Photo: 1 – Le Monde, 2, 3 – Wikipedia
Jak umiera lewica (prawie spleen)
Anna Grabowska (Anne Goldschmid)
Pomimo, ale też przede wszystkim wobec nowych gorących wydarzeń na Bliskim Wschodzie, ponownie wracam do 7 października, bo to nie był tylko początek kolejnej wojny w regionie ale moment, w którym nagle coś pękło również w Europie. I to coś ma swoją nazwę: sumienie. Kiedy oglądało się obrazy z południa Izraela, i kiedy docierały relacje o ludziach zabijanych w swoich domach, o całych rodzinach z dziećmi i o festiwalu zamienionym w rzeź, w wielu miejscach Zachodu wcale nie pojawiło się współczucie, tylko kalkulacja. To ona właśnie odsłoniła stan ducha współczesnej lewicy.
Filozof Michel Onfray powiedział jasno, że to, co nastąpiło później, jest odpowiedzią na 7 października. Izrael, zaatakowany z brutalnością, której nie da się zrelatywizować żadnym komentarzem socjologicznym, odpowiedział tak, jak odpowiada państwo przekonane, że chodzi o jego istnienie. Onfray przypomina przy tym, że europejskie dyskusje wolą często milczeć, albo sprowadzić dyskusję do frazy : tak, ale. Kiedy w 2005 r., Izrael wycofał się ze Strefy Gazy, pozostawiając ją bez swojej armii i bez osiedli, pojawiła się realna możliwość stworzenia struktury państwowej, bo ziemia była w rękach Palestyńczyków. Płynęły ogromne środki finansowe z Europy i z całego świata. Można było więc budować instytucje, gospodarkę i administrację. Można było, a przynajmniej w teorii, wybrać drogę do powolnej normalizacji i stopniowego uznania państwowości. Według Onfraya ten wybór nigdy nie został podjęty, bo zamiast instytucji powstała infrastruktura wojny. Gospodarkę cywilną zastąpiono gospodarką podziemną z siecią kilometrowych tuneli ciągnących się pod domami, szpitalami i szkołami. A w miejsce projektu politycznego wdrożono logikę permanentnej konfrontacji. Nad tym wszystkim, mówi filozof, od dawna unosi się cień Teheranu. Hezbollah w południowym Libanie, wspierany przez Iran, regularnie ostrzeliwuje północ Izraela, a retoryka o zniszczeniu państwa żydowskiego powraca tam jak mantra z monotonną regularnością.
Można oczywiście dyskutować z tą diagnozą, można ją niuansować, a nawet wskazywać na inne przyczyny konfliktu. Ale jedno pozostaje faktem: atak z 7 października postawił Europę przed bardzo prostym pytaniem moralnym. I to właśnie odpowiedź na to jedno pytanie okazała się najbardziej niepokojąca.
Bo w tym samym czasie drugi wielki francuski filozof, Alain Finkielkraut, zrobił coś więcej swoim osobistym wyznaniem, jednocześnie oskarżając własny obóz polityczny: “to dlatego, że jestem człowiekiem lewicy, nie jestem już lewicą”. Proszę zwrocic uwagę, że nie powiedział tego konserwatysta, ani dajmy na to ideolog prawicy. Powiedział to intelektualista, który sam przez dziesięciolecia należał do tej republikańskiej tradycji francuskiej lewicy, dla której laickość państwa, szkoła publiczna i solidarność społeczna były fundamentami. Finkielkraut twierdzi, że to właśnie te fundamenty zostały porzucone. Laickość, która miała przecież być zasadą wspólnej przestrzeni obywatelskiej, jest dziś, jego zdaniem, przywoływana głównie wtedy, gdy chodzi o usunięcie symboli chrześcijańskich z przestrzeni publicznej. Jednak kiedy pojawia się kwestia religijnego nacisku ze strony islamu, nagle zaczyna się mówić o islamofobii i krzyczy o rasizmie. Reasumując, szkoła republikańska, która miała wyrównywać szanse i otwierać drogę do awansu społecznego dzieciom z rodzin robotniczych została osłabiona przez ideologię egalitaryzmu, w której obniżanie wszelkich wymagań przedstawia teraz się jako akt sprawiedliwości. Jeszcze bardziej dramatyczna jest, według Finkielkrauta, zmiana w stosunku do ludzi, którzy kiedyś sami stanowili jej naturalne zaplecze. Dawna lewica była głosem klas robotniczych, tymczasem dziś mobilizacja polityczna kierowana jest przede wszystkim do młodzieży i do tzw. banlieues – imigranckich przedmieść wielkich miast, podczas gdy dawni wyborcy robotniczy zostali w ogóle wypchnięci poza centrum tej debaty. Tu filozof przywołuje analizę geografa Christopha Guilluyego, który opisał zjawisko “Francji peryferyjnej” jako kraju ludzi żyjących poza wielkimi metropoliami, coraz bardziej niewidzialnych dla elit politycznych i medialnych. Najostrzejsze zdanie Finkielkrauta dotyczy jednak czegoś jeszcze poważniejszego. Stwierdza, że część współczesnej lewicy, zwłaszcza środowiska skupione wokół Jean-Luc Mélenchon i ruchu La France Insoumise, przyjęła wobec Izraela retorykę, która nie wynika już z analizy konfliktu, lecz z czystej kalkulacji wyborczej. Dlatego właśnie mówi, że jest dziś “w żałobie po lewicy”. Jakże go rozumiem.
I w tym miejscu muszę pozwolić sobie na osobistą dygresję. To właśnie z tych powodów lewica była mi kiedyś bliska, bo broniła tych zasad, o których mówią dziś Onfray i Finkielkraut – laickości państwa, szkoły jako narzędzia emancypacji oraz równości szans i przede wszystkim solidarności społecznej. Zawsze patrzyłam na te kwestie z pozycji ateistki, czyli z perspektywy raczej socjologicznej i filozoficznej niż religijnej. Być może właśnie dlatego tak łatwo odnajduję się dziś w słowach tych dwóch filozofów, bo diagnoza nie jest dla mnie manifestem ideologicznym, lecz raczej gorzkim opisem rzeczywistości, która zmieniła się szybciej, niż wielu z nas chciało to zauważyć.
Słowa Onfraya i Finkielkrauta przybierają bardzo różny ton, ale prowadzą w gruncie rzeczy do tej samej konkluzji. Obaj są ateistami i wywodzą się z tej francuskiej tradycji intelektualnej, która przez lata uważała się za spadkobierczynię oświecenia i republikańskiego uniwersalizmu. I obaj mówią dziś z rosnącym niepokojem o przemianie lewicy w coś, czego sami już nie rozpoznają, i z czym nie mają już nic wspólnego. Trzeba przy tym pamiętać o jednej rzeczy: we Francji nie istnieje tylko jedna lewica. Istnieje tradycja socjaldemokratyczna, republikańska i intelektualna, która wciąż odwołuje się do dziedzictwa takich postaci jak Jean Jaurès. Istnieją także środowiska radykalne, dla których polityka staje się coraz częściej spektaklem moralnej indygancji i permanentnego konfliktu. I to właśnie ta druga lewica coraz częściej narzuca ton całej debacie.
Dlatego powrót do diagnozy Onfraya nabiera dziś zupełnie innego znaczenia. Kiedy mówi on o permanentnym konflikcie z ideologiami, które celebrują męczeństwo i śmierć jako drogę do zbawienia, nie mówi wyłącznie o Bliskim Wschodzie. W pewnym sensie mówi także o Europie, która coraz częściej traci zdolność nazwania rzeczy po imieniu zastępując ją co najwyżej milczeniem.
7 października był więc nie tylko tragedią, a momentem prawdy, w którym okazało się, że część europejskiej lewicy nie potrafi już rozpoznać własnych wartości, a jej dawni filozofowie patrzą na to z mieszaniną gniewu i smutku, jak na coś, co jeszcze niedawno było ich politycznym domem, a dziś przypomina ruinę.
Przypisy:
1.Michel Onfray – program CNews (”Face à Michel Onfray”)
2. Michel Onfray – materiał wideo na stronie CNews (”Cette guerre est la suite du 7 octobre”)
3.Michel Onfray – pełny fragment programu (wideo)
https://www.dailymotion.com/video/xa1ggba
4. Alain Finkielkraut – wywiad w programie LCI (fragment z cytatem o lewicy) https://www.facebook.com/24hPujadas/videos/1820062778706075/
Alain Finkielkraut – rozmowa o kryzysie lewicy (telewizja francuska)
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com




