okazało – był Żydem, zresztą miasto miało bogatą historię żydowską, o której w latach 60. niewiele się wiedziało, i w gruncie rzeczy to była kompletna prowincja. Bawiliśmy się na podwórku w powstanie warszawskie, w wojnę i w Krzyżaków. I pewnego razu ktoś krzyknął: „Chłopaki, na dworcu jest Murzyn!”. Wszyscy się tam rzuciliśmy. Od mojego domu do dworca było około 300 metrów. Razem z nami biegli tam wszyscy mieszkańcy śródmieścia, starzy, młodzi, i pytali się: „Widzieliście?! Widzieliście?!”. W końcu nie zobaczyłem tego Murzyna, ale historia o nim była opowiadana przez kolejne tygodnie, że podobno poszedł na ulicę Modrzejowską, że gdzieś zabłądził, a w ogóle to pojechał do Katowic itp. To wówczas było znaczące wydarzenie dla nas.

Dwa razy pojechałem nad morze do Świnoujścia, w Warszawie nie byłem, nawet z wycieczką szkolną. Polska była krajem zamkniętym, ale była moją ojczyzną, jedynym krajem, z którym się identyfikowałem. Byłem polskim patriotą.

A dzisiaj, jak mówisz…
– Kim jestem?

Nie. Jaka dzisiaj jest Polska?
– Jestem w Europie i to jest ta wielka zmiana. Kiedy w 1992 roku znalazłem się w Polsce, znalazłem się również w Europie. Można samochodem pojechać do Niemiec, Francji, Czech. Poznałem nowych ludzi i wydaje mi się, że ci, którzy stali się moimi przyjaciółmi, są może najbardziej mi bliscy obecnie. Zresztą moja druga żona jest Polką. Moja pierwsza żona, ta od siedmiu pokoleń Izraelka, która tu ze mną przyjechała, mieszka w Polsce, jest profesorem hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim, powtórnie wyszła za mąż, za Polaka. Przyjaźnimy się.

Polska jest krajem, gdzie czasami jest fajnie i miło, a czasami jest po prostu źle. Izrael jest krajem, do którego przybyli ludzie z wielu państw, z innymi kulturami, innymi zwyczajami… Ale czasami wydaje mi się, że między jednym Izraelczykiem, powiedzmy: lewicowcem, a drugim, prawicowcem, jest dużo silniejsza więź niż w Polsce pomiędzy jednym człowiekiem a drugim mieszkającym na tej samej ulicy. Bo zaczynasz mówić o polityce, historii, Żydach, Kościele i nagle widzisz, że jesteś w obcym świecie, że tu nie ma żadnej szansy, by się porozumieć, jesteś po prostu odrzucony. W Polsce nadal nie lubi się obcych.

rekomendował: Leon Rozenbaum

I cały czas to czujesz?
– Tak. Kiedy widzę tak zwanych patriotów, kiedy widzę na sklepie napis: odzież patriotyczna… Staram się zrozumieć, ale nie jestem w stanie. W gruncie rzeczy moja rodzina zrobiła przez wieki dla Polski nie mniej niż większość tych, którzy dziś krzyczą o polskim patriotyzmie. Ale mimo to w 1969 roku powiedziano takim jak my, że nie jesteśmy Polakami. To nie partia, nie rząd ówczesny, to powiedziało społeczeństwo polskie, przynajmniej jego część. I takich rzeczy się nie zapomina.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Trump plan puts an end to the Palestinian state fantasy

Trump plan puts an end to the Palestinian state fantasy

Jonathan S. Tobin


Moving Palestinians out of the Gaza Strip may not happen, but at least, there will be a four-year respite from pressure to achieve the unachievable.

.
U.S. President Donald Trump and Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu hold a joint press conference at the White House in Washington D.C., Feb. 4, 2025. Photo by Liri Agami/Flash90.

Everyone who claims to be an “expert” on the Middle East is sure about one thing: President Donald Trump’s proposal to move Palestinian Arabs out of Gaza either cannot or should not happen. Of course, the same experts said the same thing about the 2020 Abraham Accords that achieved normalization agreements between Israel and four Arab and Muslim-majority countries. They also predicted that Trump’s moving of the U.S. embassy to Israel from Tel Aviv to Jerusalem would set off Armageddon (it did not).

So, when faced with a choice between an “impossible” Trump idea and conventional wisdom from the foreign-policy establishment, perhaps it might be smart for some of those “experts” to pump the brakes on their apocalyptic warnings.

Nevertheless, they might be right this time—and at first glance, it’s hard to see how Trump’s idea can be put into effect without massive use of U.S. military force and equally massive expenditure of federal funds. And we already know that the administration has no intention of sending troops to Gaza or investing much, if any, money in the idea.

The end of the fantasy 

Even if it doesn’t happen, Trump’s decision to champion the idea is enormously consequential. It decisively changes the conversation about the Middle East in a way that dwarfs the importance of even the most significant pro-Israel policy moves of his first term. Above all else, it means the end of the fantasy about the creation of a Palestinian state.

The international community, Arab and Muslim worlds, and the Palestinians themselves are outraged about the idea of a reconstruction plan for Gaza that would allow any people to leave the Strip. They are not appalled by it because they think it would be bad for Gaza civilians. Say what you like about Trump and his intentions or even those of Israelis and pro-Israel Americans who cheered his words, but it’s clear that it would be good for the Palestinian Arabs who have been stuck there to be given a fresh start somewhere else. And it would make it a lot more likely that the rebuilding of Gaza would not mean the reconstruction of Hamas terror fortifications and tunnels, as opposed to making it more livable or even developing its beachfront property.

It’s a nonstarter because all of these groups are still holding on to the idea that it must be preserved as a bastion of anti-Zionist irredentism. In their minds, Gaza’s only purpose is to serve, along with Judea and Samaria, and some of Jerusalem, as parts of an independent Palestinian state that they still believe must be set up next to Israel.

Nothing can be allowed to interfere with that failed idea. Not the Palestinians’ repeated rejection of two-state solutions dating back to the 1947 U.N. partition plan for the then-British Mandate for Palestine. Not their repeated refusals of peace plans or anything that might compel them to recognize the legitimacy of a Jewish state, no matter where its borders can be drawn. Not the clear intention of the genocidal Hamas terrorists who ran Gaza as an independent Palestinian state in all but name from 2007 until Oct. 6. 2023 to destroy the Jewish state and its people. And not the fact that the supposedly more moderate Palestinian Authority and Palestinian public opinion, in general, approve of Hamas and its goals, for which the barbaric atrocities of Oct. 7, 2023, were just the trailer.

Wishing away Palestinian intransigence

None of this prevented the international community, in addition to every American administration until Trump 2.0, from holding onto the belief that a Palestinian state was the way to end the conflict. A Palestinian state was an integral part of the first Trump administration’s “Peace Through Prosperity” Mideast plan, though it was appropriately far less generous than previous offers. And even after Oct. 7, former President Joe Biden and Vice President Kamala Harris were among those who pretended that the last century of Palestinian Arab intransigence was meaningless and no reason to stop pushing for the same idea that had failed time and again.

The genius of Trump’s Gaza rebuilding proposal is not so much the simple logic of offering people the chance given to other refugee populations or anyone else in an area destroyed by war a new life elsewhere. And the key point is not wailing about its infeasibility or alleged violation of international law. Nor the fact that it is not in the interests of the United States or Israel to force the shaky regimes in Egypt and Jordan to take in Palestinians who are likely to want to overthrow those governments, and replace them with Hamas or allies like the Muslim Brotherhood.

The centerpiece of this project is its clear assumption that there will never be an independent Palestinian state in Gaza or elsewhere.

The P.A. may rule the internal affairs of Arabs in Judea and Samaria (the “West Bank”). However, the corrupt kleptocracy that continues to subsidize terrorism through its “pay for slay” policy rewarding violent Palestinian terrorists, including those responsible for Oct. 7, has never shown any realistic interest in transitioning to a sovereign entity devoted to creating a peaceful and productive state alongside Israel.

Gaza has been a dagger pointed at Israel ever since it withdrew every soldier, settler and settlement from the Strip in the summer of 2005; two years later, P.A. rule (also run by its political party, Fatah) was toppled by Hamas in a bloody coup against its rivals.

Still, it remains an article of faith among the foreign-policy establishment that Israel must be compelled to facilitate the creation of a state—a state whose main purpose will serve, like Gaza under Hamas, as a springboard for Israel’s eventual destruction.

What Trump has done is to serve notice that the United States will no longer regard the facilitating of this destructive concept as a policy goal. On the contrary, he has made it clear that whatever else does or doesn’t happen in the coming years, a different solution has to be found for the Palestinians. The people who cheered the orgy of mass murder, rape, torture, kidnapping and wanton destruction on Oct. 7 will not be rewarded for this with more pressure on Jerusalem to do something the overwhelming majority of Israelis from right to left oppose as not so much unwise as suicidal.

The ‘nakba’ narrative

There are consequences for generations of intransigence that has hardened into a belief system inextricably linking Palestinian nationalism to unending war on the Jews. Trump is the first American president since the conflict began to explicitly state what those consequences must be.

Since the Jewish people regained sovereignty over their ancient homeland in 1948, the Palestinian Arabs and their foreign enablers held onto the nakba narrative, which holds the creation of modern-day Israel as the great “catastrophe” or “disaster” that must be reversed. Since the late 1980s, American policymakers have tried to split the difference between the two peoples by pushing for a two-state solution that would, in theory, make everyone happy. But that was just a form of denial about Palestinian intentions for Israel’s destruction that no proof of the folly of the idea could be allowed to disturb.

That’s why Trump’s idea is so painful. Contrary to Palestinian claims, it is not a repeat of the nakba, when Arabs fled the territory of the newborn State of Israel while an even greater number of Jews were forced to flee their homes in the Muslim and Arab world. It is recognition that the Palestinians must be compelled to give up their ambition to turn back the clock to 1948 or even 1917 (the date of Britain’s Balfour Declaration that declared that empire’s support for the idea of a Jewish National Home). And the only way to conclusively do that is to take away from them even the possibility of more Oct. 7-style attacks through which they hope to isolate and gradually wear down Israelis to the point where they will give up.

Chances for a state

The notion of a two-state solution died a long time ago.

Yet it could have easily been put into effect if only veteran terrorist and P.A. leader Yasser Arafat—newly off his title as chief of the Palestinian Liberation Organization with blood on his hands—had said “yes” to the offers of independence and statehood offered him by former President Bill Clinton and then-Israeli Prime Minister Ehud Barak. But after Arafat answered that peace offer with the terrorist war of attrition known as the Second Intifada, most Israelis understood that the land for peace schemes they had been sold was nothing more than land for terror. The conversion of Gaza into a terror state and missile launching pad against Israeli civilians after 2005 only confirmed that unhappy truth.

Still, the Palestinians had more opportunities and much international support. Statehood could have happened when President George W. Bush and then-Israeli Prime Minister Ehud Olmert made an even sweeter offer to Arafat’s successor Mahmoud Abbas. And the opportunity for Palestinian statehood was always a theoretical possibility during the eight years of the presidency of Barack Obama, who did everything he could to tilt the diplomatic playing field in their direction.

But after Oct. 7 and the war that followed it, it’s safe to say that Palestinian statehood stopped being anything but a tired and meaningless policy concept that had outlived its sell-by date.

What lies ahead for the Palestinians or Gaza? It’s hard to say.

Trump pushed for a ceasefire/hostage release deal that could leave Hamas in power in Gaza. But his statements about the necessity for the removal of much, if not all, of the Palestinian population for the area to be rebuilt shows he doesn’t want that to happen. And as much as he would like for there to be no wars taking place on his watch, it seems unlikely that he would oppose further Israeli efforts to finish off Hamas—as Biden and Harris did—once it’s clear that the ceasefire will not force its disarming and eviction from power. The era of “daylight” between the United States and Israel is also over.

It’s entirely possible that the Palestinians in Gaza will insist on staying in the same state of limbo that they have chosen for themselves since 1948. They may continue waiting for Israel’s destruction so the descendants of the original refugees can go “home” to a country that never actually existed as a separate Palestinian Arab nation and never will. And it’s equally possible that with or without Hamas leadership, the political culture of the Palestinians is so twisted and intransigent that few will dare to take Trump up on his offer of the resettlement they’ve been denied for all these years for fear of being killed by Hamas operatives or their neighbors.

But there should be no doubt that despite the calumnies heaped upon Trump for having the temerity to discard foreign-policy conventional wisdom, this is the best offer the Palestinians will ever likely get.

There is no rational alternative

They may get the satisfaction of seeing Trump’s idea die for lack of support from anyone but Israel. But the alternative to the problem is for the Palestinian people to remain living in squalor, where they are only considered useful by their leaders, activists, university students and others who exploit the situation, as cannon fodder to wage war against the Jewish state.

What Trump has done is to consign the idea of Palestinian statehood to the ash heap of history, where it belongs. Along with his withdrawal from UNRWA—the U.N. refugee agency that has refused to resettle the Palestinians since 1948 and that helped perpetuate the war on Israel—and his recent defunding of the United States Agency for International Development (USAID), whose “humanitarian” projects similarly helped prop up Palestinian intransigence, Trump has decisively shifted U.S. policy away from fantasy to realism.

American support was always essential for Palestinian statehood. That is finished. His critics may decry this all they want, but the bitter truth they fail to acknowledge is that their alternatives to Trump’s Gaza idea are even more unrealistic and dangerous than his.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of JNS (Jewish News Syndicate). Follow him: @jonathans_tobin.

Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com