Archive | 2026/05/07

To nie Żydzi, lecz Arabowie byli i są największymi krzywdzicielami Palestyńczyków

Przechodnie pod budynkiem uszkodzonym w wyniku uderzenia irańskiej rakiety. Środkowy Izrael, 7.04.2026 r. (Fot. REUTERS/Florion Goga)


To nie Żydzi, lecz Arabowie byli i są największymi krzywdzicielami Palestyńczyków

Jan Hartman


Izrael, ta twierdza syjonistycznych najeźdźców i okupantów, to kraj meczetów, falafeli i języka arabskiego, bo miliony Palestyńczyków są tam u siebie, ciesząc się prawami obywatelskimi i politycznymi, o jakich reszta muzułmanów Bliskiego Wschodu może tylko pomarzyć.

Siedemnaście lat temu ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” mój artykuł, który zatytułowałem „Zrozumieć antysemitę”. Pisząc go, wykrzesałem maksimum empatii i zrozumienia dla tych, którzy, ulegając być może wpływom pewnych przesądów, mimo wszystko nie chcieliby być antysemitami. Sądziłem więc, że nie należy się od nich odwracać, a za to spokojnie z nimi rozmawiać, przyznając im prawo do swoich emocji.

Tekst bardzo się spodobał, choć redakcja wolała zmienić tytuł na „Chciałbym być sobą”. Przyznano mi nagrodę Grand Press, antysemici zaś pisali do mnie listy pełne sympatii i wdzięczności. Czułem się nieco dziwnie. Coś było nie tak. 

Naprawdę chciałem zrozumieć antysemitę, a także dać mu od siebie odrobinę zrozumienia. Nie na darmo język polski rozumienie i zrozumienie tak podobnie nazywa; jest tu jakieś moralne połączenie.

Gotów byłem, dla zgody, uwierzyć, że faktycznie antysemityzm jest zjawiskiem marginalnym i stopniowo zanikającym, a mierzenie Polaków miarą wojny, powojnia i roku 1968 jest anachronizmem i niesprawiedliwością.

Stare antysemickie klisze w rodzaju: „Żydzi są przewrażliwieni na punkcie antysemityzmu”, uważałem za niegroźne nieporozumienie i rzecz marginalną. Podobnie jak legendę o Żydach, którzy domagają się specjalnego traktowania z powodu Holokaustu.

Arabowie wypędzani z Hajfy, 1948 Fot. Domena publiczna

Trochę bardziej się denerwowałem, gdy na studenckich imprezach w Amsterdamie czy w Paryżu słuchałem mantry o Żydach, którzy w jakiejś chorej zemście za Holokaust „robią to samo” Palestyńczykom, co im niegdyś robili Niemcy.

Ale cóż, nie takie wszak rzeczy słyszysz w izraelskich kawiarniach, gdy obok ciebie palestyńscy studenci gwarzą sobie z zagranicznym stypendystami, albo na palestyńskiej wycieczce, na którą można się udać spod Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie. Kiedyś mieszkałem w Izraelu przez pół roku, to się naoglądałem i nasłuchałem.

Nasłuchałem się też muezinów, bo akurat mój pokoik na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie wychodził na meczet. Bo trzeba wiedzieć, że Izrael, ta twierdza syjonistycznych najeźdźców i okupantów, to kraj meczetów, falafeli i języka arabskiego, bo miliony muzułmanów – dziś bodajże pół na pół definiujących się jako Arabowie bądź Palestyńczycy – są tam u siebie, ciesząc się prawami obywatelskimi i politycznymi, o jakich cała reszta muzułmańskich mieszkańców Bliskiego Wschodu może tylko pomarzyć. Dysonans poznawczy? A, to już nie moja wina.

Przez długie lata moja cierpliwość była wielka, a przy tym nieco narcystyczna. Z łagodnym uśmiechem mówiłem do siebie: Jak to dobrze, że palestyńscy adwokaci, lekarze, profesorowie czy posłowie mogą sobie publicznie wygadywać, jakim to potwornym reżimem jest państwo Izrael, które pozwala im wygadywać, jakim to potwornym reżimem jest państwo Izrael, które pozwala… i tak dalej.

W sumie było to nawet w swej absurdalności zabawne, tym bardziej że potakiwali im na wszelkie sposoby wspierający „sprawę palestyńską” izraelscy lewicowi idealiści, na przykład ci z kibuców pod granicą z Gazą, później okrutnie wymordowani przez swoich „serdecznych przyjaciół” i „gości”.

Od Egiptu po Jordanię. Nie Żydzi, ale Arabowie najbardziej krzywdzą Palestyńczyków

I tylko niech w waszych głowach nie zalęgnie się myśl, jakobym wierzył w jakąś palestyńską sielankę w Izraelu i nie miał pojęcia o doznawanych przez Palestyńczyków krzywdach. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Izrael ma bardzo wiele na sumieniu, gdy chodzi o traktowanie Palestyńczyków. Zwłaszcza na terenach zdobytych na Jordanii i Egipcie, czyli na Zachodnim Brzegu i w Gazie, jakkolwiek daleko mu do tej wrogości, jaką okazują im kraje arabskie i Arabowie, którym wszak nie mogło się spodobać, że pół wieku temu na masową skalę zaczęli się odżegnywać od narodowości arabskiej.

A jednak setki tysięcy ludzi doznawały i wciąż doznają różnych form dyskryminacji ze strony Izraela i Izraelczyków, a tragedia, jaką było zawładnięcie Gazą przez krwawych dżihadystów z Hamasu, znęcających się bez litości nad terroryzowaną przez siebie ludnością, w dużej mierze zawiniona jest przez Izrael.

Do dawnych win trzeba zresztą doliczyć te nowe, związane z wojną w Gazie, podczas której dochodzi do bombardowań, zabójstw i wyburzeń, których nie da się uzasadnić strategią i taktyką wojny sprawiedliwej. Nie mamy jeszcze wiarygodnej wiedzy na ten temat, lecz większość niezależnych ekspertów twierdzi, że w Gazie miały miejsce zbrodnie wojenne. Oby winni im wojskowi zostali ukarani. Choć stopniowa destrukcja praworządności w Izraelu oraz udział skrajnej prawicy w rządzie dają powody, by obawiać się tego, czy procesy będą w pełni uczciwe.

To samo dotyczy licznych skarg na tortury, które składają palestyńscy więźniowie. A do tego jeszcze trzeba dodać panoszenie się prawicowych ekstremistów na Zachodnim Brzegu, urządzających „zajazdy” na palestyńskich sąsiadów, na co izraelskie organy ścigania patrzą przez palce. Miejmy nadzieję, że tegoroczne wybory doprowadzą do prawdziwej zmiany i naprawienia zepsutego izraelskiego państwa prawa.

.
2005, Havat Skali, jedno z żydowskich nielegalnych osiedli na Zachodnim Brzegu Daniel Ventura/Wikipedia na licencji C.C.4.0

Jednakże to nie Żydzi, lecz Arabowie zawsze byli i pozostają największymi krzywdzicielami Palestyńczyków, nie mówiąc już o tym, żeby mogli im robić nadzieje na przekazanie jakichkolwiek kontrolowanych przez siebie terenów pod ich własne państwo. Takie oferty padały wyłącznie – i wielokrotnie – ze strony Zachodu oraz Izraela i w kilku przypadkach, wbrew sowieckiej i arabskiej propagandzie, były naprawdę hojne i uczciwe.

A były odrzucane wyłącznie z tego powodu, że celem fundamentalistycznych reżimów na Bliskim Wschodzie, nie mówiąc już o palestyńskich organizacjach terrorystycznych, było nie stworzenie państwa palestyńskiego obok państwa żydowskiego, lecz całkowite wyeliminowanie tego drugiego. O to właśnie chodzi w radośnie rozbrzmiewającym na ulicach Warszawy i Berlina haśle: „From the river to the sea, Palestine will be free”. To używane od wielu dekad zawołanie terrorystów jest niczym innym jak wezwaniem do eksterminacji i wie to każdy, kto choć odrobinę orientuje się w tych sprawach.

Mimo wszystko do niedawna większość Izraelczyków wierzyła w rozwiązanie dwupaństwowe, popierając palestyńskie dążenia niepodległościowe. I jeśli te dążenia nie zostały zrealizowane, to nie z winy Izraela, lecz z winy sponsorowanych przez Arabów i Irańczyków organizacji terrorystycznych. To one torpedują proces budowy państwa palestyńskiego, a naród palestyński jest zakładnikiem bliskowschodnich dyktatur, które cynicznie posługują się nim w swojej walce z Izraelem, unikając bezpośredniej konfrontacji.

7 października 2023 Hamas ruszył na wojnę z Izraelem

Antysemitów udających przyjaciół Palestyńczyków tak naprawdę nic a nic Palestyńczycy nie obchodzą. Nie obchodzi ich upodlenie Palestyńczyków w Libanie, Syrii i w Jordanii, gdzie zresztą stanowią większość obywateli. Palestyńczycy interesują antysemitów wyłącznie jako ofiary faktycznych bądź domniemanych krzywd ze strony Izraela, bo stwarzają doskonały pretekst dla „bezpiecznego” wyrażania wrogości wobec „syjonistów”, połączonego z pełnymi oburzenia zapewnieniami, że nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem

Protest antyizraelski na placu Defilad Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl

Albowiem antysemityzm – dawniej wypisywany na sztandarach – stał się po drugiej wojnie światowej wstydliwy i niegodny postępowego przedstawiciela klasy średniej. Trzeba więc go manifestować w tak załgany i zakamuflowany sposób, żeby dało się samemu uwierzyć, że się go w sobie nie ma.

Dziś tych idealistów wierzących, że Palestyńczycy, Arabowie i Persowie kiedyś zgodzą się na istnienie dwóch państw: żydowskiego i palestyńskiego, została garstka. Na Bliskim Wschodzie nikt oprócz Żydów nie dawał Palestyńczykom nadziei i nikt oprócz nich realnie nie popierał wolnej Palestyny. Jeszcze do niedawna chciała tego wręcz większość Żydów – w Izraelu i w diasporze.

Pamiątką po tym idealizmie, zresztą zmieszanym z jakąś głupią kalkulacją obliczoną na osłabienie Organizacji Wyzwolenia Palestyny, jest Gaza w krwawym uścisku Hamasu.

W roku 2005 doszło bowiem do niebywale ekscentrycznej akcji pod znakiem „dajmy Palestyńczykom całkowitą wolność w Gazie”, a polegającej na tym, że izraelskie wojsko siłą wysiedlało Żydów ze Strefy Gazy, burząc ich domostwa i synagogi. Była to jakaś absurdalna czystka etniczna à rebours, jakiej świat nie widział. A że był to teren wyrwany przez Izrael spod kontroli egipskiej, Izrael poczuwał się do tego, by rozpiąć nad nim parasol ochronny. I tak zaczął się jakiś obłędny taniec z mordercami.

Z pomocą Izraela Hamas – wówczas jeszcze znacznie spokojniejszy – objął władzę w Gazie, z roku na rok coraz wyraźniej ukazując prawdziwe oblicze. Zaczął się hamasowski terror – mordowanie nieposłusznych Palestyńczyków i regularne krwawe zamachy w Izraelu, który przez lata ledwie na nie reagował.

A równolegle cały Zachód, czyli Europa, USA i Izrael, dosłownie zasypywały Gazę pomocą materialną. Te pieniądze przejmował coraz bardziej radykalny i coraz hojniej sponsorowany przez Arabów Hamas, budując sieć tuneli i zbrojąc się na wojnę z Izraelem. Ostatecznie ruszył na nią 7 października 2023 roku.

.
Ujęcie z kamery przedstawiające uzbrojonego Palestyńczyka prowadzącego mężczyznę podczas festiwalu muzycznego Supernova w pobliżu kibucu Reim na pustyni Negew w południowym Izraelu, 9 października 2023 r. Fot. AFP/East News

W Gazie wychowano całe nowe pokolenie ludzi, którzy od przedszkola byli uczeni, że zabicie żydowskiej kobiety i żydowskiego dziecka jest chwalebnym aktem męczeństwa, za które idzie się do nieba. Patologiczna nienawiść do Żydów stała się spoiwem społeczeństwa Gazy i podstawą jego więzi z krwawym reżimem, który nim rządził. I rządzi nadal.

Kaszuba, Ślązak, protestant może być Polakiem. Ale polski Żyd?

Ja też już nie wierzę w rozwiązanie dwupaństwowe, czyli w wolną Palestynę. Tak jak nie wierzę w dobrą wolę antysemitów, by stopniowo wyzwolić się z uprzedzeń. Wszystko się we mnie zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy spłynąłem na margines życia wraz z brunatną falą nienawiści, która przelała się przez Zachód i przez Polskę po straszliwym pogromie z 7 października 2023.

Pogromie, w którym terroryści z Hamasu wraz z tłumem cywilów w zapamiętałym szale mordowali żydowskie dzieci, kobiety i mężczyzn, spełniając to, co przed dekady obiecywano w okrzykach dobywających się z tysięcy gardeł Gazańczyków demonstrujących ekstatyczny entuzjazm, ilekroć któremuś z terrorystów udało się przedrzeć do Izraela i zamordować jakiegoś Żyda.

Zawsze mnie zdumiewało, że te wciąż powtarzające się obrazki zbiorowej ekstazy z powodu mordów na niewinnych ludziach nie wzbudzały na Zachodzie żadnych emocji. Skoro tak, to i ja wzruszałem ramionami. A bo miałbym być gorszy?

A przecież wiedziałem, jaki jest powód tej zdumiewającej obojętności. Żyjąc w środowisku głęboko niechętnym Żydom, sam nasiąkasz taką niechęcią, a przynajmniej na nią obojętniejesz. Niestety, bardzo wielu polskich Żydów, będących wszak Polakami, odznacza się taką ambiwalencją. A wielu spośród nich okazało się dziś po prostu antysemitami.

Po 7 października maski opadły, a z ludzkich dusz powyłaziły głęboko skrywane sprzeczności, kompleksy i przesądy. Przed oczami polskich Żydów przeszedł zdumiewający korowód złamanych oportunistów, zaprzańców i zdrajców, z przerażeniem w oczach bełkoczących wszystkie hamasowskie mantry. Nic już nie będzie pośród polskich Żydów takie samo. Żyjemy jak małżeństwo po zdradzie.

To, że 7 października stał się paliwem nienawiści do Żydów i wizerunkową podporą dla terrorystów, przebrało czarę goryczy – nie tylko w mojej duszy. Zrozumiałem, zrozumieliśmy, czym naprawdę jest antysemicka nienawiść kipiąca w słowach, które w tysięcznych powtórzeniach słyszymy od polityków i działaczy lewicy, od dziennikarzy i zwykłych ludzi.

Wyciągnięta ręka została więc cofnięta, a rozumienie nie łączy się już u mnie ze zrozumieniem. Koniec złudzeń. Żydzi na Zachodzie żyć nie mogą, chyba że z całą gorliwością przyłączą się do rytuału wieczystego potępienia Izraela i bić się będą w piersi z powodu niekończących się zbrodni swoich ziomków.

Również w Polsce można być Żydem tylko warunkowo. Trzeba potakiwać rozmaitym bałamuctwom na temat stosunków polsko-żydowskich, oburzać się na „oskarżanie Polaków o antysemityzm” i zasadniczo „nie obnosić się” ze swoim żydostwem. Mile widziane są sentymenty, jakaś opieka nad cmentarzami czy organizowanie koncertów muzyki klezmerskiej, byleby chodziło o martwych Żydów i byleby można było powiedzieć, że współczesna Polska dba o pamięć o „mniejszości żydowskiej”.

Bo polski Żyd, choć praktycznie zawsze jest Polakiem i niczym się od innych Polaków nie różni, traktowany jest jako „przedstawiciel mniejszości narodowej”.

To nie pomyłka ani żadne nieporozumienie. To autentyczne przekonanie, że jak ktoś jest Żydem, to przecież nie może być jednocześnie Polakiem. Kaszuba, Ślązak, protestant z Wisły – owszem, ale Żyd?

Nie, ja już tak nie chcę. Furda tam tysiące nazistowskich wyzwisk pod moim adresem w internecie. Nie dbam o to. Ale nie będę się prosił o akceptację ani dawał się poklepywać po plecach, jaki to ze mnie porządny Żyd, co to o Polakach źle nie mówi i broni ich przed oszczercami. Dość już mamy w Polsce karierowiczów na prawo i lewo wydających wszystkim chętnym moralnym parweniuszom glejty poświadczające, że nie są antysemitami (a jedynie prawymi „antysyjonistami”).

Ich hasłem po 7 października stał rzucany Żydom w twarz bierno-agresywny truizm, że „nie każda krytyka Izraela jest antysemityzmem”. A ktoś twierdzi inaczej? Naprawdę? Akurat tak się składa, że polscy Żydzi są niemalże jak jeden mąż i jedna żona krytyczni wobec Izraela i poczynań armii izraelskiej w Gazie.

.
Październik 2025, Lublin, manifestacja solidarności z Palestyną i uczestnikami Globalnej Flotylli Sumud. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Ale to bez znaczenia. Choćbyś sto razy powiedział, że Izrael popełnia w Gazie zbrodnie, lecz mimo to sprzeciwił się ortodoksji propagandy Hamasu, a więc odrzucił któryś z punktów litanii: okupanci, ludobójcy, czystki etniczne, terror, głodzenie ludności, to i tak natychmiast zostaniesz przez lewicę medialną i polityczną potępiony jako bezkrytyczny poplecznik Netanjahu „broniący ludobójstwa w Gazie” oraz zaciekły „syjonista”.

Polski Żyd został wezwany do tego, aby głośno potępić Izrael i przyłączyć się do „propalestyńskich” inicjatyw, czyli marszów, bojkotów, apeli i rezolucji. Dokładnie tak samo jak w roku 1968, gdy żydowska bierność i niepotępianie Izraela oznaczały „syjonizm” i zdradę, za którą dostawało się „dokument podróży”.

Nie wiem, ilu Żydów wówczas poszło na kolaborację. Dziś takich jest wielu.

Widok byłych kolegów wijących się przed kamerami, wyduszających z siebie rytualne zaklęcia z hamasowskiej listy oszczerstw, budzi we mnie głębokie zażenowanie i odrazę.

To samo dotyczy również osób niebędących Żydami, lecz przez lata angażujących się w sprawy kultury żydowskiej – ich podpisy pod listami i rezolucjami krzyczącymi agresywnym przemilczaniem winy Hamasu za śmierć dziesiątek tysięcy Gazańczyków sprawiły, że coś we mnie pękło i umarło.

Nikomu już nie zaufam. Obraz tysięcznych tłumów idących z flagami palestyńskimi, opętańczo drących się na Izrael i domagających się zaprzestania działań wojennych wyłącznie od niego, jak gdyby Hamas był w tej wojnie niewinny, nie otaczał się ludnością cywilną jak tarczą, nie blokował ewakuacji i nie mógł zakończyć wojny w jednej chwili, był dla mnie szokiem.

A takie pochody miały miejsce również w Polsce, gdzie zresztą tylko raz odbyła się demonstracja solidarności z porwanymi Izraelczykami – mała i niemalże bez udziału Polaków niebędących Żydami.

Tak, ci ludzie na ulicach wykrzykujący hasła miłe dla ucha terrorystów i udzielający im w niedwuznaczny sposób poparcia każdego dnia czekali na paliwo dla swego „wcale nie antysemickiego” gniewu. A paliwem tym były wieści o zabitych cywilach, wieści podchwytywane chciwie, by tylko móc napawać się nienawiścią do Izraela i katarktycznym poczuciem, że „to nie ma nic wspólnego z antysemityzmem”. Wstrząsająca moralna ohyda – udawać gniew moralny i domagać się sprawiedliwości, osłaniając milczeniem winowajców co najmniej połowy dziejącej się tragedii.

Ulicy zaś towarzyszyła medialna kampania propagandowa. Wielkie redakcje wręcz wydelegowały spechejterów do nagłaśniania propagandy Hamasu i gromkiego przemilczania jego zbrodni (oczywiście z wyjątkiem jednorazowego incydentu z 2023 roku). To zapamiętanie w nienawiści doszło do jakiegoś obłędnego apogeum, gdy ogłoszono, że nie istnieje coś takiego jak „konflikt izraelsko-palestyński”. Bo przecież nie można nazwać trwającej dekady zbrodniczej agresji najeźdźców wymierzonej w niewinną, pokojową ludność takim neutralnym słowem jak „konflikt”!

W chwili, gdy pierwszy raz usłyszałem tę mowę nienawiści w pewnej ważnej liberalnej rozgłośni, również po raz pierwszy w życiu pomyślałem o opuszczeniu kraju.

Czym się różni 7 października 2023 w Izraelu od 11 września 2001 w USA

Restytucja propagandy sprzed 60 lat to już samo w sobie coś spektakularnego. Jednakże chyba nie to mnie i w ogóle nas, Polaków będących Żydami, boli najbardziej. Wiedzcie, że przeżyliśmy prawdziwy szok, widząc, jak masowa jest obojętność na najdzikszy antysemityzm, który znalazł dla siebie wyjątkowo szerokie ujście właśnie wtedy, gdy terroryści osiągnęli największy sukces w dziejach.

.
Wrzesień 2025, Poznań, baner ‘Juden raus!’ z podobiznami polityków. Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

Wspomniałem już o swoim niegodnie obojętnym stosunku do faktu, że kolejne bomby podkładane przez palestyńskich terrorystów nikogo nie wzruszały. Tym razem jednak było inaczej. Tym razem ogarnęło mnie przerażenie, gniew, a w końcu gorzka rezygnacja. Dziki pogrom, w którym zaszlachtowano ponad tysiąc niewinnych ludzi, w tym setki dzieci, nie wzbudził prawie żadnych emocji. W Polsce na pewno nie w jednym choćby procencie takich jak 11 września pamiętnego roku 2001. Nawet śmierć Polaków z rąk terrorystów nikogo w Polsce nie obeszła.

Niech zgadnę. Nie wiem, ale na pewno nie dlatego, że byli Żydami i obywatelami Izraela. To byłaby wstrętna insynuacja.

Jednak zaszło coś jeszcze gorszego niż obojętność. Oto 7 października stał się kamieniem węgielnym dla haniebnej retoryki budującej wizerunek Hamasu jako niezłomnej i właściwie niezwyciężonej, dzięki swemu hartowi ducha i powszechnemu poparciu, organizacji zbrojnej walczącej o wolność Palestyny. Bo, owszem, „bojownicy Hamasu” imają się czasami metod terrorystycznych, lecz zasadniczo walczą w imieniu narodu palestyńskiego o jego słuszną sprawę.

Trzeba więc potępić eksces 7 października, lecz po wysłowieniu tego potępienia można już ująć w nawias feralny dzień i swobodnie przejść do oceny Hamasu jako legitymizowanych obrońców Gazy walczących ze zbrodniczą inwazją Izraela.

Słowem, Hamas może i przesadził, dopuścił się zbrodni, lecz walczy za Palestynę i racja w tej wojnie jest po jego stronie.

Tak oto powstała najbardziej przewrotna figura retoryczna w nowszych dziejach nienawiści do Żydów polegająca na potępieniu „jednego dnia z życia Hamasu” i wywiązaniu się tym sposobem z obowiązku potępienia terroryzmu, by następnie przejść już do porządku dziennego polegającego na bezkrytycznym i skwapliwym powtarzaniu każdego oszczerstwa, które Hamas i jego poplecznicy podsuną.

A głównym kryterium prawdziwości oszczerstw, którymi tysiące działaczy i dziennikarzy każdego dnia karmiły opinię publiczną Zachodu, było to, że zohydzają Izrael i Żydów, potwierdzając wszystkim wiadomy fakt, że Żydzi są źli, a ich państwo jest zbrodnicze.

.
Greta Thunberg i izraelski żołnierz. Statek, którym płynęła aktywistka do Strefy Gazy, został zatrzymany przez służby Izraela. Israel Foreign Ministry Via X

Tak! Nikt nie mówi tego wprost, lecz cały „mainstreamowy” dyskurs liberalnych mediów jest w oczywisty sposób prohamasowski, bo służy celom Hamasu i delegitymizuje cel strategiczny Izraela, jakim jest zniszczenie tej potwornej terrorystycznej organizacji. O, nie, jej status jest zupełnie inny niż Państwa Islamskiego vel ISIS czy Al Kaidy – bo tamci mordowali niewinnych muzułmanów i chrześcijan, ci zaś – Żydów.

Nie tylko z całą skwapliwością powtarzało się i nadal powtarza jeden do jednego wszystko, każdą podłą niedorzeczność, jaką wyprodukują propaganda Hamasu i akredytowani przy Hamasie „dziennikarze” i „działacze”, lecz przede wszystkim cała moc oburzenia i potępienia kierowana jest wyłącznie przeciwko Izraelowi i wyłącznie od Izraela żąda się ustąpienia.

Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby wspieranie celów Hamasu, z wycofaniem się Izraela z Gazy na czele, a więc i pozostawieniem Hamasu w spokoju, nazywać działaniem „propalestyńskim”.

Życzenie Palestyńczykom, aby Izrael pozostawił ich na pastwę Hamasu, jest chyba najgorszym, czego w ogóle można im życzyć.

To czysty obłęd. Nienawiść ogłupia do tego stopnia, że „propalestyńscy” działacze i komentatorzy dosłownie „zapomnieli” choćby udawać minimum bezstronności i obiektywizmu w swych ocenach moralnych i z tego tytułu pro forma wezwać Hamas do poddania się i zwolnienia zakładników, a więc do uczynienia czegoś, co natychmiast zakończyłoby wojnę, a co jednocześnie jest jego oczywistym moralnym obowiązkiem. Nie! Do kapitulacji wzywany jest wyłącznie Izrael.

Podobne wyłączenie funkcji intelektualnych i moralnych ma miejsce w związku z masowym udawaniem, że nie zna się różnicy znaczeniowej między „dokonać ludobójstwa” a „zabić wielu ludzi”.

Każdy „propalestyński” hejter, nawet jeśli wypiera ze świadomości diaboliczną strategię Hamasu dekującego się w szpitalach i biorącego ludzi na zakładników, to przecież wie, że w Gazie nie ma obozów zagłady, egzekucji ani innych przejawów ludobójstwa.

Są ofiary cywilne, których można było uniknąć, są ekscesy i zbrodnie wojenne, lecz nie ma niczego, co choćby przypominałoby realizację ludobójczych haseł Hamasu skierowanych przeciwko Żydom.

Antysemici już wiedzą: Żydzi wymordowali kobiety i dzieci

Długo jeszcze nie będziemy wiedzieć, jak dokładnie przebiegała wojna w Gazie i kto jakie popełnił zbrodnie. Niezależne świadectwa i wiarygodne, poddane krytycznej analizie, przydatne dla sądów dane dopiero są zbierane. Jednak antysemici wszystko już wiedzą: Żydzi bestialsko wymordowali ponad 70 tysięcy Palestyńczyków, w większości kobiet i dzieci.

Nie wiem, co trzeba zrobić ze swoją inteligencją i moralnością, aby oślepnąć kompletnie na powszechnie znane kryteria oceny sposobu prowadzenia wojny przez biorącą w niej udział armię. To wielka sztuka, sztuka zidiocenia z nienawiści.

.
Izraelscy żołnierze Israel Defense Forces, CC BY-SA 2.0

Dla porządku więc przypomnę, że liczba zabitych sama w sobie nie pozwala na żadne oceny. Trzeba poznać wiele danych, na czele z tą, jaka jest proporcja ofiar uzbrojonych i cywilnych, jakie podjęto środki ochrony ludności cywilnej, jak wyglądał przebieg działań zbrojnych w porównaniu z innymi konfliktami o podobnym charakterze – w tym przypadku: wojna miejska z przeciwnikiem kryjącym się pośród cywilów – a przede wszystkim: czy istniały alternatywne i mniej krwawe scenariusze realizacji celu strategicznego wojny.

Jednakże takich pytań „wcale-nie-antysemici” i prawi „antysyjoniści” w ogóle nie stawiają. Wolą udawać głupich, byleby tylko utrzymać wysoki poziom moralnego pobudzenia maskującego antysemicką nienawiść. To jest naprawdę szokujące: żadne liberalne medium w Polsce nie zadało sobie pytania, co właściwie Izrael miał zrobić po 7 października. Wiadomo, miał podkulić ogon i czem prędzej ogłosić uznanie państwa palestyńskiego!


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


There Are No ‘Moderates’: Regime Change in Iran Must Again Be a Priority for the Trump Administration


There Are No ‘Moderates’: Regime Change in Iran Must Again Be a Priority for the Trump Administration

Con Coughlin


What would be unpardonable is if US President Donald J. Trump simply replaced a brutal Islamic dictatorship with an equally brutal non-Islamic dictatorship — as seen in other adversaries of the West such as Russia, China, and North Korea. Pictured: Vladimir Putin, Xi Jinping and Kim Jong Un attend a military parade in Tiananmen Square, Beijing on September 3, 2025. (Photo by Alexander Kazakov/Pool/AFP via Getty Images)

  • What would be unpardonable is if US President Donald J. Trump simply replaced a brutal Islamic dictatorship with an equally brutal non-Islamic dictatorship — as seen in other adversaries of the West such as Russia, China, and North Korea.
  • At the height of the violence in mid-January, Trump memorably told the Iranian protesters that “HELP IS ON ITS WAY”, while calling on the anti-regime activists to “seize control of your destiny.”
  • Iran is still drawing out negotiations as it reconstructs its nuclear and missile sites.
  • Meanwhile, concerns are growing that Trump is losing interest in the plight of ordinary Iranians. He has recently been stating that he no longer regards regime change in Iran as one of his major objectives. His message has regrettably “gone wobbly”…
  • Such backtracking on the part of the US president — the beacon of freedom to the world — would leave the Iranian people at the mercy of pitiless thugs who would simply replace one form of state-sponsored repression with another, thereby denying the Iranian people their hopes of finally achieving freedom from their oppressors.
  • The fear now, with the Trump Administration appearing to back away from its original demand of total regime change in Iran, is that… the regime’s hardliners will resort to acts of extreme violence to ensure their new dictatorship’s survival.
  • As Trump has assured the hardliners that there will be no regime change, they know their power is secure — under no threat — so they are under no pressure to comply with Trump’s demands. All they need to do is remove whatever so-called “moderates” might still be around and in their way. There are, in fact, no moderates in the Iranian government, any more than there were in Nazi Germany’s government.
  • The diplomatic standoff between the US and Iran should, at the very least, lead Trump to conclude that, so long as the IRGC and its hardline supporters have a say in the negotiations, the prospect of reaching an acceptable deal remains remote. If the American president is really serious about securing a deal, then he needs to deny the hardliners any say in Iran’s destiny and, as he originally promised, to help the Iranian people achieve a true regime change. It is the only way to achieve a peace that will last.

As the Trump administration’s attempts to agree to a lasting ceasefire with Iran drag on, it is vital that the White House not lose sight of a key objective — one originally highlighted but then abandoned in the Iran conflict — namely that the war result in the overthrow of Iran’s brutal dictatorship.

What would be unpardonable is if US President Donald J. Trump simply replaced a brutal Islamic dictatorship with an equally brutal non-Islamic dictatorship — as seen in other adversaries of the West such as Russia, China, and North Korea.

From the start of the year, when Iran’s security forces killed more than 36,500 civilians in attempts to crush anti-government protests, Trump had made no secret of his desire to achieve regime change in Tehran.

At the height of the violence in mid-January, Trump memorably told the Iranian protesters that “HELP IS ON ITS WAY”, while calling on the anti-regime activists to “seize control of your destiny.”

On February 28, the US Department of State posted on Truth Social and X:

“PRESIDENT TRUMP’s message to the great people of Iran:
When we are finished, take over your government. It will be yours to take. America is backing you with overwhelming strength. Now is the time to seize control of your destiny and unleash the prosperous and glorious future that is close within your reach.”

As if to demonstrate his commitment to ending Iran’s brutal dictatorship, one of Trump’s first acts following the launch of Operation Epic Fury in late February was to authorise a strike on the compound housing Iranian Supreme Leader Ayatollah Ali Khamenei, as well as a number of senior regime security officials who had convened to discuss the deepening crisis with Washington.

At one point, the American president even told Fox News that his administration had attempted to covertly arm Iranian protesters through Kurdish intermediaries based in neighbouring Iraq, claiming, “We sent guns to the protesters — lots of them.”

Trump later said the plan had failed because the Kurds had apparently decided to keep the guns for themselves.

Now, with the Iranian negotiators trying to run out the clock –- presumably until the US midterm elections in November, when Iran’s military — with the recently appointed Ahmad Vahidi, Commander-in-Chief of the Islamic Revolutionary Guard Corps (IRGC), reportedly now in charge — Iran is still drawing out negotiations as it reconstructs its nuclear and missile sites.

Meanwhile, concerns are growing that Trump is losing interest in the plight of ordinary Iranians. He has recently been stating that he no longer regards regime change in Iran as one of his major objectives. His message has regrettably “gone wobbly” to ensuring only that Iran must never be able to have a nuclear weapon, that the Strait of Hormuz must remain an independent waterway in accordance with freedom of navigation, and that Iran must no longer support terrorist proxies.

While commendable, such an attitude, if true, would represent an unforgivable betrayal of the Iranian people, the majority of whom are desperate to see an end to the crushing dictatorship that has brutalised their lives for nearly five decades since Iran’s 1979 Islamic Revolution.

Such backtracking on the part of the US president — the beacon of freedom to the world — would leave the Iranian people at the mercy of pitiless thugs who would simply replace one form of state-sponsored repression with another, thereby denying the Iranian people their hopes of finally achieving freedom from their oppressors.

Iranian discontent with their corrupt and ruthless rulers is not just confined to the protests that swept the country at the turn of the year, which were primarily prompted by the country’s dire economic position.

The country has experienced regular waves of anti-regime demonstrations since the failed Green Movement in 2009, which initially started over the country’s rigged presidential elections and quickly developed into a nationwide movement.

Then, as now, the regime crushed the protests by resorting to extreme violence, with tens of thousands of protesters killed and wounded as the IRGC and Basij militia forcefully crushed dissent.

The fear now, with the Trump Administration appearing to back away from its original demand of total regime change in Iran, is that history is likely to repeat itself and that the regime’s hardliners will resort to acts of extreme violence to ensure their new dictatorship’s survival.

With the Trump administration’s focus concentrated on reopening the Strait of Hormuz, through which sails about 20 percent of the world’s seaborne oil and gas trade, and resolving the long-running dispute over Iran’s nuclear programme, which Western intelligence believes is again aimed at producing nuclear weapons, little attention is being paid to the type of regime that will govern Iran once the fighting has ended.

Regime loyalists and members of the IRGC, who reportedly control roughly 80 percent of Iran’s economy, have certainly lost no time trying to re-establish their iron control of the country. Human rights groups are still reporting an upsurge in secret executions and arrests as the IRGC and Basij seek to reassert their authority after the numerous setbacks they suffered at the hands of the US and Israeli military operations.

At the same time, the regime has imposed a nationwide internet blackout that has been in place since the first protests took place at the start of the year, to prevent anti-government groups from coordinating their activities or communicating with the outside world.

Attempts by regime hardliners to reassert control, moreover, are having a direct impact on negotiations between Washington and Tehran to end the conflict. Each Iranian strongman currently seems to be trying to secure his own power. As Trump has assured the hardliners that there will be no regime change, they know their power is secure — under no threat — so they are under no pressure to comply with Trump’s demands. All they need to do is remove whatever so-called “moderates” might still be around and in their way. There are, in fact, no moderates in the Iranian government, any more than there were in Nazi Germany’s government. As Iranian scholar Dr. Majid Rafizedeh points out:

“Softer rhetoric has emerged when the regime needed economic rescue or a diplomatic opening. Once the pressure recedes, the underlying strategic behavior remains unchanged.

“In many ways, so-called ‘moderates’ have historically served as the most effective guardians of the system: they are able to secure concessions from the outside world while preserving the internal order. They present hope abroad while maintaining continuity and deeper control at home. Trump appears aware of this pattern but, perhaps concerned about the political pressure on him at home, has sometimes, alarmingly, looked tempted to settle for it.”

The hardliners’ increasing influence in the negotiations was very much in evidence after the first round of talks in Pakistan involving Iranian Foreign Minister Abbas Araghchi and US Vice President JD Vance. The talks ended in confusion after Araghchi initially indicated he was willing to reopen the Strait of Hormuz, a move that was quickly undermined by the IRGC, which condemned Araghchi’s offer as being “bad and incomplete.”

The influence of the hardliners in talks to end the conflict explains why the Trump administration was forced to abandon its plans to attend a second round of talks in Pakistan. It became clear that Tehran wanted to conduct separate negotiations with the White House about its nuclear programme only after agreement had been reached on reopening the Strait of Hormuz.

The Trump administration, quite rightly, has refused to accept such preconditions, with reports that the president told a meeting of national security officials that Iran was not negotiating in good faith and did not appear willing to meet his key demand: ending nuclear enrichment and vowing never to make a nuclear weapon.

The diplomatic standoff between the US and Iran should, at the very least, lead Trump to conclude that, so long as the IRGC and its hardline supporters have a say in the negotiations, the prospect of reaching an acceptable deal remains remote. If the American president is really serious about securing a deal, then he needs to deny the hardliners any say in Iran’s destiny and, as he originally promised, to help the Iranian people achieve a true regime change. It is the only way to achieve a peace that will last.


Con Coughlin is the Telegraph‘s Defence and Foreign Affairs Editor and a Distinguished Senior Fellow at Gatestone Institute.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel Prepares for Possible Return to War in Gaza as Ceasefire Talks Stall, Hamas Rejects Disarmament


Israel Prepares for Possible Return to War in Gaza as Ceasefire Talks Stall, Hamas Rejects Disarmament

Ailin Vilches Arguello


Israeli soldier on guard in Gaza, February 2026. Photo: Jonathan Sacerdoti / The Algemeiner

As the Palestinian terrorist group Hamas continues to reject disarmament and further stalls progress on the US-backed Gaza ceasefire deal, Israeli officials are weighing contingency plans for a renewed military campaign should negotiations collapse entirely.

According to multiple media reports, the Israel Defense Forces believes the current negotiations are unlikely to result in either Hamas’s disarmament or the full demilitarization of the Gaza Strip, warning that the terrorist group is exploiting the diplomatic pause to rebuild its capabilities, consolidate control, and further entrench its governance in Gaza.

“Hamas is deliberately dragging its feet. It is exploiting attention on Iran and Lebanon and, in the meantime, is entrenching itself in the Gaza Strip — reasserting control over the territory, establishing governance structures, and rebuilding its military capabilities,” a military source told the Israeli news outlet Walla.

“As things stand, there are two possibilities: a US declaration that the negotiations have reached a deadlock and a return to fighting, or Washington pushing a partial, ‘perforated’ agreement on Israel that would significantly undermine our security interests and erode the operational gains achieved so far,” he continued.

As regional tensions continue to mount, Maj. Gen. Yaniv, commander of the IDF Southern Command, on Wednesday presented Israel’s political leadership with a new operational plan pushing the military to brace for a potential return to combat and initiate a wide-ranging reassessment of its ground maneuver strategy and operational approach.

For months now, the US-led Board of Peace has been conducting parallel negotiations with Israel and Hamas, attempting to tie the large-scale reconstruction of the war-torn enclave to the complete dismantling of the terror group’s weapons arsenal.

However, after continued failed attempts to reach an agreement, the Board of Peace will not hold Israel to the terms of last year’s ceasefire any longer if Hamas again rejects the proposed disarmament framework, according to a document obtained by The Times of Israel.

The board’s High Representative for Gaza Nickolay Mladenov has previously warned that Hamas’s refusal to disarm could trigger a resumption of the war. But now, the official is reportedly signaling that Israel would not be expected to halt military operations or guarantee humanitarian access to Gaza if the ceasefire framework collapses.

Hamas has consistently refused to relinquish its weapons, insisting that Israel must first fully comply with phase one of the ceasefire — including expanded humanitarian aid deliveries, full reopening of the Rafah crossing, and withdrawal of Israeli forces to the agreed Yellow Line — before any disarmament process can proceed.

For its part, Israel has warned that the Islamist group must fully disarm for the second phase of the ceasefire to move forward, pointing to tens of thousands of rifles and an active network of underground tunnels still under the terrorist group’s control.

If Hamas does not give up its weapons, Israeli officials have vowed not to withdraw troops from Gaza any further or approve any rebuilding efforts, effectively stalling the ceasefire agreement.

Under the ceasefire, the Israeli military currently controls over 50 percent of Gaza, while Hamas remains entrenched in the nearly half of Gazan territory it still controls, where the vast majority of the population lives.

In its latest counterproposal, the terrorist group said that any transfer of its weapons would only be possible as part of a wider process leading to the establishment of a Palestinian state.

As the second phase of the Gaza ceasefire agreement remains stalled, Israeli officials have warned that Hamas is quietly exploiting the pause in fighting to tighten its control over civilian life while simultaneously rebuilding its military capabilities behind the scenes.

Last month, local elections saw the Palestinian Authority (PA) record notable gains, with results appearing strong on the surface. However, experts warn the outcome actually reinforced Hamas’s political theater, projecting an image of shifting authority while the group effectively maintains its control on the ground.

According to a report by Israel’s Channel 14, although newly elected municipal figures are formally affiliated with Fatah, the party of PA President Mahmoud Abbas, the presence of Hamas-linked representatives still signals the group’s continued political penetration at the local level.

Beyond official political appointments, Hamas-linked personnel are widely believed to remain embedded within municipal administrative structures, enabling the group to maintain effective control over day-to-day governance away from public view.

At the same time, through checkpoints, strict regulation of goods, and control over key public institutions, including hospitals, the Palestinian terrorist group has been quietly reestablishing its civilian governance structures across the war-torn enclave, with its authority still visibly enforced on the ground.

Hamas has also been reactivating internal security mechanisms to enforce day-to-day order, while conducting extensive intelligence operations aimed at identifying alleged collaborators with Israel and suppressing any opposition.

In an effort to reassert control and shore up its weakened position, the group has launched a violent internal campaign against armed militias and local gangs, targeting those it labels “lawbreakers and collaborators,” with the crackdown escalating into widespread clashes and violence as Hamas members move to seize weapons and eliminate remaining pockets of resistance.

Even after more than two years of war, the group is also rebuilding its military capabilities, including recruiting new operatives, conducting field and command-level training, restoring intelligence and surveillance networks, and reconstructing underground tunnel systems and weapons stockpiles.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com