Donald Trump na Bliskim Wschodzie (Fot. REUTERS/Brian Snyder)
Dlaczego Trump stawia bardziej na państwa arabskie niż na Izrael [LE FIGARO]
Adrien Jaulmes / Le Figaro
[ Glupie pytanie/tytul. Trump wie ze moze ufac Izraelowi ale nie Arabom ]
Głośna podróż Trumpa do trzech naftowych monarchii w Zatoce Perskiej wskazuje na nowe, znacznie bardziej pragmatyczne podejście Ameryki do regionu. A także sugeruje, że wpływ Izraela na politykę USA będzie malał.
Korespondencja z Waszyngtonu
George W. Bush próbował aktywnie przekształcać świat arabski. Barack Obama próbował się od niego dystansować. Trump stawia na powrót USA, ale przy podejściu, które można nazwać asertywnym realizmem.
Pierwsza oficjalna podróż zagraniczna Trumpa podczas jego drugiej kadencji była manifestacją nowych reguł dyplomatycznych prezydenta, który podjął się przedefiniowania roli USA na świecie.
Kontrowersyjny, oględnie mówiąc, styl Trumpa czasami przesłania to, co kluczowe w jego polityce zagranicznej. Na przykład akurat jego podejścia do Bliskiego Wschodu nie można określić całkowitym zerwaniem z przeszłością, przeciwnie – rysuje się powrót do niektórych tradycyjnych podstaw amerykańskiej dyplomacji w regionie.
Arabia Saudyjska została potwierdzona jako główny regionalny sojusznik Waszyngtonu. I chociaż Izrael nadal korzysta z bezwarunkowej amerykańskiej ochrony, Trump zasygnalizował – poprzez ominięcie Izraela podczas tej podróży – że Stany Zjednoczone stawiają własne interesy na pierwszym miejscu.
Chodzi tu o: pacyfikację konfliktów na Bliskim Wschodzie, stabilność na rynku ropy naftowej i lukratywne kontrakty handlowe, w szczególności zbrojeniowe, z krajami, od których Chiny i Rosja mają być trzymane z daleka, jak Katar czy ZEA.
W swoim przemówieniu w Rijadzie Trump nie krył swojej fascynacji Arabią Saudyjską. „Kocham ją aż za bardzo”, powiedział autorytarnemu następcy tronu Mohammedowi Bin Salmanowi.
Nie jest pierwszym amerykańskim prezydentem, który ma słabość do Saudów. Sojusz zawarty w 1945 r. na krążowniku „Quincy” między Franklinem D. Rooseveltem a Ibn Saudem, założycielem państwa noszącego imię jego rodu, został w ciągu dekad potwierdzony przez liczne amerykańskie interwencje wojskowe w regionie. Najpierw w latach 80. w celu ochrony Saudów i królestw Zatoki Perskiej przed zagrożeniem ze strony irańskiej rewolucji szyickiej. Następnie w latach 1990-91, aby bronić ich przed Irakiem Saddama Husajna. Przejawiło się to w jeszcze bardziej niezwykły sposób na początku XXI w., kiedy USA przymknęły oko na narodowość sprawców ataków z 11 września 2001 r. i oszczędziły Arabii Saudyjskiej jakichkolwiek sankcji lub innego rodzaju reperkusji.
Wszyscy amerykańscy prezydenci faworyzowali kontrakty zbrojeniowe i stabilne dostawy ropy z Zatoki, regularnie wyciszając krytykę rządów tych w zasadzie bez wyjątku autokratycznych sojuszników.
Żadnej krytyki za łamanie praw człowieka
Trump poszedł jednak teraz jeszcze dalej. W przeciwieństwie do administracji G.W. Busha, która kładła pewien nacisk na demokratyczne aspiracje społeczeństw arabskich, starając się oprzeć na nich transformację Bliskiego Wschodu, czy Obamy, który potępił korupcję arabskich reżimów w swoim przemówieniu w Kairze w 2009 r. – tuż przed falą buntów, które wstrząsnęły regionem – Trump skrytykował swoich poprzedników i wykluczył jakąkolwiek amerykańską ingerencję w wewnętrzne sprawy arabskich sojuszników USA.
„Błyszczące cuda Rijadu i Abu Zabi nie zostały stworzone ani przez tak zwanych inżynierów przemian, neokonserwatystów czy liberalne organizacje non-profit, takie jak te, które wydały biliony dolarów, zaniedbując rozwój Kabulu, Bagdadu i wielu innych stolic w regionie” – powiedział Trump w swoim przemówieniu w Rijadzie 13 maja. „Pokój, dobrobyt i postęp nie wynikają z radykalnego odrzucenia waszego dziedzictwa, ale raczej z akceptacji waszych tradycji narodowych, które tak bardzo kochacie”, wyjaśnił Trump, porzucając mesjanistyczny dyskurs, który charakteryzował amerykańską politykę w regionie przez ostatnie ponad dwie dekady lat.
Trump powstrzymał się od jakiegokolwiek krytykowania sojuszników. Zamiast izolacjonizmu praktykowanego przez jego administrację wobec Europy, Trump powtórzył swoje obietnice obrony sojuszników z Zatoki Perskiej.
„Nigdy nie zawaham się użyć amerykańskiej potęgi, jeśli będzie to konieczne do obrony USA lub pomocy w obronie naszych sojuszników” – mówił Trump – „i nie będzie litości dla żadnego wroga, który spróbuje zaszkodzić nam lub im”.
Rośnie dystans między Trumpem a Netanjahu
Ten „neorealizm” Trumpa obejmuje również korektę amerykańskiego stanowiska wobec Izraela. Owszem, zasada braku ingerencji i krytyki polityki wewnętrznej dotyczy również Izraelczyków. Od początku swojej kadencji Trump dał premierowi Benjaminowi Netanjahu carte blanche na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy. Jednak wpływ Netanjahu na amerykańską politykę gwałtownie zmalał.
Izrael poczekał do końca podróży Trumpa z rozpoczęciem nowej ofensywy przeciwko Hamasowi w Strefie Gazy. Istnieją jednak oznaki, że Waszyngton nie jest zadowolony z tego przeciągania i rozogniania konfliktu. Utrudnia to misję specjalnego wysłannika Trumpa, Steve’a Witkoffa, który stara się wynegocjować zawieszenie broni i uwolnienie ostatnich zakładników. Wiceprezydent J.D. Vance zrezygnował z wizyty w Izraelu w tym tygodniu, oficjalnie z „powodów logistycznych”, ale według amerykańskich źródeł, aby uniknąć sugerowania, że administracja Trumpa popiera tę nową ofensywę.
Także inne sygnały wskazują na dystansowanie się amerykańskiej dyplomacji od Izraela. Ostatnie uwolnienie zakładników w Strefie Gazy zostało wynegocjowane przez Waszyngton bezpośrednio z Hamasem, bez udziału Izraelczyków. Negocjacje z jemeńskimi rebeliantami Huti, które doprowadziły do zawieszenia ataków na statki korzystające z morskich szlaków w regionie, były prowadzone za pośrednictwem Omanu, a Izraelczycy także nie zostali włączeni do rozmów.
Ale przede wszystkim Netanjahu, który zdawał się wierzyć, że może namówić na amerykański udział w ataku na irańskie obiekty nuklearne, został zamiast tego poinformowany, że negocjacje z Teheranem zostają wznowione. Co więcej, izraelski premier musi obserwować również rosnący wpływ prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana na Trumpa. Ankara zabiega o powrót do programu samolotów myśliwskich F-35, z którego została wykluczona w odwecie za zakup rosyjskich systemów przeciwlotniczych – a to wzbudziło obawy Izraela o jego przewagę powietrzną w regionie.
Pokój na Bliskim Wschodzie jako okazja do zarobienia
Zniesienie amerykańskich sankcji wobec nowego reżimu syryjskiego, ogłoszone z zaskoczenia przez Trumpa podczas podróży – to decyzja podjęta za radą Turcji i Saudów – również zwiększyło strategiczne obawy Izraela.
Wznowienie negocjacji z Iranem to spektakularny zwrot Trumpa, który gwałtownie krytykował porozumienie podpisane z Teheranem przez Obamę w 2015 r. i zerwał je podczas swojej pierwszej kadencji, czy normalizacja stosunków z byłym syryjskim dżihadystą, który przejął władzę w zrujnowanym przez dekadę wojny domowej kraju wskazują przede wszystkim na duże pole manewru, jakie daje mu w zasadzie brak wewnętrznej opozycji w USA. Każda z tych decyzji, gdyby była podjęta przez prezydenta Demokratę, spotkałaby się z gwałtownym atakiem Republikanów w Kongresie, a teraz została zaakceptowana, choć niechętnie, nawet przez zwolenników twardej linii wobec Teheranu.
Ta swoboda działania pozwala Trumpowi realizować jego dyplomatyczny cel, jakim jest Bliski Wschód spokojny, czyli zapewniający okoliczności do prowadzenia lukratywnych interesów, zarówno przez USA jako państwo, jak i przez Trumpa, jego rodzinę i znajomych.
Wznowienie izraelskiej ofensywy w Strefie Gazy, a przede wszystkim niechęć Izraela do znalezienia akceptowalnego wyjścia z konfliktu, prawdopodobnie zwiększy irytację Trumpa wobec Izraela. Netanjahu, który regularnie wywiera wpływ na amerykańską politykę za pośrednictwem swoich republikańskich sojuszników w Kongresie, teraz musi układać się z prezydentem, który zacieśniając relacje z arabskimi monarchiami jest znacznie mniej podatny na jego presję.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com




